Nie żyje. Dlaczego nie żyje? Bo umarł. Dlaczego umarł? A któż to może wiedzieć! Może znudziło mu się żyć. Może był chory. Chory na świat i wszystko. Nie, nie można być chorym na wszystko. Niektórzy mówią, że boli ich dusza. Może i jego bolała. Więc zachorował na duszę albo na świat. Taka nowa jednostka chorobowa. Umarł, bo chorował, albo umarł, bo chciał. Znudziło mu się żyć. Znudziło mu się w ogóle wszystko. W sumie, tak patrząc z dystansem, życie jest nudne. Coś tam się dzieje, człowiek rzuca się tu i tam, próbuje tysiąca rzeczy, chce nie wiadomo czego, coś tam czasami się uda zrobić, osiągnąć, a wszystko przemija i dalej jest jałowo. Nudne to. Ileż można robić w kółko to samo? Wstawać, ubierać się, marnować czas na żarcie i wydalanie, sprzątać, rozmawiać... Najpierw uczyć się ileś lat, żeby potem pracować przez dziesiątki lat, a potem na emeryturze szukać sobie zajęcia, żeby się nie nudzić. I tak aż do końca. Nudne to. Myślę, że większość wynalazków powstała z nudów. W takich chwilach, gdy ktoś szukał sposobu na zajęcie się czymś, żeby nie umrzeć z nudów. To byłoby głupie: umrzeć z nudów. Co innego umrzeć na świat. To najlepsze wyjście, bardziej eleganckie. I takie arystokratyczne: UMRZEĆ NA ŚWIAT. Jak już trzeba, to przynajmniej niech to brzmi zamaszyście. Właściwie to znaczy wypiąć się na świat. Ha, ha, ha! Swoją drogą, jak ktoś uważa, że go boli dusza, to przynajmniej czuje, że ją ma. To ciekawe, dusza nie ma ciężaru, ale gdy dusza boli, to nagle staje się ciężka i nie chce się wstać z łóżka, nogi ciężkie, wszystko ciężkie, jakby nabrało wagi wieloryba. Nic tak nie zmienia ciężaru życia jak ból. Wtedy wiele rzeczy i wiele spraw nabiera wagi. Albo traci na wadze. Wagi nabierają codzienne zwykłe czynności a na wadze tracą przerośnięte ambicje, aspiracje, zabieganie. O, właśnie! Nie tylko czas jest względny, jak udowadniał Einstein. Ciężar też jest względny, choć ciągle działa ta sama grawitacja. Ale nawet grawitacja nie pomoże utrzymać się w pionie, gdy ktoś chce się położyć na dobre. Tak do spodu, wypróbowując szorstkość podłoża. Ciekawe doświadczenie, którym z nikim się nie podzieli. Zresztą, po co? W ciągu życia zbiera się tyle doświadczeń, tyle wrażeń, a i tak nic z tego nie zostaje. Jeśli życie płynie jak rzeka, to człowiek jest jak sito, przez które ta woda się przelewa. Niczego nie potrafi zatrzymać. Więc może tylko śmierć jest naprawdę nasza własna i wreszcie trzymamy coś w garści.
Klik! - O czym piszę gdzie indziej - okolice książek
poniedziałek, 6 lipca 2026
piątek, 29 maja 2026
Kontakty pozorowane
Przeczytałam kiedyś anegdotę o Sokratesie (być może to było u Diogenesa Laertiosa, ale nie jestem pewna), że gdy ktoś go zatrzymał na ulicy, chcąc pilnie coś opowiedzieć, filozof zadał trzy pytania:
- Czy od tego, co chcesz powiedzieć, zależy czyjeś życie?
- Czy to, co chcesz mi powiedzieć, posłuży do mojego lub twojego rozwoju?
- Czy wiedza o tym, co chcesz powiedzieć, jest niezbędna do życia?
Na wszystkie pytania rozmówca Sokratesa odpowiedział "Nie".
- Więc mnie nie zatrzymuj i nic mi nie mów - odparł Sokrates.
Gdyby tak zastosować tę metodę do tego, co czytamy. Do tego mnóstwa książek, które nie zasługują na poświęcany im czas. Tak samo potrzebna by była selekcja tego, co czytamy w Internecie. Tego, co oglądamy i słuchamy: w telewizji, radiu.
Gdyby tak zastosować tę metodę w codziennych kontaktach. Ileż czasu zaoszczędzilibyśmy na codziennych rozmowach o niczym. Nie rozumiem, jak można godzinami gadać przez telefon i wałkować w kółko te same tematy. Tak samo nużą mnie długie posiadówki przy stole, tematy kończą mi się po pół godzinie i dalej to już tylko znużenie, zwłaszcza, że niektórzy mają stały repertuar wątków. W rozmowach powtarzają się wciąż te same treści. Nic nowego, żadnego rozwoju, pogłębienia.
Kierat - to właściwe słowo na określenie zachowania kogoś, kto kręci się w kółko. Także w sensie mentalnym. Pozornie rozważa, rozmyśla, dyskutuje, a w rzeczywistości błądzi po kole, zapętla się w sobie, powtarza schematy, wytrychy, stereotypizuje rzeczywistość.
Umiejętność ostrej selekcji bodźców do pewnego stopnia mamy wrodzoną, to specyfika działania mózgu. Lecz cywilizacja znacznie przerosła pierwotne naturalne możliwości organizmu i trzeba się uciec do narzędzi bardziej skutecznych. Przydałby się brzytwa Ockhama nie tylko w wyjaśnianiu zjawisk, ale i eliminowaniu w naszym życiu tego, co niczemu nie służy.
Może być naprawdę ostro, gdyby zechcieć zastosować tak dosłownie. Całe fury książek bezużytecznych na przemiał, całe pliki nijakich filmów do wymazania, terabajty pamięci o bzdurach do skasowania. Dziesiątki tysięcy pseudodziennikarzy na bruk, wszystkich tak zwanych influencerów do pracy, a polityków... w kosmos.
No a w codziennym życiu kilka znajomości by się skończyło, kilka kontaktów urwało, kilka numerów telefonów skasowało. Ale przecież każdemu zależy na tym, żeby życie było prawdziwe, a nie złożone z pozornych aktywności okraszonych płytkosłowiem, czyż nie?
czwartek, 12 lutego 2026
Do Pączka
Tłusty Czwartek pobudza apetyt. I to na wielu polach, także artystycznych. Zwykła konsumpcja bywa ogromna, bowiem jak donosił "Express Lubelski i Wołyński" z lutego 1926 roku, Warszawiacy w tamtym tłustym czwartku zjedli półtora miliona pączków, co zostało starannie, aczkolwiek w zaokrągleniu wyliczone. Jednym słowem, pączkowy czwartek istotnie wpływa na poprawę finansów handlu cukierniczego.
środa, 28 stycznia 2026
Polonia 1592
A poniżej Śląsk i też część Polski środkowej. Zaznaczyłam Wartę i Wisłę, Kraków przy samym brzegu z prawej strony, poza tym Wrocław, Głogów i znowu Kalisz.
No i cała Polonia jak sobie ją wyobrażał szesnastowieczny kartograf. Zaznaczyłam kilka miast: Kraków, Warszawę Konin, Gdańsk, Elbląg, Łowicz, Sandomierz, Sanok, Tarnów. Jest nawet Szczebrzeszyn zapisany jako Sczebresin. Zachęcam do poszukania swoich miejscowości lub okolic. jest nawet kilka miejscowości z moich wiejskich okolic, ale wiem, że to miasteczka dosyć wiekowe, powstały jeszcze pod koniec średniowiecza, więc są uwzględnione. Ciekawa zabawa rozpoznawać łacińskie dawne nazwy współczesnych miejscowości.
czwartek, 18 grudnia 2025
On wymyślił bioplazmę
Rzadko pojawiają się autorzy, których książki można brać do czytania w ciemno, jedną po drugiej, nigdy nie doznając rozczarowania. Z zasady wymagana jest nieufność, ponieważ jedną dobrą książkę może napisać wielu, ale więcej? Raczej niespotykane. A jeśli nawet, to niezmiernie rzadko. Na mojej liście autorów pewniaków jest zaledwie kilku, z czego dwóch nadal żyje, więc jeszcze mogą zaskoczyć. Jak dotąd spisałam sobie następujących (kolejność alfabetyczna):
niedziela, 14 grudnia 2025
W 1884 i w 1919 roku 15 grudnia też był w poniedziałek
Teatr Skarbka we Lwowie został otwarty w 1842 roku. Powstał z fundacji hrabiego Stanisława Skarbka, którego Stanisław Wasylewski, autor monografii Lwów (Ukraina) - historia i kultura (1931 r.) nazywa fundatorem dziwakiem. Skarbek podobno osobiście kierował pracami budowlanymi "siedząc w krześle poręczowem na Wałach i dowodząc zastępami robotników". W momencie powstania był to największy teatr w Europie. Widownia mieściła 1460 osób. Teatr działał aż do 1900 roku, prezentując na scenie koncerty, recitale, spektakle, opery. Wystawiano w nim nawet Wagnera.
poniedziałek, 15 września 2025
Muzyczne efekty poszukiwań i niespodzianka
Jak większość świąt, także i Podwyższenie Krzyża Świętego ma swoją muzyczna oprawę, a w zasadzie oprawy skomponowane przez różnych kompozytorów. Pierwsze teksty o relikwii Krzyża Świętego powstały wkrótce po jego odnalezieniu przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna (272 - 337), która podobno podzieliła relikwie na trzy części dla trzech stolic ówczesnego chrześcijaństwa: Jerozolimy, Konstantynopola i Rzymu. Konstantyn wznosi w Jerozolimie Bazylikę Krzyża, której poświęcenia dokonano 14 września 335 roku. Dla przechowywania relikwii Krzyża w Konstantynopolu wybudowana została Hagia Sophia, a w Rzymie powstaje Bazylika Krzyża Świętego Jerozolimskiego. W Polsce również znajdują się relikwie Krzyża, najsłynniejszym miejscem jest Sanktuarium Relikwii Krzyża Świętego w Górach Świętokrzyskich. Jeden z najsłynniejszych kawałków Świętego Krzyża znajdował się w bazylice OO. Dominikanów w Lublinie, ale w nocy z 9 na 10 lutego 1991 roku został skradziony i do dzisiaj go nie odnaleziono. (Inna rzecz, że jak mówił pewien mądry zakonnik, na świecie tyle się "odnalazło" kawałków krzyża z Golgoty, że gdyby je poskładać do kupy, powstałby nie jeden krzyż, a cały las.)
W każdym razie 14 września jest wielkim świętem, a Święty Krzyż inspirował kompozytorów, poetów i malarzy. Historyczne postacie św. Heleny i Konstantyna (oboje w koronach, stoją po prawej stronie) odnajdujemy na dziewiętnastowiecznej ikonie anonimowego autora z Podlasia.
Jako się rzekło w tytule tego wpisu - czas na niespodziankę. BARDZO WIELKĄ NIESPODZIANKĘ. Przyznaję, że zapewne nie dla wszystkich, a tylko dla niektórych będzie to gratka nie lada. Odnalezienie drzewa Krzyża stanowiło inspirację także, a właściwie najpierw - dla poetów. Jednym z utworów jest średniowieczny anglosaski poemat mniej więcej z VIII - IX wieku The Dream of the Rood (Sen Krzyża). Znalazłam ten utwór w TAKIM wykonaniu: Uwaga, uwaga! David Suchet!
czwartek, 4 września 2025
Urodził się 4 września
Tak rocznicowo dzisiaj, choć to ani okrągła, ani specjalna jakaś rocznica. 4 września 1809 roku w Krzemieńcu urodził się Juliusz Słowacki. Nie doczekawszy 40. urodzin, zmarł w kwietniu 1849 roku w Paryżu. Ile trzeba mieć talentu, żeby w tak krótkim czasie napisać kilkanaście dramatów (które zresztą zrewolucjonizowały polską literaturę), kilkanaście poematów, powieści poetyckich i mnóstwo wierszy, a przy tym stworzyć nową oryginalną filozofię genezyjską. Jak na romantyka przystało, wyruszył też w podróż do źródeł europejskiej kultury: do Grecji i na Bliski Wschód. Świetnie też malował, w osobistym notatniku utrwalał podczas podróży oglądane pejzaże. Dandys i natchniony wieszcz, a zarazem twardy gracz, jeden z pierwszych, który umiejętnie i z sukcesami inwestował na giełdzie. Poeta, a jednak umysł precyzyjny i prawniczy: studia prawnicze ukończył w wieku 20 lat. Poliglota znający dziewięć języków, w tym francuski, niemiecki, rosyjski, łacinę i grekę (tłumaczył m.in. Homera), przy czym francuskim posługiwał się tak samo biegle jak polskim.
Wszyscy miłośnicy poezji, a nawet czytelnicy sporadyczni, mają swój ulubiony wiersz Słowackiego. Wybór jest ogromny. Najczęściej powtarzane są... przypominane... wiersze te najbardziej znane, rzekłabym nawet: dostojnie-posągowo-łzawe (Smutno mi, Boże itp.) Tymczasem pamiętać warto, bo i znać warto utwory o niesłychanym finezyjnym dowcipie. Słowacki był bowiem człowiekiem, poetą piekielnie inteligentnym. On pierwszy potrafił (no, może drugi, bo szlaki przetarł Ignacy Krasicki w Monachomachii) pisać dowcipnie o samym swoim pisaniu, przełamując granicę między światem wewnętrznym utworu a światem rzeczywistym, zacierając różnice między narratorem a autorem. I jeśli pewne raperskie poradniki językowe służą pomocą w poszukiwaniu oryginalnych rymów, jak te na żyrafę, to Słowackiego można uznać za prekursora raperów.
Dzisiaj przypada 216. rocznica jego urodzin - Juliusz Słowacki: prekursor raperów:
Z płaczem mówiła: jak w dębową szafę
Wlazła przed okrutnych wrogów pogonią,
Jakie tam miało być z niej auto-da-fe,
Jak nie pamiętał nikt i nie dbał o nią. -
( O! horror! trzeci rym jest na żyrafę!
Muzy żałośne łzy nade mną ronią,
Bo muzy wiedzą jakie do łez prawo
Ma wieszcz piszący poemat oktawą).
poniedziałek, 21 lipca 2025
Gdzieś poza granicami tego świata
Bez światłocienia
znalazłam się w kraju
gdzie każdy dzień
staje się nagle
bez uprzedzenia
i bez uprzedzenia
nastaje noc
dzień ograbiony ze świtu
i zmierzchu
skrzykuje kolory
obłoków
wiodących słońce na tron
a kiedy wyroją się gwiazdy
i księżyc
ogniste słońce nagle
wygasza światło
Wczoraj zmarła Urszula Kozioł, poetka wybitna. Miałam nadzieję, że jeszcze zdążę zdobyć jej autograf w ostatnim tomiku Raptularz, uhonorowanym Nagrodą Nike w ubiegłym roku. Niestety, nie zdążyłam. Wszystkie wiersze w tym ostatnim tomiku są jak pożegnanie.
Tempus fugit
Czas zawczasu
pogrążyć się w sobie
czas
zdążyć na czas
czas mieć czas
zanim
strąci nas w bezczas
bo poniewczasie
będzie za późno na cokolwiek
niedziela, 18 sierpnia 2024
Pouczająca klasyka
Klasykę rozumiem tutaj szeroko, jako dorobek i umiejętności, które dzisiaj są w zaniku. Jest muzyka klasyczna, jest klasyczna architektura czy malarstwo, ale są też pewne nawyki, wzory zachowania, umiejętności, traktowane często jako niemal archaiczne, zwłaszcza przez młode cyfrowe pokolenie. Kiedyś kindersztuba pozwalała odnaleźć się w towarzystwie i w świecie wyższych sfer, dzisiaj niewiele osób wie, co to znaczy. Podczas studiów miałam koleżankę, która przejawiała efekty dawnej kindersztuby i czasami jej tego zazdrościłam. Potrafiła na przykład zjeść kruszące się ciastko, nie zrzucając na talerzyk ani stół nawet jednego okruszka. Podziwiałam, jak ona to robi i sama próbowałam się tej umiejętności nauczyć. Raczej z mizernym skutkiem. Z kolei moja stryjna pochodząca ze Lwowa to jeszcze inny wymiar dawnej klasycznej kindersztuby. Podawała herbatę i kawę zawsze w dopasowanych do napoju filiżankach. Mało tego, żeby filiżanka zyskała jej akceptację, musiała mieć nie tylko odpowiedni kształt, ale i brzeg czarki. Powinien być cienki. Oczywiście i dzisiaj wiele osób używa filiżanek, ale przyznajmy, kto wie czym się różni filiżanka do kawy od filiżanki do herbaty? I kto zwraca uwagę nie na ozdobne kwiatki, tylko na jakość porcelany, profil i grubość brzegu? Ale przynajmniej niektórzy wiedzą, że nie wiedzą. Kiedyś wieczorem dzwoni moja komórka. Znajomy głos pyta: "Słuchaj, jestem na przyjęciu, jest stolik kawowo-herbaciany i dwa rodzaje filiżanek, jaką mam wziąć do kawy?" Innym razem pewna pani domu elegancko wyposażyła kuchnię i salon i zaprosiła na uroczystą kolację. Stół zastawiony, tylko jeszcze nie było kieliszków. "Nie wiem - mówi - jakie podać kieliszki do wina. Mam wszystkie rodzaje i kształty, ale nie wiem, które do czego".
To oczywiście anegdotyczna strona zjawiska. Ale są też inne. Na przykład pisanie listów. Kto dzisiaj potrafi napisać list na trzy strony A4? Oczywiście nie na papierze do ksero czy kartkach wyrwanych z zeszytu dziecka, tylko na prawdziwym papierze listowym. Już niewiele osób, znam tylko dwie. Tymczasem może się ta umiejętność przydać. W kilku kryminalnych opowieściach Agathy Christie pisanie listów dawało alibi podejrzanej osobie. Przy stole można było też powiedzieć, że ma się do napisania kilka listów, co pozwalało opuścić przyjęcie na dobry kwadrans czy więcej, żeby odpocząć od nudnego towarzystwa. Nikt się nie obrażał, bo kiedyś pisanie listów i odpisywanie na nie było czynnością częstą i konieczną. Kontakt listowny daje czas do namysłu. Nie ma presji, że muszę odpowiedzieć natychmiast, jak w przypadku e-maila czy esemesa. List czasem pisze się kilka dni, zaczyna i dopisuje coś, rozwija się wątki, dodaje nowinki. I wysyła dopiero, gdy przybędzie pocztylion... Żartuję, ale na wsi poczta jest daleko, muszę się specjalnie wybrać, żeby list wysłać, a że umyślnego posłać nie mogę, więc zwykle list czeka na okazję podwózki. À propos, kto wie kto to jest umyślny? ;-)
No i ta muzyka klasyczna. Może być sobie nowoczesny film, performance, cyrkowe atrakcje i akrobacje, mogą być fajerwerki, króliki z kapelusza i laserowy pokaz, a w chwilach uroczystych i chwilach grozy najlepiej sprawdza się klasyka. Zadok the Priest Händla ma zastosowanie w obu wymienionych przypadkach: jako element uroczystej brytyjskiej koronacji i w filmie kryminalnym dla podniesienia napięcia. Ten uroczysty hymn koronacyjny został skomponowany w 1727 roku na koronację Jerzego II Hanowerskiego i niedawno można go było usłyszeć podczas koronacji Karola III. Wikipedia podaje co najmniej pięć filmów, przeważnie o tematyce dynastycznej, gdzie wykorzystano ten utwór. A ja znam jeszcze The Body in the Library na podstawie powieści Agathy Christie, gdzie instrumentalny wstęp kompozycji Händla buduje pełne napięcia tło i pojawia się na początku jako zapowiedź smutnej zbrodni, a na końcu podsumowuje smutną prawdę o mrocznej naturze człowieka. Nie jestem pewna czy kompozytor byłby z takiego zastosowania zadowolony. Trzeba jednak przyznać, że pod instrumentalną introdukcję przed wejściem chóru można podstawić wiele różnych znaczeń.
poniedziałek, 5 sierpnia 2024
Siła reklamy
Z kimkolwiek rozmawiam każdy twierdzi, że denerwują go reklamy w telewizji. Godzina rozpoczęcia programu czy filmu nigdy się nie zgadza z faktycznym czasem emisji, bo najpierw lecą reklamy. Przerwy reklamowe w filmach są nieraz podwójnie długie, w czym szczególnie celuje Polsat. Najpierw określony blok reklam, potem wstawka zapowiadająca najbliższe filmy i znowu ten sam blok reklamowy. I tak z godzinnego filmu można zrobić prawie dwugodziną emisję rzekomego hitu. Tylko że przy drugiej serii tych samych reklam ja już zapominam, o czym jest ten film, więc po co dalej oglądać? Wyłączam telewizor.
Czy robią tak inni, nie wiem, ale przełączanie na inny kanał jest powszechne,
podobnie jak wychodzenie w tym czasie do toalety czy do kuchni. W wieczornym
programie dłużyzny reklamowe wykorzystuję często na umycie głowy. Czasu w sam
raz, żeby nie tylko umyć, ale nawet koloryzujący szampon nałożyć, a na
następnej reklamie spokojnie i dokładnie spłukać farbę.
Wystarczy poczytać komentarze internautów czy porozmawiać z ludźmi, a sondaże
to potwierdzają, że nikt nie lubi głośnych reklam i albo się ścisza, albo
przełącza na inny kanał. Niestety, czasami to nie wystarcza, bo nadawcy jakby
się umawiali i reklamy są emitowane w tym samym czasie. Jedyne wyjście,
wyłączyć telewizor. Mimo to reklamy wciąż są za głośne i za długie, a często
nudne, głupie i obraźliwe.
Znawcy tematu twierdzą, że siła reklamy działa na człowieka nawet wtedy, gdy jest on
przekonany o swojej na nią odporności. Podświadomość zapamiętuje dźwięki,
kolory, markę i w chwili ujrzenia produktu w sklepie nie wiesz nawet, że
kupujesz, bo pamiętasz. Większość szczyci się tym, że wybiera produkty
racjonalnie, kierując się innymi kryteriami, rozsądkiem, rzeczywistymi
potrzebami, etykietą, opinią sprawdzonych i zaufanych osób. Autorzy reklam się
tymi przekonaniami nie przejmują, bo wiedzą, że są złudne. Ba, podobno nawet
nie jest konieczne, aby widz wiedział, CO jest reklamowane, a i tak reklama
zadziała. Nie ma powodu, by odrzucać wyniki badań, które potwierdzają te
opinie tylko dlatego, że psują nasze samopoczucie, nasze myślenie o sobie jako
istotach rozumnych.
Ja się przyznaję, że co prawda nie jestem blondynką, ale jestem idiotką. Nie
potrafię wskazać, co kupiłam pod wpływem reklam, za to potrafię wymienić
CZEGO NIE KUPIŁAM. Odkąd pojawiła się bazująca na obrazie przemocy reklama
frugo, nigdy już nie kupiłam ani tego napoju, ani innego tej firmy. Odkąd pan
Chajzer zaczął zaczął podrzucać do domów polskich gospodyń wizir, przestałam
kupować ten proszek. Telewizyjni dentyści w białych fartuchach skutecznie
zniechęcili mnie do kupowania sensodyne, colgate, colodentu i paru innych
wybielaczy do zębów. Nie założyłam i nie założę konta ani nie polecę po
kredyt w ING Banku Śląskim czy Getin Banku, ponieważ to nie są najlepsze role w
karierze zawodowej Marka Kondrata i Piotra Fronczewskiego. Wymieniać dalej?
Tak, przyznaję się, robię zakupy pod wielkim wpływem reklam, w moim przypadku są one bardzo skuteczne: skutecznie mnie zniechęcają. Wzięłam na serio reklamę Media Markt nie dla idiotów i świadomie omijam go z daleka. Kompletna ze mnie idiotka, czyż nie?
Ps. tekst napisany w 2010 roku.
sobota, 12 sierpnia 2023
wiejskie kundle
wiejskie kundle towarzysze świtów
odprowadzają przybyszów przez wszystkie opłotki
od bramy do bramy od furtki do furtki
przekazują sobie wiadomości o nocnych przygodach
radosnym szczekaniem opowiadają anegdoty
o tym jak dwunożny amator piwa
prowadził rower do tyłu nie mogąc trafić do domu
a inny bywalec gwarnej knajpy wzywał pomoc
zaplątawszy nogi w zbyt długi sznurek wystający z kieszeni
pocieszni oni wszyscy właściciele piesków
co z porannego starcia z bezwładnym ciałem wychodzą zwycięsko
wiejskie kundle z iskrą rozbawienia w oczach
towarzyszą nagłym eskapadom do sklepu
sześć razy dziennie pokonując tę samą trasę
po drodze korzystają z okazji do poplotkowania
z kumplami którzy zostawili krótkie hasła
przy kępach trawy słupkach i starych bramach
byłem tu będę za godzinę moi już się obudzili
spotkamy się jeszcze zrobimy wypad na pola
poczekajcie aż odprowadzę mojego pana
wiejskie mieszańce mają swoje tajemnice
defilują przed domami sprawdzając miękkość trawy
czasami znikają zapodziane w chaszczach po ogony
wydeptują tajemne ścieżki między pokrzywami
zawierają przyjaźnie sojusze i pakty obronne
ostrożnie obwąchują rasowych czempionów na smyczach
współczują im wyczesanej sierści i nudnej rutyny
w oczach pod krzaczastymi brwiami kundel ma nadzieję
uratować swoją wolność i prawo do włóczęgostwa
wtorek, 2 maja 2023
Majówkowe kompozycje
Gdzie się jeszcze odprawia nabożeństwa majowe przy kapliczkach? I kto śpiewa chorałową kompozycję do słów litanii loretańskiej, czyli Litanii do Najświętszej Marii Panny? Jeszcze są takie miejsca, choć coraz ich mniej, a samo nabożeństwo przeniosło się do kościołów. W czasach mojego dzieciństwa "majówka" oznaczała właśnie nabożeństwo majowe śpiewane gdzieś przy kapliczce we wsi. Nie zaś żaden długi majowy weekend i podobne nowomodne zanglicyzowane znaczenie. Majówka nie była więc jedna, ale odprawiało się majówki - codziennie przez cały miesiąc. I nie poszukiwało się żadnych ofert last minute na turystyczny wyjazd. Szło się piechotą.
Ale tak serio... Do chorału litanii można spokojnie się dołączyć i śpiewać. Znałam jednego kapłana, który potrafił ją zaśpiewać w czterech głosach. Gdy śpiewał, wolałam słuchać, niż samej się do śpiewu włączyć. Z kościelnymi śpiewami bywa tak, że co parafia, to inna melodia. Ludzie sobie dopasowują nie zważając na zapis nutowy. Od czasu powstania litanii było wielu kompozytorów, którzy komponowali do niej swoja własną oryginalną muzykę. Jednym z nich był pochodzący z Czech jezuita Joannaes Possival (Jan Pošíval, 1664 - 1729), przez wiele lat związany z Nysą, Kłodzkiem i Opolem, gdzie zmarł. Niestety, nie udało mi się znaleźć dostępnych nagrań jego kompozycji.
Z bardziej znanych kompozytorów tworzących muzykę do litanii loretańskiej można wymieniać od renesansu począwszy po współczesność. Orlando di Lasso (1530 - 1594) opracował Litanię czterogłosową, Giovanni Pierluigi da Palestrina (1525 - 1594) był jeszcze lepszy, gdyż jego kompozycja jest ośmiogłosowa. W porównaniu z dostojnymi kompozycjami dwóch poprzednich Jan Dismas Zelenka (1679 - 1745) skomponował istne wariacje kantatowe na głosy solowe, chór i orkiestrę. Poszczególne fragmenty wezwań litanijnych rozbudowane zostały do całych arii z powtórzeniami da capo na solowe głosy. Do kompozytorów mających w dorobku litanią loretańską należy także Mozart, którego kompozycję bez trudu można znaleźć na YouTube.
Dlatego tutaj zaprezentuję coś zgoła mniej znanego i listę zamknie Ignaz Reimann (1820 - 1885), którego z pierwszym wymienionym Possivalem łączy Śląsk. Urodził się w Wambierzycach na Dolnym Śląsku. Po ukończeniu studiów większą część życia spędził w Krosnowicach, gdzie był organistą, kierownikiem chóru i nauczycielem. Skomponował ok. 800. utworów, w tym 125 mszy, 88 pieśni żałobnych, 7 kantat, 37 litanii. Napisał podręcznik "Nauka harmonii". Swoje kompozycje religijne układał z zamierzeniem przeznaczenia do śpiewu, jego celem było położenie pomostu między dawną muzyką kościelną a nowoczesną popularyzacją. Twórczość Reimanna staje się coraz bardziej znana dzięki organizowanemu od 2002 roku Międzynarodowemu Festiwalowi Muzycznemu jego imienia.
A więc zapraszam na majówki z Reimannem:
czwartek, 24 lutego 2022
Taki wiersz na dzisiaj
Elegia niczyja
Nie krzycz. Nie wołaj. Zaśnij.
Nie módl się nadaremno.
Nie płacz. Nad twoim miastem,
nad miastem ciemność.
Kto ocaleje, kto zginie
wie może mgła poranna.
Kogo dościgną Erynie
- a kogo hańba.
Nie módl się, nie zaklinaj,
nie krzycz przez sen: Napadną.
Za późno. Bije godzina.
Już są, Kasandro.
Już weszli, Kasandro, nie płacz,
nie płacz nawet nade mną.
Nad miastem łuna i rozpacz,
nad nami ciemność.
Ryszard Krynicki
czwartek, 17 lutego 2022
Rzeki, których nie ma
Przeglądając ciekawe propozycje kulturalne, natrafiłam na zachęcający tytuł "Niech płyną! Inne rzeki Warszawy" na tle stylizowanych niebieskich fal dużego plakatu. Inne, czyli nie Wisła, a więc jakie? Nie znam żadnych. Jest okazja, żeby się dowiedzieć. Muzeum Woli przygotowało wystawę pod wspomnianym tytułem na temat nieistniejących już dzisiaj rzeczek niegdyś przepływających przez tereny dzisiejszej stolicy. Na podstawie dawnych map, planów, zapisków, grafik odtworzona została sieć hydrograficzna terenów, na których powstawała i rozrastała się Warszawa. Niektóre nazwy rzek przetrwały w nazewnictwie lokalnym, inne zostały odtworzone na podstawie dokumentów. Drna, Bełcząca, Brodnia, Dunaj, Jordan, Żurawka...
Dawne mapy, ryciny nie są łatwe do odczytania. Samo ich oglądanie bez znajomości kontekstu historycznego nie byłoby łatwe. Autorzy projektu wzbogacili więc wystawę o wydarzenia towarzyszące, jak oprowadzanie kuratorskie czy wykłady znawców tematu. Poświęciłam więc dzisiejszy wieczór na wysłuchanie wykładu dr. Jarosława Ościłowskiego, archeologa i historyka szczególnie zajmującego się dziejami Mazowsza oraz czasami średniowiecza, pracownika Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. Tematem wykładu była rekonstrukcja przebiegu dawnych rzek Warszawy. Liczyłam na objaśnienia i pokazanie na mapie jakie to były rzeki i którędy płynęły. Nie zawiodłam się.
Z dawnych rzeczek i potoków warszawskich do dzisiaj pozostały tylko: Potok Służewiecki, Potok Bielański, Wilanówka i Rudawka. Tymczasem było ich o wiele więcej, a i sama Wisła tworzyła liczniejsze meandry, odnogi i tereny zalewowe, które stopniowo regulowane i osuszane stawały się miejscem zabudowy i zasiedlenia. Przede wszystkim samych wysepek na Wiśle było znacznie więcej niż dzisiaj. Stopniowo zaś na skutek zmian koryta rzeki i osuszania stawały się częścią stałego lądu. Przykładem może być Saska Kępa, która niegdyś była wyspą.
Omawiając kolejno różne mapy, dr Ościłowski pokazywał, którędy mogły przepływać najdawniejsze rzeczki. Na przykład Kamionka otaczała mury miejskie gdzieś w XVI w., a dzisiejszą trasą W-Z, pomiędzy Pałacem pod Blachą a Mariensztatem płynął Strumień Świętojański. W innych przekazach pojawiają się nazwy Wąski Dunaj i Szeroki Dunaj. Dr Ościłowski po przeanalizowaniu różnych map i grafik doszedł do wniosku, że to był jeden ciek, jedna rzeczka, której bieg zrekonstruował. Rzeczka miała wiele meandrów, toteż nieco ją wyprostowano, żeby płynęła wzdłuż murów jako fosa miejska.
Spodobała mi się dźwiękonaśladowcza nazwa kolejnej omawianej rzeczki: Bełczącej. Na mapce z 1733 r. widać, jak płynęła tam, gdzie dzisiaj mniej więcej znajduje się Marszałkowska, Nalewki i dalej. Być może zaczynała się na Służewcu i szukała dróg odpływu, a po pewnym czasie ten początkowy odcinek zanikł, stąd nie ma go na mapie, a rzeczka skróciła się o pięć kilometrów i jej początek zaznaczono w miejscu, gdzie znajduje się Gruba Kaśka, gdzie dawniej pobierano wodę. Istnieją domniemania, że mogła służyć jako fosa Nowego Miasta, które nie miało murów obronnych. O nurt Bełczącej oparł nowe fortyfikacje Zygmunt III Waza. Okazuje się, że pojawiająca się w innych dokumentach nazwa Nalewka odnosi się do tej samej rzeki - dotyczy odcinka, skąd nalewano wodę. Ujście Bełczącej znajdowało się na granicy Starówki i Żoliborza.
Z kolei rzeka Żurawka nie istnieje na żadnej mapie. Jej domniemany przebieg to wynik rekonstrukcji środowiska naturalnego i badań nad ukształtowaniem terenu. Płynęła równolegle do Alei Jerozolimskich, prawdopodobnie wąwozem w okolicy dzisiejszego Placu Trzech Krzyży. Nazwę "Żurawka" nadał jej Ościłowski przez analogię do ulicy Żurawiej.
Natomiast sporo można zaobserwować na temat rzeki Drny, chociaż wokół niej jest też kilka kwestii dyskusyjnych. W zapiskach pojawia się koło XV w. Jej źródła wskazywano na okolice dzisiejszego Dworca Zachodniego, gdzie znajdowało się małe jeziorko zaznaczone na wielu mapach. Płynęła w kierunku północnym i uchodziła do Wisły za Cytadelą. Wspomniane wyżej początkowe jeziorko powstało na terenach bagiennych, mocno podmokłych, zasilających rzeczkę. W 1771 r. Lubomirski buduje kolejne wały wokół Warszawy i Drna staje się fosą otaczającą miasto od tej strony. Co ciekawe, na mapie z 1794 r. widać Drnę ze źródłami pod Szczęśliwicami, czyli znacznie dalej niż owe jeziorko. Mało tego, przesunięte źródło, a właściwie kolejny spory teren bagienny dostarczał wodę do dwóch rzeczek: Drny i płynącej w zupełnie przeciwnym kierunku, a wiec na południe Sadurki. Sadurka jest o tyle istotna, że prześledzenie jej koryta wskazuje, że to ona stała się potem Potokiem Służewieckim. Potok długo nie miał nazwy, bo jego górny bieg był Sadurką. Kiedy zniknęła Sadurka i nastąpiła zamiana nazwy, nie bardzo wiadomo. Ciekawostką jest fakt, że za pomocą kanałów poprowadzono wodę z Potoku Służewieckiego do otoczenia rezydencji w Wilanowie.
Kolejna rzeczka omówiona przez badacza to Polkówka płynąca między Marymontem a Starym Żoliborzem. Była to mała rzeczka, częściowo pokrywająca się z dzisiejszą ulicą Bohomolca. Dalej zaś na północ płynęła Rudawka, nazywana też Czerwonką. Obie nazwy pochodzą od czerwonego koloru jej wody zabarwionej z powodu wydobywania rudy darniowej. Rudawka była nawet spora, miała liczne szersze, bardziej w formie stawów i jeziorek miejsca. Przecinała, jak i obecnie teren Żoliborza, lecz dzisiaj to zaledwie potoczek, gdy tymczasem w przeszłości była to rzeka o dość głębokim korycie. Osiedle Ruda na Marymoncie pochodzi od nazwy rzeki.
Omówione wyżej rzeki znajdowały się w lewobrzeżnej części miasta, z obszaru prawobrzeżnego badacz wspomniał o Skurczy zwanej też Skurzec. Jedna nazwa - Skurcza - w rodzaju żeńskim, a druga - Skurzec - męskim, ale to była ta sama rzeka, tylko w górnym i dolnym odcinku. Płynęła równolegle do Wisły, wpadając gdzieś bardziej na północy, natomiast u źródła stała karczma Skórzak i właściwie nie wiadomo znowu, co było pierwsze: nazwa rzeki czy karczmy. Inne dwie rzeki po prawej stronie to Długa i Brodnia. Obie tworzyły właściwie jedno wspólne bagienne rozlewisko, ale - tu ciekawostka - wpadały do Narwi, nie należały wiec bezpośrednio do dorzecza Wisły. Podobnie zresztą jak Raszynka i Lipkowska Woda, które po części lewej należały do dorzecza Bzury.
Dr Ościłowski obok głównego tematu rzek wtrącał do wykładu mnóstwo dodatkowych informacji, a to z genealogii nazewnictwa (Bielany do białych szat kamedułów, Żoliborz od francuskiego określenia Piękny Brzeg itp) , a to rozwoju fortyfikacji i urbanistyki czy ukształtowania terenu. Nie sposób wszystkiego zapamiętać, nie nadążałam notować. Na przykład Potok Bielański płynie częściowo wąwozem nazywanym Wąwozem Kiełbasa, a obok była też karczma o nazwie Kiełbasa. Można się zastanawiać, co było pierwsze: nazwa wąwozu czy karczmy. Badacz uważa, że najpierw była karczma a od niej nazwano wąwóz. Z kolei rzeka Brodnia dała nazwę dzielnicy Bródno. Podobnie dwie ulice Wąski i Szeroki Dunaj pochodzą od rzeki Dunaj nazywanej w górnym odcinku Wąskim, a w dolnym Szerokim. Niemniej badacz nie zgadza się z teorią, że ulica Szeroki Dunaj pokrywa się z korytem dawnej rzeki czy jej źródłem.
Rozwikłanie pozostałych niuansów nazewniczych czy topograficznych i hydrograficznych pozostawię większym pasjonatom historii bądź warszawiakom. Mnie i tak ta wiedza z wykładu już ogromnie wzbogaciła.
niedziela, 19 września 2021
Co się da wyczytać...
... z takich informacji, jak imiona psów. Jeden pies - Proton, wiadomo, naukowy; drugi - Byron - bardzo literacki. Albo wnętrze domu, w którym w przepastnej bibliotece piętrzyły się sterty książek; sterty - dodajmy - wysokości człowieka. Istny labirynt. Nie mogło być inaczej, gdy się nauczyło czytać w wieku czterech lat. Krąg przyjaciół miał dobrany, lecz ograniczony. Czas to największy skarb, nie warto go marnować na jałowe kontakty, z których nic nie wynika. Ale listy pisał wspaniałe. Długie i wyczerpujące. Niemal rozprawy naukowe lub opowiadania. Kto dziś tak potrafi?
Był pesymistą. Jak to się ma do faktu, że był na bieżąco z całą światową prasą naukową? Czy śledzenie rozwoju nauki nie powinno raczej prowadzić do bardziej optymistycznej postawy? A jednak nie, bardziej napawa smutkiem. Pewne rzeczy się powtarzają, powtarzają się błędy ludzkości mimo rozwoju technologii. Na temat odkryć naukowych trudno go było przegadać. Wiedział wszystko. Dlatego mówić mógł długo i bez przerw. Tych kilka książek, które w tytule mają rzekomo rozmowę, w zasadzie są zapisem wielu monologów. Stanisław Bereś we wspomnieniach mówi, że niektóre pytania dopisywał dopiero później, rozdzielając te długie monologi na krótsze odcinki.
Tak czy inaczej umysł miał wybitny. I rozmowy z nim na pewno łatwe nie były. To jak zderzenie prostej komórki pamięci z bombą megabitową. No i dlatego "Bombę megabitową" czyta się świetnie.
13 września minęła setna rocznica urodzin Stanisława Lema
wtorek, 1 stycznia 2019
Rok Stanisława Moniuszki
Podróż geograficzna zawiedzie na wyspę kresową. Ubiel, czyli miejsce urodzin kompozytora. Odkrywając Moniuszkę jeszcze raz udać się można w kierunku olbrzymiego geograficznego i kulturowego mitu: mitu Kresów, mitu Ziemi Obiecanej i Utraconego Raju. Dzisiaj Ubiel leży w samym środku Białorusi, a właściwie wcale nie leży, gdyż nie istnieje. W miejscu dwnego dworku Moniuszków staraniem Mariana Fuksa ustawiono obelisk z napisem informujacym, że tutaj urodził się wielki polski kompozytor.
Podróż językowa może zaprowadzić w zagadnienia toponomastyki, słowotwóstwa i fleksji. Sama nazwa "ubiel" przyprawia o ból głowy. Morfologicznie rzecz biorąc jest to czasownik - ubielić coś; ubiel - druga osoba liczby pojedynczej trybu rozkazującego. Trochę archaicznie brzmi, ale w nazwach miejscowości zachowało się wiele archaicznych form. No więc od ubielania, nie wiadomo, co, ale coś się tam bieliło ;-) I teraz zagwozdka: czy Ubiel jako miejscowość to rodzaj żeński czy męski? Ta Ubiel czy ten Ubiel? Najlbliższe skojarzenie to Przemyśl, a ten ma rodzaj męski. Więc Ubiel to TEN Ubiel. Można więc powiedzieć, że Stanisław Moniuszko urodził się w Ubielu (tak jak wiemy, że Ignacy Krasicki wizytował jako biskup klasztory w Przemyślu, skąd zapewne czerpał wiele inspiracji do swojej "Monachomachii"). (Cały czas mam jednak przekonanie, że Ubiel to jest ona ;-) Podobnie jak "pościel". Podobieństwo do Przemyśla jest tylko powierzchowne, fonetyczne. Przemyśl przecież nie powstał od myślenia, tylko od imienia Przemysł, to nazwa dzierżawcza.)
Podróż poetycka to oczywiście cały "Śpiewnik domowy" - dwanaście tomów Moniuszkowskich pieśni do wierszy polskich poetów: Mickiewicza, Syrokomli, Lenartowicza, Czeczota, Chodźki, a nawet do bajki Józefa Ingacego Kraszewskiego "Dziad i baba". Są więc utwory znane i mniej znane. Całkiem osobne dzieło kantatowe "Widma" do "Dziadów cz. II" Adama Mickiewicza czy podobnie skomponowane "Sonety krymskie". Przegląd poetyckiej twórczości XIX wieku, poetyckiej romantycznej wrażliwości, nie tylko polskiej zresztą. To również ciekawa mapa do odkrywania.
Podróż muzyczna w okolice tańców, pieśni, kantat, operetkowych szlagierów, operowych arii, mszy i utworów instrumentalnych rozumie się sama przez się. Można by sobie zaplanować kalendarz na cały 2019 rok - raz na dwa tygodnie nowy utwór Moniuszki do wysłuchania :-) O ile znajdziemy wykonawców! A z tym bywa różnie, bo Moniuszko funkcjonuje na scenie muzycznej w bardzo okrojonej wersji. Utworów instrumentalnych właściwie się nie spotyka. A w ramach podróży muzycznej można przespacerować się drogą pięknych głosów. Zawsze powtarzam, że dopóki Piotr Beczała nie zaśpiewał mi Moniuszki, nie miałam pojęcia, że tego tak dobrze się słucha. Jest wielu wspaniałych śpiewaków, ale jeśli podróż ma być odkrywcza, to chciałabym posłuchać na żywo jak śpiewa Moniuszkę wspaniały basbaryton Tomasz Konieczny. Śpiewał, owszem, ale mnie tam nie było. No więc teraz z okazji Roku Moniuszkowskiego będę śledzić rozwijającą się karierę Koniecznego, który ma już tyle sukcesów międzynarodowych, z ubiegłorocznym debiutem w Bayreuth na czele. że tylko na tego Moniuszkę będę polować.
A w ogóle to z okazji Roku Moniuszkowskiego nawet o historii zegara można sobie poczytać. Czyli podróż drogą wynalazku, który stał się zmorą naszych czasów. No bo czy ktoś nie zna arii o starym zepsutym zegarze, który straszy?
No i cóż? Nie jestem pewna czy całego roku wystarczy na odbycie tych wszystkich podróży. Znowu trzeba będzie się rozdwajać, potrajać, multiplikować. Ale dla tego głosu warto. Uwielbiam słuchać nie tylko, kiedy śpiewa, ale i kiedy mówi. Głos rozpoznawalny.
piątek, 23 listopada 2018
Tam, gdzie kończy się droga
Cytaty kursywą z "Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuka
niedziela, 11 lutego 2018
Serca z adamantu
Tłumaczy się też jako "niewzruszony", "nieugięty" - oba określenia w rodzinie słów wokół adamantusa krążą. W języku biblijnym adamant to termin dosyć niewyraźny, używany do opisania każdego bardzo twardego kamienia. W tłumaczeniach oddawany np. jako krzemień, a współcześnie już z użyciem słowa diament: "...dałem ci czoło jak diament, twardszy od krzemienia." (Ez 3,9); "Serca ich stały się twarde jak diament.." (Za 7, 12)
Craugastor adamastus to gatunek nie wiadomo czego (?) odkryty w Gwatemali w 1994 r., dosyć endemiczny, zaliczany do Klasy gadów, ale jakby ryba (?), w siedlisku akwenów słodkowodnych. Wikipedia twierdzi, że to żaba, którą z twardością choćby skorupy trudno kojarzyć.
wtorek, 14 października 2014
Żemajtis, czyli tam, gdzie Mickiewicz "tępe żmujdzkie łby" uczył
Kowno (Kaunas), położone 100 km od Wilna, pierwotnie było tylko zamkiem na granicy między Litwą a panującymi na Żmudzi Krzyżakami. Dopiero w 1408 położona w pobliżu osada otrzymała prawa miejskie magdeburskie. Żmudź zawsze uważana była za krainę gorszą, "niższą" (Ziemajczis) od położonej w górnym biegu Niemna Litwy. Ziemie te, zamek i osadę położone u zbiegu Niemna i Wilii książę Witold pod koniec XIV wieku wspaniałomyślnie podarował Krzyżakom, a nawet wysłał swoich Litwinów, by pomagali Zakonowi Żmudzinów ujarzmić i podbić. Proces ten przerwała krzyżacka klęska pod Grunwaldem.
W momencie przybycia Mickiewicza do Kowna miasto liczyło 2400 mieszkańców oraz 600 w tzw. Słobodzie Żydowskiej. Szkoła, do której został skierowany młody poeta, założona przez jezuitów, po kasacie zakonu pozostawała pod zarządem Uniwersytetu Wileńskiego. Liczyła ok. 100 uczniów. Nadal jednak mieściła się w budynku dawnego Collegium Jezuickiego przylegającego do pojezuickiego kościoła, wówczas jeszcze zdewastowanego po tym, jak w 1812 roku urządzono w nim szpital wojskowy. Mickiewicz zamieszkał na pierwszym piętrze w jednej izbie z przedpokojem. Okno jego mieszkania wychodziło na wąską uliczkę i znajdowało się dokładnie naprzeciwko okna doktorowej Karoliny Kowalskiej, z którą już rychło połączył go ognisty romans o mało co zakończony pojedynkiem, kiedy podczas jednego z licznych wieczorów spędzanych u doktorostwa doszło do bójki. Romantyczny kochanek został wyzwany na pojedynek podwójny: przez doktora Kowalskiego za obrazę domu, a przez drugiego amanta pięknej doktorowej, szambelana Nartowskiego za pobicie.
Do pojedynku nie doszło. Karolina Kowalska była nie tylko piękną kobietą, nazywaną Kowieńską Wenerą, ale i mądrą. Ostatecznie była przecież pięć lat starsza od narwanego Adama. W wyniku jej mediacji doktor Kowalski z Mickiewiczem się pogodzili, a z Nartowskim została ustalona zasada, że gdy jeden z nich przyjdzie do państwa Kowalskich, drugi tego dnia (wieczoru?) się nie pojawi, żeby nie wchodzić sobie w drogę.












