Najwyższy już czas rozpocząć sezon koncertowy. Gdy filharmonie, teatry, opery właśnie kończą programowy sezon, zaczęłam rozglądać się za letnimi propozycjami. Znalazłam koncert zespołu, którego słucham już od kilkunastu lat, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć i posłuchać na żywo. Wreszcie nadarzyła się okazja.
Kroke w języku jidysz znaczy Kraków. Zespół został założony przez trzech absolwentów Akademii Muzycznej (Tomasz Kukurba, Jerzy Bawoł, Tomasz Lato) w 1992 roku. Trzon stanowi więc trio muzyków grających na altówce, akordeonie i kontrabasie. Altowiolista gra też na flecie i czasami śpiewa, choc zespół w zasadzie ma charakter instrumentalny. Współpracowali jednak z wieloma różnymi śpiewającymi wykonawcami. I wtedy zmieniał się nieco charakter ich muzyki. W zasadzie podstawą jest muzyka klezmerska z elementami etnicznymi, folkowymi, jazzowymi. Tworzyli też muzykę do filmów i spektakli teatralnych.
W ostatnią niedzielę zespół wystąpił w Zamościu na zakończenie Jarmarku Hetmańskiego na Rynku Wielkim obok Ratusza. Przy tej okazji okazało się, że jeden z członków zespołu (chyba Kukurba, o ile zdołałam dobrze usłyszeć i zapamiętać) współpracował z pochodzącym z Zamościa Markiem Grechutą.
Żywiołowy i mocno w charakterze klezmerskim koncert niósł dalekie echa muzyki tęsknej, a zarazem energicznej, muzyki radosnej, a zarazem nostalgicznej, muzyki pustynnego płaczu i wędrówki. Tak to właśnie odebrałam. Zespół przypomniał swoje dawne przeboje i nowsze fragmenty większych kompozycji, jak np. muzykę ze spektaklu Rejwach, granego w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Nogi same chodziły i wybijały rytm u wielu obecnych na widowni.
Słuchając aż chciało się gdzieś powędrować w daleki świat, poszukać pierwotnych źródeł sztuki. Tymczasem zaś spojrzałam na okalające Rynek kamienica - na samym szczycie okna poddaszy były otwarte na oścież, choc zasłonięte storami lub zasłonami od słońca. Ktoś tam jednak także słuchał, bo nagłośnienie było potężne. Część słuchaczy usadowiła się na wysokich schodach prowadzących do Ratusza. Stamtąd mieli widok na cały plac i mogli też słuchać. Ja grzecznie zasiadłam na krzesełku przed sceną. Był już wieczór i słońce nie paliło tak mocno.
Przypomniałam sobie, jak pierwszy raz usłyszałam o zespole w radiu. Nagrywali wtedy i występowali z pieśniarką z Mongolii Urą Chahar Tughi. Później jeszcze słuchałam ich w różnych transmisjach z festiwali. No i teraz udało się na żywo nie tylko posłuchać, ale i zobaczyć. Patrzenie poszerza wrażenia słuchowego odbioru muzyki. Widać, jak muzycy tworzą jeden organizm ze swoimi instrumentami. Czułość i wirtuozeria idą w parze. Jeszcze mam w uszach tęskne dźwięki akordeonu, głębokie rytmy kontrabasu i długie, szerokie melodie altówki.

