niedziela, 18 lutego 2024

Śmieciowa ekologia i ptasie oko

       W Stambule i Izmirze na dużą skalę działają śmieciarze. W Stambule ich działalność jest w świetle prawa nielegalna, ponieważ śmieci należą do urzędu miasta czy też firmy oficjalnie zajmującej się odbiorem odpadów, więc de facto śmieciarze traktowani są jak złodzieje. Wykonują jednak pożyteczną robotę. Zbierają wszystko, co da się zutylizować i odstawiają do punktu skupu. 

         Mimo niezgodności z prawem, w mieście funkcjonują firmy, które tych śmieciarzy zatrudniają. Pracodawcy dają im nawet namiastkę mieszkania w kontenerach, jeśli taki śmieciarz pochodzi z daleka, spoza miasta. Dorabiają tak na przykład przyjeżdżający do Stambułu studenci. Dorabiają raczej w sezonie letnim, gdy nie ma zajęć na uczelni, gdyż jest to praca całodniowa. A może po zajęciach i w weekendy? Może zależy to od tego, ile tak naprawdę dana osoba potrzebuje dodatkowego zarobku, żeby się utrzymać. 

          Stambuł, jak każda stolica świata, przyciąga ludzi z prowincji, toteż wśród śmieciarzy można na przykład spotkać Kurdów, którzy na co dzień zajmują się hodowlą kóz, ale ponieważ z tego trudno wyżyć, na dwa, trzy miesiące przyjeżdżają do Stambułu, żeby dorobić. Często procederem tym zajmuje się kilku członków rodziny. Przyjeżdża najpierw jedna osoba, popracuje trochę, rozejrzy się w możliwościach i po pewnym czasie dołącza na przykład brat. 

         W Stambule śmieciarzy raczej się nie widzi, nie dostrzega. To znaczy bogatsi ludzie, idący do pracy urzędnicy, przedsiębiorcy itp. nie zauważają ich obecności. Jakby to byli pariasi niegodni spojrzenia. Dlatego czasami w tym zajęciu odnajdują się i czują się lepiej introwertycy, którzy nie szukają kontaktów z ludźmi, wolą skoncentrować się na swoim zadaniu i unikają spojrzeń. Starają się być niewidzialni i nawet jadąc z wielką paką kartonów udaje im się przemknąć ulicą, jakby ich nie było. Bywa, że ktoś ich przegania, wtedy zaciskają zęby i odchodzą, odjeżdżają swoimi wózkami, bo przecież są nielegalni i nie bardzo mogą protestować.

        W Izmirze jest inaczej. Tutaj zajęciem tym zajmują się przede wszystkim kobiety i są szanowane za to, co robią. Ludzie im pomagają. N przykład właściciele sklepów, kawiarni czy restauracji rano wystawiają zbędne kartony na chodnik, żeby śmieciarki mogły je zabrać. W Izmirze zbieraniem i sortowaniem śmieci niektórzy zajmują się całe życie i stało się to ich zawodem, a nie tylko dorywczym zajęciem. Takie zawodowe śmieciarki są dobrze znane mieszkańcom, którzy sami przynoszą im rzeczy do wyrzucenia, a one je segregują i dostarczają do skupu. Wytworzyła się pożyteczna symbioza, dzięki której mieszkańcy sami nie muszą śmieci segregować, pozbywając się zaś śmieci, dają zarobek innym. Łańcuch konsument - śmieciarz - punkt skupu działa bardzo sprawnie i z pożytkiem dla społeczności. 

        Żeby to działało, potrzeba jednak odgórnego urzędowego i społecznego przyzwolenia. Kiedyś i u nas byli tacy śmieciarze. Gdy zaczęto wszystko obwarowywać przepisami, śmieciarze zniknęli, a wokół kontenerów widuję sterty nieodebranych ubrań, butelek, puszek. Zdarza się nawet, że dostawca pewnego trunku po drodze między sklepami wyrzuca do rowu odebrane skrzynki z pustymi butelkami, bo mu się nie opłaca wieźć tego do PSZOK, bo mu za to nie zapłacą. Urząd Gminy przeprowadzał śledztwo, podobno zidentyfikowano, który to dostawca tak postępował, ale co z tego. Nie on jeden. 

        Od dawna nie widuję w swojej miejscowości śmieciarzy, którzy jeszcze 20 - 25 lat temu wozili na wózkach poskładane kartony ze sklepów. Sprawa prosta, nie ma skupów. Od biedy działają skupy złomu, złomiarze jeszcze działają. Skupy papieru, kartonów zniknęły. W swojej okolicy nie znam ani jednego. Nie wierzę w recykling, którego nie widzę, a wykazuje się go tylko na papierze, żeby dobrze wyglądało w sprawozdaniach, jak cała biurokracja. Problem w tym, że muszą zarabiać firmy, więc zarabiają na nas, żądając opłat za odbieranie śmieci. Tymczasem w systemie człowiek - śmiecie - człowiek - punkt skupu zarabiali po prostu ludzie, którzy się odbiorem śmieci i segregowaniem zajmowali, nie obciążając kosztami konsumenta, który i tak przecież za towar zapłacił w sklepie. Zarabiały punkty skupu odstawiając posegregowane odpady do odpowiedniej firmy recyklingowej. To jest najbardziej ekologiczny i skuteczny system, w dodatku korzystny dla obu stron. Czy trzeba było to niszczyć?

        Podobnie jak z pewnym jeziorem w Grecji, gdzie najpierw  zbudowano tamę, osuszono bagna, potem na powrót zalano osuszony obszar wraz z lasem, gdzie gniazdowało mnóstwo gatunków ptaków. I tak przez 70 lat w kółko raz osuszano, to znów zalewano. Za każdym razem przyroda się odradzała, a określone gatunki to gniazdowały, to znikały. W końcu objęto jezioro ochroną i utworzono rezerwat. Ludzkie eksperymenty się skończyły, a ptaki uczą, na czym polega współpraca. Kormorany współpracują z pelikanami zagarniając ryby na przybrzeżną płyciznę. Korzystają oba gatunki. Teraz żyją tam perkozy, czaple, kaczki, siewki, zimorodki, bociany i wiele innych gatunków w doskonałej symbiozie. 

      Kilkanaście lat temu w konkursie na fotografię przyrodniczą w  kategorii portret zwyciężyło zdjęcie, które ukazywało w zbliżeniu oko ptaka. Oko było duże, piękne i patrzyło z przenikliwą zadumą. Co wyrażało? Smutek? Prośbę? Rezygnację? Oczekiwanie? Pytanie?... Patrzyłam na to zdjęcie, próbując odczytać ukrytą w źrenicy mądrość natury. Było to oko pelikana. Czy myślał wtedy o ludzkich poczynaniach? 

poniedziałek, 12 lutego 2024

Bałucki dawny i współczesny

       Już drugi sezon Teatr Osterwy w Lublinie proponuje widzom nową wersję komedii Michała Bałuckiego "Ciężkie czasy". W twórczości komediowej Bałucki częściowo czerpał z tradycji Fredry, jednak więcej w jego twórczości zjadliwej satyry niż pociesznego humoru. Pisał także powieści i to one stały u początku jego literackiej kariery. O ile prozy Bałuckiego w zasadzie dzisiaj nikt już nie czyta, jego komedie takie, jak "Grube ryby", "Klub kawalerów", "Dom otwarty" czy "Ciężkie czasy" pojawiają się w teatrach, a można też wrócić do świetnych archiwalnych realizacji Teatru Telewizji. Tytuł ostatni, w przeciwieństwie do  większości utworów Bałuckiego rozgrywających się wśród bohaterów mieszczańskich, przedstawia świat sarmackiej szlachty w zapadłej Galicji, w kraju - wedle słów jednego  bohaterów "leżącym bądź co bądź poza krańcami cywilizacji europejskiej".  

        Jeśli sarmackość rozumieć jako ponadczasowy rys polskiego narodowego charakteru zbudowany z szeregu rozpoznawalnych toposów kulturowych i obyczajowych, w śród których na czoło wybija się megalomania połączona z zakompleksieniem wobec krajów zachodnich, pogoń za zaszczytami, życie na pokaz wedle zasady "postaw się, a zastaw się", niepraktyczność i potrząsanie szabelką dla dodania sobie animuszu, to okazuje się, że Bałucki jest wciąż aktualny mimo upływu ponad stu trzydziestu lat od czasu powstania utworu. Dlatego też chyba w zamyśle reżysera, Redbada Klynstry-Komarnickiego, spektaklowi towarzyszą późniejsze utwory wprowadzające perspektywę kontynuacji problematyki. Na wstępie, niejako przed samym właściwym spektaklem, może jako poetycka introdukcja, pojawia się mroczny, katastroficzny "Walc" Czesława Miłosza. 

Już lustra dźwięk wala powoli obraca

I świecznik kołując odpływa w głąb sal.

I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,

Sto luster odbija snujący się bal.

         Wiersz ma wyrazistą rytmikę walcową, wprowadza motyw balu, który jednak  zamyśle poety nie ogranicza się do sali balowej, lecz stanowi metaforę historii.  Sto luster może być metaforą kolejnych odbić polskiego sarmackiego charakteru w nas samych, we współczesnych postawach Polaków. Nie jest to bowiem jedyny uwspółcześniający element wprowadzony do sztuki przez reżysera. Scenografia ma bardzo nowoczesny charakter, kolejne sceny rozgrywają się na tle bezładnego stosu krzeseł, krzesła pojawiają si w różnych konfiguracjach, aby podkreślić relacje między bohaterami, wydarzenia rozgrywają się na scenie obrotowej, co wymusza niejako dodatkowy ruch aktorów, którzy podbiegają do przodu lub dają się obrócić i unieść w głąb, gdzie nikną w cieniu. Wiersz Miłosza mówi o uczestnictwie człowieka w dziejach historii, w powiązaniu z teatralną sceną wprowadza motyw theatrum mundi. Czyżbyśmy byli tylko marionetkami, aktorami na scenie życia i jak w lustrze przeglądamy się w postaciach komedii, odkrywając w niej prawdę o naszej własnej roli? 

       Klamrą dla początkowego wiersza jest w finale również tekst współczesny,  mianowicie piosenka Jacka Kaczmarskiego "Dobre rady Pana Ojca", w której w typowy dla autora satyryczno-prześmiewczy sposób zostaje ujęta postawa sarmackiego światopoglądu,  którym najważniejsza jest ojcowizna i szlachecka tradycja "dawania na elekcjach kreskę nie za słowa, a za kieskę", a za wzór edukacji uznająca "ucz się siodła, szabli, dzbana". Kto powie, że to przecież zamierzchłe wartości i dziś nikt o nich nie pamięta. Nie byłabym taka pewna. Czymże jest dzisiejsza potrzeba popisywania się wielkimi i szybkimi samochodami na szosach, jak nie odpowiednikiem szlacheckiego siodła na rączym koniu? Czym współczesne machanie immunitetem, jak nie szabelka mająca chronić przed odpowiedzialnością karną za wykroczenie? Czym brawurowe lekceważenie zakazu jazdy po alkoholu jak nie sarmackim umiłowaniem dzbana jako wyznacznika kawalerskiego animuszu? Przykłady można jeszcze mnożyć...

       Wróćmy jednak do sztuki. Bałucki w "Ciężkich czasach" jest gorzki i satyryczny. Owszem, śmieje się z sarmackich przywar, utracjuszostwa młodego pokolenia, życia ponad stan, zadłużania się aby pokazać, że jest się lepszym od sąsiadów, pożądania splendorów oraz zwykłej zazdrości, pogardy, lekceważenia i wynoszenia się ponad innych, ale jest w tym też wielkie rozczarowanie prymitywizmem i płycizną umysłową rodaków. Słuchając dialogów bohaterów czujemy, że oto słyszymy także naszych współczesnych sąsiadów czy znajomych, może osób znanych z mediów, może kogoś, kogo usłyszeliśmy gdzieś przypadkowo, a może prominentnych polityków. W narzekaniu Kwaskiewicza słyszymy i dzisiejsze nasze polskie narzekanie, codzienne biadolenie na przeciwności losu: grady, ulewy niszczące urodzaj, albo słońce i suszę palące plony, albo wszystkie plagi egipskie, które spadły na nasz naród "i jeżeli Pan Bóg się nie zlituje i ni zrobi z nami jakiego cudu, to dalibóg skapiemy marnie". Być może więc rzeczywiście jedyna nadzieja i ratunek w młodym pokoleniu, które głosi, że należy zacząć żyć i działać racjonalnie?  Juliusz, syn gospodarza, w którego dworku rozgrywa się cała akcja, przejął od ojca zarządzanie majątkiem, bo miał właśnie je unowocześnić, wprowadzić na nową drogę rozwoju, udoskonalić i rozwinąć. No cóż, jak się okazało, nowoczesność polegała na tym, że bez sentymentów sprzedaje rodowy las, żeby w Wiedniu obracać się we właściwym towarzystwie i opłacić porzuconą kochankę. 

       Rodowicie sarmaci nie wyobrażają sobie zaciskania pasa, jak to sugeruje jeden z nich, Żuryło, stopniowo ograniczający wydatki, w tym celu rezygnuje z powozu, stangreta, utrzymywania dużej służby i biesiadowania przy stole zastawionym wyszukanym jedzeniem. Inni na te propozycje oburzają się, że jak to, szlachcic ma "pić wodę, jak kaczka, zamiast wina"? Myliłby się, kto by sądził, że Bałucki łatwo i tanio rysuje czarno-biały świat, w którym oszczędność pana Żuryły jest odpowiedzią na rozrzutność pozostałych bohaterów. Jego maksymalizm skromności i oszczędności jest nieco przerażając i zakrawa na również negatywne sknerstwo, gdy rozmawiając z ojcem przyszłej swojej synowej twierdzi, że nie ma sensu jeździć do miasta po materiał na nową suknię  dla panny młodej, bo "komóż ona będzie te jedwabie pokazywać na wsi? Krowom na pastwisku albo chłopom w kościele?" W wersji scenicznej ten niebezpieczny rys sknerstwa zostaje jeszcze wyraziściej aktorsko podkreślony. Żuryło jako teść będzie strasznym kutwą i aż szkoda młodej Broni, która ma zostać jego synową. 

      "Ciężkie czasy" to z jednej strony satyra na polskie malkontenctwo, powszechne narzekanie, za którym nie idą  parze działania, mające na celu poprawę sytuacji. Z drugiej zaś to proroctwo czasów przyszłych, czyli tego, co nas czeka, jak naprawdę mogłoby stać się ciężko, jeśli zbyt powierzchownie będzie się rozumiało i realizowało tzw. ekonomię zysku. Ciężkie czasy to być może także po prostu ciężki charakter polskiego sarmatyzmu, którego duch wciąż jest obecny w naszej rzeczywistości.  

       Powiew nowoczesności miał też dosłowny wydźwięk w postaci muzyki granej na żywo. Niemal przez cały czas aktorom towarzyszyły perkusyjne rymy grane w głębi sceny. Agresywna muzyka włączała się, gdy aktorzy śpiewali lub w celu zilustrowania atmosfery chaosu spowodowanego nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Sztuka zawiera przecież przygotowania do wystawnej uczty na cześć mającego przybyć księcia, stąd gwałtowne miotanie się bohaterów podkreślone zostaje odpowiednią muzyką. 

czwartek, 8 lutego 2024

Żywioł i piękno

     Ogień i dynamika; żywiołowe tempo i akrobatyka; panowie tańczący na pointach i posągowe panie płynące po scenie; precyzja i wdzięk; trzask kindżałów i iskry lecące spod ostrzy; transowa muzyka i genialna gitara basowa... - to tylko pierwsze i najbardziej powierzchowne wrażenia z ich wstępu. Szczęśliwy splot okoliczności sprawił, że udało mi się wreszcie zobaczyć na żywo taneczne show Narodowego Baletu Gruzji Sukhishvili. Oglądałam wcześniej różne nagrania, ale na żadnym nie widziałam, że w tańcu przedstawiającym walkę autentycznie w starciu pomiędzy tancerzami lecą iskry. Dopiero na żywo można zobaczyć, że ostrza są prawdziwe, a kindżały ze stopu metali, który błyszczy jak srebro. W przerwie występu w foyer można było nawet taki kindżał wraz ozdobną wytłaczaną pochwą i skórzanym paskiem sobie kupić. 

      Krótkie nagrania na YouTube z reguły koncentrują się na najbardziej widowiskowych elementach występu, w którym tancerze popisują się skomplikowanymi i akrobatycznymi solówkami. Widowiskowym elementem tańca są skomplikowane kroki, niezwykle szybkie tempo oraz wykorzystywanie kolan na równi ze stopami jako podstawy tanecznych figur. Są to najczęściej fragmenty tańca CDO, Abraguli czy Chandżluri. Jednak cały dwugodzinny występ ma swoją wewnętrzną kompozycję i przechodzi od nastroju do nastroju, od dynamiki tańców wojennych Khorumi do lirycznych par tanecznych, taneczno-akrobatycznego odwzorowania polowania oraz mitycznego tańca Samaja, w którym w trzech odsłonach przedstawiana jest Królowa Tamara jako nieskazitelna dziewica, troskliwa matka i potężna władczyni. 

     Tancerzom Narodowego Baletu Gruzji towarzyszy oryginalna i egzotyczna orkiestra, właściwie ośmioosobowy zespół, którego muzyka nie tylko stanowi tło dla tańców, ale jest sama w sobie odrębnym artystycznym show. Muzycy mieli swoje samodzielne wystąpienie bez tancerzy. Popisywali się zwłaszcza perkusiści grający na jakichś oryginalnych bębnach. Poza tym są dwa akordeony i różne flety. Niemniej wrażenie robiła szczególnie gitara basowa. Coś niesamowitego. Tam, gdzie nie chodziło tylko o tempo i widowiskowość, basy tworzyły nastrój tajemnicy i pierwotnej opowieści o dziejach narodu. Najpierw zwróciłam uwagę na rolę basu w tańcu, w którym występowały same kobiety. Był to taniec kobiet. Ale jakich! Z jednej strony płynność i delikatność ruchów, uniwersalna kobiecość i łagodność. Z drugiej strony była w tym ukryta siła i posągowa determinacja. Czuje się, że te kobiety, gdyby zabrakło mężczyzn, którzy poszli gdzieś na wojnę, same gotowe są stawić czoła wrogom i  nie poddadzą się bez walki. Choreografia połączyła tutaj kobiecą opiekuńczość i delikatność z siłą i odwagą. Był też taniec całej grupy mężczyzn i kobiet w specyficznych strojach z długimi rękawami zwisającymi poniżej dłoni

      Przepiękny jest także taniec weselny Simdi, w którym wiele par tworzy symetryczne i precyzyjne figury choreograficzne. Jak w zasadzie we wszystkich rodzajach tańca, ważną rolę odgrywa precyzja ruchów, podkreślana oryginalnymi kolorowymi strojami. Trzy rodzaje tanecznych układów: taniec grupowy, w parach i solo przeplatają się, tworząc niezwykły muzyczno-wizualny egzotyczny  ruchomy fresk kulturowy. Poszczególne tańce bowiem obrazują kulturę różnych regionów i ludów Gruzji. 

     W lutym Narodowy Balet Gruzji jest na tournee w Polsce w różnych miastach od południa Polski aż do Pomorza. Dzięki temu nie musiałam jechać bardzo daleko, żeby ich zobaczyć. każdy ich występ kończy się owacją na stojąco. Swego czasu pobili rekord w La Scali, gdzie kurtynę po ich występie podnoszono 14 razy. I na koniec ciekawostka o pochodzeniu nazwy. Sukhishwili pochodzi od nazwiska założyciela Iliko Suchiszwili i jego żony Nino Ramiszwili, którzy byli pierwszymi tancerzami i choreografami zespołu liczącego początkowo ok. 35 tancerzy. Od 1945 roku zespół otrzymał nazwę Narodowego Baletu Gruzji. Do dzisiaj prowadzą go potomkowie pierwszych założycieli, będący trzecim pokoleniem rodu Sukhishvili. Na koniec wyszli ukłonić się przed publicznością razem z tancerzami. 

Najpierw bardzo krótki skrót popisów solistów


Jeszcze jeden skrót


I spektakularny finisz


A teraz dłuższy zapis wielu tańców wykonywanych podczas tournee zespołu; ujęcie widza siedzącego na wprost sceny, więc chwilami tancerze znikają poza kadrem. Ciekawostka: nikt nie zabrania filmowania, nagrywania i robienia zdjęć, toteż widzowie korzystają do woli. Ale mówiąc szczerze, nie umiałabym nagrywać, gdy koncentruję się na oglądaniu i podziwianiu. Polecam ten dłuższy zapis, żeby wyrobić sobie wyobrażenie o całości. 

piątek, 2 lutego 2024

Teraz pozwól odejść w pokoju

       Święto Ofiarowania Pańskiego, zwane potocznie Gromniczną lub świętem Matki Bożej Gromnicznej, ma dość starożytną genezę, ponieważ pierwsze wzmianki pochodzą z IV wieku. Wtedy jeszcze nie święcono świec, celebrowano  Ofiarowanie Pańskie w świątyni jerozolimskiej uczestnicząc w procesji.  Jednakże już w piątym wieku podczas procesji wierni nieśli świece. Hezychiusz z Jerozolimy nazywa święto Hypapante, co oznacza spotkanie i nawiązuje do spotkania Jezusa z Symeonem  i Anną. Pierwotnie była też inna data, bo 14 lutego. Dopiero w 561 roku cesarz Justynian I przeniósł obchody na 2 lutego w Konstantynopolu. W VII wieku święto zaczęto obchodzić także w Rzymie. Do rzymskiej liturgii wprowadził je papież Sergiusz I w zasadzie jako święto maryjne. W dokumentach papieskich z VII wieku opisy celebracji święta zawierają wzmianki o zapalonych świecach niesionych przez wiernych. Pierwsze wzmianki o błogosławieństwie świec pojawiają się na przełomie X i XI wieku w Padwie. Pontyfikał rzymski z XII wieku zawiera modlitwy błogosławieństwa świec, które mają odpędzać diabła i chronić przed złymi mocami. 

       Nazwa Święto Oczyszczenia Maryi pojawia się w Europie, także w Polsce, w wieku XI. Polska nazwa Matki Bożej Gromnicznej zostaje odnotowana w kalendarzu liturgicznym z końca XIV wieku. Ma oczywiście związek z gromnicą, czyli świecą mającą chronić przed gromami, piorunami. Mszał Pawła VI w wieku XX ostatecznie ustala chrystocentryczność święta, którego oficjalną nazwą jest Ofiarowanie Pańskie z białym kolorem szat kapłana. Akcent zostaje przesunięty z postaci Maryi na Chrystusa. Modlitwa błogosławieństwa świec, skierowana do Boga przez Chrystusa, zawiera wspomnienie Symeona, któremu zostało ukazane światło na oświecenie pogan, a zapalone świece symbolizują światłość Chrystusa i Jego obecność w zgromadzeniu liturgicznym. Czytana jest Ewangelia według św. Łukasza 2, 22 - 40 mówiąca o przyniesieniu małego Jezusa do świątyni jerozolimskiej, gdzie Symeon rozpoznał w Dzieciątku Mesjasza.

       Wypowiedź Symeona, tak zwany Kantyk Symeona, rozpoczynający się od słów Nunc dimittis stał się pieśnią, do której komponowało muzykę wielu kompozytorów: Palestrina, Mendelssohn-Bartholdy, Purcell, a ze współczesnych choćby Arvo Pärt. Z polskich autorów znane są barokowe kompozycje Gorczyckiego czy Szarzyńskiego. Także kantata Ich habe genug Bacha oparta jest na Kantyku Symeona. Kantatę Bacha już kiedyś zamieszczałam, więc tym razem Nunc dimittis w przepięknej medytacyjnej kompozycji Arvo Pärta.

tekst łaciński:

Nunc dimittis servum Tuum, Domine, secundum verbum Tuum in pace:

Quia viderunt oculi mei salutare Tuum,

Quod parasti ante faciem omnium populorum:

Lumen ad revelationem gentium, et gloriam plebis Tuae Israel. 

tekst polski:

Teraz pozwól odejść Twojemu słudze, o Panie, według twego słowa, w pokoju:

Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,

Które przygotowałeś wobec wszystkich narodów:

Światło na oświecenie pogan i chwałę  ludu Twego, Izraela.  

wtorek, 30 stycznia 2024

Nieznany odcinek z porucznikiem Columbo

       Więc tak... nie wiem, jak pisać: czy licząc, że i tak wszyscy zrozumieją o co chodzi, czy raczej dla tych, którzy nie mają pojęcia, kim był porucznik Columbo. To może dla przypomnienia: serial z porucznikiem Columbo kręcono od 1968 do 2003 roku i w sumie powstało 69 odcinków w trzynastu seriach. Reżyserowało poszczególne odcinki ponad dwudziestu reżyserów, w tym sam Peter Falk, odtwórca głównej roli. Muzykę komponowało również wielu kompozytorów, naliczyłam co najmniej dwunastu, a przy tym wykorzystywano w serialu muzykę klasyczną Verdiego czy Mozarta. 

    Rola Columbo tak zrosła się z Peterem Falkiem, że czterokrotnie otrzymał za nią nagrodę Emmy oraz Złoty Glob za najlepszego aktora serialu dramatycznego. Fani znają powiedzonka Columbo, jego opowiastki o  żonie, która nie pojawiła się w żadnym odcinku oraz o bratankach i siostrzeńcach. Charakterystyczna postać w pomiętym prochowcu i z cygarem w ustach ma rzeszę wielbicieli. No i  koniecznie w peugeocie 403 cabrio z odpadającym lusterkiem i co rusz strzelającym z rury wydechowej. 

      Tyle tytułem wstępu przypominającym oczywistości. Czas przejść do mojego odkrycia. Jest bowiem jeszcze jeden odcinek z porucznikiem Columbo. Nie tak długi, jak wszystkie z serii, zaledwie dziesięciominutowy i bez kryminalnej zagadki, ale z prochowcem, cygarem, opowieścią o żonie i charakterystycznymi zachowaniami, typu poszukiwanie kartki, ołówka itp. Słowem, Columbo w nieznanym odcinku. Z dużą dozą humoru. Przyjemnego oglądania!

sobota, 20 stycznia 2024

Gdzie śpiewa teraz?

      Wczoraj zmarła wielka polska śpiewaczka - Ewa Podleś. Była laureatką kilku konkursów śpiewaczych, w 1984 r. debiutowała na scenie Metropolitan Opera, a w 1993 r. w mediolańskiej La Scali. Specyfika jej głosu - rzadko spotykany naturalny niski kontralt predestynował ją do wykonywania postaci męskich, takich jak Rinaldo czy Juliusz Cezar w operach Haendla, Tankred Rossiniego, Orfeusz Glucka, ale także klasycznych partii kobiecych: Carmen czy Norma. Była też niezrównaną wykonawczynią pieśni Mahlera. O fenomenie Ewy Podleś świadczy zainteresowanie na całym świecie. Francuska autorka, Brigitte Cormeir napisała jej biografię, a amerykański hodowca kwiatów nazwał jej imieniem nową odmianę irysa w pięknym głębokim niebieskim kolorze. 

      Aria Polinessa z opery Ariodante Haendla:


Moja ulubiona pieśń w wykonaniu Ewy Podleś: Urlicht Mahlera


I coś z nagrania na żywo:


Nie mogę się powstrzymać, żeby nie zamieścić jeszcze to:

środa, 10 stycznia 2024

Muzyczne pigułki

        Taką znalazłam ściągawkę muzyczną. W zasadzie zgadzam się z podpisem, ze każdy zna te kawałki, ale nie zawsze pamięta się ich tytuły i autorów. Jednak brakuje mi kilku istotnych fragmentów, choćby Schuberta czy jeszcze innych utworów Verdiego. No ale to wybór subiektywny. Można sprawdzić, czy faktycznie znamy i rozpoznajemy. 


Myślę, że w zestawieniu zdecydowanie zabrakło tego utworu, bo pamiętacie? To było czterdzieści lat temu! I wciąż jestem pod wrażeniem. Muzykalność, synchronizacja, cudowna choreografia, precyzja... Doskonałość. 


Wydaje mi się, że to też wszyscy znają, ale może autor pierwszego klipu nie umieścił, ponieważ nie jest to oryginalne dzieło Albinoniego, lecz późniejsza rekonstrukcja, której dokonał Remo Giazotto, dwudziestowieczny muzykolog. Niemniej wszyscy to znają.