Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówki słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówki słów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2026

Rozmyślania o poranku

       Nie żyje. Dlaczego nie żyje? Bo umarł. Dlaczego umarł? A któż to może wiedzieć! Może znudziło mu się żyć. Może był chory. Chory na świat i wszystko. Nie, nie można być chorym na wszystko. Niektórzy mówią, że boli ich dusza. Może i jego bolała. Więc zachorował na duszę albo na świat. Taka nowa jednostka chorobowa. Umarł, bo chorował, albo umarł, bo chciał. Znudziło mu się żyć. Znudziło mu się w ogóle wszystko. W sumie, tak patrząc z dystansem, życie jest nudne. Coś tam się dzieje, człowiek rzuca się tu i tam, próbuje tysiąca rzeczy, chce nie wiadomo czego, coś tam czasami się uda zrobić, osiągnąć, a wszystko przemija i dalej jest jałowo. Nudne to. Ileż można robić w kółko to samo? Wstawać, ubierać się, marnować czas na żarcie i wydalanie, sprzątać, rozmawiać... Najpierw uczyć się ileś lat, żeby potem pracować przez dziesiątki lat, a potem na emeryturze szukać sobie zajęcia, żeby się nie nudzić. I tak aż do końca. Nudne to. Myślę, że większość wynalazków powstała z nudów. W takich chwilach, gdy ktoś szukał sposobu na zajęcie się czymś, żeby nie umrzeć z nudów. To byłoby głupie: umrzeć z nudów. Co innego umrzeć na świat. To najlepsze wyjście, bardziej eleganckie. I takie arystokratyczne: UMRZEĆ NA ŚWIAT. Jak już trzeba, to przynajmniej niech to brzmi zamaszyście. Właściwie to znaczy wypiąć się na świat. Ha, ha, ha!  Swoją drogą, jak ktoś uważa, że go boli dusza, to przynajmniej czuje, że ją ma. To ciekawe, dusza nie ma ciężaru, ale gdy dusza boli, to nagle staje się ciężka i nie chce się wstać z łóżka, nogi ciężkie, wszystko ciężkie, jakby nabrało wagi wieloryba. Nic tak nie zmienia ciężaru życia jak ból. Wtedy wiele rzeczy i wiele spraw nabiera wagi. Albo traci na wadze. Wagi nabierają codzienne zwykłe czynności a na wadze tracą przerośnięte ambicje, aspiracje, zabieganie. O, właśnie! Nie tylko czas jest względny, jak udowadniał Einstein. Ciężar też jest względny, choć ciągle działa ta sama grawitacja. Ale nawet grawitacja nie pomoże utrzymać się w pionie, gdy ktoś chce się położyć na dobre. Tak do spodu, wypróbowując szorstkość podłoża. Ciekawe doświadczenie, którym z nikim się nie podzieli. Zresztą, po co? W ciągu życia zbiera się tyle doświadczeń, tyle wrażeń, a i tak nic z tego nie zostaje. Jeśli życie płynie jak rzeka, to człowiek jest jak sito, przez które ta woda się przelewa. Niczego nie potrafi zatrzymać. Więc może tylko śmierć jest naprawdę nasza własna i wreszcie trzymamy coś w garści.  

piątek, 29 maja 2026

Kontakty pozorowane

       Przeczytałam kiedyś anegdotę o Sokratesie (być może to było u Diogenesa Laertiosa, ale nie jestem pewna), że gdy ktoś go zatrzymał na ulicy, chcąc pilnie coś opowiedzieć, filozof zadał trzy pytania:

- Czy od tego, co chcesz powiedzieć, zależy czyjeś życie?

- Czy to, co chcesz mi powiedzieć, posłuży do mojego lub twojego rozwoju?

- Czy wiedza o tym, co chcesz powiedzieć, jest niezbędna do życia? 

Na wszystkie pytania rozmówca Sokratesa odpowiedział "Nie". 

- Więc mnie nie zatrzymuj i nic mi nie mów - odparł Sokrates. 

       Gdyby tak zastosować tę metodę do tego, co czytamy. Do tego mnóstwa książek, które nie zasługują na poświęcany im  czas. Tak samo potrzebna by była selekcja tego, co czytamy w Internecie. Tego, co oglądamy i słuchamy: w telewizji, radiu. 

       Gdyby tak zastosować tę metodę w codziennych kontaktach. Ileż czasu zaoszczędzilibyśmy na codziennych rozmowach o niczym. Nie rozumiem, jak można godzinami gadać przez telefon i wałkować w kółko te same tematy. Tak samo nużą mnie długie posiadówki przy stole, tematy kończą mi się po pół godzinie i dalej to już tylko znużenie, zwłaszcza, że niektórzy mają stały repertuar wątków. W rozmowach powtarzają się wciąż te same treści. Nic nowego, żadnego rozwoju, pogłębienia.

        Kierat - to właściwe słowo na określenie zachowania kogoś, kto kręci się w kółko. Także w sensie mentalnym. Pozornie rozważa, rozmyśla, dyskutuje, a w rzeczywistości błądzi po kole, zapętla się w sobie, powtarza schematy, wytrychy, stereotypizuje rzeczywistość. 

       Umiejętność ostrej selekcji bodźców do pewnego stopnia mamy wrodzoną, to specyfika działania mózgu. Lecz cywilizacja znacznie przerosła pierwotne naturalne możliwości organizmu i trzeba się uciec do narzędzi bardziej skutecznych. Przydałby się brzytwa Ockhama nie tylko w wyjaśnianiu zjawisk, ale i eliminowaniu w naszym życiu tego, co niczemu nie służy. 

       Może być naprawdę ostro, gdyby zechcieć zastosować tak dosłownie. Całe fury książek bezużytecznych na przemiał, całe pliki nijakich filmów do wymazania, terabajty pamięci o bzdurach do skasowania. Dziesiątki tysięcy pseudodziennikarzy na bruk, wszystkich tak zwanych influencerów do pracy, a polityków... w kosmos. 

       No a w codziennym życiu kilka znajomości by się skończyło, kilka kontaktów urwało, kilka numerów telefonów skasowało.  Ale przecież każdemu zależy na tym, żeby życie było prawdziwe, a nie złożone z pozornych aktywności okraszonych płytkosłowiem, czyż nie? 

czwartek, 12 lutego 2026

Do Pączka

       Tłusty Czwartek pobudza apetyt. I to na wielu polach, także artystycznych. Zwykła konsumpcja bywa ogromna, bowiem jak donosił "Express Lubelski i Wołyński" z lutego 1926 roku, Warszawiacy w tamtym tłustym czwartku zjedli półtora miliona pączków, co zostało starannie, aczkolwiek w zaokrągleniu wyliczone. Jednym słowem, pączkowy czwartek istotnie wpływa na poprawę finansów handlu cukierniczego. 


Tłusty Czwartek rozpala wyobraźnię, czego przykładem zabawna akwarela z pączkami w tanecznych karnawałowych popisach.


Józef Louis-Wawel: Pączki tańcujące, akwarela, 1843 r.

     Tu dygresja. Józef Louis (1832 -1898)  był przede wszystkim wybitnym prawnikiem, a zamiłowania badaczem historii, zwłaszcza Krakowa. Jego pasja historyczna i publikacje odkrywające dawne dzieje sprawiła, że nadano mu przydomek "Wawel".  Pisał także książki popularne anonimowo lub pod pseudonimem. Nie znalazłam nigdzie informacji, jakoby zajmował się też malarstwem. Nie wiem, dlaczego rysunek został podpisany jako jego autorstwa, bo z datowania wynika, że namalowałby go mając zaledwie 11 lat! Sugeruje to, że chyba nastąpiła jakaś pomyłka. Trudno dociec, dlaczego nazwisko Louis-Wawel widnieje w zasobach cyfrowych Biblioteki Jagiellońskiej udostepniającej rysunek w domenie publicznej. 
       Wracając zaś do tematu pączkowego, przejdę do muzyki. Słodki wypiek doczekał się swojej pieśni. W Czwartym śpiewniku domowym Stanisława Moniuszki znajduje się pieśń Do pączka ze słowami Szymona Konopackiego.  Poniżej pierwsza część utworu.


Stanisław Moniuszko, Czwarty śpiewnik domowy, Do pączka, 1855 r. 

      Szymon Ewaryst Konopacki (1790 - 1884)  - poeta, pisarz, tłumacz, tłumaczył m.in. Byrona. Poza twórczością poetycką napisał też pamiętniki. Nie znałam wcześniej tego autora i zamierzam jego pamiętniki przeczytać. Mogą okazać się ciekawe. Liczę na wiele interesujących obserwacji z życia Polaków na Ukrainie w tamtym czasie. Konopacki bowiem urodził się na krainie, mieszkał też przez pewien czas na Podolu. A tymczasem wiersz Do pączka, w którym okazuje się, że nie chodzi o pączka lukrowanego, tylko pączka kwiatowego. Tak to jest z polszczyzną: jedno słowo ma wiele znaczeń. 

Powoli, pączku, powoli
Rozwijaj swoje ponęty,
Obrazem jest twojej doli
Kwiat przy tobie rozwinięty.

Cóż on zyskał, że się spieszył,
Wydobyć listki z ukrycia?
Nadziej się nie nacieszył
I krótką chwilę ma życia.

I ja niegdyś tak nadobny,
Nieznany sobie i światu, 
Byłem do pączka podobny,
Podobny byłem do kwiatu.

Cóż mi dzisiaj po tym świecie?
Cóż doświadczenie mi nada?
Ot, wzdycham przy tym kwiecie,
Z którego listek spada. 

Niemniej, jeśli pokusić się o głębszą analizę, można wiersz uznać za refleksję o przemijaniu towarzyszącą ostatnim dniom karnawału i rychłego początku Wielkiego Postu. Czyli jesteśmy nadal w atmosferze ostatków. 
      Czas na mnie, wyruszam na poszukiwanie pączków zanim zabraknie. 


środa, 28 stycznia 2026

Polonia 1592

 


       XVI-wieczne wydanie katalogu map Abrahama Orteliusa. Wydanie z 1592 roku, drukowane w Antwerpii. Dzieło zawiera ponad 130 map: kilka ogólnych, takich kontynentalnych i najwięcej poszczególnych krajów Europy, w tym Polski. 

       Poniżej dzisiejsze Pomorze należące wówczas do Branderburgii oraz część Polski środkowej. 

Podkreśliłam na czerwono nazwy geograficzne: Pomerania oraz Poloniae, a także kilka miast i rzek: Szczecin, Stargard, Kalisz, Frombork, Odrę i Wartę.  

         A poniżej Śląsk i też część Polski środkowej. Zaznaczyłam Wartę i Wisłę, Kraków przy samym brzegu z prawej strony, poza tym Wrocław, Głogów i znowu Kalisz.


      No i cała Polonia jak sobie ją wyobrażał szesnastowieczny kartograf. Zaznaczyłam kilka miast: Kraków, Warszawę Konin, Gdańsk, Elbląg, Łowicz, Sandomierz, Sanok, Tarnów. Jest nawet Szczebrzeszyn zapisany jako Sczebresin. Zachęcam do poszukania swoich miejscowości lub okolic. jest nawet kilka miejscowości z moich wiejskich okolic, ale wiem, że to miasteczka dosyć wiekowe, powstały jeszcze pod koniec średniowiecza, więc są uwzględnione. Ciekawa zabawa rozpoznawać łacińskie dawne nazwy współczesnych miejscowości. 







czwartek, 18 grudnia 2025

On wymyślił bioplazmę

        Rzadko pojawiają się autorzy, których książki można brać do czytania w ciemno, jedną po drugiej,  nigdy nie doznając rozczarowania. Z zasady wymagana jest nieufność, ponieważ jedną dobrą książkę może napisać wielu, ale więcej? Raczej niespotykane.  A jeśli nawet, to niezmiernie rzadko. Na mojej liście autorów pewniaków jest zaledwie kilku, z czego dwóch nadal żyje, więc jeszcze mogą zaskoczyć. Jak dotąd spisałam sobie następujących (kolejność alfabetyczna):

Agatha Christie
Umberto Eco
Michał Heller
Orhan Pamuk
Teodor Parnicki 
Włodzimierz Sedlak

      Jak wspomniałam, tylko dwóch autorów nadal tworzy i ich nowe dzieła mogą się pojawić. To Pamuk i Heller. Jestem gotowa przeczytać wszystko, co jeszcze napiszą. Co nie znaczy wcale, że zdołałam przeczytać wszystko, co napisali dotąd. Chodzi tylko o to, że widząc ich nazwisko na okładce, wiem, że warto. I można czytać ich jednocześnie, ponieważ Pamuk to klasyczny powieściopisarz, a Heller to naukowiec, kosmolog. Rozbieżność, która ułatwia czy utrudnia czytanie?  W każdym razie się nie wyklucza i dlatego lubię obu. Pamuk umie budować fabułę, to jeden z ostatnich być może pisarzy, który potrafi tak zajmująco konstruować fabularne wątki i zarazem nie nużyć czytelnika. Heller natomiast mimo profesjonalnego języka potrafi w opisywaniu zjawisk naukowych budować napięcie i zagadkowość niemal jak w powieści sensacyjnej. Kwestię budowania napięcia i punktu kulminacyjnego od Arystotelesa uznaje się za decydującą wartość dobrze skonstruowanej historii. 
       Teodor Parnicki - o ile w ogóle ktoś zechciałby zanurzyć się w jego twórczość - pozornie odcina się od arystotelesowskiej koncepcji, mnożąc wątki, rozwidlając je na węższe strumienie zdarzeń, pozornie gubiąc sens. Pozornie! Jeśli przyjrzeć się dokładniej, widać podobieństwa do słynnej aforystycznej charakterystyki filmów Hitchcocka: rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie stale rośnie. Rzecz w tym, że trzeba przebrnąć przez zawiłości języka, często stylizowanego na epokę, w której rozgrywają się wydarzenia, a rozgrywają się w dawnych wiekach, od pierwszych stuleci naszej ery po wieki XVII, XVIII, XIX. Składnia budowana na wzór konstrukcji łacińskich to prawdziwy smaczek jego wielu powieści. Podobnie Umberto Eco potrafił nadać narracji, choćby w Imieniu róży, wrażenie średniowiecznej patyny. I chociaż nie wszystkie jego powieści jednakowo zachwycają, nigdy nie znudzą mi się jego felietony i mediewistyczne książki naukowe. Tak zajmująco o średniowieczu potrafił pisać chyba tylko Huizinga
        Zupełnie przypadkowo moją listę otwiera Agatha Christie, królowa kryminału. Po prostu ma nazwisko na "C". Jednak kwestia logicznego dociekania przyczyn zbrodni chyba nie różni się tak bardzo od  procesu dociekania przyczyn powstania i funkcjonowania kosmosu, pojawienia się życia na Ziemi, odczytywania sensu istnienia. Tu i tu potrzebny jest dociekliwy umysł. Dlatego nie wyróżniam jednej powieści Christie, lecz biorę pod uwagę całość jako klasyczny zbiór wszystkich śledztw, a obok Włodzimierz Sedlak i jego dociekliwość w odczytywaniu kodu życia. To on wymyślił bioplazmę jako nośnik życia we wszystkich żywych organizmach.
       Trudno jednoznacznie określić, kim był Włodzimierz Sedlak (1911 - 1993: badaczem czy rewolucjonistą nauki, teologiem czy filozofem, księdzem czy mistykiem, bioelektronikiem czy poetą.  Zapewne każdym po trochu, aczkolwiek od wielu określeń zdecydowanie się odżegnywał. Nie cenił na przykład filozofii, filozofów nazywał gadaczami pospolitymi, a o człowieku w ogólności potrafił powiedzieć: "atawistyczne wtórne bydlę". Swoje kapłańskie powołanie traktował poważnie i do spowiedników roztrząsających ludzkie grzechy potrafił się zwrócić ostrymi słowami: "Idioto! Ty nie jesteś od ważenia ludzkich przewinień, błędów, wad. Nie posiadasz zresztą odpowiedniej wagi ani odważników. Ty jesteś specjalistą od Bożego miłosierdzia! A grzechy są poza twoimi kompetencjami. Za mały jesteś, aby je klasyfikować!"
        Wykształcenie miał wszechstronne. Magisterium z antropologii i pedagogiki, doktorat z biologii i pedagogiki, habilitacja z biologii teoretycznej. A potem, a właściwie po drodze, wymyślił własną dziedzinę wiedzy: bioelektronikę, w której połączył paleontologię, biologię, archeologię, geologię, biochemię, fizykę kwantową, matematykę, onkologię w jedną bioelektroniczną teorię życia. I tak mimochodem pojawiał się bioplazma jako nośnik życia. Śmiałością wizji naraził się na wieloletnią krytykę świata naukowego, jednak miał świadomość swojej odkrywczości i oryginalności: "Zdaję sobie sprawę, że wiem o życiu przynajmniej tysiąc razy więcej niż biolog czy lekarz. Moja wiedza jest przestrzenna". Przyznawał, że wsadza dynamit w ustalone kryteria i obowiązujące w nauce zasady. Na przykład przeciwstawiał się tradycyjnemu podziałowi ludzkiej psychiki na podświadomość, świadomość i nadświadomość (id, ego, superego). Według Sedlaka taki podział nic nie znaczy, bo nadal istota ludzkiej psychiki wymyka się naszemu rozumieniu, podział na trzy części niczego nie wyjaśnia i porównuje go do przelewania z pustego w próżne.
         Przez większość naukowej działalności Sedlak zmagał się z lekceważeniem. Gremia naukowe uznawały go za dziwaka, otaczała go środowiskowa próżnia, w której jako badacz był pionierem. O środowisku uniwersyteckim miał realistyczne i cierpkie zdanie: "Przerażająca jest zmowa głupców; to najpotężniejszy związek, choć bez prezesa i składek".  Współczesny świat nauki nie napawał go optymizmem. Przeciwnie, widział w nim pokłady ciemnoty: "A uczeni? Właśnie owe autorytety kierują pochód ludzkości ku przepaści. Pewnie dlatego, że obecne lampiony nauki przewyższają ciemnotę starożytności i średniowiecza". A o pewnym docencie, na którego powoływała się studentka, powiedział: "On ma prawo być głupi. W końcu za głupotę dostał stopień naukowy". Kwintesencję podejścia do ludzkiej głupoty zawarł w aforyzmie: "Od pustej głowy wolę główkę kapusty. Z niej przynajmniej jest jakiś pożytek. Pusta głowa korzyści nie przynosi, miewa natomiast pretensje i wymagania".
          Od siebie zaś wymagał najwięcej. Życie prowadził ascetyczne: mył się w zimnej wodzie, nawet w największe mrozy nie używał ciepłej bielizny ani rękawiczek, prawie nie stosował leków. "Siebie za ryło!" - to moja dewiza od młodzieńczych lat" - mówił. Najbardziej nie znosił marnowania czasu na jałowe dysputy: "Mierzi mnie banał rozmów i wciąż usiłuje pozbyć się beztroskich glind, które nieustannie mielą sieczkę podczas rozmowy". 
          Dlatego też konstruując i rozwijając swoją biologiczno-kwantową teorię życia koncentrował się raczej na swoich badanach niż zwalczaniu czy podważaniu poglądów innych. "Nigdy nie dyskutuję nad ludzkimi prawdami - mówił. - Gdybym zaczął jak Adaś Mickiewicz przejmować się za miliony, to dawno bym sczezł". Pojawia się tutaj kolejny aspekt dorobku Włodzimierza Sedlaka. Być może teraz zza grobu czuje niejaką satysfakcję, że bioplazma w jego rozumieniu uzyskała status pojęcia niemal potocznie używanego, a bioelektronika molekularna widnieje jako kierunek studiów m.in. w Politechnice Poznańskiej, cyklicznie odbywają się sympozja bioelektroniki, pojawiają się nowe publikacje. Rzecz jasna, Sedlak powiedziałby, że znowu następuje "istotne pomieszanie pojęć, brak odróżniania elektrochemii od elektroniki, w związku z tym zamieszanie interpretacyjne", ale coś się jednak dzieje. Dodatkowym zaś przedmiotem analiz stał się sam język Sedlaka, jego niezwykle plastyczne metafory, porównania, które już tu wyżej padły w cytatach. Ze wszystkich publikacji można by skomponować osobną książkę, będącą zbiorem aforyzmów celnością dorównujących Myślom nieuczesanym Stanisława Jerzego Leca. Mając już kilka książek Włodzimierza Sedlaka, znajdę jeszcze na półce miejsce na taką właśnie antologię, w której osobowość badacza znalazła swoje znakomite odbicie. Dlatego twierdzę, że poza wszystkimi dokonaniami, które wywierają ogromne wrażenie, był także poetą, słowiarzem, lingwistą, który odcisnął nowatorski ślad na polszczyźnie.

"Każdy filozof ma rację, tyle że jest ona sprzeczna z racjami jego kolegów".

"Wszystkie hasła na świecie są śliczne. Tylko że wykonanie tych haseł bywa albo ciężkie, albo niemożliwe, albo zbędne, albo też przerażające".

"Pokojową Nagrodę Nobla daje się za 20 mln ludzi poległych w czasie I wojny światowej. To wówczas przecież na wielką skalę zastosowano dynamit!"

"Współcześni uczeni są jak strusie: wypinają wielce oświecone dupy, a głowy chowają w piasek".

"Człowiek jest tym, czym się staje w czasie swojej drogi..."

"Umysły lękliwe nie dochodzą do niczego".

"Biada tym, którzy wszystko wiedzą. Są jak woły, które spokojnie żują pokarm na zagrodzonej łące".

"Miał rację Einstein mówiąc, że dobrobyt jest ideałem świń. W naszej epoce najlepiej czują się wieprze". 

"Jeśli człowiek uważa, że życie to żarcie, wtedy powinien w oborze siedzieć".

        
  
Wybrana bibliografia

Kazimierz Dymel: Tako rzecze Sedlak. Kaw - Lublin 1996.

Włodzimierz Sedlak: Bioelektronika - system nowego pojmowania życia. "Roczniki Filozoficzne". Tom XXIII, z. 3, 1984. Str. 200 - 218.

Włodzimierz Sedlak: Homo elektronicus. Wyd. Continuos 1994.

Włodzimierz Sedlak: W pogoni za nieznanym. Wydawnictwo Lubelskie. 1990. 

Włodzimierz Sedlak: Życie jest światłem. Instytut Wydawniczy PAX. 1985.  

niedziela, 14 grudnia 2025

W 1884 i w 1919 roku 15 grudnia też był w poniedziałek

         Teatr Skarbka we Lwowie został otwarty w 1842 roku. Powstał z fundacji hrabiego Stanisława Skarbka, którego Stanisław Wasylewski, autor monografii Lwów (Ukraina) - historia i kultura (1931 r.) nazywa fundatorem dziwakiem. Skarbek podobno osobiście kierował pracami budowlanymi "siedząc w krześle poręczowem na Wałach i dowodząc zastępami robotników". W momencie powstania był to największy teatr w Europie. Widownia mieściła 1460 osób. Teatr działał aż do 1900 roku, prezentując na scenie koncerty, recitale, spektakle, opery. Wystawiano w nim nawet Wagnera. 


        W 1884 roku odbył się w Teatrze cykl recitali pieśni Moniuszki, a dokładniej rzecz biorąc, pieśni do słów Sonetów krymskich Adama Mickiewicza. Moniuszko skomponował muzykę do ośmiu sonetów w 1867 roku. Były to utwory: Cisza morska, Żegluga, Burza, Ruina (Bakczysaraj), Noc (Bakczysaraj w nocy), Czatyrdah, Pielgrzym i Ajudah. Ze względu na trudność Moniuszkowskiej kompozycji rzadko są wykonywane. Niemniej właśnie Sonety znalazły się w repertuarze Teatru hr. Skarbka w 1884 roku, a 15 grudnia tamtego roku miał miejsce ostatni z cyklu recitali, z których dochód przeznaczony był dla wdowy po kompozytorze.


       Z kolei w dalekim chińskim Charbinie (obecnie Harbin) 15 grudnia 1919 roku ukazał się organ polskiego Związku Wojennego Przegląd, wychodzący jako dwutygodnik. 


           Charbin to miasto w Mandżurii założone przez inżyniera Adama Szydłowskiego, który na potrzeby budowy Kolei Transsyberyjskiej w jej odcinku Kolei Wschodniochińskiej miał za zadanie zaprojektować miasto będące siedzibą nadzorujących budowę urzędników oraz inżynierów. W dawnej osadzie rybackiej nad rzeką Sungari od 1898 roku zaczęły powstawać nowoczesne budynki i ulice. Planem urbanistycznym kierował Konstanty Jokisz, a pierwszym burmistrzem był także Polak - Eugeniusz Dynowski. 
           Pierwsze pociągi ruszyły koleją w 1903 roku, w 1917 Charbin liczył sto tysięcy mieszkańców 33 narodowości. Charbin nazywano polskim miastem w Chinach ze względu na istotną rolę Polaków w budowie Kolei Wschodniochińskiej oraz rozwoju samego miasta. W szczytowym okresie przebywało tu ok. 10 tysięcy Polaków. Mieli tutaj polskie szkoły,  ukazywała się polskojęzyczna prasa, działało polskie harcerstwo i Związek Młodzieży Polskiej. Polacy zasiadali  zarządzie Kolei Wschodniochińskiej. Silna Polonia charbińska działała do II wojny światowej, ostatnia polska gazeta przestała wychodzić w 1940 roku. Ostatecznie polską diasporę rozbiło wejście Armii Czerwonej w 1945 roku. W latach 1946 - 47 władze przesiedliły Polaków w ramach akcji osiedlania na ziemiach odzyskanych. Mieszkańcy Charbina znaleźli się w Elblągu, Olsztynie, Opolu, Wałbrzychu i Szczecinie. Do Książnicy Pomorskiej w Szczecinie trafiły też archiwalia i pamiątki. 
          Wydanie Przeglądu z 15 grudnia 1919 roku zawiera bogatą tematykę: społeczną, oświatową,  gospodarczą, edukacyjną, historyczno-polityczną. Są omówienia zdarzeń współczesnych, wspomnienie o Mickiewiczu, reportaże o chińskiej kulturze, przyrodzie, program edukacyjno-szkoleniowy obozu polskich skautów, patriotyczne wiersze. Istotne informacje dla Polaków chcących wrócić do kraju: na przykład ceny biletów okrętowych, daty rejsów do Europy. Dodatkowo prezentuje wątki świąteczne: wiersze, słowa kolęd z nutami, grafiki:





Jest też specjalny dodatek dla dzieci z wierszami, słowami i nutami pieśni ludowych, rysunkami i baśnią Andersena. 

PS Dlaczego zawędrowałam w tym wpisie aż na Daleki Wschód? Akcja pierwszej debiutanckiej powieści Teodora Parnickiego Trzy minuty po trzeciej rozgrywa się w Charbinie, gdzie autor ukończył Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza. To tam nauczył się języka polskiego, którego wcześniej nie znał (posługiwał się niemieckim i rosyjskim) i postanowił zostać polskim pisarzem. 

poniedziałek, 15 września 2025

Muzyczne efekty poszukiwań i niespodzianka

       Jak większość świąt, także i Podwyższenie Krzyża Świętego ma swoją muzyczna oprawę, a w zasadzie oprawy skomponowane przez różnych kompozytorów. Pierwsze teksty o relikwii Krzyża Świętego powstały wkrótce po jego odnalezieniu przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna (272 - 337), która podobno podzieliła relikwie na trzy części dla trzech stolic ówczesnego chrześcijaństwa: Jerozolimy, Konstantynopola i Rzymu. Konstantyn wznosi w Jerozolimie Bazylikę Krzyża, której poświęcenia dokonano 14 września 335 roku. Dla przechowywania relikwii Krzyża w Konstantynopolu wybudowana została Hagia Sophia, a w Rzymie powstaje Bazylika Krzyża Świętego Jerozolimskiego. W Polsce również znajdują się relikwie Krzyża, najsłynniejszym miejscem jest Sanktuarium Relikwii Krzyża Świętego w Górach Świętokrzyskich. Jeden z najsłynniejszych kawałków Świętego Krzyża znajdował się w bazylice OO. Dominikanów w Lublinie, ale w nocy z 9 na 10 lutego 1991 roku został skradziony i do dzisiaj go nie odnaleziono. (Inna rzecz, że jak mówił pewien mądry zakonnik, na świecie tyle się "odnalazło" kawałków krzyża z Golgoty, że gdyby je poskładać do kupy, powstałby nie jeden krzyż, a cały las.)

      W każdym razie 14 września jest wielkim świętem, a Święty Krzyż inspirował kompozytorów, poetów i malarzy. Historyczne postacie św. Heleny i Konstantyna (oboje w koronach, stoją po prawej stronie) odnajdujemy na dziewiętnastowiecznej ikonie anonimowego autora z Podlasia.


        Na święto komponowano też muzykę, a zwłaszcza msze. Autorem pięciogłosowej mszy ku czci Świętego Krzyża ze specjalnym uwzględnieniem święta Podwyższenia  (In Exaltatione Crucis) jest renesansowy francusko-flamandzki kompozytor Pierre de la Rue (data urodzenia nieznana, zmarł w 1518 r.).  Z kolei ośmiogłosową Mszę Odnalezienia Świętego Krzyża (Missa Inventionis Sacrae  Crucis) skomponował barokowy niemiecki kompozytor Johann Caspar Ferdinand Fischer (1656 - 1746). Być może najbardziej znana jest natomiast kompozycja Haydna. Uwaga! Chodzi o Johanna Michaela, młodszego brata słynnego kompozytora Josepha Haydna. Johann Michael Haydn (1737 - 1806) skomponował 40 mszy, w tym Missa Sanctae Crucis (1762 r.) Ponad sto lat później, we wrześniu 1882 roku Mszę G-dur "Santa Crucis" skomponował Josef Gabriel Rheinberger (1839 - 1901), kompozytor niemiecki pochodzący z Liechtensteinu. Muzyki zaczął się uczyć w wieku 5 lat, a mając lat 7 występował już publicznie grając na organach i fortepianie. W tym czasie zaczął też samodzielnie komponować. Pierwsze kroki zawodowe stawiał jako organista, ale zasłynął jako pedagog: był profesorem fortepianu i organów oraz inspektorem klasy instrumentalnej i teorii w Königliche Musikschule w Monachium. 
         Tyle klasyki, natomiast dzisiaj zamieszczę rzecz współczesną. Współczesna kompozycja współczesnego autora. Alfredo Luigi Cornacchia komponuje, dyryguje, aranżuje. Ukończył studia muzyczne w zakresie fortepianu, kompozycji i dyrygentury chóralnej. Zdarza mu się nawet komponowanie muzyki filmowej. Ale dzisiaj Hymnus Sanctae Crucis.

      Jako się rzekło w tytule tego wpisu - czas na niespodziankę. BARDZO WIELKĄ NIESPODZIANKĘ. Przyznaję, że zapewne nie dla wszystkich, a tylko dla niektórych będzie to gratka nie lada. Odnalezienie drzewa Krzyża stanowiło inspirację także, a właściwie najpierw - dla poetów. Jednym z utworów jest średniowieczny anglosaski poemat mniej więcej z VIII - IX wieku The Dream of the Rood (Sen Krzyża). Znalazłam ten utwór w TAKIM wykonaniu: Uwaga, uwaga! David Suchet!

czwartek, 4 września 2025

Urodził się 4 września

         Tak rocznicowo dzisiaj, choć to ani okrągła, ani specjalna jakaś rocznica. 4 września 1809 roku w Krzemieńcu urodził się Juliusz Słowacki. Nie doczekawszy 40. urodzin, zmarł w kwietniu 1849 roku w Paryżu. Ile trzeba mieć talentu, żeby w tak krótkim czasie napisać kilkanaście dramatów (które zresztą zrewolucjonizowały polską literaturę), kilkanaście poematów, powieści poetyckich i mnóstwo wierszy, a przy tym stworzyć nową oryginalną filozofię genezyjską. Jak na romantyka przystało, wyruszył też w podróż do źródeł europejskiej kultury: do Grecji i na Bliski Wschód. Świetnie też malował, w osobistym notatniku utrwalał podczas podróży oglądane pejzaże. Dandys i natchniony wieszcz, a zarazem twardy gracz, jeden z pierwszych, który umiejętnie i z sukcesami inwestował na giełdzie. Poeta, a jednak umysł precyzyjny i prawniczy: studia prawnicze  ukończył w wieku 20 lat. Poliglota znający dziewięć języków, w tym francuski, niemiecki, rosyjski, łacinę i grekę (tłumaczył m.in. Homera), przy czym francuskim posługiwał się tak samo biegle jak polskim.

        Wszyscy miłośnicy poezji, a nawet czytelnicy sporadyczni, mają swój ulubiony wiersz Słowackiego. Wybór jest ogromny. Najczęściej powtarzane są... przypominane... wiersze te najbardziej znane, rzekłabym nawet: dostojnie-posągowo-łzawe (Smutno mi, Boże itp.) Tymczasem pamiętać warto, bo i znać warto utwory o niesłychanym finezyjnym dowcipie. Słowacki był bowiem człowiekiem, poetą piekielnie inteligentnym. On pierwszy potrafił (no, może drugi, bo szlaki przetarł Ignacy Krasicki w Monachomachii) pisać dowcipnie o samym swoim pisaniu, przełamując granicę między światem wewnętrznym utworu a światem rzeczywistym, zacierając różnice między narratorem a autorem. I jeśli pewne raperskie poradniki językowe służą pomocą w poszukiwaniu oryginalnych rymów, jak te na żyrafę, to Słowackiego można uznać za prekursora raperów. 

       Dzisiaj przypada 216. rocznica jego urodzin - Juliusz Słowacki: prekursor raperów:

Z płaczem mówiła: jak w dębową szafę

Wlazła przed okrutnych wrogów pogonią,

Jakie tam miało być z niej auto-da-fe,

Jak nie pamiętał nikt i nie dbał o nią. - 

( O! horror! trzeci rym jest na żyrafę!

Muzy żałośne łzy nade mną ronią,

Bo muzy wiedzą jakie do łez prawo

Ma wieszcz piszący poemat oktawą).

poniedziałek, 21 lipca 2025

Gdzieś poza granicami tego świata

Bez światłocienia


znalazłam się w kraju

gdzie każdy dzień

staje się nagle

bez uprzedzenia


i bez uprzedzenia 

nastaje noc


dzień ograbiony ze świtu

i zmierzchu

skrzykuje kolory

obłoków

wiodących słońce na tron


a kiedy wyroją się gwiazdy

i księżyc

ogniste słońce nagle

wygasza światło


Wczoraj zmarła Urszula Kozioł, poetka wybitna. Miałam nadzieję, że jeszcze zdążę zdobyć jej autograf w ostatnim tomiku Raptularz, uhonorowanym Nagrodą Nike w ubiegłym roku. Niestety, nie zdążyłam. Wszystkie wiersze w tym ostatnim tomiku są jak pożegnanie. 


Tempus fugit


Czas zawczasu

pogrążyć się w sobie


czas

zdążyć na czas


czas mieć czas

zanim

strąci nas w bezczas


bo poniewczasie

będzie za późno na cokolwiek




niedziela, 18 sierpnia 2024

Pouczająca klasyka

        Klasykę rozumiem tutaj szeroko, jako dorobek i umiejętności, które dzisiaj są w zaniku.  Jest muzyka klasyczna, jest klasyczna architektura czy malarstwo, ale są też pewne nawyki, wzory zachowania, umiejętności, traktowane często jako niemal archaiczne, zwłaszcza przez młode cyfrowe pokolenie. Kiedyś kindersztuba pozwalała odnaleźć się w towarzystwie i w świecie wyższych sfer, dzisiaj niewiele osób wie, co to znaczy. Podczas studiów miałam koleżankę, która przejawiała efekty dawnej kindersztuby i czasami jej tego zazdrościłam. Potrafiła na przykład zjeść kruszące się ciastko, nie zrzucając na talerzyk ani stół nawet jednego okruszka. Podziwiałam, jak ona to robi i sama próbowałam się tej umiejętności nauczyć. Raczej z mizernym skutkiem. Z kolei moja stryjna pochodząca ze Lwowa to jeszcze inny wymiar dawnej klasycznej kindersztuby. Podawała herbatę i kawę zawsze w dopasowanych do napoju filiżankach. Mało tego, żeby filiżanka zyskała jej akceptację, musiała mieć nie tylko odpowiedni kształt, ale i brzeg czarki. Powinien być cienki. Oczywiście i dzisiaj wiele osób używa filiżanek, ale przyznajmy, kto wie czym się różni filiżanka do kawy od filiżanki do herbaty? I kto zwraca uwagę nie na ozdobne kwiatki, tylko na jakość porcelany, profil i grubość brzegu? Ale przynajmniej niektórzy wiedzą, że nie wiedzą. Kiedyś wieczorem dzwoni moja komórka. Znajomy głos pyta: "Słuchaj, jestem na przyjęciu, jest stolik kawowo-herbaciany i dwa rodzaje filiżanek, jaką mam wziąć do kawy?" Innym razem pewna pani domu elegancko wyposażyła kuchnię i salon i zaprosiła na uroczystą kolację. Stół zastawiony, tylko jeszcze nie było kieliszków. "Nie wiem - mówi - jakie podać kieliszki do wina. Mam wszystkie rodzaje i kształty, ale nie wiem, które do czego". 

         To oczywiście anegdotyczna strona zjawiska. Ale są też inne. Na przykład pisanie listów. Kto dzisiaj potrafi napisać list na trzy strony A4? Oczywiście nie na papierze do ksero czy kartkach wyrwanych z zeszytu dziecka, tylko na prawdziwym papierze listowym. Już niewiele osób, znam tylko dwie. Tymczasem może się ta umiejętność przydać. W kilku kryminalnych opowieściach Agathy Christie pisanie listów dawało alibi podejrzanej osobie. Przy stole można było też powiedzieć, że ma się do napisania kilka listów, co pozwalało opuścić przyjęcie na dobry kwadrans czy więcej, żeby odpocząć od nudnego towarzystwa. Nikt się nie obrażał, bo kiedyś pisanie listów i odpisywanie na nie było czynnością częstą i konieczną. Kontakt listowny daje czas do namysłu. Nie ma presji, że muszę odpowiedzieć natychmiast, jak w przypadku e-maila czy esemesa. List czasem pisze się kilka dni, zaczyna i dopisuje coś, rozwija się wątki, dodaje nowinki. I wysyła dopiero, gdy przybędzie pocztylion... Żartuję, ale na wsi poczta jest daleko, muszę się specjalnie wybrać, żeby list wysłać, a że umyślnego posłać nie mogę, więc zwykle list czeka na okazję podwózki. À propos, kto wie kto to jest umyślny? ;-) 

        No i ta muzyka klasyczna. Może być sobie nowoczesny film, performance, cyrkowe atrakcje i akrobacje, mogą być fajerwerki, króliki z kapelusza i laserowy pokaz, a w chwilach uroczystych i chwilach grozy najlepiej sprawdza się klasyka. Zadok the Priest Händla ma zastosowanie w obu wymienionych przypadkach: jako element uroczystej brytyjskiej koronacji i w filmie kryminalnym dla podniesienia napięcia. Ten uroczysty hymn koronacyjny został skomponowany w 1727 roku na koronację Jerzego II Hanowerskiego i niedawno można go było usłyszeć podczas koronacji Karola III.  Wikipedia podaje co najmniej pięć filmów, przeważnie o tematyce dynastycznej, gdzie wykorzystano ten utwór. A ja znam jeszcze The Body in the Library na podstawie powieści Agathy Christie, gdzie instrumentalny wstęp kompozycji Händla buduje pełne napięcia tło i pojawia się na początku jako zapowiedź smutnej zbrodni, a na końcu podsumowuje smutną prawdę o mrocznej naturze człowieka. Nie jestem pewna czy kompozytor byłby z takiego zastosowania zadowolony. Trzeba jednak przyznać, że pod instrumentalną introdukcję przed wejściem chóru można podstawić wiele różnych znaczeń. 

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Siła reklamy

     Z kimkolwiek rozmawiam każdy twierdzi, że denerwują go reklamy w telewizji. Godzina rozpoczęcia programu czy filmu nigdy się nie zgadza z faktycznym czasem emisji, bo najpierw lecą reklamy. Przerwy reklamowe w filmach są nieraz podwójnie długie, w czym szczególnie celuje Polsat. Najpierw określony blok reklam, potem wstawka zapowiadająca najbliższe filmy i znowu ten sam blok reklamowy. I tak z godzinnego filmu można zrobić prawie dwugodziną emisję rzekomego hitu. Tylko że przy drugiej serii tych samych reklam ja już zapominam, o czym jest ten film, więc po co dalej oglądać? Wyłączam telewizor.

     Czy robią tak inni, nie wiem, ale przełączanie na inny kanał jest powszechne, podobnie jak wychodzenie w tym czasie do toalety czy do kuchni. W wieczornym programie dłużyzny reklamowe wykorzystuję często na umycie głowy. Czasu w sam raz, żeby nie tylko umyć, ale nawet koloryzujący szampon nałożyć, a na następnej reklamie spokojnie i dokładnie spłukać farbę.

     Wystarczy poczytać komentarze internautów czy porozmawiać z ludźmi, a sondaże to potwierdzają, że nikt nie lubi głośnych reklam i albo się ścisza, albo przełącza na inny kanał. Niestety, czasami to nie wystarcza, bo nadawcy jakby się umawiali i reklamy są emitowane w tym samym czasie. Jedyne wyjście, wyłączyć telewizor. Mimo to reklamy wciąż są za głośne i za długie, a często nudne, głupie i obraźliwe.

     Znawcy tematu twierdzą, że siła reklamy działa na człowieka nawet wtedy, gdy jest on przekonany o swojej na nią odporności. Podświadomość zapamiętuje dźwięki, kolory, markę i w chwili ujrzenia produktu w sklepie nie wiesz nawet, że kupujesz, bo pamiętasz. Większość szczyci się tym, że wybiera produkty racjonalnie, kierując się innymi kryteriami, rozsądkiem, rzeczywistymi potrzebami, etykietą, opinią sprawdzonych i zaufanych osób. Autorzy reklam się tymi przekonaniami nie przejmują, bo wiedzą, że są złudne. Ba, podobno nawet nie jest konieczne, aby widz wiedział, CO jest reklamowane, a i tak reklama zadziała. Nie ma powodu, by odrzucać wyniki badań, które potwierdzają te opinie tylko dlatego, że psują nasze samopoczucie, nasze myślenie o sobie jako istotach rozumnych.

     Ja się przyznaję, że co prawda nie jestem blondynką, ale jestem idiotką. Nie potrafię wskazać, co kupiłam pod wpływem reklam, za to potrafię wymienić CZEGO NIE KUPIŁAM. Odkąd pojawiła się bazująca na obrazie przemocy reklama frugo, nigdy już nie kupiłam ani tego napoju, ani innego tej firmy. Odkąd pan Chajzer zaczął zaczął podrzucać do domów polskich gospodyń wizir, przestałam kupować ten proszek. Telewizyjni dentyści w białych fartuchach skutecznie zniechęcili mnie do kupowania sensodyne, colgate, colodentu i paru innych wybielaczy do zębów. Nie założyłam i nie założę konta ani nie polecę po kredyt w ING Banku Śląskim czy Getin Banku, ponieważ to nie są najlepsze role w karierze zawodowej Marka Kondrata i Piotra Fronczewskiego. Wymieniać dalej?

     Tak, przyznaję się, robię zakupy pod wielkim wpływem reklam, w moim przypadku są one bardzo skuteczne: skutecznie mnie zniechęcają. Wzięłam na serio reklamę Media Markt nie dla idiotów i świadomie omijam go z daleka. Kompletna ze mnie idiotka, czyż nie?


Ps. tekst napisany w 2010 roku.

sobota, 12 sierpnia 2023

wiejskie kundle

 wiejskie kundle towarzysze świtów

odprowadzają przybyszów przez wszystkie opłotki

od bramy do bramy od furtki do furtki

przekazują sobie wiadomości o nocnych przygodach

radosnym szczekaniem opowiadają anegdoty

o tym jak dwunożny amator piwa 

prowadził rower do tyłu nie mogąc trafić do domu

a inny bywalec gwarnej knajpy wzywał pomoc 

zaplątawszy nogi w zbyt długi sznurek wystający z kieszeni

pocieszni oni wszyscy właściciele piesków

co z porannego starcia z bezwładnym ciałem wychodzą zwycięsko

wiejskie kundle z iskrą rozbawienia w oczach

towarzyszą nagłym eskapadom do sklepu

sześć razy dziennie pokonując tę samą trasę 

po drodze korzystają z okazji do poplotkowania 

z kumplami którzy zostawili krótkie hasła

przy kępach trawy słupkach i starych bramach

byłem tu będę za godzinę moi już się obudzili

spotkamy się jeszcze zrobimy wypad na pola

poczekajcie aż odprowadzę mojego pana

wiejskie mieszańce mają swoje tajemnice

defilują przed domami sprawdzając miękkość trawy

czasami znikają zapodziane w chaszczach po ogony

wydeptują tajemne ścieżki między pokrzywami

zawierają przyjaźnie sojusze i pakty obronne

ostrożnie obwąchują rasowych czempionów na smyczach

współczują im wyczesanej sierści i nudnej rutyny 

w oczach pod krzaczastymi brwiami kundel ma nadzieję 

uratować swoją wolność i prawo do włóczęgostwa 


wtorek, 2 maja 2023

Majówkowe kompozycje

    Gdzie się jeszcze odprawia nabożeństwa majowe przy kapliczkach? I kto śpiewa chorałową kompozycję do słów litanii loretańskiej, czyli Litanii do Najświętszej Marii Panny? Jeszcze są takie miejsca, choć coraz ich mniej, a samo nabożeństwo przeniosło się do kościołów. W czasach mojego dzieciństwa "majówka" oznaczała właśnie nabożeństwo majowe śpiewane gdzieś przy kapliczce we wsi. Nie zaś żaden długi majowy weekend i podobne nowomodne zanglicyzowane znaczenie. Majówka nie była więc jedna, ale odprawiało się majówki - codziennie przez cały miesiąc. I nie poszukiwało się żadnych ofert last minute na turystyczny wyjazd. Szło się piechotą.

     Ale tak serio... Do chorału litanii można spokojnie się dołączyć i śpiewać. Znałam jednego kapłana, który potrafił ją zaśpiewać w czterech głosach. Gdy śpiewał, wolałam słuchać, niż samej się do śpiewu włączyć. Z kościelnymi śpiewami bywa tak, że co parafia, to inna melodia. Ludzie sobie dopasowują nie zważając na zapis nutowy. Od czasu powstania litanii było wielu kompozytorów, którzy komponowali do niej swoja własną oryginalną muzykę. Jednym z nich był pochodzący z Czech jezuita Joannaes Possival (Jan Pošíval, 1664 - 1729), przez wiele lat związany z Nysą, Kłodzkiem i Opolem, gdzie zmarł. Niestety, nie udało mi się znaleźć dostępnych nagrań jego kompozycji. 

      Z bardziej znanych kompozytorów tworzących muzykę do litanii loretańskiej można wymieniać od renesansu począwszy po współczesność. Orlando di Lasso (1530 - 1594) opracował Litanię czterogłosową, Giovanni Pierluigi da Palestrina (1525 - 1594) był jeszcze lepszy, gdyż jego kompozycja jest ośmiogłosowa. W porównaniu z dostojnymi kompozycjami dwóch poprzednich Jan Dismas Zelenka (1679 - 1745) skomponował istne wariacje kantatowe na głosy solowe, chór i orkiestrę. Poszczególne fragmenty wezwań litanijnych rozbudowane zostały do całych arii z powtórzeniami da capo na solowe głosy. Do kompozytorów mających w dorobku litanią loretańską należy także Mozart, którego kompozycję bez trudu można znaleźć na YouTube. 

     Dlatego tutaj zaprezentuję coś zgoła mniej znanego i listę zamknie Ignaz Reimann (1820 - 1885), którego z pierwszym wymienionym Possivalem łączy Śląsk. Urodził się w Wambierzycach na Dolnym Śląsku. Po ukończeniu studiów większą część życia spędził w Krosnowicach, gdzie był organistą, kierownikiem chóru i nauczycielem. Skomponował ok. 800. utworów, w tym 125 mszy, 88 pieśni żałobnych, 7 kantat, 37 litanii. Napisał podręcznik "Nauka harmonii". Swoje kompozycje religijne układał z zamierzeniem przeznaczenia do śpiewu, jego celem było położenie pomostu między dawną muzyką kościelną a nowoczesną popularyzacją. Twórczość Reimanna staje się coraz bardziej znana dzięki organizowanemu od 2002 roku Międzynarodowemu Festiwalowi Muzycznemu jego imienia. 

       A więc zapraszam na majówki z Reimannem:

czwartek, 24 lutego 2022

Taki wiersz na dzisiaj

 Elegia niczyja


Nie krzycz. Nie wołaj. Zaśnij.

Nie módl się nadaremno.

Nie płacz. Nad twoim miastem,

nad miastem ciemność.


Kto ocaleje, kto zginie

wie może mgła poranna.

Kogo dościgną Erynie

- a kogo hańba.


Nie módl się, nie zaklinaj,

nie krzycz przez sen: Napadną.

Za późno. Bije godzina.

Już są, Kasandro.


Już weszli, Kasandro, nie płacz,

nie płacz nawet nade mną.

Nad miastem łuna i rozpacz,

nad nami ciemność.


Ryszard Krynicki

czwartek, 17 lutego 2022

Rzeki, których nie ma

       Przeglądając ciekawe propozycje kulturalne, natrafiłam na zachęcający tytuł "Niech płyną! Inne rzeki Warszawy" na tle stylizowanych niebieskich fal dużego plakatu. Inne, czyli nie Wisła, a więc jakie? Nie znam żadnych. Jest okazja, żeby się dowiedzieć. Muzeum Woli przygotowało wystawę pod wspomnianym tytułem na temat nieistniejących już dzisiaj rzeczek niegdyś przepływających przez tereny dzisiejszej stolicy. Na podstawie dawnych map, planów, zapisków, grafik odtworzona została sieć hydrograficzna terenów, na których powstawała i rozrastała się Warszawa. Niektóre nazwy rzek przetrwały w nazewnictwie lokalnym, inne zostały odtworzone na podstawie dokumentów. Drna, Bełcząca, Brodnia, Dunaj, Jordan, Żurawka...

       Dawne mapy, ryciny nie są łatwe do odczytania. Samo ich oglądanie bez znajomości kontekstu historycznego nie byłoby łatwe. Autorzy projektu wzbogacili więc wystawę o wydarzenia towarzyszące, jak oprowadzanie kuratorskie czy wykłady znawców tematu. Poświęciłam więc dzisiejszy wieczór na wysłuchanie wykładu  dr. Jarosława Ościłowskiego, archeologa i historyka szczególnie zajmującego się dziejami Mazowsza oraz czasami średniowiecza, pracownika Instytutu Archeologii i Etnologii PAN. Tematem wykładu była rekonstrukcja przebiegu dawnych rzek Warszawy. Liczyłam na objaśnienia i pokazanie na mapie jakie to były rzeki i którędy płynęły. Nie zawiodłam się. 

      Z dawnych rzeczek i potoków warszawskich do dzisiaj pozostały tylko: Potok Służewiecki, Potok Bielański, Wilanówka i Rudawka. Tymczasem było ich o wiele więcej, a i sama Wisła tworzyła liczniejsze meandry, odnogi i tereny zalewowe, które stopniowo regulowane i osuszane stawały się miejscem zabudowy i zasiedlenia. Przede wszystkim samych wysepek na Wiśle było znacznie więcej niż dzisiaj. Stopniowo zaś na skutek zmian koryta rzeki i osuszania stawały się częścią stałego lądu. Przykładem może być Saska Kępa, która niegdyś była wyspą. 

      Omawiając kolejno różne mapy, dr Ościłowski pokazywał, którędy mogły przepływać najdawniejsze rzeczki. Na przykład Kamionka otaczała mury miejskie gdzieś w XVI w., a dzisiejszą trasą W-Z, pomiędzy Pałacem pod Blachą a Mariensztatem płynął Strumień Świętojański. W innych przekazach pojawiają się nazwy Wąski Dunaj i Szeroki Dunaj. Dr Ościłowski po przeanalizowaniu różnych map i grafik doszedł do wniosku, że to był jeden ciek, jedna rzeczka, której bieg zrekonstruował. Rzeczka miała wiele meandrów, toteż nieco ją wyprostowano, żeby płynęła wzdłuż murów jako fosa miejska. 

      Spodobała mi się dźwiękonaśladowcza nazwa kolejnej omawianej rzeczki: Bełczącej. Na mapce z 1733 r. widać, jak płynęła tam, gdzie dzisiaj mniej więcej znajduje się Marszałkowska, Nalewki i dalej. Być może zaczynała się na Służewcu i szukała dróg odpływu, a po pewnym czasie ten początkowy odcinek zanikł, stąd nie ma go na mapie, a rzeczka skróciła się o pięć kilometrów i jej początek zaznaczono w miejscu, gdzie znajduje się Gruba Kaśka, gdzie dawniej pobierano wodę. Istnieją domniemania, że mogła służyć jako fosa Nowego Miasta, które nie miało murów obronnych.  O nurt Bełczącej oparł nowe fortyfikacje Zygmunt III Waza. Okazuje się, że pojawiająca się w innych dokumentach nazwa Nalewka odnosi się do tej samej rzeki - dotyczy odcinka, skąd nalewano wodę. Ujście Bełczącej znajdowało się na granicy Starówki i Żoliborza. 

      Z kolei rzeka Żurawka nie istnieje na żadnej mapie. Jej domniemany przebieg to wynik rekonstrukcji środowiska naturalnego i badań nad ukształtowaniem terenu. Płynęła równolegle do Alei Jerozolimskich, prawdopodobnie wąwozem w okolicy dzisiejszego Placu Trzech Krzyży. Nazwę "Żurawka" nadał jej Ościłowski przez analogię do ulicy Żurawiej. 

      Natomiast sporo można zaobserwować na temat rzeki Drny, chociaż wokół niej jest też kilka kwestii dyskusyjnych. W zapiskach pojawia się koło XV w. Jej źródła wskazywano na okolice dzisiejszego Dworca Zachodniego, gdzie znajdowało się małe jeziorko zaznaczone na wielu mapach. Płynęła w kierunku północnym i uchodziła do Wisły za Cytadelą. Wspomniane wyżej początkowe jeziorko powstało na terenach bagiennych, mocno podmokłych, zasilających rzeczkę. W 1771 r. Lubomirski buduje kolejne wały wokół Warszawy i Drna staje się fosą otaczającą miasto od tej strony.  Co ciekawe, na mapie z 1794 r. widać Drnę ze źródłami pod Szczęśliwicami, czyli znacznie dalej niż owe jeziorko. Mało tego, przesunięte źródło, a właściwie kolejny spory teren bagienny dostarczał wodę do dwóch rzeczek: Drny i płynącej w zupełnie przeciwnym kierunku, a wiec na południe Sadurki. Sadurka jest o tyle istotna, że prześledzenie jej koryta wskazuje, że to ona stała się potem Potokiem Służewieckim. Potok długo nie miał nazwy, bo jego górny bieg był Sadurką. Kiedy zniknęła Sadurka i nastąpiła zamiana nazwy, nie bardzo wiadomo. Ciekawostką jest fakt, że za pomocą kanałów poprowadzono wodę z Potoku Służewieckiego do otoczenia rezydencji w Wilanowie. 

     Kolejna rzeczka omówiona przez badacza to Polkówka płynąca między Marymontem a Starym Żoliborzem. Była to mała rzeczka, częściowo pokrywająca się z dzisiejszą ulicą Bohomolca.  Dalej zaś na północ płynęła Rudawka, nazywana też Czerwonką. Obie nazwy pochodzą od czerwonego koloru jej wody zabarwionej z powodu wydobywania rudy darniowej.  Rudawka była nawet spora, miała liczne szersze, bardziej w formie stawów i jeziorek miejsca. Przecinała, jak i obecnie teren Żoliborza, lecz dzisiaj to zaledwie potoczek, gdy tymczasem w przeszłości była to rzeka o dość głębokim korycie. Osiedle Ruda na Marymoncie pochodzi od nazwy rzeki. 

       Omówione wyżej rzeki znajdowały się w lewobrzeżnej części miasta, z obszaru prawobrzeżnego badacz wspomniał o Skurczy zwanej też Skurzec. Jedna nazwa - Skurcza - w rodzaju żeńskim, a druga - Skurzec - męskim, ale to była ta sama rzeka, tylko w górnym i dolnym odcinku. Płynęła równolegle do Wisły, wpadając gdzieś bardziej na północy, natomiast u źródła stała karczma Skórzak i właściwie nie wiadomo znowu, co było pierwsze: nazwa rzeki czy karczmy.  Inne dwie rzeki po prawej stronie to Długa i Brodnia. Obie tworzyły właściwie jedno wspólne bagienne rozlewisko, ale - tu ciekawostka - wpadały do Narwi, nie należały wiec bezpośrednio do dorzecza Wisły. Podobnie zresztą jak Raszynka i Lipkowska Woda, które po części lewej należały do dorzecza Bzury. 

       Dr Ościłowski obok głównego tematu rzek wtrącał do wykładu mnóstwo dodatkowych informacji, a to z genealogii nazewnictwa (Bielany do białych szat kamedułów, Żoliborz od francuskiego określenia Piękny Brzeg itp) , a to rozwoju fortyfikacji i urbanistyki czy ukształtowania terenu. Nie sposób wszystkiego zapamiętać, nie nadążałam notować. Na przykład Potok Bielański płynie częściowo wąwozem nazywanym Wąwozem Kiełbasa, a obok była też karczma o nazwie Kiełbasa. Można się zastanawiać, co było pierwsze: nazwa wąwozu czy karczmy. Badacz uważa, że najpierw była karczma a od niej nazwano wąwóz. Z kolei rzeka Brodnia  dała nazwę dzielnicy Bródno.  Podobnie dwie ulice Wąski i Szeroki Dunaj pochodzą od rzeki Dunaj nazywanej w górnym odcinku Wąskim, a  w dolnym Szerokim. Niemniej badacz nie zgadza się z teorią, że ulica Szeroki Dunaj pokrywa się z korytem dawnej rzeki czy jej źródłem. 

      Rozwikłanie pozostałych niuansów nazewniczych czy topograficznych i hydrograficznych pozostawię większym pasjonatom historii bądź warszawiakom. Mnie i tak ta wiedza z wykładu już ogromnie wzbogaciła. 

niedziela, 19 września 2021

Co się da wyczytać...

      ... z takich informacji, jak imiona psów. Jeden pies - Proton, wiadomo, naukowy; drugi - Byron - bardzo literacki. Albo wnętrze domu, w którym w przepastnej bibliotece piętrzyły się sterty książek; sterty - dodajmy - wysokości człowieka. Istny labirynt. Nie mogło być inaczej, gdy się nauczyło czytać w wieku czterech lat. Krąg przyjaciół miał dobrany, lecz ograniczony. Czas to największy skarb, nie warto go marnować na jałowe kontakty, z których nic nie wynika. Ale listy pisał wspaniałe. Długie i wyczerpujące.  Niemal rozprawy naukowe lub opowiadania. Kto dziś tak potrafi? 

      Był pesymistą. Jak to się ma do faktu, że był na bieżąco z całą światową prasą naukową? Czy śledzenie rozwoju nauki nie powinno raczej prowadzić do bardziej optymistycznej postawy? A jednak nie, bardziej napawa smutkiem. Pewne rzeczy się powtarzają, powtarzają się błędy ludzkości mimo rozwoju technologii. Na temat odkryć naukowych trudno go było przegadać. Wiedział wszystko. Dlatego mówić mógł długo i bez przerw. Tych kilka książek, które w tytule mają rzekomo rozmowę, w zasadzie są zapisem wielu monologów. Stanisław Bereś we wspomnieniach mówi, że niektóre pytania dopisywał dopiero później, rozdzielając te długie monologi na krótsze odcinki.  

      Tak czy inaczej umysł miał wybitny.  I rozmowy z nim na pewno łatwe nie były.  To jak zderzenie prostej komórki pamięci z bombą megabitową. No i dlatego "Bombę megabitową" czyta się świetnie. 


13 września minęła setna rocznica urodzin Stanisława Lema

wtorek, 1 stycznia 2019

Rok Stanisława Moniuszki

       Z okazji dwusetnej rocznicy urodzin przypadającej w maju Sejm i Senat ustanowili rok 2019 Rokiem Stanisława Moniuszki. Cały rok będziemy więc spędzać przy muzyce autora "Śpiewnika domowego", tańcząc mazury i polonezy z jego oper. Twórczość Moniuszki jest znacznie bogatsza niż najczęściej kojarzone "Halka" i Straszny dwór", będzie okazja poznać, spopularyzować ją szerzej. Zajmą się tym, miejmy nadzieję, stosowne instytucje kulturalne. A mnie się zdaje, że Szlak Moniuszkowski może się okazać całkiem nieoczekiwaną podróżą, w którą wybiorę się według skojarzeń. Wręcz cała mapa nieodkrytych mórz i lądów.
      Podróż geograficzna zawiedzie na wyspę kresową. Ubiel, czyli miejsce urodzin kompozytora. Odkrywając Moniuszkę jeszcze raz udać się można w kierunku olbrzymiego geograficznego i kulturowego mitu: mitu Kresów, mitu Ziemi Obiecanej i Utraconego  Raju. Dzisiaj Ubiel leży w samym środku Białorusi, a właściwie wcale nie leży, gdyż nie istnieje. W miejscu dwnego dworku Moniuszków staraniem Mariana Fuksa ustawiono obelisk z napisem informujacym, że tutaj urodził się wielki polski kompozytor.
     Podróż językowa może zaprowadzić w zagadnienia toponomastyki, słowotwóstwa i fleksji. Sama nazwa "ubiel" przyprawia o ból głowy. Morfologicznie rzecz biorąc jest to czasownik - ubielić coś; ubiel - druga osoba liczby pojedynczej trybu rozkazującego. Trochę archaicznie brzmi, ale w nazwach miejscowości zachowało się wiele archaicznych form. No więc od ubielania, nie wiadomo, co, ale coś się tam bieliło ;-) I teraz zagwozdka: czy Ubiel jako miejscowość to rodzaj żeński czy męski? Ta Ubiel czy ten Ubiel? Najlbliższe skojarzenie to Przemyśl, a ten ma rodzaj męski. Więc Ubiel to TEN Ubiel. Można więc powiedzieć, że Stanisław Moniuszko urodził się w Ubielu (tak jak wiemy, że Ignacy Krasicki wizytował jako biskup klasztory w Przemyślu, skąd zapewne czerpał wiele inspiracji do swojej "Monachomachii"). (Cały czas mam jednak przekonanie, że Ubiel to jest ona ;-) Podobnie jak "pościel". Podobieństwo do Przemyśla jest tylko powierzchowne, fonetyczne. Przemyśl przecież nie powstał od myślenia, tylko od imienia Przemysł, to nazwa dzierżawcza.)
      Podróż poetycka to oczywiście cały "Śpiewnik domowy" - dwanaście tomów Moniuszkowskich pieśni do wierszy polskich poetów: Mickiewicza, Syrokomli, Lenartowicza, Czeczota, Chodźki, a nawet do bajki Józefa Ingacego Kraszewskiego "Dziad i baba". Są więc utwory znane i mniej znane. Całkiem osobne dzieło kantatowe "Widma" do "Dziadów cz. II" Adama Mickiewicza czy podobnie skomponowane "Sonety krymskie". Przegląd poetyckiej twórczości XIX wieku, poetyckiej romantycznej wrażliwości, nie tylko polskiej zresztą. To również ciekawa mapa do odkrywania.
     Podróż muzyczna w okolice tańców, pieśni, kantat, operetkowych szlagierów, operowych arii, mszy i utworów instrumentalnych rozumie się sama przez się. Można by sobie zaplanować kalendarz na cały 2019 rok - raz na dwa tygodnie nowy utwór Moniuszki do wysłuchania :-) O ile znajdziemy wykonawców! A z tym bywa różnie, bo Moniuszko funkcjonuje na scenie muzycznej w bardzo okrojonej wersji. Utworów instrumentalnych właściwie się nie spotyka. A w ramach podróży muzycznej można przespacerować się drogą pięknych głosów. Zawsze powtarzam, że dopóki Piotr Beczała nie zaśpiewał mi Moniuszki, nie miałam pojęcia, że tego tak dobrze się słucha. Jest wielu wspaniałych śpiewaków, ale jeśli podróż ma być odkrywcza, to chciałabym posłuchać na żywo jak śpiewa Moniuszkę wspaniały basbaryton Tomasz Konieczny. Śpiewał, owszem, ale mnie tam nie było. No więc teraz z okazji Roku Moniuszkowskiego będę śledzić rozwijającą się karierę Koniecznego, który ma już tyle sukcesów międzynarodowych, z ubiegłorocznym debiutem w Bayreuth na czele. że tylko na tego Moniuszkę będę polować.
     A w ogóle to z okazji Roku Moniuszkowskiego nawet o historii zegara można sobie poczytać. Czyli podróż drogą wynalazku, który stał się zmorą naszych czasów. No bo czy ktoś nie zna arii o starym zepsutym zegarze, który straszy?



     No i cóż? Nie jestem pewna czy całego roku wystarczy na odbycie tych wszystkich podróży. Znowu trzeba będzie się rozdwajać, potrajać, multiplikować. Ale dla tego głosu warto. Uwielbiam słuchać nie tylko, kiedy śpiewa, ale i kiedy mówi. Głos rozpoznawalny. 




piątek, 23 listopada 2018

Tam, gdzie kończy się droga

      Dobrze jest żyć w krainach nieoczywistych, ponieważ ich granice zawierają w sobie więcej przestrzeni, niż wskazuje geografia. Nawet ograniczenia geometrii bywają złudne i niektórzy potrafią w nich organizować wielopokoleniowe istnienie. W drewnianej dwuizbowej chałupie ogacanej na zimę liśćmi i słomą mieszkały rodziny z dziećmi, wnukami i prawnukami, którzy dzisiaj budują dla siebie trzystumetrowe imitacje pałacyków zasiedlane koniec końców przez starzejącą się parę porzuconą przez progeniturę na samotność. Na przeciwnym biegunie, a raczej w środku wsi pęcznieje, puchnie wręcz dom, obrastający w dobudówki, naddasza, podpiwniczenia, balkony i tarasy. Zajmuje już całą przestrzeń działki, która dzielona od czterech pokoleń na coraz węższe pasma, pozostała trzynastometrowej szerokości kiszką ciągnącą się od lasu na południu do gościńca na północy. A co mają powiedzieć właściciele obdarowani w spadku tzw trzecizną, czyli wstążką ośmiometrowej szerokości? Toż na tym nawet traktorem z pługiem nie zawróci, a o użyciu kombajnu nie ma co marzyć. Dlatego jest ciasno. Chałupa przy chałupie, okno naprzeciw okna, drzwi w drzwi. Koty i tak nie uznają miedzy i wałęsają się po całości jak po swoim. Niektórzy mieszkańcy także. Wczesnym rankiem, gdy mgła przykrywa łąki za stodołami, albo wieczorami, gdy gospodarze zajęci obrządkiem uciszają nerwowo szczekające psy, nachodzą spuszczone z oka warzywne ogrody i sady zabierając z grządek i drzew jak ze straganów na jarmarku wszystko, co można zjeść. Różnica tylko taka, że na targu musieliby zapłacić, a tutaj znikają bez słowa skąd przyszli. Najczęściej za sąsiednim zagonem mają jednoizbowy dom okolony resztkami płotu z nieistniejącą od dawna furtką. To jedni. Ale są i drudzy. Ci wybudowawszy trzynastometrowej szerokości gmach, czyli od miedzy do miedzy, w miejscu, gdzie dawniej wyrzucano gnojówkę teraz stawiają fontannę. Schowana jest więc za domem, nie na widoku, bo jej obecność tak dziwaczna na tle kasztanowego starodrzewia i bocianich gniazd na słupach wzbudza zdumienie poparte często znaczącym kółkiem na czole. Odkąd letnie, a nawet wczesnowiosenne upały zmusiły wielu do mozolnego wożenia wody na warzywniki, a potem władze samorządowe kategorycznie zakazały podlewania pól i trawników, fontanna też wyschła i stoi szara jak niezrealizowany sen beduina. Wszystko, co nowe, jest tu podrabiane i dopiero gdy się zestarzeje, zniszczeje, zetleje i rozkruszy, nabiera jakiegoś znaczenia.  Najtrwalsze bywają prowizorki, jak mówi przysłowie i blaszany płaski prostopadłościan Urzędu Gminy jest tego najtrwalszym dowodem. Stoi już 40, może 50 lat. Wygląda jak nieco większy kontener. Miał być tymczasową siedzibą, został prawie zabytkiem. Nowy gmach jest wciąż w budowie, aczkolwiek widać już przeszkloną fasadę i geometryczny postmodernizm bryły. W każdym razie trudno będzie uwierzyć, że to wszystko istnieje naprawdę, że nie jest odbiciem, cieniem, fatamorganą albo parodią. W miejscowych nazwach przetrwała zapomniana już dzisiaj historia, geografia i przestrzeń inaczej niegdyś poukładana. Gościńcem nazywa się asfaltowa szosa, po której śmigają zabytkowe motory i auta na doroczne zloty, przejeżdżają dudniące ciężarówki z towarem do supermarketów i mlecznobiałe lub srebrne cysterny z ostrzegawczymi obrazkami. Dawniej była to pylista polna droga, gościniec pozwalający ominąć wsie i dojechać do długich kiszek wąskich pól ciągnących się od lasu na południu do lasu na północy. Na skrzyżowaniu z poprzecznym traktem pozostał drewniany krzyż na lekkim wzniesieniu zwanym Osterią. Na pytanie, gdzie posiano proso albo gdzie ktoś posadził tytoń, słyszało się w odpowiedzi "na Osterii". To znaczy tam, na łuku zakrętu dawnego gościńca. Oczywiście stała tam niegdyś austeria, czyli żydowska karczma, skupiająca okolicznych chłopów przy wódce i grajkach. Austerii dawno nie ma, ślad po niej zaginął, z gościńca zrobiono główną trasę przelotową z polsko-ukraińskiego pogranicza do rozjazdowego węzła, od którego można udać się w każdą stronę świata. Droga przez wieś spadła do rangi lokalnej, ślepo zakończonej chałupą jak szyjka butelki korkiem. Nic tędy nie jeździ. To znaczy nic poza prywatnymi samochodami mieszkańców. W każdym razie na publiczną komunikację nie ma szans. Mimo to kiedyś wszędzie było bliżej, bo po obu stronach wioski pola poprzecinane były ścieżkami prowadzącymi wprost do przystanków PKS-u. Przecinało się zaorane pola, przekraczało się depresyjną zawsze mokrą łączkę po rzuconcyh na wierzch pięciocalowych balach, dudniło się po co roku odnawianym mostku nad potokiem i ostatni kawałek po prostej pod górkę, obok sklepu, szkoły, kościoła i gminnego "blaszaka" na wprost przystanku. Nie ma dzisiaj ścieżek przez pola. Po wyasfaltowanej szosie jeżdżą nastolatki na skuterach i rolkach. Pola i łąki pozostały daleko, poza sferą zainteresowania współczesnych dzieci. Nawet pójść na wodne pałki się nie da, bo nie ma którędy, a mostek zdaje się utracił ze środka deski i woda w potoku bez przeszkód może patrzeć prosto w niebo. Cała okolica wygląda na nieczynną. To właśnie tam, gdy jeszcze okolica była czynną stroną świata, na ścieżce przez sam środek pól i łąk, spotkałam Jesień w ludzkiej postaci. U schyłku dnia stara kobieta w grubej spódnicy i  kaftanie, w kwiecistej chustce na głowie, niosła na plecach wiązkę patyków przewiązaną dużą płachtą, część snopka słomy,  a do jednej żerdzi przytwierdzony miała woreczek foliowy z grzybami. Z przodu pod brodą płachta związana była w gruby węzeł. W jednej ręce trzymała gruby krzywy kostur, którym się podpierała. Patrzyła przed siebie i szła na wprost w sobie tylko wiadomym kierunku. W jej oczach odbijało się minione lato i nadzieja na zimowy sen. Nigdy nie dowiedziałam się, kim była i gdzie mieszkała. Nigdy więcej jej nie spotkałam. Świat jest teraźniejszością i ma gdzieś opowieść. 

Cytaty kursywą z "Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuka

niedziela, 11 lutego 2018

Serca z adamantu

      Zygmunt Kubiak swego czasu opisywał trudności z tłumaczeniem słowa "adamantus", z którym zetknął się, a jakże, w literaturze starogreckiej. Nie udało mu się jednoznacznie określić znaczenia słowa. Kojarzył je z kamieniem, twardością, nieprzypadkowo chyba "adamant" to diament w języku angielskim, a i w języku polskim podobieństwo rdzenia jest znamienne. Stąd "kamienne serca" w ostatecznym tłumaczeniu Kubiaka. W mitologii greckiej Adamastus był ojcem Achamenidesa, towarzysza Odyseusza.
       Tłumaczy się też jako "niewzruszony", "nieugięty" - oba określenia w rodzinie słów wokół adamantusa krążą. W języku biblijnym adamant to termin dosyć niewyraźny, używany do opisania każdego bardzo twardego kamienia. W tłumaczeniach oddawany np. jako krzemień, a współcześnie już z użyciem słowa diament: "...dałem ci czoło jak diament, twardszy od krzemienia." (Ez 3,9); "Serca ich stały się twarde jak diament.." (Za 7, 12)
       Craugastor adamastus to gatunek nie wiadomo czego (?) odkryty w Gwatemali w 1994 r., dosyć endemiczny, zaliczany do Klasy gadów, ale jakby ryba (?), w siedlisku akwenów słodkowodnych. Wikipedia twierdzi, że to żaba, którą z twardością choćby skorupy trudno kojarzyć. 
       

wtorek, 14 października 2014

Żemajtis, czyli tam, gdzie Mickiewicz "tępe żmujdzkie łby" uczył

    Bynajmniej nie był szczęśliwy dwudziestojednoletni poeta, gdy został skierowany do Kowna, dokąd przybył 8 września 1819 roku obejmując stanowisko nauczyciela w szkole powiatowej. W porównaniu z wielokulturowym, estetycznie wysmakowanym, naukowo rozwiniętym Wilnem, Kowno przedstawiało się jako zapyziałe prowincjonalne miasteczko. Pozbawiony gromady przyjaciół Mickiewicz doświadcza towarzyskiej i intelektualnej pustki. Praca w szkole zajmowała całe dni i nie przynosiła satysfakcji. "Głowy zupełnie żmujdzkie. Praca daremna!" - pisał rozgoryczony. 
     Kowno (Kaunas), położone 100 km od Wilna, pierwotnie  było tylko zamkiem na granicy między Litwą a panującymi na Żmudzi Krzyżakami. Dopiero w 1408 położona w pobliżu osada otrzymała prawa miejskie magdeburskie.  Żmudź zawsze uważana była za krainę gorszą, "niższą" (Ziemajczis) od położonej w górnym biegu Niemna Litwy. Ziemie te, zamek i osadę położone u zbiegu Niemna i Wilii książę Witold pod koniec  XIV wieku wspaniałomyślnie podarował Krzyżakom, a nawet wysłał swoich Litwinów, by pomagali Zakonowi Żmudzinów ujarzmić i podbić. Proces ten przerwała krzyżacka klęska pod Grunwaldem.
      W momencie przybycia Mickiewicza do Kowna miasto liczyło 2400 mieszkańców oraz 600 w tzw. Słobodzie Żydowskiej. Szkoła, do której został skierowany młody poeta, założona przez jezuitów, po kasacie zakonu pozostawała pod zarządem Uniwersytetu Wileńskiego. Liczyła ok. 100 uczniów. Nadal jednak mieściła się w budynku dawnego Collegium Jezuickiego przylegającego do pojezuickiego kościoła, wówczas jeszcze zdewastowanego po tym, jak w 1812 roku urządzono w nim szpital wojskowy. Mickiewicz zamieszkał na pierwszym piętrze w jednej izbie z przedpokojem. Okno jego mieszkania wychodziło na wąską uliczkę i znajdowało się dokładnie naprzeciwko okna doktorowej Karoliny Kowalskiej, z którą już rychło połączył go ognisty romans o mało co zakończony pojedynkiem, kiedy podczas jednego z licznych wieczorów spędzanych u doktorostwa doszło do bójki. Romantyczny kochanek został wyzwany na pojedynek podwójny: przez doktora Kowalskiego za obrazę domu, a przez drugiego amanta pięknej doktorowej, szambelana Nartowskiego za pobicie. 
      Do pojedynku nie doszło. Karolina Kowalska była nie tylko piękną kobietą, nazywaną Kowieńską Wenerą, ale i mądrą. Ostatecznie była przecież pięć lat starsza od narwanego Adama. W wyniku jej mediacji doktor Kowalski z Mickiewiczem się pogodzili, a z Nartowskim została ustalona zasada, że gdy jeden z nich przyjdzie do państwa Kowalskich, drugi tego dnia (wieczoru?) się nie pojawi, żeby nie wchodzić sobie w drogę. 
    
   

Kościół jezuicki i po prawej przylegający doń budynek dawnej szkoły powiatowej, w której uczył Mickiewicz; z prawej widoczny budynek po drugiej stronie uliczki, gdzie miszkała Karolina Kowalska


Tablica pamiątkowa na ścianie szkoły;  pod portretem "Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie" po polsku i po litewsku


       Dzisiejsze Kowno można zwiedzać na różne sposoby i według rozmaitych tematycznych tras. Podczas niespełna godzinnego spceru najczęściej zahaczałam o ślady gotyku. Najstarsza kowieńska świątynia, Kościół pw. Wniebowzięcia NMP, zwany kościołem Witolda, który go ufundował na pocz. XV wieku, wzniesiony został tuż nad brzegiem Niemna. Stąd na frontowej ścianie zaznaczony jest metr wskazujący  poziom wody w czasie powodzi. Z elementów gotyckich zwracają uwagę wewnątrz tylko żebrowane sklepienia w prezbiterium.  Witraże zaś, przedstawiające nie świętych, lecz cztery postacie  historycznych ksiażąt litewskich, wyglądają bardzo współcześnie. Poza tym w lewej nawie znajduje się grobowiec jednego z bardziej znanych pisarzy, Juozasa Tumasa, pseud. Vaižgantas, (1869 -1933), będącego duchownym i pełniącego funkcję tutejszego proboszcza.



Znacznie ciekawsze i potężniejsze wrażenie wywiera największa litewska świątynia gotycka pod wezw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła, a przynajmniej największa budowana z cegły  (84 m długości), pełniąca funkcję katedry . Budowę zapoczątkowano w 1413 roku, ale że świątynia powstawała przez dwieście lat, wystrój wnętrza jest mieszanką stylu gotyckiego i barokowego. Prezbiterium z monumentalnym barokowym ołtarzem Ukrzyżowania (1775 r.) zachwyca postaciami apostołów naturalnej wielkości. A przy tym piękna kolorystyka  fresków pod sklepieniem oraz ozdobnych tkanin (niestety, niezbyt widocznych na zdjęciu, z prawej strony widoczny wąski pasek jakby bordowy - to właśnie tkanina) zwieszających się po bokach prezbiterium. 


     Ale gęba ze zdziwienia rozdziawia się sama, gdy popatrzymy na boczny ołtarz w lewej nawie.
 Sam obraz jest również zabytkowy, przedstawia Wniebowzięcie NMP (1686r.), a ołtarz (XVII w.) jest świadectwem misternej pozłacanej konstrukcji drewnianej, urzekającej bogactwem ozdób. To jednak, co autentycznie powala, to ażurowe kolumny tego ołtarza. Mam nadzieję, że widać na powiększonym zdjęciu - one są puste w środku. Koronkowa robota!




A poza tym znajdują się tutaj obrazy znanego nam wszystkim Michała Elwiro Andriollego. I będąc wewnątrz niespodziewanie mojemu podziwowi towrzyszyła cudownie delikatna muzyka organowa. Bach to nie był, wyglądało na jakąś próbę organisty. Niemniej od razu inaczej się odbiera budowane przez dwieście lat piękno wspomagane muzyką najbardziej sakralnego instrumentu.
      Kowno szczyci się także przykładem gotyku płomienistego widocznego na fasadzie Domu Perkuna. Nazwa związana jest z legendą rzekomego odnalezienia w budowli posągu prasłowiańskeigo bożka, ale to tylko legenda. Prawda jest taka, że był to budynek handlowy ufundowany przez kupców Hanzy. Kowno było jedynym miastem litewskim współpracującym z międzynarodową ligą miast handlowych. W czasach Mickiewicza działał tu teatr, do którego nasz wieszcz regularnie uczęszczał.



Gotyk płomienisty Domu Perkuna

        Jest jeszcze piękny biały Ratusz z elementami gotyku, renesansowe kolorowe kamienice wokół dość dużego Rynku, na którym do wypoczynku zachęcają  liczne stojące w cieniu ławeczki, fontanna, biały ogródek "rowerowy" ;-) (Ale nie mogę zdradzać wszystkich tajemnic, trzeba pojechać zobaczyć)




I mnóstwo innych atrakcji na czele z pozostałościami oraz odbudowaną jedną wieżą zamku, ale ja na koniec pozostawiłam coś  mniej przyjemnego. Oto przykład jak można zniszczyć zabytek - gotycki franciszkański (bernardyński) kościół pw. św. Jerzego, w którym autentycznie myślałam, że się rozpłaczę. 
     Ufundowany przez kasztelana grodzieńskiego Stanisława Szandziwojewskiego (Sędziwojewskiego) zespół architektoniczny budowany w latach 1487 - 1502 (niektóre źródła podają 1504 r.) tworzy klasztor oraz bezwieżowy trójnawowy kościół gotycki na planie prostokąta, jeden z największych na Litwie ( długość ponad 36 m).  Bryła świątyni do dziś zachowała oryginalną nietynkowaną elewację. Unikatowe przypory prezbiterium mają kształt kolumn, podtrzymujących  łuki nad oknami.  Kowieńscy bernardyni słynęli z produkcji nalewek, miodów,  założyli bibliotekę, prowadzili archiwum i rozpowszechniali modlitwy w języku litewskim, których rękopisy odnaleziono, jak np.  Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga Ojca. W wieku XVII klasztor trzy razy płonął oraz uległ zdewastowaniu przez wojska rosyjskie w 1655 r. Kolejne dzieło zniszczenia dokonuje się w roku 1812, a w 1842 władze carskie po kasacji klasztoru przekazują cały kompleks architektoniczny miastu. Po kolei niszczeją wszystkie dzieła sztuki będące na wyposażeniu świątyni: freski, obrazy, ołtarze, rzeźby... Nie zostaje nic. W połowie XX wieku kościół służy oddziałom  wojsk powietrzno-desantowych. Do dziś w sklepieniu widoczne są dziury po hakach, na których suszono spadochrony. Przez jakiś czas działała tam szkoła medyczna i skład materiałów, też zdaje się o chrakterze i przeznaczeniu medycznym.
      Strzeliste niegdyś witrażowe okna są dzisiaj zamurowane cegłami, niektóre w całości, inne częściowo, nie ma w nich szyb, tym bardziej witraży. Zabytkowe ołtarze z XVI wieku (Św. Anny i Krzyża Świętego) całkowicie spłonęły. Nie wiadomo nawet jak wyglądały. Podobnie wszystkie ołtarze spłonęły po raz drugi w pożarze 1624 roku tak, że nawet dach świątyni się zawalił. Wojska rosyjskie ponownie w 1655 roku zniszczyły nie do końca odbudowany kompleks klasztorny, wzniecając kolejny pożar. Kolejne dziesięciolecia i wieki to na przemian czasy odnawiania i niszczenia zabytku. Aż do 2005 r., kiedy  kościół został oddany ponownie franciszkanom. Trwają prace konserwatorskie. Czuwający przy wejściu zakonnik, świetnie zresztą mówiący po polsku, pilnuje, żeby turyści zamykali drzwi, bo robi się przeciąg, gdyż po przeciwnej stronie nie tylko w oknach nie ma szyb, ale nawet brakuje kawałka ściany i drzwi w futrynach. Na rusztowaniach za ochronną płachtą pracują konserwatorzy. Kolumny, ściany, sklepienie w dziurach, liszajach, nierównościach. Na tle totalnego zniszczenia  zachwyca odnowiona cudowna ikona Matki Bożej Łaskawej z XVII wieku, drewniana galeria chóru organowego z malowanymi wzorami w kształcie kwiatowych kompozycji, fragmenty odnowionych kolumn z deliktnym wzorkiem gałęzi ruty. Ale pierwsze wejrzenie daje obraz nędzy i rozpaczy.


To były kiedyś witraże


Kolumnowe przypory prezbiterium


Ten fresk powinno dać się odreastaurować


     Odnowiony ołatarz główny, reszta jak widać, nie ma nawet żyrandoli, żadnych kandelabrów, wszystko ze ścian powyrywane, ale ludzie się modlą, kościół jest czynny.


Odnowiona ikona Matki Bożej Łaskawej, typu Hodegetria