Tradycja głosi, że Przemienienie Pańskie miało miejsce na górze Tabor. Inne sugestie badaczy typują raczej górę Hermon. Niemniej to właśnie Tabor zasłynął jako miejsce, w którym oczom Szymona, Jakuba i Jana Jezus ukazał się w boskiej chwale w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Uczniowie nie mieli pojęcia, co widzą, więc na wszelki wypadek troskliwy Szymon zaproponował postawienie trzech namiotów: dla nieoczekiwanych gości - Mojżesza i Eliasza oraz dla Jezusa.
Mniej więcej od V wieku święto Przemienienia Pańskiego funkcjonuje we wschodniej tradycji chrześcijańskiej. W chrześcijaństwie zachodnim pojawiło się w wieku VII i VIII najpierw jako święto obchodzone lokalnie. Oficjalnie w całym Kościele Katolickim wprowadził je papież Kalikst III w 1457 roku ustanawiając datę obchodzenia na 6 sierpnia na pamiątkę zwycięstwa odniesionego nad Turkami pod Belgradem. W Polsce święto pojawiło się już w wieku XI stopniowo zyskując coraz większą popularność i znaczenie, zaczęto też wznosić kościoły pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego.
Dzisiaj chociaż święto nie jest nakazane w sensie obowiązkowego uczestnictwa wiernych w liturgii, w wielu miejscowościach nadal ma duże znaczenie i ludzie świętują, powstrzymując się od pracy podobnie jak w niedzielę. W moich okolicach 6 sierpnia nie wykonuje się prac polowych, nie kosi trawników, panuje cisza i spokój. Oczywiście ten, kto pracuje zawodowo, do pracy idzie, ale w przypadku prac rolniczych i przydomowych (remonty, malowanie płotu itp.) raczej się powstrzymują. Tradycja ta zapewne pozostała z dawnych czasów, gdy w okresie letnim Przemienienie Pańskie była najważniejszym dniem świątecznym z uroczystą oprawą liturgiczną. Obecnie w zakresie oprawy i obyczaju święto Przemienienia Pańskiego straciło na znaczeniu, skoro przestało być świętem nakazanym, a jego dawną uroczystą rangę przejęło Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny obchodzone jako nakazane 15 sierpnia.
Niemniej przez wieki Przemienienie Pańskie nie tylko kształtowało obyczajowość i religijną duchowość. Inspirowało także artystów. Rafael Santi jest autorem najsłynniejszego chyba obrazu przedstawiającego scenę na górze Tabor.
Także kompozytorów inspirowała przedziwna Teofania opisana w trzech ewangeliach synoptycznych. I była to muzyka bardzo różnorodna, od medytacyjnej kontemplacji i wyciszenia do bogactwa środków mających oddać wielkość Boga. Od minimalistycznego języka muzycznego stojącego wobec Tajemnicy do chóralnej pochwały Bożej Mądrości. Do tych pierwszych należy In festo transfigurationis Domini nostri Jesu ChristiFranciszka Liszta z 1880 roku. Z kolei wielkim rozmachem i zaangażowaniem aż 200 wykonawców charakteryzuje się oratorium Oliviera MessiaenaLa Transfiguration de Notre Seigneur Jesus-Christ ukończone w 1969 roku.
Fortepianowa medytacja Liszta jest krótkim utworem z późnego okresu życia i jest przykładem tego rodzaju muzyki, z której Liszt słynął jako wirtuoz i kompozytor fortepianu. Z kolei wielkie dzieło Messiaena trwa prawe dwie godziny i stanowi połączenie awangardowych eksperymentów, chorałowej tradycji i ukochanych przez kompozytora dźwięków natury, przede wszystkim ptaków. Obie kompozycje skrajnie różne, ale opiewające tę samą Boską Tajemnicę.
Słuchając audycji w radiowej Dwójce, dowiedziałam się o istnieniu projektu Cassandra. Realizuje go międzynarodowy zespół literaturoznawców badający współczesne teksty literackie z różnych kręgów kulturowych. Inicjatorem projektu jest prof. Jürgen Wertheimer z Uniwersytetu w Tybindze, a z polskiej strony uczestniczy w nim prof. Monika Wolting z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Przedmiotem badań międzynarodowego zespołu jest najnowsza literatura ostatnich 15. lat. Co ciekawe, w polu zainteresowania znajdują się nie tylko dzieła wybitne, ale w większym stopniu utwory często mało znane, peryferyjne, nienagradzane, a nawet takie, które nie zostały wydane. Jak uważa prof. Wolting, to właśnie one dokładniej rejestrują to, co się dzieje na co dzień i ujawniają powszechne nastroje społeczne.
Punktem wyjścia podjętych badań jest przekonanie, że to literatura w stopniu najbardziej trafnym przewiduje zagrożenia przyszłości, potrafi wskazać miejsca i przyczyny sporów i napięć mogących prowadzić do konfliktów. Bynajmniej nie chodzi tutaj o czystą i dosłowną futurologię czy prognozy rodem z science fiction. Analiza tekstów literackich pozwala zaobserwować, gdzie i jakie napięcia społeczne zaczynają eskalować, co może w przyszłości doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia i bardziej drastycznych zjawisk.
Na pozór wydaje się, że to bieżąca publicystyka i media społecznościowe reagują od razu i ujawniają skalę niezadowolenia czy frustracji społecznej. Są to jednak tylko reakcje na bieżące wydarzenia, a brakuje im długoterminowej przewidywalności, mogącej służyć za ostrzeżenie, że coś może dopiero nastąpić za jakiś czas. Media reagują na to, co już się stało, a literatura ujawnia na ukryte nastroje i lepiej ilustruje długofalowe procesy społeczne, przewidując to, co zdarzy się za wiele lat. Utwory literackie wychwytują to, co w medialnym dyskursie niewypowiedziane, odzwierciedlają zbiorową wyobraźnię, emocje społeczne zanim zostaną one zwerbalizowane w publicznej dyskusji.
Punktem wyjścia podjętych badań jest założenie, że rzeczywistość, w której żyjemy, zawiera ukryte znaki tego, co może nadejść w przyszłości. To pisarze w swoich utworach umieją te znaki, nawet nieświadomie, wychwytywać, wprowadzając te znaki do konstrukcji swoich bohaterów i fikcyjnej fabuły. Pisarze zawsze korzystają bowiem z tego, co obserwują w świecie. Zespoły badaczy pochylają się więc nad literaturą usiłując te ukryte znaki odczytać i a ich podstawie formułować wnioski.
I tu pojawia się clou całego projektu Cassandra. Komu te badania są potrzebne? Można się zdziwić, ale trafiają one np. do NATO czy najwyższych struktur Unii Europejskiej. Mało tego, to właśnie od tych najwyższych szczebli politycznych wychodzą zamówienia na konkretne badania, np. literatury Tajwanu. Chodzi o to, by z literatury odczytać, jakie napięcia społeczne są szczególnie dominujące i mogą w przyszłości generować konflikty. Prowadzone były m.in. badania literatury francuskojęzycznej, polskiej, polsko-niemieckiej, utwory polskich emigrantów w Niemczech. Okazało się, że w 3/4 badanych tekstów dominują obrazy wroga i wykluczenia.
Na marginesie rozważań o zakresie i celu projektu pojawia się też problem umiejętności, a właściwie braku umiejętności krytycznego czytania tekstów literackich. Krytycznego nie w sensie krytykowania, tylko w sensie dostrzegania celu zastosowanych przez pisarza zabiegów artystycznych. Mało wyrobiony czytelnik koncentruje się tylko na przebiegu fabuły, a słowa, zdania wypowiadane przez bohaterów traktuje dosłownie jako obraz rzeczywistości. Np. gdy, powiedzmy, bohater bluzga naokoło, złorzeczy takim czy innym postaciom obwiniając je o swoje życiowe porażki, czytelnik traktuje to dosłownie, że fatycznie tej czy innej osobie należy tę winę przypisać. Krytyczne czytanie zaś polega na tym, aby rozumieć, że słowa bohatera świadczą tylko o jego postawie wobec świata, a nie o świecie jako takim. Jest to element charakterystyki postaci literackiej a nie charakterystyka i diagnoza rzeczywistości.
Przypomina mi się tutaj konsternacja Olgi Tokarczuk, gdy jakiś czytelnik zapytał, czy to, co pisarka zamieszcza w swoich książkach, jest prawdą. Jak ma odpowiedzieć pisarz, który czerpie z rzeczywistości, ale przecież przetwarza zjawiska, konstruuje fabułę, tworzy bohaterów, wkładając w ich usta zasłyszane zdania, albo wymyślone przez siebie, ale skonstruowane na podstawie przygodnych rozmów. Takie właśnie pytanie zdradza czytelnika, który czyta tylko dosłownie, nie rozumiejąc, że literatura piękna to nie jest zapis faktów ani podręcznik do historii.
Analiza współczesnych tekstów literackich ukazuje jeszcze jedno zastanawiające zjawisko. Obecnie dominuje w nich narrator pierwszoosobowy. gdy kiedyś powieść charakteryzowano przede wszystkim jako wypowiedź narratora wszechwiedzącego, tak obecnie w większości narrator wypowiada się w pierwszej osobie. Liczy się tylko to, co JA mam do powiedzenia. To, co mówią inni nie jest istotne, jest marginalizowane. To wiele mówi o współczesnym człowieku i współczesnej kulturze.
26 lipca - wspomnienie św. św. Anny i Joachima. W tradycyjnej muzyce liturgii prawosławnej tak to brzmi:
Znalazłam też Akatyst ku czci Anny i Joachima, czyli świętych rodziców Maryi. Długo mi to zajęło, bo o wiele częściej i łatwiej znaleźć jakieś pieśni wygenerowane przez SI niż tradycyjną autentyczną muzykę. Jest też sporo wykonań po angielsku. Krok po kroku dotarłam wreszcie do wykonania z tekstem autentycznym z liturgii prawosławnej. Swoją drogą, mimo że tekst Akatystu jest do znalezienia po polsku, nie udało mi się znaleźć polskiego wykonania. Trochę szkoda.
Nie chcę narzekać na współczesne czasy i młodsze pokolenia. Świat nieuchronnie się zmienia i - jak pisał Adam Asnyk:
Wy nie cofniecie życia fal,
Nic skargi nie pomogą,
Bezsilne gniewy, próżny żal,
Świat pójdzie swoją drogą.
Niemniej, kiedy naocznie obserwujemy jak niemal z dnia na dzień zanikają pewne umiejętności, zachowania, nawyki, człowiek zaczyna się dziwić, że ktoś jeszcze potrafi to, co kilka, kilkanaście lat temu było czymś prostym i zwyczajnym.
Jadę busikiem i przyglądam się mijanym pejzażom i ludziom. Rejestruję zmiany: tu jakby mniej drzew, a tu urosły krzaki; tu powstaje nowy dom, a tam wyremontowano most; w jednym miejscu powstał nowy McDonald`s, a w innym właśnie zakończono rozbiórkę jakiejś walącej się kamienicy. Ludzie też się zmieniają. Zanim busik dojedzie do ostatniego przystanku, odzywają się telefony podróżnych: to bliscy pytają, za ile minut dojadą. Jedni odpowiadają, że za chwile i proszą o przyjazd na dworzec, aby ich odebrać i zawieźć do domu; inni uspokajają, że jeszcze to potrwa i sami sobie dadzą radę. Starsze osoby mają często włączony tryb głośno mówiący, więc cały bus słyszy rozmowę. Młodzi najczęściej zatopieni w smartfonach oglądają jakieś filmiki, ze słuchawkami na uszach słuchają muzyki. W dni targowe osoby starsze z reguły toczą sąsiedzkie rozmowy, te same osoby często się widują, znają od lat i mają mnóstwo tematów do omówienia: rodzina, choroby, gospodarstwo.
Pewnego razu jadąc takim busikiem spoglądam na ludzi oczekujących na jednym z przystanków i wzrok mój przykuwa wyróżniająca się osoba: mężczyzna stojący samotnie nieco dalej, który trzyma w rękach i czyta rozłożoną gazetę. Gdy wszyscy teraz podsuwają sobie pod oczy co najwyżej jakieś krótkie informacje z telefonów, on stoi zatopiony w tradycyjnej drukowanej płachcie. Aż mi się prawie rzewna łezka zakręciła w oku. Kiedy ostatni raz widziałam kogoś takiego?! Nie pamiętam. Po chwili refleksja: nic dziwnego, znam go przecież. To mój znajomy, lat 65, emerytowany nauczyciel wos-u i historii. No cóż, kto miałby jeszcze dzisiaj czytać gazety, jeśli nie on?
Obrazek drugi: jadę przez miasteczko turystyczne. W ciągu roku toczy się w nim senne prowincjonalne życie, w sezonie letnim nabiera kolorów, wigoru i puchnie od turystów. Mnożą się sezonowe atrakcje, festiwale, parkingi zapełnione po brzegi autokarami, samochodami osobowymi i motocyklami. Ulicami i chodnikami maszerują wycieczki, turyści indywidualni zmierzają do wcześniej obranych celów. I nagle obrazek jak z ubiegłego wieku: przy skrzyżowaniu na chodniku dwie młode osoby w wieku nastoletnim w strojach przypominających skautów czy harcerzy, z plecakami. Pochylają nad czymś skupione głowy. I tu niespodzianka - patrzą na rozłożoną mapę, tradycyjną drukowana mapę, szukając zapewne dalszej trasy. Nie włączają żadnego GoogleMaps, tylko korzystają z rozkładanej mapy turystycznej.
I trzecia obserwacja. Studentka pisze pracę licencjacką. W sumie licencjat, to nie magisterium, praca nie musi odkrywać nieznanych lądów. Ale studentka jest ambitna i postanawia dołączyć własne elementy badawcze. Przeprowadza wywiady z ekspertami, robi ankiety, wybiera metodologię, ba, sięga po zasoby internetowe instytutów badawczych zgromadzone w RCIN (Repozytoria Cyfrowe Instytutów Naukowych). Dociera nawet do niepublikowanych w formie książkowej prac doktorskich udostępnionych w akademickich publikacjach internetowych. Wszystko to znajduje potem swoje miejsce w bibliografii. Oczekiwania promotora były na 30 stron, ona pisze na 70. Sięga po fachowe branżowe czasopisma naukowe. Teoretyczny temat zasugerowany przez promotora zestawia z realiami praktycznego zastosowania. Umiejętność zrobienia samodzielnej kwerendy w dobie Internetu i SI również należy do kompetencji zanikających. Pocieszające, że wciąż zdarzają się ludzie, którzy to potrafią. I, co najważniejsze, chcą tę umiejętność zdobywać. Podobnie jak czytanie tradycyjnej mapy. Może i czytanie drukowanej gazety nie całkiem zaniknie.
Jan Bułhak, okolice Korostenia, Wołyń, przedwojenna pocztówka fotograficzna, lata 20. XX wieku
Juliusz Kossak, Wołyń, pocztówka przedwojenna, 1906 r.
Kazimierz Wierzyński - Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny
Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny,
Wstąp tu, gdzie czekam po kryjomu:
W ugornej pustce jałowizny
Będziemy razem nie mieć domu.
Kto się zapatrzył w tamte strony,
Gdzie dotąd niebo nocą ciemną
Od łuny drży nieugaszonej,
Niech w noc tę głębiej idzie ze mną.
Komu się śnią włóczone kości
Przez psy na polach, gdzie rozpaczą
Brzozy odarte jeszcze płaczą,
Niech mi to wyzna w samotności.
Bo z mgieł jesiennych, przez ścierniska,
W badylach, perzu, kłębem pnączy
Szept jakiś z trudem się przeciska
I w samo serce, w krew się sączy.
Bo nie ma ziemi wybieranej,
Jest tylko ziemia przeznaczona,
Ze wszystkich bogactw - cztery ściany,
Z całego świata - tamta strona.
W niedzielę 11 lipca 1943 roku w wyniku zmasowanego ataku oddziałów OUN -UPA w 93 miejscowościach na Wołyniu zamordowano tysiące Polaków. Napadów w różnych miejscowościach dokonywano np. w kościołach, gdzie mieszkańcy byli zgromadzeni na niedzielnej mszy. Tak było między innymi w Kisielinie, gdzie w kościele tego dnia zamordowano 90. Polaków. Niedziela 11 lipca byłą najkrwawszym dniem rzezi wołyńskiej. W całym lipcu 1943 roku zamordowano ok. 11 tysięcy Polaków w 520 miejscowościach. W sumie z rąk OUN-UPA i ich sympatyków podczas kilkumiesięcznej rzezi na Wołyniu i w Galicji Wschodniej trwającej od lutego 1943 roku zginęło ok. 120 tysięcy Polaków.
Nie żyje. Dlaczego nie żyje? Bo umarł. Dlaczego umarł? A któż to może wiedzieć! Może znudziło mu się żyć. Może był chory. Chory na świat i wszystko. Nie, nie można być chorym na wszystko. Niektórzy mówią, że boli ich dusza. Może i jego bolała. Więc zachorował na duszę albo na świat. Taka nowa jednostka chorobowa. Umarł, bo chorował, albo umarł, bo chciał. Znudziło mu się żyć. Znudziło mu się w ogóle wszystko. W sumie, tak patrząc z dystansem, życie jest nudne. Coś tam się dzieje, człowiek rzuca się tu i tam, próbuje tysiąca rzeczy, chce nie wiadomo czego, coś tam czasami się uda zrobić, osiągnąć, a wszystko przemija i dalej jest jałowo. Nudne to. Ileż można robić w kółko to samo? Wstawać, ubierać się, marnować czas na żarcie i wydalanie, sprzątać, rozmawiać... Najpierw uczyć się ileś lat, żeby potem pracować przez dziesiątki lat, a potem na emeryturze szukać sobie zajęcia, żeby się nie nudzić. I tak aż do końca. Nudne to. Myślę, że większość wynalazków powstała z nudów. W takich chwilach, gdy ktoś szukał sposobu na zajęcie się czymś, żeby nie umrzeć z nudów. To byłoby głupie: umrzeć z nudów. Co innego umrzeć na świat. To najlepsze wyjście, bardziej eleganckie. I takie arystokratyczne: UMRZEĆ NA ŚWIAT. Jak już trzeba, to przynajmniej niech to brzmi zamaszyście. Właściwie to znaczy wypiąć się na świat. Ha, ha, ha! Swoją drogą, jak ktoś uważa, że go boli dusza, to przynajmniej czuje, że ją ma. To ciekawe, dusza nie ma ciężaru, ale gdy dusza boli, to nagle staje się ciężka i nie chce się wstać z łóżka, nogi ciężkie, wszystko ciężkie, jakby nabrało wagi wieloryba. Nic tak nie zmienia ciężaru życia jak ból. Wtedy wiele rzeczy i wiele spraw nabiera wagi. Albo traci na wadze. Wagi nabierają codzienne zwykłe czynności a na wadze tracą przerośnięte ambicje, aspiracje, zabieganie. O, właśnie! Nie tylko czas jest względny, jak udowadniał Einstein. Ciężar też jest względny, choć ciągle działa ta sama grawitacja. Ale nawet grawitacja nie pomoże utrzymać się w pionie, gdy ktoś chce się położyć na dobre. Tak do spodu, wypróbowując szorstkość podłoża. Ciekawe doświadczenie, którym z nikim się nie podzieli. Zresztą, po co? W ciągu życia zbiera się tyle doświadczeń, tyle wrażeń, a i tak nic z tego nie zostaje. Jeśli życie płynie jak rzeka, to człowiek jest jak sito, przez które ta woda się przelewa. Niczego nie potrafi zatrzymać. Więc może tylko śmierć jest naprawdę nasza własna i wreszcie trzymamy coś w garści.
Święto Matki Boskiej jagodnej wywodzi się z polskiej tradycji ludowej. Obchodzone 2 lipca połączone było z uroczystością Nawiedzenia świętej Elżbiety przez Najświętszą Maryję Pannę. Nawiedzenia, czyli udania się Maryi do świętej Elżbiety (matki świętego Jana Chrzciciela), która - według słów Archanioła Gabriela - była już w szóstym miesiącu ciąży. Maryja udała się do swojej krewnej wspomóc ją w tym okresie, a droga była daleka, ok. 150 km. Według legendy w drodze Matka Boża żywiła się leśnymi jagodami.
Święto Nawiedzenia zostało ustanowione w 1262 roku przez świętego Bonawenturę dla zakonu Franciszkanów, a w 1389 wprowadzone przez papieża Bonifacego w całym Kościele. Do 1969 roku święta Nawiedzenia i Jagodnej były obchodzone razem tego samego dnia, czyli 2 lipca. W 1969 roku papież Paweł VI przeniósł święto Nawiedzenia na 31 maja i odtąd Święto Matki Bożej Jagodnej zostało samo w dawnym lipcowym terminie.
Święto Jagodnej to polska tradycja związana ze zbiorem leśnych jagód. Chodzi o czarne jagody, czyli borówkę czarną, których zbiór przypada na koniec czerwca i początek lipca. Jednak tradycja głosi, że do 2 lipca nie należało zrywać jagód, ale też innych krzewiastych owoców, jak agrest czy porzeczki. Zakaz ten szczególnie przestrzegały kobiety w ciąży wierząc, że zapewni on zdrowie nienarodzonym jeszcze dzieciom. Tutaj myślę, że wierzenia zostały powiązane z czysto botaniczną obserwacją, że wcześniej te owoce mogą nie być całkiem dojrzałe i ich zjedzenie może przynosić szkodę dla organizmu, doprowadzając do rozstroju żołądka, wymiotów, bolesnych torsji i skurczów, a w konsekwencji w skrajnych przypadkach do poronienia. Dawniej nie znano jeszcze medycznego uzasadnienia dla szkodliwości niedojrzałych owoców, dlatego wiązano je z religijnym uzasadnieniem, co nie zmienia faktu, że reguły te miały efekt zdrowotny.
Niemniej Święto Matki Boskiej Jagodnej znalazło swoje stałe miejsce w kulcie religijnym, obyczajowości i nawet literaturze. Piękny wiersz napisał na przykład Leopold Staff:
Matka Boska Jagodna, Panienka Maryja,
która owocnym, rodnym drzewom sprzyja,
chodzi po sadzie kwitnącym i śpiewa,
pocałunkami budząc w wiosnę drzewa.
Nocą wieśniaczki jej śpiew słyszą we śnie,
wieść, aby jagód nie jadły przedwcześnie,
każdą jagodę z ust matce odjętą
da zmarłym dziatkom Panna w Jagód święto.
W Polsce w wielu miejscowościach Święto Matki Boskiej Jagodnej obchodzone jest nadal a nawet są sanktuaria, w których tego dnia odbywa się odpust. Jednym z nich jest sanktuarium maryjne w Krasnobrodzie. Tradycyjnie idą tam z okolic pielgrzymki. Na terenach, gdzie zbiory jagód leśnych są coroczną tradycją i sposobem zarobku - jagody można sprzedawać w punktach skupu - obchodzone są nawet lokalne święta jagodziaków, podczas których organizuje się jarmarki produktów lokalnych, prezentowane są pieśni ludowe i inne atrakcje. Znam dwie takie jagodne uroczystości: w miejscowości Bukowa na Lubelszczyźnie i w Horyńcu w woj. podkarpackim.
Sama postać Matki Bożej Jagodnej nabrała symbolicznych znaczeń, utrwalona w obyczajowości i tradycji doczekała się upamiętnienia we współczesnej poezji i muzyce popularnej, czego przykładem jest przepiękna pieśń w wykonaniu chóralnym z solistą Maciejem Miecznikowskim. Przyznaję, że mocno mnie to wykonanie wzruszyło w dużej mierze za sprawą wspaniałego głosu solisty.