środa, 22 lipca 2026

Zapomniane umiejętności

     Nie chcę narzekać na współczesne czasy i młodsze pokolenia. Świat nieuchronnie się zmienia i - jak pisał Adam Asnyk:

Wy nie cofniecie życia fal, 

Nic skargi nie pomogą,

Bezsilne gniewy, próżny żal,

Świat pójdzie swoją drogą. 

     Niemniej, kiedy naocznie obserwujemy jak niemal z dnia na dzień zanikają pewne zachowania, nawyki, umiejętności, człowiek zaczyna się dziwić, że ktoś jeszcze potrafi to, co kilka, kilkanaście lat temu było czymś prostym i zwyczajnym. 

     Jadę busikiem i przyglądam się mijanym pejzażom i ludziom. rejestruję zmiany: tu jakby mniej drzew, a tu urosły krzaki; tu powstaje nowy dom, a tam wyremontowano most; w jednym miejscu powstał nowy McDonald`s, a w innym właśnie zakończono rozbiórkę jakiejś walącej się kamienicy. Ludzie też się zmieniają. Zanim busik dojedzie do ostatniego przystanku, odzywają się telefony podróżnych: to bliscy pytają, za ile minut dojadą. Jedni odpowiadają, że za chwile i proszą o przyjazd na dworzec, aby ich odebrać i zawieźć do domu; inni uspokajają, że jeszcze to potrwa i sami sobie dadzą radę. Starsze osoby mają często włączony tryb głośno mówiący, więc cały bus słyszy rozmowę. Młodzi najczęściej zatopieni w smartfonach oglądają jakieś filmiki, ze słuchawkami na uszach słuchają muzyki. W dni targowe osoby starsze z reguły toczą sąsiedzkie rozmowy, te same osoby często się widują, znają od lat i mają mnóstwo tematów do omówienia: rodzina, choroby, gospodarstwo. 

      Pewnego razu jadąc takim busikiem spoglądam na ludzi oczekujących na jednym z przystanków i wzrok mój przykuwa wyróżniająca się osoba: mężczyzna stojący samotnie nieco dalej, który trzyma w rękach i czyta rozłożoną gazetę. Gdy wszyscy teraz podsuwają sobie pod oczy co najwyżej jakieś krótkie informacje z telefonów, on stoi zatopiony w tradycyjnej drukowanej płachcie. Aż mi się prawie rzewna łezka zakręciła w oku. Kiedy ostatni raz widziałam kogoś takiego?! Nie pamiętam. Po chwili refleksja: nic dziwnego, znam go przecież. To mój znajomy, lat 65, emerytowany nauczyciel wos-u i historii. No cóż, kto miałby jeszcze dzisiaj czytać gazety, jeśli nie on? 

      Obrazek drugi: jadę przez miasteczko turystyczne. W ciągu roku toczy się w nim senne prowincjonalne życie, w sezonie letnim nabiera kolorów, wigoru i puchnie od turystów. Mnożą się sezonowe atrakcje, festiwale, parkingi zapełnione po brzegi autokarami, samochodami osobowymi i motocyklami. Ulicami i chodnikami maszerują wycieczki, turyści indywidualni zmierzają do wcześniej obranych celów. I nagle obrazek jak z ubiegłego wieku: przy skrzyżowaniu na chodniku dwie młode osoby w wieku nastoletnim w strojach przypominających skautów czy harcerzy, z plecakami. Pochylają nad czymś skupione głowy. I tu niespodzianka - patrzą na rozłożoną mapę, tradycyjną drukowana mapę, szukając zapewne dalszej trasy. Nie włączają żadnego GoogleMaps, tylko korzystają z rozkładanej mapy turystycznej. 

      I trzecia obserwacja. Studentka pisze pracę licencjacką. W sumie licencjat, to nie magisterium, praca nie musi odkrywać nieznanych lądów. Ale studentka jest ambitna i postanawia dołączyć własne elementy badawcze. Przeprowadza wywiady z ekspertami, robi ankiety, wybiera metodologię, ba, sięga po zasoby internetowe instytutów badawczych zgromadzone w RCIN (Repozytoria Cyfrowe Instytutów Naukowych). Dociera nawet do niepublikowanych w formie książkowej prac doktorskich udostępnionych w akademickich publikacjach internetowych. Wszystko to znajduje potem swoje miejsce w bibliografii. Oczekiwania promotora były na 30 stron, ona pisze na 70. Sięga po fachowe branżowe czasopisma naukowe. Teoretyczny temat zasugerowany przez promotora zestawia z realiami praktycznego zastosowania. Umiejętność zrobienia samodzielnej kwerendy w dobie Internetu i SI również należy do kompetencji zanikających. Pocieszające, że wciąż zdarzają się ludzie, którzy to potrafią. I, co najważniejsze, chcą tę umiejętność zdobywać. Podobnie jak czytanie tradycyjnej mapy. Może i czytanie drukowanej gazety nie całkiem zaniknie. 

sobota, 11 lipca 2026

Wołyń 11 lipca 1943

       


Jan Bułhak, okolice Korostenia, Wołyń, przedwojenna pocztówka fotograficzna, lata 20. XX wieku



Juliusz Kossak, Wołyń, pocztówka przedwojenna, 1906 r.

Kazimierz Wierzyński - Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny

Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny,
Wstąp tu, gdzie czekam po kryjomu:
W ugornej pustce jałowizny
Będziemy razem nie mieć domu.

Kto się zapatrzył w tamte strony,
Gdzie dotąd niebo nocą ciemną
Od łuny drży nieugaszonej,
Niech w noc tę głębiej idzie ze mną.

Komu się śnią włóczone kości
Przez psy na polach, gdzie rozpaczą
Brzozy odarte jeszcze płaczą,
Niech mi to wyzna w samotności.

Bo z mgieł jesiennych, przez ścierniska,
W badylach, perzu, kłębem pnączy
Szept jakiś z trudem się przeciska
I w samo serce, w krew się sączy.

Bo nie ma ziemi wybieranej,
Jest tylko ziemia przeznaczona,
Ze wszystkich bogactw - cztery ściany,
Z całego świata - tamta strona.

      W niedzielę 11 lipca 1943 roku w wyniku zmasowanego ataku oddziałów OUN -UPA w 93 miejscowościach na Wołyniu zamordowano tysiące Polaków. Napadów w różnych miejscowościach dokonywano np. w kościołach, gdzie mieszkańcy byli zgromadzeni na niedzielnej mszy. Tak było między innymi w Kisielinie, gdzie w kościele tego dnia zamordowano 90. Polaków.  Niedziela 11 lipca byłą najkrwawszym dniem rzezi wołyńskiej. W całym lipcu 1943 roku zamordowano ok. 11 tysięcy Polaków w 520 miejscowościach. W sumie z rąk OUN-UPA i ich sympatyków podczas kilkumiesięcznej rzezi na Wołyniu i w Galicji Wschodniej trwającej od lutego 1943 roku zginęło ok. 120 tysięcy Polaków. 



poniedziałek, 6 lipca 2026

Rozmyślania o poranku

       Nie żyje. Dlaczego nie żyje? Bo umarł. Dlaczego umarł? A któż to może wiedzieć! Może znudziło mu się żyć. Może był chory. Chory na świat i wszystko. Nie, nie można być chorym na wszystko. Niektórzy mówią, że boli ich dusza. Może i jego bolała. Więc zachorował na duszę albo na świat. Taka nowa jednostka chorobowa. Umarł, bo chorował, albo umarł, bo chciał. Znudziło mu się żyć. Znudziło mu się w ogóle wszystko. W sumie, tak patrząc z dystansem, życie jest nudne. Coś tam się dzieje, człowiek rzuca się tu i tam, próbuje tysiąca rzeczy, chce nie wiadomo czego, coś tam czasami się uda zrobić, osiągnąć, a wszystko przemija i dalej jest jałowo. Nudne to. Ileż można robić w kółko to samo? Wstawać, ubierać się, marnować czas na żarcie i wydalanie, sprzątać, rozmawiać... Najpierw uczyć się ileś lat, żeby potem pracować przez dziesiątki lat, a potem na emeryturze szukać sobie zajęcia, żeby się nie nudzić. I tak aż do końca. Nudne to. Myślę, że większość wynalazków powstała z nudów. W takich chwilach, gdy ktoś szukał sposobu na zajęcie się czymś, żeby nie umrzeć z nudów. To byłoby głupie: umrzeć z nudów. Co innego umrzeć na świat. To najlepsze wyjście, bardziej eleganckie. I takie arystokratyczne: UMRZEĆ NA ŚWIAT. Jak już trzeba, to przynajmniej niech to brzmi zamaszyście. Właściwie to znaczy wypiąć się na świat. Ha, ha, ha!  Swoją drogą, jak ktoś uważa, że go boli dusza, to przynajmniej czuje, że ją ma. To ciekawe, dusza nie ma ciężaru, ale gdy dusza boli, to nagle staje się ciężka i nie chce się wstać z łóżka, nogi ciężkie, wszystko ciężkie, jakby nabrało wagi wieloryba. Nic tak nie zmienia ciężaru życia jak ból. Wtedy wiele rzeczy i wiele spraw nabiera wagi. Albo traci na wadze. Wagi nabierają codzienne zwykłe czynności a na wadze tracą przerośnięte ambicje, aspiracje, zabieganie. O, właśnie! Nie tylko czas jest względny, jak udowadniał Einstein. Ciężar też jest względny, choć ciągle działa ta sama grawitacja. Ale nawet grawitacja nie pomoże utrzymać się w pionie, gdy ktoś chce się położyć na dobre. Tak do spodu, wypróbowując szorstkość podłoża. Ciekawe doświadczenie, którym z nikim się nie podzieli. Zresztą, po co? W ciągu życia zbiera się tyle doświadczeń, tyle wrażeń, a i tak nic z tego nie zostaje. Jeśli życie płynie jak rzeka, to człowiek jest jak sito, przez które ta woda się przelewa. Niczego nie potrafi zatrzymać. Więc może tylko śmierć jest naprawdę nasza własna i wreszcie trzymamy coś w garści.  

wtorek, 30 czerwca 2026

Polska tradycja Matki Boskiej Jagodnej

       Święto Matki Boskiej jagodnej wywodzi się z polskiej tradycji ludowej. Obchodzone 2 lipca połączone było z uroczystością Nawiedzenia świętej Elżbiety przez Najświętszą Maryję Pannę. Nawiedzenia, czyli udania się Maryi do świętej Elżbiety (matki świętego Jana Chrzciciela), która - według słów Archanioła Gabriela - była już w szóstym miesiącu ciąży. Maryja udała się do swojej krewnej wspomóc ją w tym okresie, a droga była daleka, ok. 150 km. Według legendy w drodze Matka Boża żywiła się leśnymi jagodami. 

      Święto Nawiedzenia zostało ustanowione w 1262 roku przez świętego Bonawenturę dla zakonu Franciszkanów, a w 1389 wprowadzone przez papieża Bonifacego w całym Kościele. Do 1969 roku święta Nawiedzenia i Jagodnej były obchodzone razem tego samego dnia, czyli 2 lipca. W 1969 roku papież Paweł VI przeniósł święto Nawiedzenia na 31 maja i odtąd Święto Matki Bożej Jagodnej zostało samo w dawnym lipcowym terminie. 

     Święto Jagodnej to polska tradycja związana ze zbiorem leśnych jagód. Chodzi o czarne jagody, czyli borówkę czarną, których zbiór przypada na koniec czerwca i początek lipca. Jednak tradycja głosi, że do 2 lipca nie należało zrywać jagód, ale też innych krzewiastych owoców, jak agrest czy porzeczki. Zakaz ten szczególnie przestrzegały kobiety w ciąży wierząc, że zapewni on zdrowie nienarodzonym jeszcze dzieciom. Tutaj myślę, że wierzenia zostały powiązane z czysto botaniczną obserwacją, że wcześniej te owoce mogą nie być całkiem dojrzałe i ich zjedzenie może przynosić szkodę dla organizmu, doprowadzając do rozstroju żołądka, wymiotów, bolesnych torsji i skurczów, a w konsekwencji w skrajnych przypadkach do poronienia. Dawniej nie znano jeszcze medycznego uzasadnienia dla szkodliwości niedojrzałych owoców, dlatego wiązano je z religijnym uzasadnieniem, co nie zmienia faktu, że reguły te miały efekt zdrowotny. 

      Niemniej Święto Matki Boskiej Jagodnej znalazło swoje stałe miejsce w kulcie religijnym, obyczajowości i nawet literaturze. Piękny wiersz napisał na przykład Leopold Staff:

Matka Boska Jagodna, Panienka Maryja,

która owocnym, rodnym drzewom sprzyja,

chodzi po sadzie kwitnącym i śpiewa,

pocałunkami budząc w wiosnę drzewa.

Nocą wieśniaczki jej śpiew słyszą we śnie,

wieść, aby jagód nie jadły przedwcześnie,

każdą jagodę z ust matce odjętą

da zmarłym dziatkom Panna w Jagód święto. 


       W Polsce w wielu miejscowościach Święto Matki Boskiej Jagodnej obchodzone jest nadal a nawet są sanktuaria, w których tego dnia odbywa się odpust. Jednym z nich jest sanktuarium maryjne w Krasnobrodzie. Tradycyjnie idą tam z okolic pielgrzymki. Na terenach, gdzie zbiory jagód leśnych są coroczną tradycją i sposobem zarobku - jagody można sprzedawać w punktach skupu - obchodzone są nawet lokalne święta jagodziaków, podczas których organizuje się jarmarki produktów lokalnych, prezentowane są pieśni ludowe i inne atrakcje. Znam dwie takie jagodne uroczystości: w miejscowości Bukowa na Lubelszczyźnie i w Horyńcu w woj. podkarpackim. 

      Sama postać Matki Bożej Jagodnej nabrała symbolicznych znaczeń, utrwalona w obyczajowości i tradycji doczekała się upamiętnienia we współczesnej poezji i muzyce popularnej, czego przykładem jest przepiękna pieśń w wykonaniu chóralnym z solistą Maciejem Miecznikowskim. Przyznaję, że mocno mnie to wykonanie wzruszyło w dużej mierze za sprawą wspaniałego głosu solisty.


Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
to Ty dojrzewających jagód czerwień
zanosisz w niebie dla dzieciaków, 
którym kostucha życie przerwie
nim da spróbować jagód smaku.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
tak łatwo potknąć się o kamień,
tak łatwo o kamienia brak,
choć nie chcę to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak,
tak łatwo nie trafić przypadkiem
do oczu, gdy z innej są gliny,
gdy słów brak mogących być kładką
nad przepaścią serca dziewczyny.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
kiedy czerwienisz owoce jagód,
zmień jej oczy, co od szronu chłodne,
zmień jej śmiech, co wężowym jadem,
w słowa, które kochania są głodne.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
jak trudno już nigdy nie wstawać,
jak trudno co dzień rano wstać,
daj, Boże, by zamiast dostawać,
tej jednej móc cały świat dać,
tak trudno potknąć się o kamień,
tak trudno o kamienia brak,
choć nie chcę, to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak.

Matko Boska Jagodna
Matko Boska Jagodna
kiedy czerwienisz owoce jagód....itd.

Słowa: Zbigniew Książek
Muzyka: Bartłomiej Gliniak

wtorek, 23 czerwca 2026

Dyrygent

      Ostatnio w komentarzach pojawił się wątek słynnej kompozycji Ravela Bolero. Kiedyś czytałam, że jest to jeden z najczęściej granych utworów na świecie. Nie da się zaprzeczyć, że znają go nie tylko miłośnicy muzyki klasycznej. 18 powtarzanych w kółko taktów mogłoby być nudne, ale nie jest. Za każdym razem, gdy włączam Bolero, obiecuję sobie, że tylko kilka chwil i zaraz wyłączam. No bo ileż razy można?! I za każdym razem słucham do samego końca. Ta powtarzalna sekwencja przejmowana przez kolejne instrumenty, a na koniec rozbrzmiewająca całą orkiestrą jest wprost hipnotyzująca. 

      A jeszcze gdy ma się w pamięci kilka rewelacyjnych wykonań baletowych na czele z równie hipnotyzującą choreografią Maurice`a Bejarta, (w której tańczyła między innymi primabalerina Maja Plisiecka) tym bardziej aż trudno uwierzyć, że tak prosta kompozycja zyskała właściwie status światowego kultowego przeboju. Dowodem na to było wybranie - oczywiście skróconej wersji - utworu do zwycięskiego tańca na lodzie przez parę Torvill - Dean, którzy zdobyli olimpijskie złoto w 1984 roku. 

        Być może więc mając w pamięci muzykę, słysząc ją, zmieńmy perspektywę i zamiast koncentrować się na orkiestrze, popatrzmy na dyrygenta. Co z tą muzyką potrafi on zrobić. Czy dla dyrygenta Bolero jest bardziej wyzwaniem, czy raczej przyjemnością? A może jednym i drugim? Czy dyrygent prowadząc orkiestrę  myśli więcej o słuchaczach, czy raczej o kompozytorze, jego pomyśle kompozycyjnym i autonomii muzyki wobec świata?

     W każdym razie Sergiu Celibidache z dyrygowania Bolerem zrobił osobny spektakl, który równie magnetyzująco przykuwa uwagę, jak sama muzyka. Klip ten zamieszczałam już kilka lat temu, ale nie odmówię sobie tej przyjemności, że obejrzę i zamieszczę go ponownie z dedykacją dla wszystkich tych, którzy kochają Bolero. 

czwartek, 18 czerwca 2026

Moc bębnów

     Poszłam sobie na koncert bębnienia. Wielkie, ogromne, prawie dwa metry średnicy, stać wokoło i bębnić na jednym może z dziesięć osób jednocześnie. Kto miał ochotę, mógł sam spróbować, zanim doszło do końcowego koncertu. Powiem wam: wielka moc jest w bębnie. A już w kilku tak wielkich, na jakich gra Orkiestra Wielkich Bębnów, to już supermoce są prawie jak mistrzów Jedi. Bębnienie było słychać z daleka, więc i trafić nie było trudno. I wcale nie było to nazbyt głośne, bo był rytm, był znajoma nuta, był śpiew. Członkowie orkiestry bębnili z zapałem wcale nie odbębniając swojego zadania. Powstałą z tego całkiem ciekawa muzyka o zamierzchłych ludowych, może nawet jakichś prasłowiańskich rytmicznych tańcach. Było w tym coś pierwotnego i magicznego zarazem. Myślę, że takim bębnieniem naprawdę można by było wzywać słońce przed świtem i wybębnić kolejny dzień. 

    Na klipie nie jest to ten koncert, na którym byłam, ale daje przedsmak wrażeń. Z koncertu, na którym byłam nie znalazłam nagrania, a szkoda. 

środa, 10 czerwca 2026

Klezmerskie trio

     Najwyższy już czas rozpocząć sezon koncertowy.  Gdy filharmonie, teatry, opery właśnie kończą programowy sezon, zaczęłam rozglądać się za letnimi propozycjami. Znalazłam koncert zespołu, którego słucham już od kilkunastu lat, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć i posłuchać na żywo. Wreszcie nadarzyła się okazja. 

     Kroke w języku jidysz znaczy Kraków. Zespół został założony przez trzech absolwentów krakowskiej Akademii Muzycznej (Tomasz Kukurba, Jerzy Bawoł, Tomasz Lato) w 1992 roku. Trzon stanowi więc trio muzyków grających na altówce, akordeonie i kontrabasie. Altowiolista gra też na flecie i czasami śpiewa, choć zespół w zasadzie ma charakter instrumentalny. Współpracowali jednak z wieloma różnymi śpiewającymi wykonawcami. I wtedy zmieniał się nieco charakter ich muzyki. Podstawą jest muzyka klezmerska z elementami etnicznymi, folkowymi, jazzowymi. Tworzyli też muzykę do filmów i spektakli teatralnych. 

     W ostatnią niedzielę zespół wystąpił w Zamościu na zakończenie Jarmarku Hetmańskiego na Rynku Wielkim obok Ratusza. Przy tej okazji okazało się, że jeden z członków zespołu (chyba Kukurba, o ile zdołałam dobrze usłyszeć i zapamiętać) współpracował z pochodzącym z Zamościa Markiem Grechutą. 

      Żywiołowy i mocno w charakterze klezmerskim koncert niósł dalekie echa muzyki tęsknej, a zarazem energicznej, radosnej, a zarazem nostalgicznej, pustynnego płaczu i wędrówki. Tak to właśnie odebrałam. Zespół przypomniał swoje dawne przeboje i nowsze fragmenty większych kompozycji, jak np. muzykę ze spektaklu Rejwach, granego w Teatrze Żydowskim w Warszawie.  Nogi same chodziły i wybijały rytm u wielu obecnych na widowni. 

      Słuchając aż chciało się gdzieś powędrować w daleki świat, poszukać pierwotnych źródeł sztuki.  Tymczasem zaś spojrzałam na okalające Rynek kamienica - na samym szczycie  okna poddaszy były otwarte na oścież, choc zasłonięte storami lub zasłonami od słońca. Ktoś tam jednak także słuchał, bo nagłośnienie było potężne. Część słuchaczy usadowiła się na wysokich schodach prowadzących do Ratusza. Stamtąd mieli widok na cały plac i mogli też słuchać. Ja grzecznie zasiadłam na krzesełku przed sceną. Był już wieczór i słońce nie paliło tak mocno. 

      Przypomniałam sobie, jak pierwszy raz usłyszałam o zespole w radiu. Nagrywali wtedy i występowali z pieśniarką z Mongolii Urą  Chahar Tughi. Później jeszcze słuchałam ich w różnych transmisjach z festiwali. No i teraz udało się na żywo nie tylko posłuchać, ale i zobaczyć. Patrzenie poszerza wrażenia słuchowego odbioru muzyki. Widać, jak muzycy tworzą jeden organizm ze swoimi instrumentami. Czułość i wirtuozeria idą w parze. Jeszcze mam w uszach tęskne dźwięki akordeonu, głębokie rytmy kontrabasu i długie, szerokie melodie altówki.