Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

10 sierpnia 1829 roku w Karlsbadzie...

 ... Adam Mickiewicz wreszcie doczekał się przybycia Edwarda Odyńca. Ponaglał go już wcześniej wysyłając listy do Drezna, gdzie Odyniec wciąż zwlekał z wyjazdem. 

       Karlsbad - Karlowe Wary - znane czeskie uzdrowisko o długiej historii, przyciągało już wtedy licznych kuracjuszy z najwyższych sfer społecznych oraz osoby ze świata sztuki i literatury. Tutaj Goethe zawitał redagując pierwszy tom swoich dzieł zebranych. Jednym z miejsc goszczących przybyłych gości był pensjonat "Pod Strzałą" (Pfeil) na ulicy Alte Wiese. [tu popełniłam pomyłkę - wyjaśnienie i korekta na dole wpisu] Na liście karlsbadzkich gości kąpielowych Mickiewicz znajduje się pod datą 29 lipca 1829 r. jako kuracjusz przybyły z Petersburga. Po wielu latach, w 1870 roku, Polacy nadal licznie przybywający do Karlsbadu i odwiedzający "Pod Strzałą" ufundowali tablicę pamiątkową z napisem: "Tu mieszkał pod n-rem 4-tym Adam Mickiewicz w roku 1829". 

      Tamtego lata poeta umówiony był z Odyńcem na dalszą wspólną podróż po Europie i czekał na niego u karlsbadzkich wód. Mimo przyjemnego towarzystwa rodziny Łabędzkich, kuzynów Szymanowskich z Warszawy, z którymi spotkał się już wcześniej w Dreźnie, pragnął jednak jak najszybciej Karlsbad opuścić znużony zainteresowaniem i nieraz nieoczekiwanymi odwiedzinami nieznanych sobie rodaków. Najbardziej męczyły go prośby domorosłych wierszokletów, którzy chcieli, aby oceniał ich wiersze. Wspominając ten pobyt w listopadzie 1829 roku pisał w liście do Franciszka Malewskiego: "... od niektórych poetów uciekałem, bo biorąc wody, niepodobna być w humorze słuchania głupich wierszy, ale z całą prozą w dobrej byłem harmonii". 

        Tymczasem na początku sierpnia ponaglał przyjaciela: "Wyglądam tu ciebie, tylko się nie baw długo, bo i tak te kilka dni umyślnie dla ciebie wysiedzieć muszę". W końcu Odyniec przybył 10 sierpnia i Mickiewicz, gdyby mógł, od razu wyruszyłby dalej, ale namówiony przez bliskie grono znajomych, przesunął wyjazd o dwa dni. Grono około dwudziestu najbliższych osób zorganizowało na jego cześć uroczysty obiad pożegnalny. Od większej wieczornej biesiady poeta zdecydowanie się wymówił, zwinął manatki i wraz z Odyńcem opuścił Karlsbad 13 sierpnia 1829 roku udając się najpierw do Marienbadu, potem Egeru i stamtąd dalej przez Europę, a wówczas szczególnie spieszyło się im obu do Weimaru na spotkanie z Goethem. 


Pensjonat, w którym zatrzymał się Mickiewicz podczas pobytu Karlsbadzie w 1829 roku. Rycina zamieszczona w publikacji "Album pamiątkowe Adama Mickiewicza", Władysław Bełza, 1889 r. 


Ten sam budynek pensjonatu Pfeil - zdjęcie z 1908 roku zamieszczone w tygodniku ilustrowanym "Nasz Kraj", R. 3, nr 21.  

      PS. Sztuczna inteligencja nie potrafiła mi wskazać obecnej ulicy, która odpowiadałaby położeniu Alte Wiese. Nie udało się też dowiedzieć, co się stało z pensjonatem. 

PS. 2 Jack zidentyfikował ulicę i budynek, w którym mieszkał Adam Mickiewicz w 1829 roku w Karlowych Warach, dawnym Karlsbadzie. Obecnie jest to ulica Nova Louka. 
Alte Wiese w języku niemieckim znaczy to samo, co Stara Louka po czesku, czyli stara łąka. Sądzić by można, że to właśnie na niej będzie znajdował się dawny budynek pensjonatu, gdzie zatrzymał się Mickiewicz. Jednak okazuje się, że jest to Nouva Louka.
TU KAJAM SIĘ ZA PMYŁKĘ, bo w zapisie w księdze kuracjuszy jest wyraźnie zapisane, że "Herr von Mickiewicz (...) zum weisen Pfeil neue Wiese", czyli owszem, w pensjonacie Strzała, ale na Nowej Łące. Nie mam pojęcia, skąd mi  się ta Alte Wiese wzięła :-(
 Niestety, dawny budynek się nie zachował, w tym miejscu - numer 287/9 - gdzie dawniej znajdowały się barokowe budynki Pfeil i Silberne Kanne, wzniesiono nowy budynek o nazwie Maison Moderne. Pod oknami pierwszego piętra znajduje się tablica upamiętniająca pobyt Mickiewicza w 1829 roku, a budynek określa się także jako Dom Mickiewicza. 

Więcej TUTAJ

Sam Mickiewicz w Karlowych Varach upamiętniony jest także na pomniku ustawionym w 1897 roku u wejścia do hotelu Richmond. Autorem popiersia poety ustawionego na wysokim cokole był lwowski rzeźbiarz Tadeusz Barącz. Pierwotny pomnik został uszkodzony w czasie drugiej wojny światowej i jego nowszą wersję wykonał w 1947 roku czeski artysta Břetislav Werner. 


Břetislav Werner, Jan Cingroš, pomnik Adama Mickiewicza, 1947, odsłonięty 1948, brąz i porfir, Karlove Vary, fot. 2014 Licencja: CC BY-SA 4.0, Źródło: Instytut Polonika


Wybrana bibliografia:

Józef Białynia Chołodecki: Kult pamięci Adama Mickiewicza w Karlowych Warach. Czerniowce 1894.

Władysław Mickiewicz: Żywot Adama Mickiewicza podług zebranych przez siebie materyałów oraz z własnych wspomnień. Tom II. Poznań 1892. 

"Nasz Kraj. Tygodnik Ilustrowany". R. 3, nr 21. 1908. 

czwartek, 30 lipca 2026

Literatura jak Kasandra

        Słuchając audycji w radiowej Dwójce, dowiedziałam się o istnieniu projektu Cassandra. Realizuje go międzynarodowy zespół literaturoznawców badający współczesne teksty literackie z różnych kręgów kulturowych. Inicjatorem projektu jest prof. Jürgen Wertheimer z Uniwersytetu w Tybindze, a z polskiej strony uczestniczy w nim prof. Monika Wolting z Uniwersytetu Wrocławskiego.

         Przedmiotem badań międzynarodowego zespołu jest najnowsza literatura ostatnich 15. lat. Co ciekawe, w polu zainteresowania znajdują się nie tylko dzieła wybitne, ale w większym stopniu utwory często mało znane, peryferyjne, nienagradzane, a nawet takie, które nie zostały wydane. Jak uważa prof. Wolting, to właśnie one dokładniej rejestrują to, co się dzieje na co dzień i ujawniają powszechne nastroje społeczne. 

      Punktem wyjścia podjętych badań jest przekonanie, że to literatura w stopniu najbardziej trafnym przewiduje zagrożenia przyszłości, potrafi wskazać miejsca i przyczyny sporów i napięć mogących prowadzić do konfliktów. Bynajmniej nie chodzi tutaj o czystą i dosłowną futurologię czy prognozy rodem z science fiction. Analiza tekstów literackich pozwala zaobserwować, gdzie i jakie napięcia społeczne zaczynają eskalować, co może w przyszłości doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia i bardziej drastycznych zjawisk. 

      Na pozór wydaje się, że to bieżąca publicystyka i media społecznościowe reagują od razu i ujawniają skalę niezadowolenia czy frustracji społecznej. Są to jednak tylko reakcje na bieżące wydarzenia, a brakuje im długoterminowej przewidywalności, mogącej służyć za ostrzeżenie, że coś może dopiero nastąpić za jakiś czas. Media reagują na to, co już się stało, a literatura ujawnia na ukryte nastroje i lepiej ilustruje długofalowe procesy społeczne, przewidując to, co zdarzy się za wiele lat. Utwory literackie wychwytują to, co w medialnym dyskursie niewypowiedziane, odzwierciedlają zbiorową wyobraźnię, emocje społeczne zanim zostaną one zwerbalizowane w publicznej dyskusji.  

       Punktem wyjścia podjętych badań jest założenie, że rzeczywistość, w której żyjemy, zawiera ukryte znaki tego, co może nadejść w przyszłości. To pisarze w swoich utworach umieją te znaki, nawet nieświadomie, wychwytywać, wprowadzając te znaki do konstrukcji swoich bohaterów i fikcyjnej fabuły. Pisarze zawsze korzystają bowiem z tego, co obserwują w świecie. Zespoły badaczy pochylają się więc nad literaturą usiłując te ukryte znaki odczytać i a ich podstawie formułować wnioski.

       I tu pojawia się clou całego projektu Cassandra. Komu te badania są potrzebne? Można się zdziwić, ale trafiają one np. do NATO czy najwyższych struktur Unii Europejskiej. Mało tego, to właśnie od tych najwyższych szczebli politycznych wychodzą zamówienia na konkretne badania, np. literatury Tajwanu. Chodzi o to, by z literatury odczytać, jakie napięcia społeczne są szczególnie dominujące i mogą w przyszłości generować konflikty. Prowadzone były m.in. badania literatury francuskojęzycznej, polskiej, polsko-niemieckiej, utwory polskich emigrantów w Niemczech. Okazało się, że w 3/4 badanych tekstów dominują obrazy wroga i wykluczenia.

     Na marginesie rozważań o zakresie i celu projektu pojawia się też problem umiejętności, a właściwie braku umiejętności krytycznego czytania tekstów literackich. Krytycznego nie w sensie krytykowania, tylko w sensie dostrzegania celu zastosowanych przez pisarza zabiegów artystycznych. Mało wyrobiony czytelnik koncentruje się tylko na przebiegu fabuły, a słowa, zdania wypowiadane przez bohaterów traktuje dosłownie jako obraz rzeczywistości. Np. gdy, powiedzmy, bohater bluzga naokoło, złorzeczy takim czy innym postaciom obwiniając je o swoje życiowe porażki, czytelnik traktuje to dosłownie, że fatycznie tej czy innej osobie należy tę winę przypisać. Krytyczne czytanie zaś polega na tym, aby rozumieć, że słowa bohatera świadczą tylko o jego postawie wobec świata, a nie o świecie jako takim. Jest to element charakterystyki postaci literackiej a nie charakterystyka i diagnoza rzeczywistości. 

       Przypomina mi się tutaj konsternacja Olgi Tokarczuk, gdy jakiś czytelnik zapytał, czy to, co pisarka zamieszcza w swoich książkach, jest prawdą. Jak ma odpowiedzieć pisarz, który czerpie z rzeczywistości,  ale przecież przetwarza zjawiska, konstruuje fabułę, tworzy bohaterów, wkładając w ich usta zasłyszane zdania, albo wymyślone przez siebie, ale skonstruowane na podstawie przygodnych rozmów. Takie właśnie pytanie zdradza czytelnika, który czyta tylko dosłownie, nie rozumiejąc, że literatura piękna to nie jest zapis faktów ani podręcznik do historii.

       Analiza współczesnych tekstów literackich ukazuje jeszcze jedno zastanawiające zjawisko. Obecnie dominuje w nich narrator pierwszoosobowy. gdy kiedyś powieść charakteryzowano przede wszystkim jako wypowiedź narratora wszechwiedzącego, tak obecnie w większości narrator wypowiada się w pierwszej osobie. Liczy się tylko to, co JA mam do powiedzenia. To, co mówią inni nie jest istotne, jest marginalizowane. To wiele mówi o współczesnym człowieku i współczesnej kulturze.  

środa, 22 lipca 2026

Zapomniane umiejętności

     Nie chcę narzekać na współczesne czasy i młodsze pokolenia. Świat nieuchronnie się zmienia i - jak pisał Adam Asnyk:

Wy nie cofniecie życia fal, 

Nic skargi nie pomogą,

Bezsilne gniewy, próżny żal,

Świat pójdzie swoją drogą. 

     Niemniej, kiedy naocznie obserwujemy jak niemal z dnia na dzień zanikają pewne umiejętności, zachowania, nawyki, człowiek zaczyna się dziwić, że ktoś jeszcze potrafi to, co kilka, kilkanaście lat temu było czymś prostym i zwyczajnym. 

     Jadę busikiem i przyglądam się mijanym pejzażom i ludziom. Rejestruję zmiany: tu jakby mniej drzew, a tu urosły krzaki; tu powstaje nowy dom, a tam wyremontowano most; w jednym miejscu powstał nowy McDonald`s, a w innym właśnie zakończono rozbiórkę jakiejś walącej się kamienicy. Ludzie też się zmieniają. Zanim busik dojedzie do ostatniego przystanku, odzywają się telefony podróżnych: to bliscy pytają, za ile minut dojadą. Jedni odpowiadają, że za chwile i proszą o przyjazd na dworzec, aby ich odebrać i zawieźć do domu; inni uspokajają, że jeszcze to potrwa i sami sobie dadzą radę. Starsze osoby mają często włączony tryb głośno mówiący, więc cały bus słyszy rozmowę. Młodzi najczęściej zatopieni w smartfonach oglądają jakieś filmiki, ze słuchawkami na uszach słuchają muzyki. W dni targowe osoby starsze z reguły toczą sąsiedzkie rozmowy, te same osoby często się widują, znają od lat i mają mnóstwo tematów do omówienia: rodzina, choroby, gospodarstwo. 

      Pewnego razu jadąc takim busikiem spoglądam na ludzi oczekujących na jednym z przystanków i wzrok mój przykuwa wyróżniająca się osoba: mężczyzna stojący samotnie nieco dalej, który trzyma w rękach i czyta rozłożoną gazetę. Gdy wszyscy teraz podsuwają sobie pod oczy co najwyżej jakieś krótkie informacje z telefonów, on stoi zatopiony w tradycyjnej drukowanej płachcie. Aż mi się prawie rzewna łezka zakręciła w oku. Kiedy ostatni raz widziałam kogoś takiego?! Nie pamiętam. Po chwili refleksja: nic dziwnego, znam go przecież. To mój znajomy, lat 65, emerytowany nauczyciel wos-u i historii. No cóż, kto miałby jeszcze dzisiaj czytać gazety, jeśli nie on? 

      Obrazek drugi: jadę przez miasteczko turystyczne. W ciągu roku toczy się w nim senne prowincjonalne życie, w sezonie letnim nabiera kolorów, wigoru i puchnie od turystów. Mnożą się sezonowe atrakcje, festiwale, parkingi zapełnione po brzegi autokarami, samochodami osobowymi i motocyklami. Ulicami i chodnikami maszerują wycieczki, turyści indywidualni zmierzają do wcześniej obranych celów. I nagle obrazek jak z ubiegłego wieku: przy skrzyżowaniu na chodniku dwie młode osoby w wieku nastoletnim w strojach przypominających skautów czy harcerzy, z plecakami. Pochylają nad czymś skupione głowy. I tu niespodzianka - patrzą na rozłożoną mapę, tradycyjną drukowana mapę, szukając zapewne dalszej trasy. Nie włączają żadnego GoogleMaps, tylko korzystają z rozkładanej mapy turystycznej. 

      I trzecia obserwacja. Studentka pisze pracę licencjacką. W sumie licencjat, to nie magisterium, praca nie musi odkrywać nieznanych lądów. Ale studentka jest ambitna i postanawia dołączyć własne elementy badawcze. Przeprowadza wywiady z ekspertami, robi ankiety, wybiera metodologię, ba, sięga po zasoby internetowe instytutów badawczych zgromadzone w RCIN (Repozytoria Cyfrowe Instytutów Naukowych). Dociera nawet do niepublikowanych w formie książkowej prac doktorskich udostępnionych w akademickich publikacjach internetowych. Wszystko to znajduje potem swoje miejsce w bibliografii. Oczekiwania promotora były na 30 stron, ona pisze na 70. Sięga po fachowe branżowe czasopisma naukowe. Teoretyczny temat zasugerowany przez promotora zestawia z realiami praktycznego zastosowania. Umiejętność zrobienia samodzielnej kwerendy w dobie Internetu i SI również należy do kompetencji zanikających. Pocieszające, że wciąż zdarzają się ludzie, którzy to potrafią. I, co najważniejsze, chcą tę umiejętność zdobywać. Podobnie jak czytanie tradycyjnej mapy. Może i czytanie drukowanej gazety nie całkiem zaniknie. 

sobota, 11 lipca 2026

Wołyń 11 lipca 1943

       


Jan Bułhak, okolice Korostenia, Wołyń, przedwojenna pocztówka fotograficzna, lata 20. XX wieku



Juliusz Kossak, Wołyń, pocztówka przedwojenna, 1906 r.

Kazimierz Wierzyński - Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny

Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny,
Wstąp tu, gdzie czekam po kryjomu:
W ugornej pustce jałowizny
Będziemy razem nie mieć domu.

Kto się zapatrzył w tamte strony,
Gdzie dotąd niebo nocą ciemną
Od łuny drży nieugaszonej,
Niech w noc tę głębiej idzie ze mną.

Komu się śnią włóczone kości
Przez psy na polach, gdzie rozpaczą
Brzozy odarte jeszcze płaczą,
Niech mi to wyzna w samotności.

Bo z mgieł jesiennych, przez ścierniska,
W badylach, perzu, kłębem pnączy
Szept jakiś z trudem się przeciska
I w samo serce, w krew się sączy.

Bo nie ma ziemi wybieranej,
Jest tylko ziemia przeznaczona,
Ze wszystkich bogactw - cztery ściany,
Z całego świata - tamta strona.

      W niedzielę 11 lipca 1943 roku w wyniku zmasowanego ataku oddziałów OUN -UPA w 93 miejscowościach na Wołyniu zamordowano tysiące Polaków. Napadów w różnych miejscowościach dokonywano np. w kościołach, gdzie mieszkańcy byli zgromadzeni na niedzielnej mszy. Tak było między innymi w Kisielinie, gdzie w kościele tego dnia zamordowano 90. Polaków.  Niedziela 11 lipca byłą najkrwawszym dniem rzezi wołyńskiej. W całym lipcu 1943 roku zamordowano ok. 11 tysięcy Polaków w 520 miejscowościach. W sumie z rąk OUN-UPA i ich sympatyków podczas kilkumiesięcznej rzezi na Wołyniu i w Galicji Wschodniej trwającej od lutego 1943 roku zginęło ok. 120 tysięcy Polaków. 



wtorek, 30 czerwca 2026

Polska tradycja Matki Boskiej Jagodnej

       Święto Matki Boskiej jagodnej wywodzi się z polskiej tradycji ludowej. Obchodzone 2 lipca połączone było z uroczystością Nawiedzenia świętej Elżbiety przez Najświętszą Maryję Pannę. Nawiedzenia, czyli udania się Maryi do świętej Elżbiety (matki świętego Jana Chrzciciela), która - według słów Archanioła Gabriela - była już w szóstym miesiącu ciąży. Maryja udała się do swojej krewnej wspomóc ją w tym okresie, a droga była daleka, ok. 150 km. Według legendy w drodze Matka Boża żywiła się leśnymi jagodami. 

      Święto Nawiedzenia zostało ustanowione w 1262 roku przez świętego Bonawenturę dla zakonu Franciszkanów, a w 1389 wprowadzone przez papieża Bonifacego w całym Kościele. Do 1969 roku święta Nawiedzenia i Jagodnej były obchodzone razem tego samego dnia, czyli 2 lipca. W 1969 roku papież Paweł VI przeniósł święto Nawiedzenia na 31 maja i odtąd Święto Matki Bożej Jagodnej zostało samo w dawnym lipcowym terminie. 

     Święto Jagodnej to polska tradycja związana ze zbiorem leśnych jagód. Chodzi o czarne jagody, czyli borówkę czarną, których zbiór przypada na koniec czerwca i początek lipca. Jednak tradycja głosi, że do 2 lipca nie należało zrywać jagód, ale też innych krzewiastych owoców, jak agrest czy porzeczki. Zakaz ten szczególnie przestrzegały kobiety w ciąży wierząc, że zapewni on zdrowie nienarodzonym jeszcze dzieciom. Tutaj myślę, że wierzenia zostały powiązane z czysto botaniczną obserwacją, że wcześniej te owoce mogą nie być całkiem dojrzałe i ich zjedzenie może przynosić szkodę dla organizmu, doprowadzając do rozstroju żołądka, wymiotów, bolesnych torsji i skurczów, a w konsekwencji w skrajnych przypadkach do poronienia. Dawniej nie znano jeszcze medycznego uzasadnienia dla szkodliwości niedojrzałych owoców, dlatego wiązano je z religijnym uzasadnieniem, co nie zmienia faktu, że reguły te miały efekt zdrowotny. 

      Niemniej Święto Matki Boskiej Jagodnej znalazło swoje stałe miejsce w kulcie religijnym, obyczajowości i nawet literaturze. Piękny wiersz napisał na przykład Leopold Staff:

Matka Boska Jagodna, Panienka Maryja,

która owocnym, rodnym drzewom sprzyja,

chodzi po sadzie kwitnącym i śpiewa,

pocałunkami budząc w wiosnę drzewa.

Nocą wieśniaczki jej śpiew słyszą we śnie,

wieść, aby jagód nie jadły przedwcześnie,

każdą jagodę z ust matce odjętą

da zmarłym dziatkom Panna w Jagód święto. 


       W Polsce w wielu miejscowościach Święto Matki Boskiej Jagodnej obchodzone jest nadal a nawet są sanktuaria, w których tego dnia odbywa się odpust. Jednym z nich jest sanktuarium maryjne w Krasnobrodzie. Tradycyjnie idą tam z okolic pielgrzymki. Na terenach, gdzie zbiory jagód leśnych są coroczną tradycją i sposobem zarobku - jagody można sprzedawać w punktach skupu - obchodzone są nawet lokalne święta jagodziaków, podczas których organizuje się jarmarki produktów lokalnych, prezentowane są pieśni ludowe i inne atrakcje. Znam dwie takie jagodne uroczystości: w miejscowości Bukowa na Lubelszczyźnie i w Horyńcu w woj. podkarpackim. 

      Sama postać Matki Bożej Jagodnej nabrała symbolicznych znaczeń, utrwalona w obyczajowości i tradycji doczekała się upamiętnienia we współczesnej poezji i muzyce popularnej, czego przykładem jest przepiękna pieśń w wykonaniu chóralnym z solistą Maciejem Miecznikowskim. Przyznaję, że mocno mnie to wykonanie wzruszyło w dużej mierze za sprawą wspaniałego głosu solisty.


Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
to Ty dojrzewających jagód czerwień
zanosisz w niebie dla dzieciaków, 
którym kostucha życie przerwie
nim da spróbować jagód smaku.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
tak łatwo potknąć się o kamień,
tak łatwo o kamienia brak,
choć nie chcę to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak,
tak łatwo nie trafić przypadkiem
do oczu, gdy z innej są gliny,
gdy słów brak mogących być kładką
nad przepaścią serca dziewczyny.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
kiedy czerwienisz owoce jagód,
zmień jej oczy, co od szronu chłodne,
zmień jej śmiech, co wężowym jadem,
w słowa, które kochania są głodne.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
jak trudno już nigdy nie wstawać,
jak trudno co dzień rano wstać,
daj, Boże, by zamiast dostawać,
tej jednej móc cały świat dać,
tak trudno potknąć się o kamień,
tak trudno o kamienia brak,
choć nie chcę, to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak.

Matko Boska Jagodna
Matko Boska Jagodna
kiedy czerwienisz owoce jagód....itd.

Słowa: Zbigniew Książek
Muzyka: Bartłomiej Gliniak

piątek, 8 maja 2026

Chełmszczyzna górą!

      6 maja ogłoszono laureatów 51. edycji Nagrody im. Oskara Kolberga. Aż w dwóch kategoriach doroczne nagrody za zasługi dla kultury ludowej przyznane zostały twórcom, właściwie twórczyniom z Chełmszczyzny. W kategorii pierwszej dla śpiewaków, twórców rękodzieła i budowniczych instrumentów muzycznych nagrodę otrzymała Halina Romanowska z miejscowości Żmudź oraz w kategorii III dla poetów i pisarzy nagrodę przyznano poetce Halinie Graboś z miejscowości Kamień. Obie miejscowości znajdują się w powiecie chełmskim, który - jak widać - kulturą ludową stoi. 

     Trochę trudno znaleźć nagrania Haliny Romanowskiej, ale w końcu się udało. Nagranie dokonane daleko od Chełmszczyzny, bo w Szczecinie, gdzie odbywał się Turniej Muzyków Prawdziwych. Przepiękne wykonanie pieśni ludowej zdobyło wówczas III nagrodę, a pieśniarka jest też laureatką I i III nagrody w Ogólnopolskim Przeglądzie Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. 


      Natomiast jeśli chodzi o twórczość Haliny Graboś, to od lat jestem wielbicielką jej poezji, mam jej tomiki, o których pisałam na poprzednim, nieczynnym blogu: Okolice książek. Podam więc tylko linki do dawnych wpisów:


czwartek, 16 kwietnia 2026

Wiwat, Agatha!

       "Rewia", dodatek do "Głosu Porannego", z 16 kwietnia 1938 roku zamieszcza teksty autorów światowej literatury. Wśród nazwisk pojawiają się między innymi: Andre Maurois (1885 - 1967), Tristan Bernard (1866 - 1947), Karel Čapek (1890 - 1938) i Agatha Christie (1890 - 1976). Wydanie "Rewii" zamyka opowiadanie Christie Mieszkanie nr 4. 


       Oryginalnie opowiadanie ukazało się pod tytułem Perypetie z tanim mieszkaniem w 1924 roku w zbiorze Poirot prowadzi śledztwo. Faktycznie chodzi w nim o mieszkanie mające nr 4, więc - jak widać - w publikacji prasowej taki też nadano tytuł. 
     Nie była to oczywiście jedyna publikacja twórczości Agathy Christie w polskiej prasie i na polskim rynku. W 1965 roku "Sztandar Ludu" drukował w odcinkach powieść Zerwane zaręczyny (1940). 


O skali popularności królowej kryminału świadczą liczne wydania książkowe na przestrzeni lat powojennych. W latach 1944 - 2010 Christie zajmowała miejsce tuż za Szekspirem - liczba jej wydań wynosiła ponad 300. Z kolei w węższym okresie, po transformacji ustrojowej, w latach 1991 - 2010 Christie wysunęła się na prowadzenie i wśród pisarzy obcojęzycznych zajęła pierwsze miejsce z liczbą wydań ok. 280.  
      Myślę, że dzisiejsze rankingi nadal ukazywałyby jej pozycję w czołówce, ponieważ po 2010 roku pojawiły się kolejne wydania jej książek. Mimo że ostatecznie po wielu latach zdecydowała się w Kurtynie uśmiercić swojego najwierniejszego detektywa, Poirota, to sama Agatha jest nieśmiertelna. 
     
      PS Mój ulubiony cytat z Poirota: "Nie mogę, naprawdę nie mogę samotnie przesiadywać całymi dniami w fotelu i rozmyślać o tym, jaki jestem cudowny. Potrzebny jest pierwiastek ludzki, potrzebny jest cudzy podziw".  

środa, 8 kwietnia 2026

O czytaniu i pisaniu w roku 1888

      Nie pierwszy to raz, gdy znajduję intrygujące, a może nawet i pouczające ciekawostki w dawnej polskiej prasie. Tym razem wpadła mi w oko "Gazeta Świąteczna" z 8 kwietnia 1888 roku prowadzona przez redaktora Hermana Benniego (1834 - 1900). Fryderyk Emanuel Herman Benni był ewangelickim pastorem, a także lektorem języka angielskiego i francuskiego, założycielem prywatnej szkoły męskiej, w której zatrudniał wybitnych polskich nauczycieli oraz jednym z inicjatorów budowy pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie na stulecie urodzin poety. Jednocześnie redagował w różnych okresach życia "Kurier Warszawski", "Ateneum" a także wspomnianą na początku "Gazetę Świąteczną". 

     W numerze 379. z 8 kwietnia 1888 roku "Gazety Świątecznej" mocnym i rzucającym się w oczy akcentem jest zachęta do pracy nad usprawnianiem umiejętności czytania i pisania po polsku. Trzyczęściowa - jak można zauważyć - reklama stopniuje te umiejętności i zachęca do dalszego ich pogłębienia w bardzo pomysłowy i motywujący sposób. 


Podoba mi się sformułowanie: "Kto umie już czytać, a chce się nauczyć pisać", a jeszcze bardziej trafne umieszczone niżej: "Kto pisać już trochę umie, niech się nauczy pisać poprawnie". Zwłaszcza to drugie - uważam - nie straciło na aktualności. Bo chociaż naukę czytania i pisania mamy od dawna obowiązkową, poprawność tekstów pisanych tu i ówdzie, nawet publicystycznych na portalach informacyjnych, przedstawia wiele do życzenia. Coraz więcej osób chciałoby zabłysnąć opublikowaniem swojej twórczości, ale pracy nad doskonaleniem polszczyzny raczej unikają, sądząc, że podstawy wyniesione ze szkoły podstawowej wystarczą, aby wielkim/-ką pisarzem/-rką zostać. 
      Na ostatniej zaś stronie gazety znajduje się lista aktualnych w tamtym czasie publikacji, które można zakupić. Uderza obecność wielkiej literatury. Są powieści i opowiadania  Kraszewskiego, Prusa, Konopnickiej, Orzeszkowej, publikacje naukowe, jak Jeske-Choińskiego oraz historyczne, podróżnicze a także  poradnik słynnej Ćwierciakiewiczowej pt. Cokolwiekbądź chcesz wyczyścić, czyli Porządki domowe za 40 kopiejek. I ta ostatnia pozycja bardzo by mi się przydała :-) 

piątek, 6 marca 2026

Nieśmiertelne

 - Czy to jest dobre?....  Niedobre...  Wiedziałem...

- Niedobre?! To jest nieśmiertelne!

Taki dialog rozgrywa się między Mozartem a Salierim nad partyturą Requiem w końcowych scenach spektaklu Amadeusz w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Kiedy w listopadzie ubiegłego roku spektakl miał lubelską premierę, wiedziałam, że muszę go zobaczyć. Udało się dopiero w lutym podczas ponownych przedstawień. 

       Spektakl w reżyserii Anny Wieczur był wcześniej realizowany m.in. w Warszawie czy Łodzi. Teraz także w Lublinie. Poza oczywistym wydźwiękiem samego tekstu dramatu Petera Shaffera, istotą tego niezwykłego inscenizacji jest muzyka. W trakcie przedstawienie widzowie mają okazję posłuchać przepięknych realizacji na żywo przez orkiestrę, śpiewaków solowych i chór aż 28 fragmentów muzyki Mozarta i czterech fragmentów muzyki Salieriego. Za stronę muzyczną spektaklu odpowiada Jacek Laszczkowski, śpiewak operowy, a obecnie także dyrygent. On sam występuje w realizacji "Amadeusza" jako dyrygujący orkiestrą tytułowy kompozytor. Nosi więc taki sam strój z epoki, stojąc tyłem do widzów dyryguje orkiestrą w tych scenach, gdy bohaterowie na czele z cesarzem słuchają fragmentów oper Mozarta lub kiedy Salieri przegląda partytury i słucha w wyobraźni. 

       Zanim doszło do lubelskiej premiery, pojawił się wywiad z obojgiem reżyserów, czyli Anną Wieczur i Jackiem Laszczkowskim. Myślę, że w ogóle warto wysłuchać tej rozmowy przed obejrzeniem a także jako dopełnienie osobistych refleksji o istotnym i najbardziej dramatycznym wątku sztuki, czyli rywalizacji "miernoty" z geniuszem.


      Wszyscy, albo większość z nas oglądała oskarowy film Formana, w którym główne postacie genialne zagrali Tom Hulce jako Mozart i Murray Abraham jako Salieri. Trudno jest uciec od tamtej sugestywnej realizacji, poza tym wiele cech i zachowań bohaterów wynika wprost z tekstu dramatu Shaffera. Nie da się uciec od porównań, obserwując grę aktorską, zwłaszcza Mozarta, łączącego w swojej osobowości zachowania trywialne, czasami nawet obsceniczne ze świadomością swojej muzyki i swojego geniuszu. Z jednej strony dramat nierozumianego artysty, uwikłanego w dworskie intrygi, którymi osacza go wróg, Salieri oraz inne "miernoty", a z drugiej geniusz muzyczny wyrastający ponad wszelkie przyziemne rozgrywki. 
       Spektakl imponuje rozmachem scenograficznym i muzycznym. Sugestywne stroje z epoki, w które ubrani są także członkowie orkiestry na czele z dyrygentem, stwarzają iluzję atmosfery XVII-wiecznego wiedeńskiego dworu. W przedstawieniu padają zdania, dialogi, frazy znane z filmu, ale także nieco odmienne, nowe, co nie pozwala na całkowite zrównywanie z dziełem Formana. Akcja dramatu zawarta jest w ramach przedśmiertnej spowiedzi Salierego, podobne zresztą jak filmie, który rozpoczyna scena jego agonii i przedśmiertnego wyznania. Na lubelskiej scenie stary Salieri siedzi w fotelu i rozpoczyna swoją spowiedź, sztuka kończy się jego śmiercią. Wcześniej widzimy śmierć Mozarta doprowadzonego do obłędu stopniowym osaczaniem go przez wroga i zamówieniem Mszy żałobnej przez tajemniczą zamaskowaną postać, która przypomina mu jego ojca Leopolda. 
        Przejmujące jest obserwowanie jak zawiść mniej zdolnego artysty krok po kroku niszczy wielkiego geniusza. I ogromna jest siła literatury, gdyż fikcyjny wątek ciągłej rywalizacji utrwalił w pamięci potomnych i w kulturze wizerunek Salierego jako mordercy. Shaffer stworzył mit genialnego twórcy niszczonego przez miałkie otoczenie. Abstrahując od dosłownych odniesień, jest to temat aktualny zawsze, w każdej epoce, nawet w małym, lokalnym wymiarze. Pięknie tłumaczy to w załączonym wyżej wywiadzie Anna Wieczur. 
      Wracając zaś do samego spektaklu, podobała mi się kreacja cesarza, zupełnie innego niż w filmie Formana. Dużo młodszy, nieco postrzelony, bardziej nastawiony na rozrywkę, zabawę. Postać Mozarta w wielu aspektach przypominała kreację Toma Hulce`a.  Aktorsko dynamicznie,  klarownie jeśli chodzi o przejścia z emocji w emocje, z nadziei do rozpaczy, z trywialności do powagi i z powagi do satyry. Salieri dosyć demoniczny, wspaniały monolog i gest rzucenia partyturą Mozarta jak rękawicą wyzywającą Boga na pojedynek. Salieri bowiem nie walczy z Mozartem; walczy z Bogiem, którego narzędziem jest Mozart jako dziecko obdarowane przez Stwórcę niezasłużonym geniuszem. A przecież ton, Salieri, tak bardzo prosił o talent, którym mógłby Go sławiąc po wszystkie czasy. Tymczasem prawdziwą boską nieśmiertelność prezentuje muzyka przybłędy z Salzburga, sprośnego chłopca, który za nic ma autorytety cesarskiego dworu. Tymczasem ten umierający geniusz już nie wie, czy to, co tworzy, jest dobre. Ma wątpliwości, dlatego pokazuje największemu wrogi ostatni rękopis, rękopis z początkiem Requiem pytając czy to jest dobre. I mroczny wróg Boga musi przyznać: "To jest nieśmiertelne".  Niestety, nie on, Salieri, jest autorem dzieła. Dopełnia się jego rola, Mozart umiera otruty, będąc na granicy obłędu i szaleństwa.
      A Salieri? Salieri wie, że zamordował samego siebie. Przecież nie można wygrać z Bogiem.  Można walczyć z własną zazdrością, zawiścią, ambicją ponad właściwie rozeznanie swoich talentów i umiejętności. Nie zrobił tego, wiec - jak sam to ujął - stanie się patronem nieudaczników i miernot. Ostatnie zdanie ma wydźwięk ostatecznej klęski bohatera i chyba można je odczytać jako wyraz ostatecznego buntu przeciwko niezrozumiałym przydzieleniem wielkich artystycznych talentów osobom, które wydają się najmniej tego godne: "Miernoty wszystkich epok, rozgrzeszam was!"


PS. Uwaga! Treść dramatu Shaffera jest fikcją. Salieri nie otruł Mozarta. I chociaż sztuka jest bardzo sugestywna, a za sprawą filmu Formana weszła do kanonu kultury i powszechnej wyobraźni, tak naprawdę nie stawia pytania o to, kto zamordował Mozarta (badania ujawniają, że  nikt), tylko o to, dlaczego miernoty zazdroszczą bardziej utalentowanym od siebie. 

wtorek, 17 lutego 2026

Koniec Królestwa

 ... karnawału. Król odjeżdża, żeby powrócić za rok. 


Grafika z czasopisma "Wędrowiec" ,  nr 6, 11 lutego 1899 r. 

Łostatki, zapusty, kuse dni ... 

jakkolwiek zwać, 

do zabawy rwie się brać,

w te upojne dni.

        Słabo mi to wyszło, posłużę się kimś bardziej lotnym w wierszopisaniu. Na przykład Teodor Wierzbowski tak podsumował:

Mięsopusty, zapusty,

nie chcą państwo kapusty, 

wolą sarny, jelenie

i żubrowe pieczenie.

Mięsopusty, zapusty,

nie chcą państwo kapusty, 

pięknie za stołem zasiędą,

kuropatwy jeść będą. 

A kuropatwy zjadłszy,

do taneczka postawszy,

po tańcu małmazyją

i tak sobie popiją.    

       O karnawałowych cudownych "uzdrowieniach" podczas wtorkowego zapustnego karnawału w Wenecji tak pisano ironicznie w "Rozmaitościach", dodatku do "Gazety Lwowskiej" z lutego 1822 roku:

      Nawet żebracy maskują si we Wtorek zapustny; mażą sobie lice mąką, wieszają an siebie różnobarwne łachmany i wdziewają najeżone peruki. Tak ustrojeni skaczą, przewracaj kozły i niejeden kaleka lub garb utraca lub proste odzyskuje nogi. 



     Najmroczniejszy orszak zapustny opisany został w Marii Malczewskiego. A jeszcze w muzycznej wersji Romana Statkowskiego - premiera w Teatrze Wielkim 1 marca 1906 roku.  Roman Statkowski napisał operę bardzo polską, z rozpoznawalnymi akcentami, motywami, symbolami. Świetny, potężny, radosny polonez prawie na początku, po arii Wojewody i poleceniu zabicia niechcianej synowej robi wrażenie. Karnawałowe szaleństwo kuligu znajdzie tragiczne dopełnienie w orszaku weneckich masek, wśród których ukrywa się zabójca Marii. Szalone tempo i dzikość orszaku wzbudza grozę przeczuciem dramatycznego zakończenia. W szalony rytm zapustów kompozytor wplótł dynamiczne rytmy oberka. Zapusty wprowadzają w atmosferę śmierci i żałoby. 


Pietro Longhi, karnawałowe maski na ulicy Wenecji, pocztówka z 1906 r. 






czwartek, 12 lutego 2026

Do Pączka

       Tłusty Czwartek pobudza apetyt. I to na wielu polach, także artystycznych. Zwykła konsumpcja bywa ogromna, bowiem jak donosił "Express Lubelski i Wołyński" z lutego 1926 roku, Warszawiacy w tamtym tłustym czwartku zjedli półtora miliona pączków, co zostało starannie, aczkolwiek w zaokrągleniu wyliczone. Jednym słowem, pączkowy czwartek istotnie wpływa na poprawę finansów handlu cukierniczego. 


Tłusty Czwartek rozpala wyobraźnię, czego przykładem zabawna akwarela z pączkami w tanecznych karnawałowych popisach.


Józef Louis-Wawel: Pączki tańcujące, akwarela, 1843 r.

     Tu dygresja. Józef Louis (1832 -1898)  był przede wszystkim wybitnym prawnikiem, a zamiłowania badaczem historii, zwłaszcza Krakowa. Jego pasja historyczna i publikacje odkrywające dawne dzieje sprawiła, że nadano mu przydomek "Wawel".  Pisał także książki popularne anonimowo lub pod pseudonimem. Nie znalazłam nigdzie informacji, jakoby zajmował się też malarstwem. Nie wiem, dlaczego rysunek został podpisany jako jego autorstwa, bo z datowania wynika, że namalowałby go mając zaledwie 11 lat! Sugeruje to, że chyba nastąpiła jakaś pomyłka. Trudno dociec, dlaczego nazwisko Louis-Wawel widnieje w zasobach cyfrowych Biblioteki Jagiellońskiej udostepniającej rysunek w domenie publicznej. 
       Wracając zaś do tematu pączkowego, przejdę do muzyki. Słodki wypiek doczekał się swojej pieśni. W Czwartym śpiewniku domowym Stanisława Moniuszki znajduje się pieśń Do pączka ze słowami Szymona Konopackiego.  Poniżej pierwsza część utworu.


Stanisław Moniuszko, Czwarty śpiewnik domowy, Do pączka, 1855 r. 

      Szymon Ewaryst Konopacki (1790 - 1884)  - poeta, pisarz, tłumacz, tłumaczył m.in. Byrona. Poza twórczością poetycką napisał też pamiętniki. Nie znałam wcześniej tego autora i zamierzam jego pamiętniki przeczytać. Mogą okazać się ciekawe. Liczę na wiele interesujących obserwacji z życia Polaków na Ukrainie w tamtym czasie. Konopacki bowiem urodził się na krainie, mieszkał też przez pewien czas na Podolu. A tymczasem wiersz Do pączka, w którym okazuje się, że nie chodzi o pączka lukrowanego, tylko pączka kwiatowego. Tak to jest z polszczyzną: jedno słowo ma wiele znaczeń. 

Powoli, pączku, powoli
Rozwijaj swoje ponęty,
Obrazem jest twojej doli
Kwiat przy tobie rozwinięty.

Cóż on zyskał, że się spieszył,
Wydobyć listki z ukrycia?
Nadziej się nie nacieszył
I krótką chwilę ma życia.

I ja niegdyś tak nadobny,
Nieznany sobie i światu, 
Byłem do pączka podobny,
Podobny byłem do kwiatu.

Cóż mi dzisiaj po tym świecie?
Cóż doświadczenie mi nada?
Ot, wzdycham przy tym kwiecie,
Z którego listek spada. 

Niemniej, jeśli pokusić się o głębszą analizę, można wiersz uznać za refleksję o przemijaniu towarzyszącą ostatnim dniom karnawału i rychłego początku Wielkiego Postu. Czyli jesteśmy nadal w atmosferze ostatków. 
      Czas na mnie, wyruszam na poszukiwanie pączków zanim zabraknie. 


poniedziałek, 9 lutego 2026

553 lata temu

       19 lutego minie 553 rocznica urodzin Mikołaja Kopernika. Z tej okazji zaplanowane zostały uroczystości upamiętniające największego polskiego astronoma. Między innymi Planetarium Śląskie zaprasza na słuchowisko "Sfery Kopernika", które zostanie przedstawione 21 lutego o 18:15. 

Tutaj LINK 

       Muzeum Ziemi Chełmińskiej 19 lutego zaprasza na cykl zajęć dla młodzieży i seniorów na temat "Związki rodziny Mikołaja Kopernika z Chełmnem".

Tutaj LINK 

        W przeszłości szczególnie uroczysty charakter miały bardziej okrągłe rocznice, jak w 2023 roku 550. rocznica urodzin, gdy Senat ogłosił Mikołaja Kopernika patronem roku, a do największego rozgłosu na skalę międzynarodową przyczyniło się ogłoszenie w 1973 Roku Kopernikańskiego przez UNESCO w 500. rocznicę urodzin astronoma. Podjęte wówczas inicjatywy miały wymiar edukacyjny, kulturalny, ekonomiczny i symboliczny. Organizowano konferencje, wystawy, budowano pomniki, odrestaurowano zabytki związane osobą autora "De revolutionibus orbium coelestium", wydawano specjalne znaczki, kilka instytucji przyjęło Kopernika za patrona. 

       550 -lecie urodzin miało swój wymiar muzyczny. 20 maja 2023 roku we Fromborku miała miejsce światowa premiera musicalu Kopernik. Twórcami musicalu są: Ałbena Grabowska - autorka libretta, Daniel Wyszogrodzki napisał słowa piosenek, a Tomasz Szymuś skomponował muzykę. Libretto obejmuje najważniejsze wydarzenia z życia uczonego: studia, posługę kanoniczną, praktykę lekarską, badania astronomiczne. Są też wątki związku astronoma z Anną Schilling. Obok Kopernika pojawiają się inne postacie historyczne: Jan Dantyszek - biskup warmińskim, któremu podlegał Kopernik; Jerzy Joachim Retyk, który odwiedzał Kopernika we Fromborku, a potem nadzorował druk jego dzieła.  


      Chcę tu przypomnieć o mniej znanych inspiracjach Kopernikiem w latach jeszcze wcześniejszych. Szczególnie w czasach zaborów pamięć o rocznicy stanowiła okazję do konsolidacji Polaków wokół tożsamości narodowej, dając wyraz patriotycznym nastrojom. Prenumeratorzy "Tygodnika Ilustrowanego" na 400-lecie urodzin Kopernika w 1873 roku otrzymali w prezencie grafikę z jego portretem wykonanym przez Jana Matejkę:


19 lutego tamtego roku - 1873 - na 400-lecie urodzin - w Krakowie została wystawiona sztuka Józefa Szujskiego Kopernik. 


Jest to jednoaktówka składająca się z 17. scen. 
      
        Mikołaj Kopernik jednoczył Polonię na uroczystościach rocznicowych. Obchody 450-lecia urodzin zorganizowali Polacy w Nowym Jorku:



    W dwudziestoleciu międzywojennym dwa utwory Mikołajowi Kopernikowi poświecił Ludwik Hieronim Morstin. W 1929 r. powstała powieść Kłos Panny. Tytuł nawiązuje do konstelacji gwiazdozbioru Panny, której obserwacje przyczyniły się do opracowania teorii heliocentrycznej i udowodnienia obrotu Ziemi.  W 1934 roku Morstin wrócił do postaci uczonego i napisał widowisko sceniczne Mikołaj Kopernik. Utwór był grany w warunkach plenerowych, najpierw w Toruniu. Później, w 1936 roku sztuka zawitała do Krakowa, gdzie wystawiano ją w kilku miejscach: na wawelskim dziedzińcu oraz w podwórzu Biblioteki Jagiellońskiej. W spektaklu grali aktorzy Teatru Słowackiego i akademickiego teatru UJ oraz tancerze w scenach baletowych. W sumie występowało aż 240 osób. 
       Specjalna inscenizację - można powiedzieć, wyjazdową - przygotowano na potrzeby przedstawień objazdowych na Bałkanach w maju 1936 roku. W Bułgarii deszczowa pogoda sprawiła, że zamiast w plenerze, wystawiono ją w Teatrze Narodowym w Sofii. Już bez zakłóceń natomiast prezentowano Kopernika w Rumunii, Jugosławii i na Węgrzech. Jedno z przedstawień odbyło się w zabytkowych XVII-wiecznych fortyfikacjach Kalemegdan w Belgradzie, o czym donosił korespondent Ignacy Kleszczyński. W każdym miejscu widzów można było liczyć w tysiąc, sztuka przyjmowana byłą entuzjastycznie. Na początku każdego przedstawienia grano hejnał mariacki. 
      Po wojnie po dramat Morstina sięgnięto w 1947 roku, gdy znowu w Krakowie odbywały się przedstawienia  dawnym kinie Wolność na ul. 18-stycznia - dzisiaj ul. Królewska, aczkolwiek budynek kina znajduje się przy Placu Inwalidów. To znaczy dzisiaj to już nie jest kino, tylko jakiś supermarket. Muzykę do sztuki skomponował Antoni Żulińśki, aktor i absolwent klasy fortepianu w szkole Muzycznej im. Żeleńskiego w Krakowie. 


Niestety, nie znalazłam informacji, czy zapowiadane przedstawienia trwały aż do 19 lutego, czyli kolejnej rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika. Czy nadszedł czas na nowe dzieła: muzyczne, teatralne lub literackie? Czas pokaże. 

środa, 4 lutego 2026

Co to był za bal!

       I to nie jeden, lecz wiele podczas trwania dorocznych karnawałów. Jak zapowiadał Wacław Jeziorowski na początku powieści Karnawał w  Nicei. Taniec Pierotów:

Powieść pięknie się uplata,

karnawał śród kwiatów, słońca,

ze świata - czy też zza świata?...

Czytaj uważnie do końca. 

      Dekameron Polski z 10 lutego 1830 roku donosił:


Piękne panie, eleganccy panowie, bogate stroje - idziemy na bal. Może piechotą, może pojedziemy na saniach.  Przynajmniej tak bywało w 1870 roku:


Królowa i muza karnawału inspirowała wielu, zwłaszcza  malarzy, rysowników. Mimo zimowej pory otoczona kwiatami. Tak wyobrażał sobie Paweł Merwart - rysunek z 1888 roku:


         Czy tylko bale w lustrzanych salach? Otóż nie. Większość bawiła się na świeżym powietrzu, jak pokazuje ilustracja Władysława Sandeckiego z karnawału ujazdowskiego w 1888 roku:


         Podobnie zresztą opisywał wspomniany na początku Jeziorowski w swojej powieści. Karnawał w Nicei należał do najbardziej znanych i spektakularnych europejskich rozrywek. Przez dwa tygodnie urządzano parady, konkursy, pokazy. Rewię mody i powozów. Cyrkowe popisy, taneczne wieczory. Oraz - oczywiście - a może nawet przede wszystkim - otwarte cały czas kasyna, w których hazardziści tracili majątek. Rozmach widać na ilustracjach książki Jeziorowskiego wydanej w 1929 roku.



       Osoba autora - Wacława Jeziorowskiego jest dosyć tajemnicza. Bo chociaż był autorem kilku książek - oprócz wspomnianego Karnawału w Nicei napisał także Solidny interes, Bal, Pamiętniki pani Messalińskiej, Cień, Monte Carlo. Szulernia - systemy oraz był wydawcą albumu fotograficznego Album Powązek - trudno znaleźć o nim wiarygodne informacje. W źródłach zupełnie pozaliterackich wyczytałam, że żył w latach 1873 - 1959. Był między innymi redaktorem i wydawcą pisma satyrycznego Muchy. Przed wojną mieszkał w Warszawie, a po wojnie w Puszczykowie. 
       
      Wiele miast było znanych z karnawałowych zabaw. Wiedeń, Nicea, Wenecja, Paryż... Styczniowy numer Turystyki z 1937 roku donosił, że prawdziwą stolicą karnawału był Budapeszt:


     Tak czy inaczej, trzeba wykorzystać ten czas, gdziekolwiek jesteśmy, ponieważ - jak głosi reklama z 1939 roku - w popielcową środę skończą się pączki:

 

Express Lubelski i Wołyński z 18 lutego 1939 roku

poniedziałek, 2 lutego 2026

Taki luty

    


Józef Rapacki, Luty, pocztówka z serii Rok w krajobrazie wydawanej w latach 1920 -1927

        Tegoroczny luty tak się właśnie zaczyna: śnieżny i mroźny. Od kilku dni obserwuję za oknem cudowne zjawisko: diamentowy pył. Pojawia się, gdy temperatura spada dużo poniżej zera, co najmniej - 15 stopni, a u mnie właśnie w tej chwili jest -20. Diamentowy pył najczęściej tworzy się bardziej na północ (chyba i południe też) w okolicach podbiegunowych. Widać go przy słonecznej pogodzie. Promienie słoneczne załamują się w drobinach kryształków lodu, który albo powoli spada z wysokich chmur, albo tworzy się w samym powietrzu, krystalizuje się powietrze. TUTAJ  można przeczytać podstawowe informacje na ten temat. Widok przepiękny, jakby z nieba sypał się srebrny brokat. 
        A nocą... nocą pełnia Śnieżnego Księżyca. Jasna okrągła tarcza na niebie, na ziemi połacie białego skrzącego śniegu - widno niemal jak w dzień. Wyruszyłby gdzieś na wycieczkę, ale -20 trochę studzi podróżnicze zapędy, choć miałam plany. Na planach się skończyło. Czeka mnie tylko wyjście do kościoła na Gromniczną. 
        2 lutego - Ofiarowanie Jezusa w świątyni zwane tradycyjnie w Polsce Świętem Matki Bożej Gromnicznej, bo święci się gromnice. Według legendy Matka Boża Gromniczna odstrasza wilki. Ale mnie podoba się inna legenda, mówiąca o tym, jak Matka Boża ochroniła wilka, którego ścigali chłopi, żeby go zabić, ponieważ zagryzł hodowlane zwierzęta. Według legendy, gdy chłopi spotkali Maryję i prosili, żeby im wydała wilka, który schronił się w jej płaszczu, pouczyła ich, żeby raczej szukali wilka w swoim sercu i tam go wytępili. Dlatego w niektórych ikonograficznych przedstawieniach Matce Bożej towarzyszy wilk. Legendę w poetyckiej formie zapisała Kazimiera Iłłakowiczówna w cyklu Gromnice i wilki. Cykl został opublikowany w tomiku Słowik litewski w 1936 roku. Składają się na niego wiersze: Wilki; Gromnice; Na Gromniczną i Wilk gromniczny
        W ewangelicznym opisie ofiarowania Jezusa znajduje się tak zwany Kantyk Symeona Nunc dimittis servum tuum, Domine,  wspaniała modlitwa Symeona opisująca Jezusa jako światło: Teraz, o, Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju... bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, światło na oświecenie pogan (Łk 2, 29-32). Do Nunc dimittis wielu kompozytorów tworzyło muzykę. Na przykład Arvo Pärt.


       Na święto ofiarowania Pańskiego Bach napisał kilka kantat, jedną z bardziej znanych jest kantata Ich habe genug z 1627 roku. Tytułową arię z pięcioczęściowej kantaty wykonywali najwięksi śpiewacy. 
      Poniżej śpiewa Peter Kooy (Kooij) - jeden z najlepszych wykonawców muzyki barokowej. 

wtorek, 23 grudnia 2025

Kolęda o gwieździe

 Ernest Bryll


Kolęda o gwieździe


Chociaż to ledwo przedświt, chociaż jeszcze ciemno

Świeć betlejemska gwiazdo ponademną

Cośmy żyli w ciemności, trudno wyjść nam z ciemna

Ale ty nie opuszczaj nas gwiazdo promienna


Nie najlepiej nam na świecie, tośmy zapomnieli

Jak się trzeba z kolędą przed żłobkiem weselić

Słabi jesteśmy, nie ujdziemy wiele

Ale tyś nasze światło i nasze wesele


Ty nam drogę w ciemnościach blaskiem przeorywaj

I choć my spoczywamy, to ty nam nie spoczywaj

Ogrzewaj nas na mrozie, w upałach ochładzaj

Choć zdradzą przyjaciele, to ty nas nie zdradzaj

Choć nas wszyscy przeklęli, to ty nas ukochaj

I pomóż nam tej drogi podejść jeszcze trocha

Bądź przy nas w tej ostatniej okropnej godzinie

Kiedy będziemy wołać betlejemskie imię


Chociaż się spóźniliśmy, choć już dawno ciemno

Ale ty nie opuszczaj nas gwiazdo promienna

Pozostań z nami wierniejsza niż matka

Oświecaj drogę naszą do ostatka


Ernest Bryll: Wołaniem wołam cię (oratorium pastoralne). Instytut Wydawniczy PAX. 1974. 



czwartek, 18 grudnia 2025

On wymyślił bioplazmę

        Rzadko pojawiają się autorzy, których książki można brać do czytania w ciemno, jedną po drugiej,  nigdy nie doznając rozczarowania. Z zasady wymagana jest nieufność, ponieważ jedną dobrą książkę może napisać wielu, ale więcej? Raczej niespotykane.  A jeśli nawet, to niezmiernie rzadko. Na mojej liście autorów pewniaków jest zaledwie kilku, z czego dwóch nadal żyje, więc jeszcze mogą zaskoczyć. Jak dotąd spisałam sobie następujących (kolejność alfabetyczna):

Agatha Christie
Umberto Eco
Michał Heller
Orhan Pamuk
Teodor Parnicki 
Włodzimierz Sedlak

      Jak wspomniałam, tylko dwóch autorów nadal tworzy i ich nowe dzieła mogą się pojawić. To Pamuk i Heller. Jestem gotowa przeczytać wszystko, co jeszcze napiszą. Co nie znaczy wcale, że zdołałam przeczytać wszystko, co napisali dotąd. Chodzi tylko o to, że widząc ich nazwisko na okładce, wiem, że warto. I można czytać ich jednocześnie, ponieważ Pamuk to klasyczny powieściopisarz, a Heller to naukowiec, kosmolog. Rozbieżność, która ułatwia czy utrudnia czytanie?  W każdym razie się nie wyklucza i dlatego lubię obu. Pamuk umie budować fabułę, to jeden z ostatnich być może pisarzy, który potrafi tak zajmująco konstruować fabularne wątki i zarazem nie nużyć czytelnika. Heller natomiast mimo profesjonalnego języka potrafi w opisywaniu zjawisk naukowych budować napięcie i zagadkowość niemal jak w powieści sensacyjnej. Kwestię budowania napięcia i punktu kulminacyjnego od Arystotelesa uznaje się za decydującą wartość dobrze skonstruowanej historii. 
       Teodor Parnicki - o ile w ogóle ktoś zechciałby zanurzyć się w jego twórczość - pozornie odcina się od arystotelesowskiej koncepcji, mnożąc wątki, rozwidlając je na węższe strumienie zdarzeń, pozornie gubiąc sens. Pozornie! Jeśli przyjrzeć się dokładniej, widać podobieństwa do słynnej aforystycznej charakterystyki filmów Hitchcocka: rozpoczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie stale rośnie. Rzecz w tym, że trzeba przebrnąć przez zawiłości języka, często stylizowanego na epokę, w której rozgrywają się wydarzenia, a rozgrywają się w dawnych wiekach, od pierwszych stuleci naszej ery po wieki XVII, XVIII, XIX. Składnia budowana na wzór konstrukcji łacińskich to prawdziwy smaczek jego wielu powieści. Podobnie Umberto Eco potrafił nadać narracji, choćby w Imieniu róży, wrażenie średniowiecznej patyny. I chociaż nie wszystkie jego powieści jednakowo zachwycają, nigdy nie znudzą mi się jego felietony i mediewistyczne książki naukowe. Tak zajmująco o średniowieczu potrafił pisać chyba tylko Huizinga
        Zupełnie przypadkowo moją listę otwiera Agatha Christie, królowa kryminału. Po prostu ma nazwisko na "C". Jednak kwestia logicznego dociekania przyczyn zbrodni chyba nie różni się tak bardzo od  procesu dociekania przyczyn powstania i funkcjonowania kosmosu, pojawienia się życia na Ziemi, odczytywania sensu istnienia. Tu i tu potrzebny jest dociekliwy umysł. Dlatego nie wyróżniam jednej powieści Christie, lecz biorę pod uwagę całość jako klasyczny zbiór wszystkich śledztw, a obok Włodzimierz Sedlak i jego dociekliwość w odczytywaniu kodu życia. To on wymyślił bioplazmę jako nośnik życia we wszystkich żywych organizmach.
       Trudno jednoznacznie określić, kim był Włodzimierz Sedlak (1911 - 1993: badaczem czy rewolucjonistą nauki, teologiem czy filozofem, księdzem czy mistykiem, bioelektronikiem czy poetą.  Zapewne każdym po trochu, aczkolwiek od wielu określeń zdecydowanie się odżegnywał. Nie cenił na przykład filozofii, filozofów nazywał gadaczami pospolitymi, a o człowieku w ogólności potrafił powiedzieć: "atawistyczne wtórne bydlę". Swoje kapłańskie powołanie traktował poważnie i do spowiedników roztrząsających ludzkie grzechy potrafił się zwrócić ostrymi słowami: "Idioto! Ty nie jesteś od ważenia ludzkich przewinień, błędów, wad. Nie posiadasz zresztą odpowiedniej wagi ani odważników. Ty jesteś specjalistą od Bożego miłosierdzia! A grzechy są poza twoimi kompetencjami. Za mały jesteś, aby je klasyfikować!"
        Wykształcenie miał wszechstronne. Magisterium z antropologii i pedagogiki, doktorat z biologii i pedagogiki, habilitacja z biologii teoretycznej. A potem, a właściwie po drodze, wymyślił własną dziedzinę wiedzy: bioelektronikę, w której połączył paleontologię, biologię, archeologię, geologię, biochemię, fizykę kwantową, matematykę, onkologię w jedną bioelektroniczną teorię życia. I tak mimochodem pojawiał się bioplazma jako nośnik życia. Śmiałością wizji naraził się na wieloletnią krytykę świata naukowego, jednak miał świadomość swojej odkrywczości i oryginalności: "Zdaję sobie sprawę, że wiem o życiu przynajmniej tysiąc razy więcej niż biolog czy lekarz. Moja wiedza jest przestrzenna". Przyznawał, że wsadza dynamit w ustalone kryteria i obowiązujące w nauce zasady. Na przykład przeciwstawiał się tradycyjnemu podziałowi ludzkiej psychiki na podświadomość, świadomość i nadświadomość (id, ego, superego). Według Sedlaka taki podział nic nie znaczy, bo nadal istota ludzkiej psychiki wymyka się naszemu rozumieniu, podział na trzy części niczego nie wyjaśnia i porównuje go do przelewania z pustego w próżne.
         Przez większość naukowej działalności Sedlak zmagał się z lekceważeniem. Gremia naukowe uznawały go za dziwaka, otaczała go środowiskowa próżnia, w której jako badacz był pionierem. O środowisku uniwersyteckim miał realistyczne i cierpkie zdanie: "Przerażająca jest zmowa głupców; to najpotężniejszy związek, choć bez prezesa i składek".  Współczesny świat nauki nie napawał go optymizmem. Przeciwnie, widział w nim pokłady ciemnoty: "A uczeni? Właśnie owe autorytety kierują pochód ludzkości ku przepaści. Pewnie dlatego, że obecne lampiony nauki przewyższają ciemnotę starożytności i średniowiecza". A o pewnym docencie, na którego powoływała się studentka, powiedział: "On ma prawo być głupi. W końcu za głupotę dostał stopień naukowy". Kwintesencję podejścia do ludzkiej głupoty zawarł w aforyzmie: "Od pustej głowy wolę główkę kapusty. Z niej przynajmniej jest jakiś pożytek. Pusta głowa korzyści nie przynosi, miewa natomiast pretensje i wymagania".
          Od siebie zaś wymagał najwięcej. Życie prowadził ascetyczne: mył się w zimnej wodzie, nawet w największe mrozy nie używał ciepłej bielizny ani rękawiczek, prawie nie stosował leków. "Siebie za ryło!" - to moja dewiza od młodzieńczych lat" - mówił. Najbardziej nie znosił marnowania czasu na jałowe dysputy: "Mierzi mnie banał rozmów i wciąż usiłuje pozbyć się beztroskich glind, które nieustannie mielą sieczkę podczas rozmowy". 
          Dlatego też konstruując i rozwijając swoją biologiczno-kwantową teorię życia koncentrował się raczej na swoich badanach niż zwalczaniu czy podważaniu poglądów innych. "Nigdy nie dyskutuję nad ludzkimi prawdami - mówił. - Gdybym zaczął jak Adaś Mickiewicz przejmować się za miliony, to dawno bym sczezł". Pojawia się tutaj kolejny aspekt dorobku Włodzimierza Sedlaka. Być może teraz zza grobu czuje niejaką satysfakcję, że bioplazma w jego rozumieniu uzyskała status pojęcia niemal potocznie używanego, a bioelektronika molekularna widnieje jako kierunek studiów m.in. w Politechnice Poznańskiej, cyklicznie odbywają się sympozja bioelektroniki, pojawiają się nowe publikacje. Rzecz jasna, Sedlak powiedziałby, że znowu następuje "istotne pomieszanie pojęć, brak odróżniania elektrochemii od elektroniki, w związku z tym zamieszanie interpretacyjne", ale coś się jednak dzieje. Dodatkowym zaś przedmiotem analiz stał się sam język Sedlaka, jego niezwykle plastyczne metafory, porównania, które już tu wyżej padły w cytatach. Ze wszystkich publikacji można by skomponować osobną książkę, będącą zbiorem aforyzmów celnością dorównujących Myślom nieuczesanym Stanisława Jerzego Leca. Mając już kilka książek Włodzimierza Sedlaka, znajdę jeszcze na półce miejsce na taką właśnie antologię, w której osobowość badacza znalazła swoje znakomite odbicie. Dlatego twierdzę, że poza wszystkimi dokonaniami, które wywierają ogromne wrażenie, był także poetą, słowiarzem, lingwistą, który odcisnął nowatorski ślad na polszczyźnie.

"Każdy filozof ma rację, tyle że jest ona sprzeczna z racjami jego kolegów".

"Wszystkie hasła na świecie są śliczne. Tylko że wykonanie tych haseł bywa albo ciężkie, albo niemożliwe, albo zbędne, albo też przerażające".

"Pokojową Nagrodę Nobla daje się za 20 mln ludzi poległych w czasie I wojny światowej. To wówczas przecież na wielką skalę zastosowano dynamit!"

"Współcześni uczeni są jak strusie: wypinają wielce oświecone dupy, a głowy chowają w piasek".

"Człowiek jest tym, czym się staje w czasie swojej drogi..."

"Umysły lękliwe nie dochodzą do niczego".

"Biada tym, którzy wszystko wiedzą. Są jak woły, które spokojnie żują pokarm na zagrodzonej łące".

"Miał rację Einstein mówiąc, że dobrobyt jest ideałem świń. W naszej epoce najlepiej czują się wieprze". 

"Jeśli człowiek uważa, że życie to żarcie, wtedy powinien w oborze siedzieć".

        
  
Wybrana bibliografia

Kazimierz Dymel: Tako rzecze Sedlak. Kaw - Lublin 1996.

Włodzimierz Sedlak: Bioelektronika - system nowego pojmowania życia. "Roczniki Filozoficzne". Tom XXIII, z. 3, 1984. Str. 200 - 218.

Włodzimierz Sedlak: Homo elektronicus. Wyd. Continuos 1994.

Włodzimierz Sedlak: W pogoni za nieznanym. Wydawnictwo Lubelskie. 1990. 

Włodzimierz Sedlak: Życie jest światłem. Instytut Wydawniczy PAX. 1985.