niedziela, 27 września 2026

Rozmowy około książkowe

 


Zaliczyłam kolejne Lubelskie Targi Książki. Były stoiska, były książki, była kawa, ale najważniejsze były rozmowy. Przy stoisku antykwarycznym tematem stały się dawne lektury czytane do egzaminów na studiach: Chaucer, Guriewicz, Huizinga, Żywot Łazika z Tormesu... Lawina wspomnień z czasów, gdy większość tych książek była dostępna tylko w uniwersyteckiej bibliotece, a część z nich tylko w czytelni na miejscu. Zajmowaliśmy kolejki, kto kiedy z grupy idzie czytać, a potem przekazuje następnej osobie tak, aby książka z czytelni nie wracała już do magazynu. 
          Podziwiam równo ułożone kolorowe nowe wydania dorobku Agathy Christie. Czytam równiutko w kilku rzędach tytuły. Pani pyta mnie, co podać, czego szukam. Nie jestem chyba pożądanym klientem, ponieważ ja to już wszystko czytałam i mam stare kieszonkowe wydania. Jeśli przeglądam teraz to stoisko to tylko dlatego, żeby się upewnić, czy dawno temu, czegoś nie przegapiłam, jakiegoś tytułu, jakiejś kryminalnej intrygi, której nie znam. Ale nie znajduję niczego nowego, nieznanego. Pozostaje mi podziwiać dzisiejszy rozmach wydawniczy i eleganckie przyciągające wzrok kolorowe okładki. Podobnie jak od stoiska antykwarycznego odchodzę z myślą: Ja to wszystko czytałam...
          W kolejnej alejce wystawowej wzrok przyciąga szyld "Wydawnictwo KONTYNENTY". Czyżby te "Kontynenty", które dawniej wychodziły jako miesięcznik? Byłam wierną czytelniczką czasopisma mającego format A3. Obecnie ukazuje się jako kwartalnik i wydaje też książki: podróżnicze, reportaże, literaturę faktu, ale na stoisku są pięknie wydane utwory literackie innych kultur: japońskie, chińskie, hinduskie, arabskie... Pojawiają się też znane nazwiska, jak Kipling, Kapuściński. Wciągam się w rozmowę o literaturze japońskiej. Wspominam nazwisko Lafcadio Hearna i jego słynny zbiór japońskich opowiadań Kwaidan. Na to pan podnosi książkę baśni chińskich z nazwiskiem pisarza na okładce: "Ten pisarz?" - "Ten" - odpowiadam. - "No wreszcie ktoś, kto zna Lafcadio Hearna!" - zawołał z entuzjazmem. I w ten sposób rozpoczęła się moja rozmowa z wydawcą, Dariuszem Fedorem. O literaturze japońskiej, dawnych wydaniach, planach wydawniczych, a nawet doszliśmy do tego, gdzie studiowaliśmy. Są plany wydania pełnego zbioru opowiadań Hearna. Jeśli tak, umawiam się za rok, że tu przyjadę i je kupię. 
          Kolejne stoisko - z tytułami, które jakoś niewiele mi mówią. Młodzi panowie w liczbie co najmniej czterech, zachęcają i zapraszają do zapoznania się z ofertą. Pytam, czego dotyczą książki. Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o pracę nad sobą w kontekście fizjoterapeutycznym, trochę sportowym, szukanie życiowego balansu. "Och, panowie, czy ja wyglądam na sportsmenkę?- pytam rozbawiona - To jednak nie dla mnie, mój balans to poranna kawa" - dodaję z uśmiechem i przechodzę dalej. 
           Nad stoiskiem zachęcająca zapowiedź pisarki z Suwalszczyzny. Nie znam literatury stamtąd. Przeglądam pozycje: coś o szeptuchach, coś o mrocznych stronach przeszłości, coś o taje. Pan pyta co lubię czytać. No, trudno powiedzieć, bo czytam różne rzeczy. "Ogólnie rzecz biorąc to jest beletrystyka" - mówi wskazując na książki - "Akcja rozgrywa się na Suwalszczyźnie najczęściej na dwóch planach: przeszłosci i teraźniejszości. Dotyka miejscowych legend, mrocznej przeszłosci, którą bohaterowie poznają w nieoczekiwany sposób lub próbują rozwikłać". Otwieram na chybił trafił jedną z pozycji, wzrok pada na rozmowę prokuratora z jakimś bohaterem. 
- To ma wątek kryminalny? Jakiś prokurator tu występuje?
- Tak, w niektórych toczy się wątek kryminalny, próba rozwiązania dawnego zdarzenia... Lubi pani książki Agathy Christie?
- No pewnie!
- Więc proszę, polecam tę - i otwiera wskazując na odautorską dedykację tuż za pierwszą stroną tytułową: "Pamięci Agathy Christie - Mistrzyni suspensu, niedoścignionej Królowej kryminału." 
       Tym mnie kupił. Biorę. Tytuł książki Majak. Jedna z części serii Widma Suwalszczyzny. 
- Chce pani dedykację? 
- Oczywiście, a jest tutaj autorka?
- Zaraz ją zawołam - dzwoni.
        Od stolika w głębi podchodzi do stoiska uśmiechnięta kobieta - Katarzyna Kuśmierczyk. Rozmawiamy o Suwalszczyźnie, suwalskiej muzyce folkowej, Fiedronowiczu i zespole Chłopcy z Noworyszek, o Festiwalu Kultury na Przesmyku w Wiżajnach, który odbywa się w lipcu. Dowiaduję się, ze pisarka pochodzi z Wrocławia, ale przeniosła się na Suwalszczyznę, tam wyszła za mąż i zafascynowana kulturą suwalską zaczęła pisać książki osadzone w tamtym regionie, w tamtej kulturze. Obiecuję, że w następnym roku przyjadę na festiwal. A dziś otrzymuję dedykację w książce - Dla Notarii. 
      Kolejne stoiska, książki, rozmowy, poszukiwanie ciekawych tytułów, plecak robi się coraz cięższy. Trafiam na stoisko z literaturą białoruską. Niestety, białoruskiego nie znam, ale są pozycje dwujęzyczne: białorusko-polskie. Tematyka trudna, historia sowieckich represji, wspomnienia łagrowe, reportaże z pogranicza... Szukam czegoś bardziej współczesnego. Biorę zbiór reportaży Zmiciera Bartosika I miał pan wróbelka, który mówił. Podróże wolności. W oko wpada mi ciekawa grafika na okładce książki JA/my emigracja Darii Rak. Daria mieszka w Polsce od 2018 roku, przyjechała na studia do Lublina i już tu została. Skończyła studia, znalazła pracę, czuje się całkowicie zasymilowana, świętuje polskie rocznice narodowe i święta. Świetnie posługuje się polskim językiem. W książce opisuje swoją drogę od momentu przyjazdu do dzisiaj. Przywołuje losy innych emigrantów z Białorusi. Pan przy stoisku mówi z wyraźnym wschodnim akcentem, opowiada o charakterze książki, o wspólnych doświadczeniach życia na emigracji. Zapowiada przyjazd autorki, która jutro będzie je podpisywać. Niestety, nie mogę jutro znowu tu być, ale książkę biorę i jako pierwszą zaczęłam czytać już podczas powrotnej podróży. Autorka opisuje jak cyzelowała polski język a poznała go do tego stopnia, że dostrzega błędy w mowie Polaków. Teraz, po latach tutaj spędzonych czuje, że Polska jest jej domem. Wystąpiła o przyznanie polskiego obywatelstwa. 
       W plecaku powrotnym mam jeszcze Łukasza Marcińczaka Odyseusze z Maisons-Laffitte. Duchowe portrety autorów "Kultury" paryskiej, a w pamięci obrazy książek, których nie kupiłam. Czy będę żałować?


sobota, 19 września 2026

Szukając września

           Szukając września, a właściwie wrześniowych emocji i skojarzeń, natrafiłam na interesujące ilustracje i opracowania. Najpierw chodziło mi o zwykłe malarskie konkretyzacje pejzażowe. Wrzesień już bardzo jesienny na przedwojennej pocztówce z obrazem Józefa Rapackiego z serii "Rok w krajobrazie" wydawanej w latach 1920 - 1927:


      Wrześniowe poszukiwania zaprowadziły mnie do sierpniowo-wrześniowego numeru "Ziemi Wołyńskiej" z 1938 roku. Był to organ prasowy Okręgu Wołyńskiego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Wewnątrz numeru ciekawa analiza wpływów gospodarczo-kulturalnych miasta Ostróg na Wołyniu. Autor zestawia w nim liczbowe dane przyjazdów okolicznej ludności do Ostroga w przeciągu jednego roku, przy czym za jednostkę uznaje się furmankę. Słowem chodziło o zestawienie ile furmanek i skąd przyjechało do miasta. Osobno też uwzględnione zostały przyjazdy uczniów.


Ciekawa mapka ilustruje sieć powiązań handlowych mieszkańców okolic Ostroga z miastem. Jak zauważa się w artykule, Ostrogowi wyrastać zaczęła konkurencja w Zdołbunowie, które stawało się coraz silniejszym ośrodkiem administracyjno-gospodarczym. Ostróg bowiem nie miał zaplecza przemysłowego, okolice były rolnicze, natomiast w Zdołbunowie był węzeł kolejowy i właśnie tam przeniesiona została z Ostroga siedziba starostwa. Jak widać na mapce, linia kolejowa łączy Krzemieniec z Dubnem, Zdołbunowem i Równem, ale omija Ostróg. Stąd też ranga Ostroga w owym czasie malała na rzecz miast mających połączenie kolejowe z dalszą okolicą. 
       W tym samym numerze "Ziemi Wołyńskiej" znajduję artykuł o wczesnohistorycznych początkach Lubomla. Na wschód od miasta odkryto pozostałości średniowiecznego grodziska z X-XI wieku. Zlokalizowano tam ślady ziemianek z paleniskami. Wśród odkopanych resztek znaleziono niewielkie przedmioty, jak sprzączki i fragmenty naczyń ceramicznych zdobionych ornamentem pasmowym i falistym. Luboml należy do najstarszych wołyńskich miast o historycznym i kulturowym znaczeniu, a lubomelska parafia była jedna z największych na Wołyniu. Kościół Trójcy Świętej słynął z cudownej ikony Matki Bożej Lubomelskiej z XVII wieku. Ikona została w czasie II wojny światowej w 1944 r. wywieziona do Polski przez ówczesnego proboszcza Stefana Jastrzębskiego. Ikona została umieszczona w kościele parafialnym w Polichnie na Lubelszczyźnie. W rodzimej świątyni w Lubomlu w czasach powojennych urządzono skład soli. Dopiero w 1992 roku po wielu latach starań społeczność katolicka odzyskała świątynię i rozpoczęto prace renowacyjne, a w 1996 roku po gruntownej renowacji ikony Matki Bożej Lubomelskiej wykonano też kopię, którą delegacje parafian z Polichny oraz potomkowie dawnych parafian z Lubomla oraz Wołyniaków uroczyście przewiozły do odzyskanego kościoła Trójcy Świętej. Wspominam o tym dlatego, że brałam udział w tym wydarzeniu i wtedy właśnie po raz pierwszy byłam w Lubomlu. Kościół Trójcy Świętej z przeżartymi solą murami był świadectwem wieloletniej laicyzacji społeczeństwa przez komunistyczny reżim. Dla mieszkańców miasta, które przez lata podupadło gospodarczo i kulturowo, uroczysty powrót Matki Bożej Lubomelskiej i intronizacja ikony w świątyni 27 sierpnia 1996 roku była wielkim świętem i zgromadziła sporą grupę wiernych parafian. Trzeba uczciwie przyznać, że większość mieszkańców to byli ludzie całkowicie zlaicyzowani i i wielu z nich nawet nie miało pojęcia o randze wydarzenia. Ci jednak, którzy przyszli, nieraz przybywając z bliższych i dalszych okolic Lubomla, mieli łzy w oczach i ze wzruszeniem uczestniczyli w uroczystościach. 
Matka Boża Lubomelska, fot. Anatol Olich, "Monitor Wołyński", nr 5, 2021 r.

wtorek, 8 września 2026

Wrześniowe święto Maryjne

        Narodzenie Najświętszej Maryi Panny obchodzone 8 września to jedno z najstarszych świąt chrześcijańskich. Jego początki sięgają V wieku, kiedy Sobór efeski potwierdzając nierozdzielność ludzkiej i boskiej natury Jezusa Chrystusa uznał też prawomocność tytułu Theotokos - Matka Boża.  Rozstrzygnięcie to wzmocniło kult maryjny, w tym świąt obchodzonych na jej pamiątkę. Narodzenie NMP jako święto prawdopodobnie wywodzi się z Syrii, gdzie pojawiło się w VI wieku, a następnie przeniknęło do Konstantynopola i stamtąd na zachód Europy. Do oficjalnego kalendarza liturgicznego wprowadził je papież Sergiusz I w 688 roku. Data 8 września jest oczywiście umowna, bo nie wiadomo, kiedy Maryja się urodziła. 

       W Polsce święto nazywane jest też świętem Matki Bożej Siewnej. W niektórych parafiach, zwłaszcza gdy wypada w niedzielę, towarzyszą mu obchody święta plonów - dożynek. Dawniej tego dnia święcono ziarno na nowy jesienny zasiew, dzisiaj święci się wieńce dożynkowe, śpiewa dożynkowe pieśni. Poza tym, że dożynki obchodzone są w parafiach i dekanatach, organizowane są także gminne, powiatowe, wojewódzkie. Terminy są więc różne, od połowy sierpnia do połowy września, dlatego nie zawsze święto 8 września ma oprawę dożynkową. A jeśli ma, to uroczystość zostaje zdominowana prezentacją dożynkowych wieńców, śpiewami sławiącymi trud pracy na roli, dziękczynieniem za plony. 

      Niemniej także w pieśniach pojawia się postać Matki Bożej jako adresatki podziękowań za opiekę. Współczesne pieśni dożynkowe często pisane są przez amatorów do znanych melodii pieśni nie tylko kościelnych. Prezentacja wieńców wiąże się więc z poznaniem przez zebranych nowego repertuaru pieśniowego stworzonego specjalnie na tę okazję. Każda parafia czy gmina tworzy własne pieśni. Niestety, jest to twórczość ulotna, nikt jej nie zapisuje dla potomnych, nikt nie zbiera, nie opracowuje do trwałej publikacji. Czasami słowa błąkają się gdzieś po Internecie lub w formie pisanej przekazywanej z rąk do rąk. 

      Tylko utrwalone tradycją Maryjne chorały mają swoją niezmienną wymowę świąteczną. Choć coraz mniej ludzi potrafi je zaśpiewać. Narodzenie Najświętszej Maryi Panny tak samo znalazło odbicie w muzyce sakralnej, jak wiele innych wydarzeń biblijnych lub z życiorysu Świętej Rodziny. Do grona kompozytorów zainspirowanych postacią Maryi należał Luca Marenzio (1553 - 1599), włoski kompozytor i śpiewak, autor wspaniałych madrygałów, mszy, motetów. 

      W krótkim życiorysie Marenzio znalazł się także epizod polski. Gdzieś pod koniec 1595 roku lub na początku 1596 przybył bowiem do Polski, do Warszawy na dwór króla Zygmunta III Wazy obejmując stanowisko maestro di cappella. Prawdopodobnie przebywał tutaj do października 1596 roku lub jeszcze na początku 1597 roku komponując muzykę sakralną. Niestety, nie ma informacji, kiedy dokładnie Warszawę opuścił. W 1598 roku znajduje się już w Wenecji. 

      Wśród sakralnych kompozycji Marenzio znajduje się pieśń Nativitas gloriosae Virginis Mariae, której oczywiście nigdzie na YouTube nie ma, a jedyne jakieś japońskie nagranie bardziej wygląda na wygenerowane przez SI. Dlatego posłuchajmy kompozytora w najbardziej znanym tekście Maryjnym: Magnificat. 


Natomiast pieśń Nativitas gloriosae Virginis Mariae, do której komponowało wielu kompozytorów, posłuchajmy w niesamowitej kompozycji autora jeszcze wcześniej żyjącego.  Perotin ((ok. 1160 - ok. 1230) należał do słynnej paryskiej szkoły polifonii Notre Dame. 

Tekst jest krótki, a pieśń długa

Alleluja, nativitas
gloriosae Virginis Mariae.
Ex semine Abrahae
orta de tribu Juda,
clara ex stirpe David. (Alleluja)


sobota, 29 sierpnia 2026

Ostatnio wysłuchane

 

1. Świetny kawałek, szkoda, że nie całość. - Omar Sosa, kubański pianista jazzowy i Quarteto Americanos


2. Niesamowite, co można zrobić z gitarą - szwajcarsko-ekwadorskiego pochodzenia bracia Alejandro i Estevan Gutierrez


3. Cudo. Przepiękne. Elena Ledda - sardyńska pieśniarka; mimo wykształcenia w kierunku śpiewu operowego i gry na oboju zainteresowała się bardziej ludową muzyką rodzinnej Sardynii, której poświęciła swoją karierę i przedsięwzięcia muzyczne. A poniżej stary standard w nowej wersji. 


Wszystkie te osobistości odkryłam dopiero w tym tygodniu. Od razu wyjaśnię: wiem oczywiście, że piosenkę Nights in White Satin śpiewał zespół The Moody Blues, a wykonywali ją też inni znani piosenkarze, jak choćby David Bowie. Ale wersja i wykonanie Eleny Leddy są po prostu genialne. 

czwartek, 13 sierpnia 2026

Harmonia sfer

      Muzyka w Kosmosie czy Kosmos w muzyce? Muzyka sfer lub inaczej harmonia sfer zakłada, że ruchy ciał niebieskich są rodzajem muzyki. Skoro bowiem ruchy ciał niebieskich da się zapisać za pomocą relacji liczbowych, a muzyka to przecież matematyczne proporcje i następstwa tonów, dźwięków i ciszy, to właściwie podstawy obu tych pozornie odrębnych zjawisk są ściśle matematyczne. Stąd też matematyka i muzyka idą w parze i znam osoby, które łączą wykształcenie matematyczne i muzyczne. Tak więc matematyczny zapis wzajemnych relacji ciał niebieskich może być rozpatrywany jako kosmiczna partytura. Pitagorejską koncepcję muzyki sfer rozwinął Johannes Kepler twierdząc, że co prawda harmonia sfer kosmicznych nie jest słyszalna dla uszu, ale może być słyszalna dla duszy. Kepler przypisał nawet planetom Układu Słonecznego głosy: Saturn i Jowisz to basy, Mars "śpiewa" tenorem, Wenus i Ziemia to alty, a Merkury to sopran. Wszystkie planety "śpiewają" w doskonałej polifonii jedną harmonię świata. 

      Nie zagłębiając się w dalsze rozważania o koncepcji muzyki uniwersalnej, łatwo przecież zauważyć, że inspirowała ona kompozytorów. Lista dzieł, w których przewija się motyw muzyki ciał niebieskich byłaby zbyt długa, żeby ją tutaj zamieścić, a mam na myśli tylko muzykę klasyczną. Ale jeden z takich utworów zna chyba każdy: Sonata fortepianowa nr 14 "Sonata quasi una fantasia" Beethovena, czyli Księżycowa. Kosmiczna nazwa nie jest jednak pomysłem kompozytora, więc utworu tutaj nie zamieszczę. 

      Ale są kompozycje świadomie do zjawisk kosmicznych nawiązujące. Malowniczy sierpniowy deszcz meteorytów Perseidów także inspiruje, jak można zobaczyć i posłuchać:


A tu mamy już utwór dłuższy i poważniejszy współczesnej kompozytorki Alexandry Gardner:


No ale nie samymi Perseidami człowiek żyje, choć zjawisko spektakularne. Muzyka sfer ma zasięg o wiele szerszy i głębszy. Skoro według Keplera każda planeta Układu Słonecznego ma swoją muzykę, to nic nie stoi na przeszkodzie zilustrować ją naprawdę na sposób kosmiczny, czyli symfoniczny, jak zrobił to Gustav Holst w Suicie Planety. Cykl rozpoczyna dynamiczny i wojenny Mars. Poniższe nagranie próby jest już stare, ale bardzo je lubię.


Czas na prawdziwą harmonię, czyli wyciszenie. Kompozycja Alexa Baranowskiego, współczesnego kompozytora przede wszystkim filmowego, który tworzy także muzykę dla teatru i musicali. Tutaj Musica Universalis przenosi słuchacza w dalekie przestrzenie, gdzie inaczej niż droga artystycznej wyobraźni nie można dotrzeć. Daniel Hope gra na skrzypcach Guarneri z 1737 roku, które przecudownie brzmią. 

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

10 sierpnia 1829 roku w Karlsbadzie...

 ... Adam Mickiewicz wreszcie doczekał się przybycia Edwarda Odyńca. Ponaglał go już wcześniej wysyłając listy do Drezna, gdzie Odyniec wciąż zwlekał z wyjazdem. 

       Karlsbad - Karlowe Wary - znane czeskie uzdrowisko o długiej historii, przyciągało już wtedy licznych kuracjuszy z najwyższych sfer społecznych oraz osoby ze świata sztuki i literatury. Tutaj Goethe zawitał redagując pierwszy tom swoich dzieł zebranych. Jednym z miejsc goszczących przybyłych gości był pensjonat "Pod Strzałą" (Pfeil) na ulicy Alte Wiese. [tu popełniłam pomyłkę - wyjaśnienie i korekta na dole wpisu] Na liście karlsbadzkich gości kąpielowych Mickiewicz znajduje się pod datą 29 lipca 1829 r. jako kuracjusz przybyły z Petersburga. Po wielu latach, w 1870 roku, Polacy nadal licznie przybywający do Karlsbadu i odwiedzający "Pod Strzałą" ufundowali tablicę pamiątkową z napisem: "Tu mieszkał pod n-rem 4-tym Adam Mickiewicz w roku 1829". 

      Tamtego lata poeta umówiony był z Odyńcem na dalszą wspólną podróż po Europie i czekał na niego u karlsbadzkich wód. Mimo przyjemnego towarzystwa rodziny Łabędzkich, kuzynów Szymanowskich z Warszawy, z którymi spotkał się już wcześniej w Dreźnie, pragnął jednak jak najszybciej Karlsbad opuścić znużony zainteresowaniem i nieraz nieoczekiwanymi odwiedzinami nieznanych sobie rodaków. Najbardziej męczyły go prośby domorosłych wierszokletów, którzy chcieli, aby oceniał ich wiersze. Wspominając ten pobyt w listopadzie 1829 roku pisał w liście do Franciszka Malewskiego: "... od niektórych poetów uciekałem, bo biorąc wody, niepodobna być w humorze słuchania głupich wierszy, ale z całą prozą w dobrej byłem harmonii". 

        Tymczasem na początku sierpnia ponaglał przyjaciela: "Wyglądam tu ciebie, tylko się nie baw długo, bo i tak te kilka dni umyślnie dla ciebie wysiedzieć muszę". W końcu Odyniec przybył 10 sierpnia i Mickiewicz, gdyby mógł, od razu wyruszyłby dalej, ale namówiony przez bliskie grono znajomych, przesunął wyjazd o dwa dni. Grono około dwudziestu najbliższych osób zorganizowało na jego cześć uroczysty obiad pożegnalny. Od większej wieczornej biesiady poeta zdecydowanie się wymówił, zwinął manatki i wraz z Odyńcem opuścił Karlsbad 13 sierpnia 1829 roku udając się najpierw do Marienbadu, potem Egeru i stamtąd dalej przez Europę, a wówczas szczególnie spieszyło się im obu do Weimaru na spotkanie z Goethem. 


Pensjonat, w którym zatrzymał się Mickiewicz podczas pobytu Karlsbadzie w 1829 roku. Rycina zamieszczona w publikacji "Album pamiątkowe Adama Mickiewicza", Władysław Bełza, 1889 r. 


Ten sam budynek pensjonatu Pfeil - zdjęcie z 1908 roku zamieszczone w tygodniku ilustrowanym "Nasz Kraj", R. 3, nr 21.  

      PS. Sztuczna inteligencja nie potrafiła mi wskazać obecnej ulicy, która odpowiadałaby położeniu Alte Wiese. Nie udało się też dowiedzieć, co się stało z pensjonatem. 

PS. 2 Jack zidentyfikował ulicę i budynek, w którym mieszkał Adam Mickiewicz w 1829 roku w Karlowych Warach, dawnym Karlsbadzie. Obecnie jest to ulica Nova Louka. 
Alte Wiese w języku niemieckim znaczy to samo, co Stara Louka po czesku, czyli stara łąka. Sądzić by można, że to właśnie na niej będzie znajdował się dawny budynek pensjonatu, gdzie zatrzymał się Mickiewicz. Jednak okazuje się, że jest to Nouva Louka.
TU KAJAM SIĘ ZA PMYŁKĘ, bo w zapisie w księdze kuracjuszy jest wyraźnie zapisane, że "Herr von Mickiewicz (...) zum weisen Pfeil neue Wiese", czyli owszem, w pensjonacie Strzała, ale na Nowej Łące. Nie mam pojęcia, skąd mi  się ta Alte Wiese wzięła :-(
 Niestety, dawny budynek się nie zachował, w tym miejscu - numer 287/9 - gdzie dawniej znajdowały się barokowe budynki Pfeil i Silberne Kanne, wzniesiono nowy budynek o nazwie Maison Moderne. Pod oknami pierwszego piętra znajduje się tablica upamiętniająca pobyt Mickiewicza w 1829 roku, a budynek określa się także jako Dom Mickiewicza. 

Więcej TUTAJ

Sam Mickiewicz w Karlowych Varach upamiętniony jest także na pomniku ustawionym w 1897 roku u wejścia do hotelu Richmond. Autorem popiersia poety ustawionego na wysokim cokole był lwowski rzeźbiarz Tadeusz Barącz. Pierwotny pomnik został uszkodzony w czasie drugiej wojny światowej i jego nowszą wersję wykonał w 1947 roku czeski artysta Břetislav Werner. 


Břetislav Werner, Jan Cingroš, pomnik Adama Mickiewicza, 1947, odsłonięty 1948, brąz i porfir, Karlove Vary, fot. 2014 Licencja: CC BY-SA 4.0, Źródło: Instytut Polonika


Wybrana bibliografia:

Józef Białynia Chołodecki: Kult pamięci Adama Mickiewicza w Karlowych Warach. Czerniowce 1894.

Władysław Mickiewicz: Żywot Adama Mickiewicza podług zebranych przez siebie materyałów oraz z własnych wspomnień. Tom II. Poznań 1892. 

"Nasz Kraj. Tygodnik Ilustrowany". R. 3, nr 21. 1908.