Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka współczesna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2026

Ostatnio wysłuchane

 

1. Świetny kawałek, szkoda, że nie całość. - Omar Sosa, kubański pianista jazzowy i Quarteto Americanos


2. Niesamowite, co można zrobić z gitarą - szwajcarsko-ekwadorskiego pochodzenia bracia Alejandro i Estevan Gutierrez


3. Cudo. Przepiękne. Elena Ledda - sardyńska pieśniarka; mimo wykształcenia w kierunku śpiewu operowego i gry na oboju zainteresowała się bardziej ludową muzyką rodzinnej Sardynii, której poświęciła swoją karierę i przedsięwzięcia muzyczne. A poniżej stary standard w nowej wersji. 


Wszystkie te osobistości odkryłam dopiero w tym tygodniu. Od razu wyjaśnię: wiem oczywiście, że piosenkę Nights in White Satin śpiewał zespół The Moody Blues, a wykonywali ją też inni znani piosenkarze, jak choćby David Bowie. Ale wersja i wykonanie Eleny Leddy są po prostu genialne. 

czwartek, 13 sierpnia 2026

Harmonia sfer

      Muzyka w Kosmosie czy Kosmos w muzyce? Muzyka sfer lub inaczej harmonia sfer zakłada, że ruchy ciał niebieskich są rodzajem muzyki. Skoro bowiem ruchy ciał niebieskich da się zapisać za pomocą relacji liczbowych, a muzyka to przecież matematyczne proporcje i następstwa tonów, dźwięków i ciszy, to właściwie podstawy obu tych pozornie odrębnych zjawisk są ściśle matematyczne. Stąd też matematyka i muzyka idą w parze i znam osoby, które łączą wykształcenie matematyczne i muzyczne. Tak więc matematyczny zapis wzajemnych relacji ciał niebieskich może być rozpatrywany jako kosmiczna partytura. Pitagorejską koncepcję muzyki sfer rozwinął Johannes Kepler twierdząc, że co prawda harmonia sfer kosmicznych nie jest słyszalna dla uszu, ale może być słyszalna dla duszy. Kepler przypisał nawet planetom Układu Słonecznego głosy: Saturn i Jowisz to basy, Mars "śpiewa" tenorem, Wenus i Ziemia to alty, a Merkury to sopran. Wszystkie planety "śpiewają" w doskonałej polifonii jedną harmonię świata. 

      Nie zagłębiając się w dalsze rozważania o koncepcji muzyki uniwersalnej, łatwo przecież zauważyć, że inspirowała ona kompozytorów. Lista dzieł, w których przewija się motyw muzyki ciał niebieskich byłaby zbyt długa, żeby ją tutaj zamieścić, a mam na myśli tylko muzykę klasyczną. Ale jeden z takich utworów zna chyba każdy: Sonata fortepianowa nr 14 "Sonata quasi una fantasia" Beethovena, czyli Księżycowa. Kosmiczna nazwa nie jest jednak pomysłem kompozytora, więc utworu tutaj nie zamieszczę. 

      Ale są kompozycje świadomie do zjawisk kosmicznych nawiązujące. Malowniczy sierpniowy deszcz meteorytów Perseidów także inspiruje, jak można zobaczyć i posłuchać:


A tu mamy już utwór dłuższy i poważniejszy współczesnej kompozytorki Alexandry Gardner:


No ale nie samymi Perseidami człowiek żyje, choć zjawisko spektakularne. Muzyka sfer ma zasięg o wiele szerszy i głębszy. Skoro według Keplera każda planeta Układu Słonecznego ma swoją muzykę, to nic nie stoi na przeszkodzie zilustrować ją naprawdę na sposób kosmiczny, czyli symfoniczny, jak zrobił to Gustav Holst w Suicie Planety. Cykl rozpoczyna dynamiczny i wojenny Mars. Poniższe nagranie próby jest już stare, ale bardzo je lubię.


Czas na prawdziwą harmonię, czyli wyciszenie. Kompozycja Alexa Baranowskiego, współczesnego kompozytora przede wszystkim filmowego, który tworzy także muzykę dla teatru i musicali. Tutaj Musica Universalis przenosi słuchacza w dalekie przestrzenie, gdzie inaczej niż droga artystycznej wyobraźni nie można dotrzeć. Daniel Hope gra na skrzypcach Guarneri z 1737 roku, które przecudownie brzmią. 

środa, 5 sierpnia 2026

Muzyka z góry Tabor

      Tradycja głosi, że Przemienienie Pańskie miało miejsce na górze Tabor. Inne sugestie badaczy typują raczej górę Hermon. Niemniej to właśnie Tabor zasłynął jako miejsce, w którym oczom Szymona, Jakuba i Jana Jezus ukazał się w boskiej chwale w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Uczniowie nie mieli pojęcia, co widzą, więc na wszelki wypadek troskliwy Szymon zaproponował postawienie trzech namiotów: dla nieoczekiwanych gości z zaświatów - Mojżesza i Eliasza oraz dla Jezusa. 

       Mniej więcej od V wieku święto Przemienienia Pańskiego funkcjonuje we wschodniej tradycji chrześcijańskiej. W chrześcijaństwie zachodnim pojawiło się w wieku VII i VIII najpierw jako święto obchodzone lokalnie. Oficjalnie w całym Kościele Katolickim wprowadził je papież Kalikst III w 1457 roku ustanawiając datę obchodzenia 6 sierpnia na pamiątkę zwycięstwa odniesionego nad Turkami pod Belgradem. W Polsce święto pojawiło się już w wieku XI stopniowo zyskując coraz większą popularność i znaczenie, zaczęto też wznosić kościoły pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego. 

       Dzisiaj chociaż święto nie jest nakazane w sensie obowiązkowego uczestnictwa wiernych w liturgii, w wielu miejscowościach nadal ma duże znaczenie i ludzie świętują, powstrzymując się od pracy podobnie jak w niedzielę. W moich okolicach 6 sierpnia nie wykonuje się prac polowych, nie kosi trawników, panuje cisza i spokój. Oczywiście ten, kto pracuje zawodowo, do pracy idzie, ale w przypadku prac rolniczych i przydomowych (remonty, malowanie płotu itp.) raczej się powstrzymują. Tradycja ta zapewne pozostała z dawnych czasów, gdy w okresie letnim Przemienienie Pańskie było najważniejszym dniem świątecznym z uroczystą oprawą liturgiczną. Obecnie w zakresie oprawy i obyczaju święto Przemienienia Pańskiego straciło na znaczeniu, skoro przestało być świętem nakazanym, a jego dawną uroczystą rangę przejęło Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny obchodzone jako nakazane 15 sierpnia.  

      Niemniej przez wieki Przemienienie Pańskie nie tylko kształtowało obyczajowość i religijną duchowość. Inspirowało także artystów. Rafael Santi jest autorem najsłynniejszego chyba obrazu przedstawiającego scenę na górze Tabor. 


Także kompozytorów inspirowała przedziwna Teofania opisana w trzech ewangeliach synoptycznych. I była to muzyka bardzo różnorodna, od medytacyjnej kontemplacji i wyciszenia do bogactwa środków mających oddać wielkość Boga. Od minimalistycznego języka muzycznego stojącego wobec Tajemnicy do chóralnej pochwały Bożej Mądrości. Do tych pierwszych należy In festo transfigurationis Domini nostri Jesu Christi Franciszka Liszta z 1880 roku. Z kolei wielkim rozmachem i zaangażowaniem aż 200 wykonawców charakteryzuje się oratorium Oliviera Messiaena La Transfiguration de Notre Seigneur Jesus-Christ ukończone w 1969 roku. 
       Fortepianowa medytacja Liszta jest krótkim utworem z późnego okresu życia i jest przykładem tego rodzaju muzyki, z której Liszt słynął jako wirtuoz i kompozytor fortepianu. Z kolei wielkie dzieło Messiaena trwa prawe dwie godziny i stanowi połączenie awangardowych eksperymentów, chorałowej tradycji i ukochanych przez kompozytora dźwięków natury, przede wszystkim ptaków. Obie kompozycje skrajnie różne, ale opiewające tę samą Boską Tajemnicę. 

Liszt


Messiaen
Chorał świętej góry - część VII oratorium 


wtorek, 23 czerwca 2026

Dyrygent

      Ostatnio w komentarzach pojawił się wątek słynnej kompozycji Ravela Bolero. Kiedyś czytałam, że jest to jeden z najczęściej granych utworów na świecie. Nie da się zaprzeczyć, że znają go nie tylko miłośnicy muzyki klasycznej. 18 powtarzanych w kółko taktów mogłoby być nudne, ale nie jest. Za każdym razem, gdy włączam Bolero, obiecuję sobie, że tylko kilka chwil i zaraz wyłączam. No bo ileż razy można?! I za każdym razem słucham do samego końca. Ta powtarzalna sekwencja przejmowana przez kolejne instrumenty, a na koniec rozbrzmiewająca całą orkiestrą jest wprost hipnotyzująca. 

      A jeszcze gdy ma się w pamięci kilka rewelacyjnych wykonań baletowych na czele z równie hipnotyzującą choreografią Maurice`a Bejarta, (w której tańczyła między innymi primabalerina Maja Plisiecka) tym bardziej aż trudno uwierzyć, że tak prosta kompozycja zyskała właściwie status światowego kultowego przeboju. Dowodem na to było wybranie - oczywiście skróconej wersji - utworu do zwycięskiego tańca na lodzie przez parę Torvill - Dean, którzy zdobyli olimpijskie złoto w 1984 roku. 

        Być może więc mając w pamięci muzykę, słysząc ją, zmieńmy perspektywę i zamiast koncentrować się na orkiestrze, popatrzmy na dyrygenta. Co z tą muzyką potrafi on zrobić. Czy dla dyrygenta Bolero jest bardziej wyzwaniem, czy raczej przyjemnością? A może jednym i drugim? Czy dyrygent prowadząc orkiestrę  myśli więcej o słuchaczach, czy raczej o kompozytorze, jego pomyśle kompozycyjnym i autonomii muzyki wobec świata?

     W każdym razie Sergiu Celibidache z dyrygowania Bolerem zrobił osobny spektakl, który równie magnetyzująco przykuwa uwagę, jak sama muzyka. Klip ten zamieszczałam już kilka lat temu, ale nie odmówię sobie tej przyjemności, że obejrzę i zamieszczę go ponownie z dedykacją dla wszystkich tych, którzy kochają Bolero. 

środa, 10 czerwca 2026

Klezmerskie trio

     Najwyższy już czas rozpocząć sezon koncertowy.  Gdy filharmonie, teatry, opery właśnie kończą programowy sezon, zaczęłam rozglądać się za letnimi propozycjami. Znalazłam koncert zespołu, którego słucham już od kilkunastu lat, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć i posłuchać na żywo. Wreszcie nadarzyła się okazja. 

     Kroke w języku jidysz znaczy Kraków. Zespół został założony przez trzech absolwentów krakowskiej Akademii Muzycznej (Tomasz Kukurba, Jerzy Bawoł, Tomasz Lato) w 1992 roku. Trzon stanowi więc trio muzyków grających na altówce, akordeonie i kontrabasie. Altowiolista gra też na flecie i czasami śpiewa, choć zespół w zasadzie ma charakter instrumentalny. Współpracowali jednak z wieloma różnymi śpiewającymi wykonawcami. I wtedy zmieniał się nieco charakter ich muzyki. Podstawą jest muzyka klezmerska z elementami etnicznymi, folkowymi, jazzowymi. Tworzyli też muzykę do filmów i spektakli teatralnych. 

     W ostatnią niedzielę zespół wystąpił w Zamościu na zakończenie Jarmarku Hetmańskiego na Rynku Wielkim obok Ratusza. Przy tej okazji okazało się, że jeden z członków zespołu (chyba Kukurba, o ile zdołałam dobrze usłyszeć i zapamiętać) współpracował z pochodzącym z Zamościa Markiem Grechutą. 

      Żywiołowy i mocno w charakterze klezmerskim koncert niósł dalekie echa muzyki tęsknej, a zarazem energicznej, radosnej, a zarazem nostalgicznej, pustynnego płaczu i wędrówki. Tak to właśnie odebrałam. Zespół przypomniał swoje dawne przeboje i nowsze fragmenty większych kompozycji, jak np. muzykę ze spektaklu Rejwach, granego w Teatrze Żydowskim w Warszawie.  Nogi same chodziły i wybijały rytm u wielu obecnych na widowni. 

      Słuchając aż chciało się gdzieś powędrować w daleki świat, poszukać pierwotnych źródeł sztuki.  Tymczasem zaś spojrzałam na okalające Rynek kamienica - na samym szczycie  okna poddaszy były otwarte na oścież, choc zasłonięte storami lub zasłonami od słońca. Ktoś tam jednak także słuchał, bo nagłośnienie było potężne. Część słuchaczy usadowiła się na wysokich schodach prowadzących do Ratusza. Stamtąd mieli widok na cały plac i mogli też słuchać. Ja grzecznie zasiadłam na krzesełku przed sceną. Był już wieczór i słońce nie paliło tak mocno. 

      Przypomniałam sobie, jak pierwszy raz usłyszałam o zespole w radiu. Nagrywali wtedy i występowali z pieśniarką z Mongolii Urą  Chahar Tughi. Później jeszcze słuchałam ich w różnych transmisjach z festiwali. No i teraz udało się na żywo nie tylko posłuchać, ale i zobaczyć. Patrzenie poszerza wrażenia słuchowego odbioru muzyki. Widać, jak muzycy tworzą jeden organizm ze swoimi instrumentami. Czułość i wirtuozeria idą w parze. Jeszcze mam w uszach tęskne dźwięki akordeonu, głębokie rytmy kontrabasu i długie, szerokie melodie altówki. 



czwartek, 4 czerwca 2026

Procesyjnie

      W 1264 roku papież Urban IV bullą Transiturus de hoc mundo oficjalnie ustanowił święto Bożego Ciała. Jednocześnie papież poprosił św. Tomasza z Akwinu o napisanie pieśni na uczczenie nowego święta. Akwinata napisał pięć utworów: Adoro te devote (Zbliżam się w pokorze, tłum. ks. L Skowronek), Lauda, Sion, Salvatorem (Chwal, Syjonie, Zbawiciela, tłum. ks. T. Karyłowski), Pange, lingua, gloriosi (Chwal, języku, tajemnicę,  było kilku tłumaczy, ale śpiewa się według ks. Karyłowskiego), Sacris solemniis (Z dniem świętym, tłum. L. Staff), Verbum supernum (Słowo najwyższe, tłum. ks. T. Karyłowski). Niektóre fragmenty hymnów usamodzielniły się jako odrębne pieśni wykonywane dosyć często i nie zawsze pamięta się, że wywodzą się ze święta ku czci Bożego Ciała, a ich autorem jest św. Tomasz z Akwinu. I tak ostatnie dwie zwrotki Pange, lingua śpiewane są podczas adoracji Najświętszego Sakramentu jako Przed tak Wielkim Sakramentem (Tantum ergo Sacramentum), a z kolei na zakończenie adoracji wykonuje się O Zbawcza Hostio (O Salutaris Hostia), co jest ostatnim fragmentem hymnu Verbum supernum. Słowa obu pieśni w tłumaczeniu ks. Karyłowicza. 

       W Polsce święto przyjęło się od XIV wieku, zyskując szczególnie bogatą oprawę procesyjną: sypanie kwiatów, feretrony, ołtarze. Układa się słynne kwietne dywany w Spycimierzu i innych miejscowościach. Dawne procesje szczególnie na Podhalu czy łowickie gromadziły ludność w ludowych strojach. 

      Klasyczne wersje hymnów oraz muzyczne wersje wybitnych kompozytorów zamieszczałam już w poprzednich latach: TUTAJ  i  TUTAJ . Dlatego dzisiaj coś innego i nowego. Owszem, kompozytor również znany, właściwie klasyk, ale - mówiąc potocznie - z innej bajki. Isaac Manuel Francisco Albéniz (1860 - 1909) był jednym z ważnych twórców hiszpańskiej muzyki narodowej. Był genialnym dzieckiem, studia w konserwatorium rozpoczął w wieku dziewięciu lat. Poza tym miał niespokojną duszę, dwa razy uciekał z domu, wyruszył w podróż na drugą półkulę do Ameryki Południowej. Mieszkał i komponował w różnych miastach Europy: od Barcelony i Madrytu, przez Londyn, Paryż i Niceę, a wraz z Lisztem, u którego doskonalił technikę pianistyczną, zwiedził Weimar, Pragę, Wiedeń, Budapeszt.  

      Dziełem życia Albéniza jest suita Iberia, skomponowana w latach 1905 - 1908, której jedna część nosi tytuł Corpus Christi en Sevilla (El Corpus en Sevilla). Suita  powstała na fortepian, lecz szybko doczekała się wielu różnorodnych transkrypcji na inne instrumenty (gitarę) i orkiestrowe. Jest to jakby muzyczny zapis atmosfery procesji na Boże Ciało w Sevilli. Kompozycja oddaje na początku radosne przygotowania i nastroje ludzi oczekujących na procesję, trochę ulicznego gwaru, przechodzących pokutników aż stopniowo się wycisza, ulica pustoszeje, nastaje podniosłe oczekiwanie i daleki odgłos kościelnych dzwonów. 

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Grały dwa Michały

     Michał Górczyński i Michał Marecki, czyli zespół Braty - laureaci Konkursu Muzyki Folkowej "Nowa Tradycja" 2026, na którym otrzymali Nagrodę Programu II Polskiego radia oraz Nagrodę Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca. 

       Nie umiem wyciąć kawałka z całego koncertu, więc Braty na początku, a potem lecą dalej inni laureaci. Braty występują mniej więcej od 12:30 do 21: 00. Można powiedzieć, że to taki folk psychodeliczny. Klarnet kontrabasowy niesamowity. Pierwszy raz słyszę w takiej odsłonie. Czy będzie płyta? Kupiłabym.

środa, 25 marca 2026

Muzyczny temat

    Co łączy barokowych kompozytorów Heinricha Bibera oraz Johanna Sebastiana Bacha, zmarłego w 2012 roku Jonathana Harveya i współczesnego nadal tworzącego amerykańskiego minimalistę Philipa Glassa? No, owszem, wszyscy są kompozytorami, ale nie o to przecież pytam. 

     Łączy dzisiejsze święto - wszyscy skomponowali utwory o Zwiastowaniu. Kompozycja Heinricha Ignaza Franza Bibera z 1676 roku jest pierwszą częścią skrzypcowych Sonat różańcowych, znanych też pod tytułem Sonaty misteryjne, które na wiele lat zostały zapomniane. Sam kompozytor nigdy ich nie opublikował i dopiero pod koniec XIX wieku odnaleziono rękopis. Pierwsza publikacja miała miejsce dopiero w 1905 roku. Jest to cykl piętnastu sonat na skrzypce i basso continuo odnoszących się do piętnastu tajemnic różańcowych. Pierwszą z nich zgodnie z kolejnością tajemnic różańca jest Zwiastowanie. 

    Bach skomponował dwie kantaty: Himmelskönig, sei willkommen (1714 r.) i Wie schön leuchtet der Morgenstern (1725 r.), w których obok tematu Zwiastowania pojawia się też nawiązanie do Niedzieli Palmowej. The Annuciation Jonathana Harveya zostało napisane w 2011 roku dla chóru St John College jako jeden z ostatnich utworów przed śmiercią. Jest to kompozycja chóralna do wiersza Edwina Muira i ma charakter bardzie pasujący do Adwentu niż Święta Zwiastowania, które przypada w Wielkim Poście. Utwór Philipa Glassa Annunciation ma charakter instrumentalny, jest to Kwintet fortepianowy nr 1 wydany w 2019 roku. 

      Wszystkich kompozycji wysłuchałam, a potem... wróciłam do pierwszej i najstarszej z nich. A jeszcze w takim wykonaniu! Rachel Podger - wybitna skrzypaczka specjalizująca się w wykonawstwie muzyki barokowej. 

sobota, 10 stycznia 2026

Wydarzyło się 10 stycznia

       W 1903 roku w Krakowie w dramacie Szekspira wystąpiła gościnnie Helena Modrzejewska jako Lady Makbet:


Dopisek do komentarza Karoliny: Modrzejewska miała zwyczaj robić zdjęcia w kostiumach postaci, które grała. Są też jej zdjęcia jako Lady Makbet. Znalazłam dwa z różnych przedstawień. Nie wiem, czy któreś jest akurat z Krakowa:





       W 1931 roku w Teatrze Wielkim w Tosce jako Cavaradossi wystąpił Jan Kiepura.


       W 1946 w Filharmonii Krakowskiej w koncercie symfonicznym wystąpili: Andrzej Panufnik, kompozytor i główny dyrygent Filharmonii Krakowskiej oraz Jan Ekier, pianista i kompozytor.  W ramach koncertu została wykonana między innymi Uwertura tragiczna skomponowana przez Panufnika w 1942 roku, której nuty później w czasie wojny zaginęły, ale utwór został przez kompozytora zrekonstruowany. 

       Uwertura tragiczna Andrzeja Panufnika to jedna z najbardziej dramatycznych jego kompozycji. W utworze znajdują się nawiązania do odgłosów wojny, lecącego samolotu, karabinu maszynowego czy bombardowania. 

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Muzyka nie podlega przemijaniu

      Lata lecą, kalendarze się zamykają, odliczanie trwa, kolejne jubileusze mijają, a on się nie starzeje. Jego muzyka także nie, choć towarzyszyła mi właściwie przez całe życie, odkąd samodzielnie i świadomie zaczęłam gromadzić swoją płytotekę. O ile było to możliwe w siermiężnych czasach żelaznej kurtyny. Jean-Michel Jarre ma 77 lat, a nadal potrafi dać półtoragodzinny koncert, będąc sam na scenie, przykuwając uwagę muzyką i elektronicznymi wizualizacjami. 

       Nie będę przypominać jego muzycznej biografii, kolejnych płyt, eksperymentów z laserową harfą, nowinek formalnych, o których pokrótce pisałam TUTAJ. Właśnie mija - minie w roku 2026 - 50. rocznica płyty nagranej w domowej kuchni przerobionej na studio nagrań. Było nią Oxygene. Czasami słucham do dziś. I wszystkich następnych. Z okazji rocznicy Jarre wyruszył w trasę koncertową, dowodząc, że ani jego muzyka się nie starzeje, ani nie brakuje mu nowych pomysłów. Podczas tournée prezentuje dawne hity, ale...  często w nowych aranżacjach, z pokazem animacji, które dopełniają muzykę. 

        Zawsze odbierałam muzykę Jarre`a jako głęboko humanistyczną, co może się wydawać dziwne w przypadku takiego zaplecza elektroniki i dźwięku generowanego właściwie sztucznie. A jednak nie służyła ona nigdy gloryfikacji sztucznego, bezdusznego krzemowego świata. Ostatni koncert w Sewilli kolejny raz potwierdza, że Jarre poprzez muzykę, a może nawet w niej samej, głosi humanistyczne przesłanie. I nie poprzestaje na tym, co było, na przeszłości. Wciąż je aktualizuje. W załączonym nagraniu koncertu z Sewilli zwracam uwagę na kompozycję Exit, w którą Jarre wkomponował nagranie ze Snowdenem. Przejmująca jest kompozycja pod jakże znamiennym tytułem Robots Don`t Cry z przepięknymi animacjami. Niesamowite połączenie muzyki z obrazem tworzy fragment Zero Gravity. Te trzy kompozycje chciałam tutaj wyróżnić, ale wszystkie są świetne, wszystkie znam, pamiętam... 

        Nagranie jest podzielone na poszczególne kompozycje i można sobie najechać na interesujący utwór, wybrać pojedyncze kawałki. Niemniej, kiedy zaczęłam oglądać, nie przestałam słuchać i oglądać aż do samego końca. Półtorej godziny bez przerwy to i tak nie tak długo jak na długie zimowe noce, a warto powtórzyć sobie ten koncert jeszcze w noc sylwestrową. To nie jest podsumowanie minionego roku. Raczej podsumowanie 50. lat pewnego typu muzyki, pewnego fenomenalnego kompozytora. 50-lecie słuchania i fascynacji. 

        A to, co mam w starym pudle - płyty, kasety - Jarre jako pierwszy wydawał swoje kompozycje jednocześnie na płytach winylowych i na kasetach magnetofonowych - jest teraz dostępne w Internecie. Ech! Czasy!

Film dostępny na platformie Arte - link poniżej

Jean-Michel Jarre - Koncert w Sewilli - Obejrzyj cały spektakl | ARTE Concert

czwartek, 20 listopada 2025

Przed nami finały

      W 13. Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. I. J. Paderewskiego w Bydgoszczy pozostały już tylko występy finałowe. Wczoraj Jury pod przewodnictwem Piotra Palecznego ogłosiło finalistów, którzy wykonają wielkie koncerty:

Aoshima Shuhei z Japonii - I koncert fortepianowy Es-dur Ferenca Liszta

Kim Jiyoung z Korei Południowej - Koncert fortepianowy nr 3 c-moll Beethovena

Roh Hyunjin z Korei Południowej - również Beethovena Koncert fortepianowy nr 5 Es-dur

oraz dwaj ostatni uczestnicy wykonają ten sam Koncert fortepianowy nr 1 d-moll Johannesa Brahmsa:

Lin Pin-Hong z Tajwanu 

Cecino Elia z Włoch

       W półfinałach wystąpiło dziesięcioro pianistów, w tym Polak Michał Oleszak. Niestety, nie wszedł do ścisłego finału, podobnie jak ulubieńcy publiczności Takuma Onodera (przyznaję, także mój faworyt) z Japonii i Ivan Szemczuk z Ukrainy.  Wielu słuchaczy kibicowało także Michelle Candotti, która nie weszła nawet do półfinału. Widać tutaj, jak rozmijają się sympatie słuchaczy i decyzje jury. Rozbieżność  raczej nie do pogodzenia. Publiczność oczekuje od artystów - bo chyba nie dotyczy to tylko muzyków - czegoś innego niż profesjonalni jurorzy. Mniej mnie fascynuje ścisłe wykonanie właściwych ćwierćnutek, ósemek i szesnastek, a bardziej obserwuję całość prezentacji, osobowość, emanowanie muzyką w całej postawie. Takim właśnie wykonawcą jest moim zdaniem Onodera i liczyłam, że wejdzie do finału. Jednak jurorzy ocenili, że jest mniej fascynujący niż inni. Moje nieprofesjonalne oceny pozostają dla mnie, one zdecydują, czyje płyty chciałabym mieć do słuchania w przyszłości. 

         Spośród finalistów chętnie posłucham Włocha, jedynego Europejczyka w finale. Bo i w tym konkursie, podobnie jak w Chopinowskim, Azjaci są w większości. W finale tegorocznego Konkursu Chopinowskiego jedynym Europejczykiem był polski pianista Piotr Alexewicz. Pozostali to Azjaci, a jeśli Amerykanie, to przecież jeden nazywa się Lu, drugi Yang, a Kanadyjczyk to Chen - wszyscy z azjatyckimi korzeniami. Czy to właściwe zwracać uwagę na narodowość i pochodzenie, gdy ocenia się kunszt artystyczny? Być może nie, ale to przyjemny oddech, gdy nieraz po akrobatycznych wręcz popisach technicznej biegłości pianistów z Chin czy Japonii posłucha się "europejskiego" wykonania. Coś w tym jest, że nawet w porównaniu z wykonaniem Onodery, (który jest według mnie fenomenem), Mozart pod palcami pianisty Ukraińskiego zabrzmiał bardziej "mozartowsko", tworząc atmosferę XVIII-wiecznej europejskiej muzyki salonowej. 

         Ekwilibrystyką pianiści mogli się też popisać w utworze skomponowanym przez Krzysztofa Herdzina na specjalne zamówienie Konkursu. W zakończonym wczoraj półfinale każdy uczestnik obowiązkowo wykonywał zamówiony utwór: Arrectis auribus. Co, ciekawe, ten jeden utwór wykonywali z partyturą na fortepianie, tylko zdaje się dwóch uczestników grało go z pamięci, a byli to Onodera i Szemczuk. Jak widać, nie miało to wpływu na ocenę jury. Kompozycja Herdzina wydaje mi się trudna technicznie, niemniej im więcej razy jej słucham, tym bardziej mi  się podoba, zwłaszcza pierwsza część, dosyć dynamiczna, z mocnym wejściem. Nie mam pojęcia, co to takiego, o czym i jak powinno być zagrane, bo nikt wcześniej, przed konkursem tego nie grał. Które więc wykonanie będzie można uznać za wzorcowe? Może powinien zadecydować kompozytor? A może bawił się po prostu słuchając różnych interpretacji?  

         Posłuchajmy tej kompozycji w wykonaniu finalisty. Nie ma fragmentów nagrań pojedynczych wykonawców, wiec załączam transmisję z wczoraj od środka, pierwszy utwór, na którym się otwiera klip, to właśnie kompozycja Herdzina. Cecino Elia gra z partytury na tablecie. 

wtorek, 11 listopada 2025

Na gorąco - Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Ignacego Paderewskiego

       Zakończył się drugi dzień przesłuchań I etapu. Pojutrze ten etap się zakończy i jury ogłosi, kto przejdzie do etapu II. Tak samo jak w Konkursie Chopinowskim, cieszę się, że  nie jestem w jury.  Delektuję się muzyką. Grają świetnie. W I etapie uczestnicy nie mają narzuconego repertuaru, mogą wybrać dowolny utwór fortepianowy. Stąd ogromna różnorodność wykonywanych kompozycji. Co prawda  niektóre powtarzają się, jak Sonata D-dur op. 56 Haydna. Pianiści sięgają też po niektóre części suity Miroirs Ravela, na przykład już dwa razy słyszałam część IV Alborada del gracioso (Poranna pieśń błazna). I tylko raz chyba dotąd (nie mogłam wysłuchać wszystkich dotąd występujących osób) zabrzmiał mój ulubiony kawałek: Oiseaux tristes (Smutne ptaki) - grała to Kim Jiyoung z Korei Południowej.

        Prawdziwą niespodzianką są natomiast utwory, których nie znam, jak dzisiaj Sonata trojańska op. 78 tureckiego kompozytora Fazila Saya. Po pierwsze, nie znam kompletnie tego kompozytora, po drugie, nie słyszałam nigdy tego utworu. Pianista z Chin, Chen Tianrui zagrał część IV Sparta. Najciekawsze jednak było to, że po raz pierwszy widziałam, żeby w konkursie pianistycznym uczestnik grał na fortepianie preparowanym. Polegało to na tym , że kładł chusteczkę na strunach, aby zmienić dźwięk. W sumie intrygujące bardzo, gdyż powstawało wrażenie jakby stukano w drewnianą kołatkę. 

        Powoli ujawniają się faworyci. Oczywiście faworyci słuchaczy mogą być inni niż faworyci jurorów, zwłaszcza, że oni słuchają na żywo. Dźwięk inaczej się rozchodzi... czasem to nawet kwestia doboru fortepianu. W transmisji internetowej jak dotąd bardzo ładnie brzmi Fazioli. Mam swoje osobiste zauroczenia, zdziwienia, zasłuchania... Po nowoczesnej muzyce XXI wieku z przyjemnością zanurzyłam się choćby w Mozarta zagranego na koniec dzisiejszych przesłuchań. Przy tej muzyce człowiek odpoczywa! Ale i inne kompozycje, trudne, rzadkie bądź takie, których nie słucha się na co dzień, mogą urzekać. Byłam zachwycona brawurowym wykonaniem Ognistego ptaka Strawińskiego przez Roh Hyunjin z Korei Południowej. 

        Wiele  było ciekawych interpretacji, nie sposób wymienić wszystkich, zwłaszcza że rozrzut utworów również ogromny. Ciekawe osobne światy muzyczne i osobowości pokazali Onodera Takuma z Japonii oraz Candotti Michelle z Włoch. Pianista japoński z niesamowitą ekspresją mimiczną, za kórą idzie także wirtuozeria i przemyślana interpretacja. Natomiast Candotti to już ukształtowana kompletna pianistka z wysublimowanym, absolutnie zjawiskowym językiem muzycznym. To raczej pewna kandydatura do kolejnego etapu, a może nawet finału. Ale to okaże się w kolejnych dniach. 

Zajawka




wtorek, 16 września 2025

Urodziny i śmierć

       Kilka dni temu (11 września) 90. urodziny obchodził Arvo Pärt, a dzisiaj  w wieku 89. lat zmarł Robert Redford. Obaj wielcy, obaj legendarni, obaj wyjątkowi. Jednak cóż może łączyć ascetycznego kompozytora z Estonii, tworzącego wyciszającą muzykę "dzwoneczków" (tintinnabuli), ze "złotym chłopcem Kalifornii", jak nazywano Redforda? Być może nic, być może niewiele poza bliskością daty urodzenia. A może właśnie bardzo wiele, gdy się popatrzy z perspektywy wieku, z perspektywy epok i pokoleń. 

         Niewątpliwie Redford to światowej klasy filmowa legenda. Zna go wielu, wielu oglądało filmy. Pärt takiej sławy nie ma, bo muzyka klasyczna wzbudza raczej niszowe zainteresowanie. Znamienne, że gdyby pokusić się o uogólnienie, można z dużym prawdopodobieństwem uznać, że ci, którzy znają muzykę Pärta, znają też Redforda i jego filmy, natomiast ci, którzy znają Redforda niekoniecznie znają estońskiego kompozytora i jego muzykę. Czy o czymś to świadczy?

     W olbrzymim dorobku Redforda chyba nie ma słabych ról. Oczywiście każdy ma swoje ulubione, a filmoznawcy będą kruszyć kopie o niuanse pozwalające na układanie rankingów. W tym jednak przypadku wszelkie rankingi są zbyteczne. Filmografia Redforda jest tak bogata i tak za każdym razem doskonale wciągająca, że wyliczanki zostawmy czytelnikom Wikipedii. Jasne, że podziwiałam wiele jego ról; jasne, że niektóre filmy oglądałam po kilka razy. Na przekór czytanym dzisiaj na wielu portalach omówieniach chcę powiedzieć o filmie, który rzadko się wymienia. W zasadzie nigdzie dzisiaj nie zauważyłam, aby go wspomniano. Bo jest tyle bardziej znanych, bardziej nagradzanych, a to taka sobie prosta, zabawna, urocza historia z amerykańskiego Południa. W dodatku Redford w nim nie grał, bo był reżyserem. Fasolowa wojna z 1988 roku to film na podstawie powieści Johna Nicholsa. Powieści nie czytałam i nie wiem, czy chciałabym przeczytać. Film stwarza taką oryginalną aurę, że nie chcę jej konfrontować z literackim utworem i porównywać. Zauroczyła mnie w nim zwyczajność, codzienność bohaterów zmagających się z pewnymi trudnościami i przeszkodami życiowymi, o których tu pisać nie będę. Z drugiej strony jest to film niezwykle poetycki i jednocześnie humorystyczny. Można pokusić się o takie podsumowanie, że niby nic niezwykłego, a bardzo przyjemnie się ogląda. A ostatnia scena, ach ta ostatnia scena filmu! Czysta poezja. I słucha się świetnie. Bo muzyka jest cudowna. Zresztą, chociaż za reżyserię Redford tutaj Oscara nie dostał  (jak za Zwyczajnych ludzi), to został nagrodzony Dave Grusin za muzykę. No to posłuchajmy.


      A teraz Arvo Pärt - największy mistyk wśród kompozytorów i największy kompozytor wśród mistyków. Słucham jego muzyki od dawna, ale właśnie uświadomiłam sobie od jak dawna, gdy spojrzałam na ścieżkę filmową starego filmu, jeszcze z czasów ZSRR. Otóż właśnie, to film, a właściwie muzyka filmowa połączyła mi pamięć o Redfordzie z Pärtem. W 1978 roku powstała polsko-radziecka (dziś powiedzielibyśmy: polsko-estońska) ekranizacja opowiadania Stanisława Lema Rozprawa pod filmowym tytułem Test pilota Pirxa. Nowoczesną, dynamiczną muzykę skomponował Arvo Pärt we współpracy z polskim twórcą muzyki elektronicznej Eugeniuszem Rudnikiem. Powstała ścieżka dźwiękowa wyprzedzająca tamte czasy, a w symbiozie z fabułą przypomina późniejszy o kilka lat znany filmowy przebój Ridleya Scotta Łowca androidów. W obu filmach chodzi o metodę identyfikacji androidów do złudzenia przypominających ludzi - bo taki też w istocie jest główny motyw opowiadania Lema (w tym przypadku tekst literacki jest mi dobrze znany). Ścieżka dźwiękowa Testu pilota Pirxa pochodzi z czasów, gdy Pärt tworzył jeszcze muzykę awangardową, choć stworzył swój rozpoznawalny styl tintinnabuli. Może być więc szokiem słuchanie jej dziś, gdy od całych dekad kompozytor przyzwyczaił nas do czegoś zupełnie innego. 
      Wkrótce po skomponowaniu tej muzyki, w 1980 roku, Pärt wraz z rodziną wyemigrował ze Związku Radzieckiego, mieszkając najpierw w Wiedniu a później w Berlinie. Do Estonii wrócił na przełomie XX i XXI wieku. Ponieważ film powstał w czasach Związku Radzieckiego, istnieją trudności ze zdobyciem ścieżki dźwiękowej. Wiele nagrań zostało usuniętych z Internetu. Niemniej można ją zdobyć, to znaczy zakupić. Poniższy klip zawiera oprócz samej muzyki elementy dialogu bohaterów filmu w języku rosyjskim. 

poniedziałek, 15 września 2025

Muzyczne efekty poszukiwań i niespodzianka

       Jak większość świąt, także i Podwyższenie Krzyża Świętego ma swoją muzyczna oprawę, a w zasadzie oprawy skomponowane przez różnych kompozytorów. Pierwsze teksty o relikwii Krzyża Świętego powstały wkrótce po jego odnalezieniu przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna (272 - 337), która podobno podzieliła relikwie na trzy części dla trzech stolic ówczesnego chrześcijaństwa: Jerozolimy, Konstantynopola i Rzymu. Konstantyn wznosi w Jerozolimie Bazylikę Krzyża, której poświęcenia dokonano 14 września 335 roku. Dla przechowywania relikwii Krzyża w Konstantynopolu wybudowana została Hagia Sophia, a w Rzymie powstaje Bazylika Krzyża Świętego Jerozolimskiego. W Polsce również znajdują się relikwie Krzyża, najsłynniejszym miejscem jest Sanktuarium Relikwii Krzyża Świętego w Górach Świętokrzyskich. Jeden z najsłynniejszych kawałków Świętego Krzyża znajdował się w bazylice OO. Dominikanów w Lublinie, ale w nocy z 9 na 10 lutego 1991 roku został skradziony i do dzisiaj go nie odnaleziono. (Inna rzecz, że jak mówił pewien mądry zakonnik, na świecie tyle się "odnalazło" kawałków krzyża z Golgoty, że gdyby je poskładać do kupy, powstałby nie jeden krzyż, a cały las.)

      W każdym razie 14 września jest wielkim świętem, a Święty Krzyż inspirował kompozytorów, poetów i malarzy. Historyczne postacie św. Heleny i Konstantyna (oboje w koronach, stoją po prawej stronie) odnajdujemy na dziewiętnastowiecznej ikonie anonimowego autora z Podlasia.


        Na święto komponowano też muzykę, a zwłaszcza msze. Autorem pięciogłosowej mszy ku czci Świętego Krzyża ze specjalnym uwzględnieniem święta Podwyższenia  (In Exaltatione Crucis) jest renesansowy francusko-flamandzki kompozytor Pierre de la Rue (data urodzenia nieznana, zmarł w 1518 r.).  Z kolei ośmiogłosową Mszę Odnalezienia Świętego Krzyża (Missa Inventionis Sacrae  Crucis) skomponował barokowy niemiecki kompozytor Johann Caspar Ferdinand Fischer (1656 - 1746). Być może najbardziej znana jest natomiast kompozycja Haydna. Uwaga! Chodzi o Johanna Michaela, młodszego brata słynnego kompozytora Josepha Haydna. Johann Michael Haydn (1737 - 1806) skomponował 40 mszy, w tym Missa Sanctae Crucis (1762 r.) Ponad sto lat później, we wrześniu 1882 roku Mszę G-dur "Santa Crucis" skomponował Josef Gabriel Rheinberger (1839 - 1901), kompozytor niemiecki pochodzący z Liechtensteinu. Muzyki zaczął się uczyć w wieku 5 lat, a mając lat 7 występował już publicznie grając na organach i fortepianie. W tym czasie zaczął też samodzielnie komponować. Pierwsze kroki zawodowe stawiał jako organista, ale zasłynął jako pedagog: był profesorem fortepianu i organów oraz inspektorem klasy instrumentalnej i teorii w Königliche Musikschule w Monachium. 
         Tyle klasyki, natomiast dzisiaj zamieszczę rzecz współczesną. Współczesna kompozycja współczesnego autora. Alfredo Luigi Cornacchia komponuje, dyryguje, aranżuje. Ukończył studia muzyczne w zakresie fortepianu, kompozycji i dyrygentury chóralnej. Zdarza mu się nawet komponowanie muzyki filmowej. Ale dzisiaj Hymnus Sanctae Crucis.

      Jako się rzekło w tytule tego wpisu - czas na niespodziankę. BARDZO WIELKĄ NIESPODZIANKĘ. Przyznaję, że zapewne nie dla wszystkich, a tylko dla niektórych będzie to gratka nie lada. Odnalezienie drzewa Krzyża stanowiło inspirację także, a właściwie najpierw - dla poetów. Jednym z utworów jest średniowieczny anglosaski poemat mniej więcej z VIII - IX wieku The Dream of the Rood (Sen Krzyża). Znalazłam ten utwór w TAKIM wykonaniu: Uwaga, uwaga! David Suchet!

wtorek, 26 sierpnia 2025

Jeden utwór - kilka wersji

       Najbardziej znany utwór Astora PiazzoliLibertango ma milionowe odsłony, nie podejmuję się policzyć, ile w sumie milionów, jeśli zsumuje się wszystkie dostępne wersje, a jest ich multum. Mam swoje ulubione i mam absolutny hit. Ale wybór pozostawiam każdemu indywidualnie. Tylko spośród kilku...  

Na początek wersja z prawie sześćdziesięcioma pięcioma (prawie 65 mln) milionami osłon, do posłuchania i oglądania:


"Tylko" trzy i pół miliona - wersja wiolonczelowa z orkiestrą:


Wersja tylko na ludzkie głosy - bez instrumentów, trzy miliony sześćset tysięcy:


Koreański kwartet - cztery miliony siedemset tysięcy odsłon:


I jeszcze wielu innych wysłuchałam, ale chyba nie zmieszczą się wszystkie tutaj... 

środa, 6 sierpnia 2025

Transfiguratio Domini - 6 sierpnia

       Franz Liszt skomponował In festo transfigurationis Domini nostri Jesu Christi na fortepian. To jeden z ostatnich utworów kompozytora, należący do tych o charakterze medytacyjnym i uduchowionym. Piękny początek wyraźnie nawiązuje do Beethovena, ale i sam utwór Liszta stał się inspiracją do dalszych nawiązań i niejako kontynuacji. Włoski kompozytor Francesco Marino z Neapolu w 2022 roku skomponował również na fortepian rozwinięcie utworu Liszta. 

       Obie kompozycje jak najbardziej do słuchania, zamyślenia, medytacyjne, wyciszające, choć kompozycja Włocha wyraźnie zawiera elementy bardziej współczesne. Jednakże i tak najbardziej nowatroska kompozycja jest dziełem Oliviera Messiaena (1908 - 1992), francuskiego kompozytora o niezwykłej wrażliwości na dźwięki natury, na śpiew ptaków. W monumentalnej kompozycji La Transfiguration de Notre-Seigneur Jesus Christ występuje stuosobowy chór mieszany podzielony na dziesięć partii, siedmiu solistów instrumentalnych oraz różne charakterystyczne dla kompozytora instrumenty orkiestrowe, jak na przykład duża sekcja perkusyjna. Całość trwa prawie półtorej godziny i odnajdujemy w kompozycji fragmenty o wybitnie duchowym, medytacyjnym nastroju. Muzyka Messiaena nie jest dla każdego ze względu na nietypowe połącznia instrumentalne, wprowadzanie dźwięków imitujących głosy ptaków, co było zresztą jego specjalnością. 

        Na początek więc Liszt:


oraz nawiązujący do niego w swojej kompozycji Francesco Marino:


Messiaen - ostatnia część kompozycji, Światła Chwały o charakterze chorałowym:


I na koniec pieśń liturgiczna z obrzędu prawosławnego na święto Przemienienia Pańskiego:

poniedziałek, 3 lutego 2025

Kogo zobaczyły oczy Symeona

           Kantatę Ich habe genug Johann Sebastian Bach skomponował na Święto Ofiarowania Pańskiego 2 lutego 1727 roku. Libretto oparte na słowach kantyku Nunc dimittis, jakie wypowiedział Symeon, gdy ujrzał Jezusa przyniesionego do świątyni. Kantata Bacha jest chyba najczęściej wykonywaną i najbardziej znaną muzyczną wersja tekstu biblijnego, ale wielu innych kompozytorów (od renesansowych po współczesnych) również sięgało po Kantyk Symeona. 

Pierwotna wersja Bacha opracowana została na bas z towarzyszeniem oboju; tu śpiewa Matthias Goerne, niemiecki baryton światowej sławy


Przepiękną wersję współczesną na chór mieszany a capella skomponował w 2001 roku estoński kompozytor Arvo Pärt, autor oryginalnej koncepcji muzyki zwanej tintinnabuli (łac. dzwoneczek) 


I nie wiem, która kompozycja podoba mi się bardziej... 

czwartek, 16 stycznia 2025

No nie wierzę... myślałam, że jest nieśmiertelny

   Kto nie oglądał Miasteczka Twin Peaks i nie zastanawiał się, kto zabił Laurę Palmer, nic nie wie o filmie.  Kto nie wkurzał się  (lub podziwiał) na dziwactwa Dale`a Coopera granego przez Kyle`a MacLachlana, nic nie wie o aktorstwie. Kto nie zna nazwiska Davida Lyncha, nic nie wie o kinie. Kto nie oglądał jego filmów, nic nie wie o reżyserii. 

     Trochę to melodramatycznie i patetycznie brzmi, ale David Lunch zmarł, a myślałam, że jest nieśmiertelny. Doprawdy, jestem w szoku. 

Ten początek...

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Niewymuszona autobiografia

      "Lubię niewymuszoność, z jaką Stendhal używa słowa "geniusz". [...] Przejmując konwencję Stendhala, powiem, że Edith Piaf jest genialna. Jest niezrównana. Nigdy dotąd nie było Edith Piaf i nigdy już nie będzie"- pisze Jean Cocteau we wstępie do autobiograficznej książki piosenkarki Na balu szczęścia. Opublikowała ją w 1958 roku. Zostało jej wówczas jeszcze pięć lat życia. Druga  autobiografia pt. Moje życie ukazała się już po jej śmierci i nie została przez nią samą napisana. Zebrano w niej wywiady, okazjonalne wypowiedzi i ułożono w rodzaj autobiografii. W Na balu szczęścia zaś Piaf sama snuje wspomnienia i ustala, w jakiej kolejności i co opisać. Sama decyduje, co z jej poglądów na artyzm sztuki piosenkarskiej, sposoby pracy nad tekstem ujawnić, czym się z czytelnikami podzielić. 

      Właściwie nie zagłębia się zbytnio w sprawy osobiste. Poza legendarną i raczej zmyśloną historią o narodzinach na ulicy, etapem występów z ojcem cyrkowcem, pobieżnym wspomnieniem wypadku samochodowego, bardziej skupia się na kolejach budowania kariery, zdobywania wiernych słuchaczy, szukania dobrych piosenek. Ujawnia przy tym sposób myślenia  o roli tekstu w piosence. Od niego się zaczyna. Ona od niego zaczynała. Potem melodia - tu wiele pozytywnych ciepłych słów pod adresem Marguerite Monnot, która skomponowała dla niej wiele przebojów. W ogóle Piaf często pisze o tych, z którymi dobrze jej się współpracowało,  o tekściarzach, kompozytorach, rzadziej wydawcach, dyrektorach kabaretów. Wielokrotnie podkreśla jak dobre teksty pisze Raymond Asso.  Przy czym Piaf marginalizuje, wręcz pomija fakt, ze przez długi czas była z nim związana prywatnie, nie zagłębia się zresztą w inne swoje związki,  przywołuje jedynie perypetie, które doprowadziły do ślubu z Jacques`em Pillsem oraz fakt rozstania z nim po kilku latach. 

     W toku wspomnień pojawiają się też niesamowite historie, jak zorganizowanie w 1944 r. dobroczynnego koncertu dla rodzin więźniów niemieckiego obozu, którzy zginęli w czasie bombardowania. Zaangażowała do tego przedsięwzięcia człowieka legendę - Sachę Guitrego, dzięki któremu zebrano olbrzymią kwotę.  Edith Piaf działając w ruchu oporu jeździła na koncerty do Niemiec, do niemieckich obozów. Tam na koniec występu prosiła więźniów do wspólnego zdjęcia, które potem przywiezione do Francji pieczołowicie były obrabiane, twarze poszczególnych osób były osobno wycinane i dorabiano do nich fałszywe dokumenty. Po kilku miesiącach Piaf znowu jechała na występ do tych samych więźniów a między swoimi bagażami scenicznymi przemycała te dokumenty. Sprawa ta wyszła na jaw, gdy po wojnie rozliczano artystów współpracujących z hitlerowcami.  Piaf również wezwano przed komisję, a wówczas sekretarka Andree Bigard, która pośredniczyła w wyrabianiu dokumentów ujawniła, na czym polegał podstęp i w co były obie z Piaf zaangażowane. Jednakże sama Piaf wcale szczegółowo o tym nie pisze, nie wspomina. Wyjaśnienie owego procederu znajduje się w przypisach od wydawcy. Ona sama nie chełpi się swoją odwagą. 

      Piaf skupia się w tej autobiografii na kwestiach zawodowych, estradowych, kolejach swojej kariery, nagraniach, współpracy z wieloma utalentowanymi ludźmi. Zadowolona jest, gdy uda jej się pomóc w karierze niektórym, jak Yves Montand, Eddie Constantine czy zespół Les Compagnons de la Chanson, z którym występowała na pierwszym tournee w Stanach Zjednoczonych. Ciekawe jest wyjaśnienie jest scenicznego emploi: czarna sukienka, minimalna gestykulacja, brak ruchu. Piaf uważała, że nic nie powinno odciągać uwagi od piosenki, od tekstu, dramatyzmu. Kolorowy strój odwracałby uwagę od tego, co najważniejsze. Najważniejsza zaś jest piosenka i emocje, które ona niesie. Odbiorca powinien się skupić. To zresztą początkowo przeszkadzała jej w zdobyciu aplauzu u amerykańskiej publiczności, która nie znając języka, nudziła się na jej występach. Dopiero gdy Piaf  usilnie pracowała nad angielskim, żeby śpiewać w tym języku, odbiór się zmienił. 

       Gdy tekst jest pełen dramatyzmu, gdy niesie go doskonała melodia, gdy wykonanie jest perfekcyjne, zbędne są inne ozdobniki, wstawki i rozpraszacze. Tak samo występowała Demarczyk: w czarnej sukience, bez ruchu, z oświetloną twarzą i pełnym głosem. To wszystko.  Tylko mierni artyści niepewni swojego kunsztu podpierają się dodatkami typu taneczne wygibasy, nadruchliwością sceniczną, fajerwerkami. To wszystko zaś rozprasza, odciągając uwagę od tekstu i muzyki, bo z reguły tekst bywa nijaki, a muzyka sztampowa i bez polotu. Współczesny widz często nie potrafi się skupić na słowie i dźwięku, potrzebuje ruchu, migających świateł i hałasu. Wszystko dzisiaj zmierza w stronę cyrku. Kogo dzisiaj można przyrównać do takiej Piaf czy Demarczyk? Większość nagród zdobywa i podziw tłumów wzbudza nie wykonawstwo, ale umiejętność wykorzystywania na scenie elektroniki i zapotrzebowanie na moc generatorów prądu. Pozbawić ich całej tej migotliwej, hałaśliwej otoczki i co zostanie? Płytkie dziecinne teksty z cieniutkim bezbarwnym głosikiem. A gdy Edith Piaf śpiewała Non, je ne regrette rien stojąc na scenie bez ruchu, ciarki chodziły po plecach. 


Edith Piaf: Na balu szczęścia. Autobiografia. Z francuskiego przełożyła Magdalena Pluta. Wydawnictwo Jeden Świat, Warszawa 2007. 

środa, 11 grudnia 2024

Gorące rytmy na zimę

 I nie trzeba mieć i perkusji za ogromne pieniądze...


A tu jak się robi muzykę...


A tych gości oglądałam i słuchałam na żywo...