niedziela, 19 września 2021

Co się da wyczytać...

      ... z takich informacji, jak imiona psów. Jeden pies - Proton, wiadomo, naukowy; drugi - Byron - bardzo literacki. Albo wnętrze domu, w którym w przepastnej bibliotece piętrzyły się sterty książek; sterty - dodajmy - wysokości człowieka. Istny labirynt. Nie mogło być inaczej, gdy się nauczyło czytać w wieku czterech lat. Krąg przyjaciół miał dobrany, lecz ograniczony. Czas to największy skarb, nie warto go marnować na jałowe kontakty, z których nic nie wynika. Ale listy pisał wspaniałe. Długie i wyczerpujące.  Niemal rozprawy naukowe lub opowiadania. Kto dziś tak potrafi? 

      Był pesymistą. Jak to się ma do faktu, że był na bieżąco z całą światową prasą naukową? Czy śledzenie rozwoju nauki nie powinno raczej prowadzić do bardziej optymistycznej postawy? A jednak nie, bardziej napawa smutkiem. Pewne rzeczy się powtarzają, powtarzają się błędy ludzkości mimo rozwoju technologii. Na temat odkryć naukowych trudno go było przegadać. Wiedział wszystko. Dlatego mówić mógł długo i bez przerw. Tych kilka książek, które w tytule mają rzekomo rozmowę, w zasadzie są zapisem wielu monologów. Stanisław Bereś we wspomnieniach mówi, że niektóre pytania dopisywał dopiero później, rozdzielając te długie monologi na krótsze odcinki.  

      Tak czy inaczej umysł miał wybitny.  I rozmowy z nim na pewno łatwe nie były.  To jak zderzenie prostej komórki pamięci z bombą megabitową. No i dlatego "Bombę megabitową" czyta się świetnie. 


13 września minęła setna rocznica urodzin Stanisława Lema

piątek, 27 sierpnia 2021

Vincero! - Jak zapowiedział, tak zrobił

     Piotr Beczała laureatem nagrody Opus Klassik w kategorii Śpiewak Roku za nagranie płyty "Vincero!" 

      Tytuł bardzo adekwatny - zapowiedź zwycięstwa w arii Kalafa "Nessun dorma" z "Turandot".  To jest tak znana aria, że nawet ma stronę w polskiej Wikipedii. Na płycie znajduje się kilkanaście arii, najwięcej właśnie Pucciniego, jak "Nessun dorma" jako ostania, ale też inne, z "Toski", "Manon Lescaut",  "Edgara" czy "Madame Butterfly".  Są też inne, same hity, jak "Recitar... Vesti la giubba" ("Ridi,  pagliaccio"), czyli słynne "Śmiej się, pajacu" Leoncavalla. 



wtorek, 24 sierpnia 2021

Tempo, tempo! Kontrabasy fałszują!

   - Jaka jest różnica między dyrygentem a Bogiem?

   - Bóg wie, że nie jest dyrygentem. 

Ileż to dowcipów wymyślono o dyrygentach. Ile anegdot o nich wciąż powstaje. Niejeden maestro z batutą aż się prosi o parodię. Toteż takowa powstała. Domenico Cimarosa (1749 - 1801) gdzieś w latach siedemdziesiątych XVIII w. skomponował "Il maestro di cappella",  operowe intermezzo, w którym główną rolę odgrywa, a właściwie wyśpiewuje basowym głosem maestro musztrujący orkiestrę. Wykonawca partii dyrygenta musi umieć śpiewać i mieć umiejętności aktorskie. Popędza orkiestrę, wymyśla muzyków za fałszowanie (szczególnie kontrabasista ma przechlapane, dyrygent ze złości zabrał mu nuty), naśladuje dźwięki poszczególnych instrumentów podając tempo, a muzycy  próbują je odtwarzać.  Bufonowaty dyrygent wciąż jest niezadowolony. 

     W polskim tłumaczeniu śpiewał "Il maestro di cappella" zmarły w ubiegłym roku Bernard Ładysz, a kilka dni temu w nowym tłumaczeniu Rafała Bryndala wykonał je z aktorskim zacięciem Tomasz Konieczny (bas-baryton). Wotan komiczny???? Kto by się spodziewał! Konieczny śpiewa partię Wotana w "Złocie Renu" czy "Walkirii" , tymczasem okazuje się, że jako dyplomowany aktor - ukończył wydział aktorski w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej i Filmowej w Łodzi -  wykorzystał tutaj swoje nie tylko śpiewacze umiejętności. Podczas występu w ramach Festiwalu Chopin i Jego Europa próbował jako dyrygent despota dogadać się z {oh} Orkiestrą Historyczną. I nawet mu się udało. Toteż wszyscy razem otrzymali duże brawa. 

      Koncert polskich wykonawców odbył się 17 sierpnia, a poniżej wersja z zupełnie innej parafii, ale również śmieszna.  A swoją drogą Tomasz Konieczny w przyszłym roku będzie śpiewał Wotana w Kopenhadze i Zurychu. Czyli powrót do mrocznego emploi, które bardzo do niego pasuje. 


Do obejrzenia TUTAJ 

(nagranie nie jest z koncertu, który oglądałam, to tylko ilustracja utworu, o którym piszę)

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Festiwal się odbył

      Nie planowałam specjalnie wyjazdu do Ciechocinka akurat 2 sierpnia, dokładnie w setną rocznicę przybycia tam w 1921 roku Jana Kiepury.  Nie planowałam też pobytu akurat w czasie, gdy będzie się odbywał Festiwal Operowo-Operetkowy. A już z pewnością zupełnym zaskoczeniem dla wszystkich stała się nieoczekiwana śmierć 1 sierpnia inicjatora i założyciela tego festiwalu - Kazimierza Kowalskiego, który jak co roku miał go prowadzić oraz dyrygować orkiestrą. Pierwszy więc spacer odbyłam na Aleję Sław, gdzie znajduje się Gwiazda Kazimierza Kowalskiego. Tym razem w  żałobnej scenerii.


I tak było codziennie. Znicze, kwiaty a jednego wieczoru pan z patefonem puszczał płyty Carusa. Głos niósł się alejką. (Pana z patefonem spotkałam jeszcze raz kilka dni później w bibliotece, ale to już inna historia) A my czekaliśmy na decyzję: będzie festiwal czy nie? Przyjadą czy nie? Kto poprowadzi i kto zaśpiewa? 
      Festiwal się odbył. Zaśpiewali ci, którzy mieli zaśpiewać zgodnie z programem. Z jedną małą zamianą z powodu choroby. Wystąpili śpiewacy związani z festiwalem od samego początku, czyli od 1998 roku oraz debiutanci, którzy przybyli do Ciechocinka po raz pierwszy. Ja chyba byłam też debiutantką jako widz i słuchaczka, bo chociaż znam niektóre wykonania Kazimierza Kowalskiego, nigdy nie byłam na tym festiwalu. Całość prowadziła wdowa: Małgorzata Kowalska, która uznała, że będzie to niejako realizacja artystycznego testamentu jej męża. Z pięciu zaplanowanych koncertów byłam na trzech. 



      Dwa pierwsze koncerty w muszli koncertowej, tej w stylu zakopiańskim w Parku Zdrojowym. Wstęp wolny, więc kuracjusze i mieszkańcy tłumnie zapełnili nie tylko miejsca siedzące, lecz i stali dookoła w parkocieniach (pożyczyłam ten akuratny neologizm od Brunona Jasieńskiego) z lewej i prawej strony. Pierwszego dnia i ja uplasowałam się gdzieś w środku widowni pod chmurką, dosyć centralnie, więc nawet na okolicznościowych zdjęciach się znalazłam zamieszczonych tu i tam w agencyjnych relacjach z wydarzenia. Sobotni (7 sierpnia)  koncert w pierwszej części składał się z arii operowych m.in. Mozarta,  Moniuszki, nawet "Nessun dorma" Pucciniego, a w drugiej części lżejsza muza, czyli operetka i inne pieśni, jak choćby "Żegnajcie, przyjaciele", która akurat najbardziej pasowała w tej pożegnalnej sytuacji, gdy nagle odszedł  założyciel festiwalu. 

 

         Przyznaję, że nie znałam, nie byłam słuchaczką audycji prowadzonej przez Kazimierza Kowalskiego w Programie 1 Polskiego Radia. W jednej pieśni był nawet popis stania na rękach, za co śpiewak dostał ogromne  brawa i żądanie bisu. Oba wolne koncerty pierwszego i drugiego wieczoru zakończyły się za to sztandarową arią z "Barona cygańskiego" Johanna Straussa syna, a ta muzyka jest mi już bardziej znana. Drugiego dnia już mnie na zdjęciach nie ma, ponieważ siedziałam poza barierkami pod drzewkiem, za to bliżej sceny, a  poza tym podpadłam fotoreporterowi, któremu kazałam złazić z mojego swetra, którym wyścieliłam sobie korzeń drzewka, na którym siedziałam. Chcąc oklaskiwać wykonawców wstałam na moment, a  ten z tym swoim wielkim aparatem wskoczył buciorem na mój sweter. Kazałam mu w tej chwili złazić z mojego siedziska. Fakt, ciemno było, mógł nie zauważyć brązowego swetra na brązowym korzeniu i przeprosił nawet, narzekając na ciężki zawód reportera.


       Koncert trzeci miał oprawę i atmosferę inną, a to za sprawą miejsca i był to już koncert biletowany z limitem miejsc. Odbył się w zabytkowym, z początku XX wieku Teatrze Letnim (o jego architekturze pisałam TUTAJ). Przepiękna architektura tego miejsca aż się prosi, że zaraz tu przed nami na scenie pojawi się wielki śpiewak lat dwudziestych ubiegłego wieku: Richard Tauber na przykład i zaśpiewa te słynne arie z "Kariny uśmiechu", albo Jan Kiepura z "Brunetkami i blondynkami".  Było jedno i drugie, a jakże, kilka innych także arii w wykonaniu naszych współczesnych śpiewaków. Nie obyło się bez zabawnych wpadek; w nich cały urok występów na żywo.  Najpierw przy bisie jednej śpiewaczki na scenę wparował artysta mając śpiewać po niej. Ale na pieęcie zawrócił i jakby nigdy nic, schował się z powrotem. Potem w ducie dwóch tenorów jeden zapomniał, którą zwrotkę ma śpiewać i ... powstał galimatias.  A w trakcie szlagieru Kiepury zamiast "ja wszystkie was dziewczynki" usłyszeliśmy "ciechocińskie dziewczynki", ale to nie była wpadka. Z kolei po zapowiedzi dwóch tenorów na scenę wyszło trzech. Znowu przy bisie kolejnej śpiewaczki akompaniator zaczął od innego miejsca, a śpiewaczka od innego i zaczęli od nowa. Zrobiło się fantastycznie wesoło i swojsko. Czas upłynął szybko, nie wiadomo, kiedy. Wyjście na zewnątrz po zakończeniu było jak powrót z innego świata. Wszyscy, wszyscy, artyści i widzowie stęskniliśmy się za bezpośrednim kontaktem. To było widać i słychać. A na koniec "Wielka sława to żart" z refrenem odśpiewanym przez widownię.  
    
PS Tak, wiem, że Ciechocinek to sanatorium i uzdrowisko, ale jeśli nawet pojechałam tam w celach leczniczych, nikt przecież nie da rady cały dzień moczyć się w kąpielach i siedzieć w solankowej jaskini; musiałam czymś karmić także ducha.  

środa, 11 sierpnia 2021

Od strony rzeki

       Odkąd w pierwszej połowie XIX wieku wybudowano tężnie i zainstalowano wanny do solankowych kąpieli, Ciechocinek z mieściny liczącej niespełna stu mieszkańców zaczął rozwijać się jako miejsce lecznicze dla coraz to liczniejszych kuracjuszy.  Dopiero jednak połączenie kolejowe z Aleksandrowem Pogranicznym (obecnie Kujawskim) w 1867 r. otworzyło szersze możliwości.  W początkowym okresie zaś najpewniejszą drogą okazała się Wisła. Na linii Warszawa - Ciechocinek kursowały dwa statki parowe, należące do floty hrabiego Andrzeja Zamoyskiego. Podróżować można było I lub II klasą. Co ciekawe, kajuty statków ozdobione były obrazami znanych wówczas malarzy: Juliana Ceglińskiego, Wojciecha Gersona, Franciszka Kostrzewskiego czy Henryka Pillatiego. Malowniczo i sugestywnie opisywał wyładunek Zygmunt Gloger  w "Dolinami rzek": Powynoszono z pośpiechem na piasek nasze walizy i cudze a liczne kosze z szynkami i salcesonami, wiezione z Włocławka do jadłodajni ciechocińskich. Powozów w przystani nie było żadnych,  tylko zaledwie kilka wózków chłopskich, do których goście cisnęli się jak grzeszne dusze do zbawienia". 

       Po odzyskaniu niepodległości, od momentu potwierdzenia praw miejskich Ciechocinka, poczyniono szereg inwestycji (o niektórych wspomniałam TUTAJ)  w celu rozbudowania możliwości leczniczych i udostępnienia  ich kuracjuszom. Nadal jednak w latach 20. połączenie rejsowe było tańsze niż kolejowe. 

       23 czerwca 1927 r. przystań w Ciechocinku była miejscem niecodziennej, choć zaledwie dziesięciominutowej uroczystości. Zatrzymała się tutaj barka "Mickiewicz", na której z Gdańska do Warszawy płynęła trumna z prochami Juliusza Słowackiego. Na brzegu zgromadził się tłum ludzi, mieszkańców z okolicznych miejscowości. Oficjalna delegacja złożyła u trumny wieniec z napisem "Mocarzowi słowa w hołdzie ludność i goście kąpielowi Ciechocinka". Dalsza część uroczystości odbyła kilka dni później, w dzień po pogrzebie Słowackiego i złożeniu trumny z prochami tego, który "królom był równy" w krypcie na Wawelu. 29 czerwca podczas uroczystej akademii, a właściwie obchodach ku czci Wieszcza, Teatr Pomorski z Torunia wystawił "Horsztyńskiego", a w części muzycznej pojawiła się muzyka Chopina i Moniuszki. Wystąpił wówczas pierwszy wiolonczelista i zarazem dyrygent Filharmonii Warszawskiej, zasłużony pedagog, kompozytor, późniejszy juror wielu międzynarodowych konkursów Kazimierz Wiłkomirski (1900 - 1995). 

       Jedna z piękniejszych kompozycji Wiłkomirskiego na wiolonczelę:

środa, 28 lipca 2021

Zelenka i Collegium 1704

    Jeden ze wspaniałych barokowych kompozytorów i fantastyczny zespół. Jan Dismas Zelenka (1679 - 1745) większość życia i aktywności muzycznej spędził na drezdeńskim dworze Augusta II. Pozostawił po sobie ok. 250 utworów w większości o charakterze religijnym. Porównywany do Bacha i Vivaldiego odznacza się jednak swoistym, rozpoznawalnym kodem muzycznym, niezwykłym - jak dla muzyki religijnej - rozmachem, który tak zachwyca w wykonaniach jego dzieł przez Collegium 1704 pod kierownictwem Vaclava Luksa.  Po raz pierwszy usłyszałam muzykę Zelenki właśnie w wykonaniu tego zespołu, który zresztą od lat skutecznie rozsławia tego kompozytora w świecie, i odtąd kompozytor i Collegium 1704 zawsze w moich skojarzeniach są nierozdzielne. Może wynika to z doboru solistów, a może i samego zachowania dyrygenta, którego radosna ekspresja udziela się podczas słuchania i oglądania. Nie ukrywam, bardzo Luksa lubię. Inna rzecz, że w takiej Mszy Omnia Sanctorum (1741) fragmenty instrumentalne są - powiedziałabym - dziwne. Kiedy zaczyna się Gloria, muzyka jest tak skoczna, że kojarzy się bardziej z tańcem niż kościelno-mszalną powagą. Nabiera niejakiej stateczności w sopranowym solo, ale później znowu chór wkracza w przyspieszonym tempie. Zaczyna się harmonia głosów, która dla Zelenki jest bardzo charakterystyczna. Porywające łączenia i fugowe kombinacje! Smyczki pędzą, głosy piętrzą się, wymijają, zawracają, dyrygent tańczy przed pulpitem i końcowe spowalniające "Aaaameeen!".  Gloria jest najbardziej zróżnicowaną i najdłuższą częścią tego dzieła. Potem Credo znowu zaczyna się w tanecznym rytmie. Gdyby nie słowa, można by pomyśleć, że to jakaś świecka pieśń ku rozrywce dworskiego towarzystwa. Kolejne Sanctus rozpoczyna się majestatycznie i dostojnie. A później znowu dynamika, ucieczki i nagle cudowny niebiański duet sopranu i altu "Benedictus qui venit in nomine Domine". Przepiękne! Część ostatnia Agnus Dei z tenorowym solo i polifonicznym chóralnym "Dona nobis pacem" wieńczy dzieło.  Żal, że to już koniec. 

piątek, 16 lipca 2021

Też z dawnej muzyki zaczerpnięte

Uwielbiam słuchać muzyki w filmach, zwłaszcza gdy nawiązuje do tradycji. No i mamy takie coś. 

Wersja filmowa Colina Townsa:


A tu oryginał z XII wieku, kompozycja Hildegardy z Bingen (1098 - 1179).  Towns jako autor muzyki filmowej trzyma się epoki, akcja filmu rozpoczyna się w 1138 roku w trakcie wojny domowej między królem Stefanem a królową Matyldą walczącymi o sukcesję po Henryku I, który zmarł trzy lata wcześniej. 


Oczywiście cała muzyka z serialu została wydana na płycie, Hildegardę z Bingen też bez trudu można znaleźć.  Chodzi tylko o to, żeby się nie pomylić.