piątek, 18 sierpnia 2017

Nie święci garnki lepią

     Mam książeczkę z informacjami kto, skąd, gdzie i z czym: kto przyjechał skąd, gdzie się prezentuje, z czym przybył. Do książeczki dołączona jest mapa - tak, mapa jarmarku. Śmieszne? Wcale nie. 180 kramów rozstawionych na pięciu ulicach, trzech placach i deptaku, miejsca z warsztatami dla dzieci i dorosłych poutykane w kolejnych punktach, koncerty,plenery i wystawy w jeszcze innych - mapa potrzebna jak najbardziej. Wystawcy, artyści, mistrzowie sztuki ludowej, producenci owczego sera, huculskich wycinanek i haftów, garncarze, lutnicy, lirnicy i kowale przybyli z pięciu krajów: Białorusi, Litwy, Słowacji, Ukrainy i Węgier plus oczywiście Polacy z wielu różnych regionów. Stragany podzielono tematycznie. Wśród siedemnastu tematów między innymi: bednarstwo,wyroby z drewna, garncarstwo i ceramika,  haft,  kowalstwo, koronczarstwo,  pszczelarstwo, wycinaka, tkactwo, zabawkarstwo... oraz osiemnasty zbiór różności, jak: wyrób noży, mydlarstwo, biżuteria tradycyjna, pierniki glazurowane,  rękawiczki, filcowanie, płyty z muzyką etniczną. Odgłosy prób i koncertów niosły się ze wzgórza zamkowego nad całym Starym Miastem. Poza mapką natomiast można było spotkać wędrującego dudziarza, ulicznych grajków, linochoda spacerującego po linie rozpiętej nad ulicą Złotą, przewodników, którzy opowiadali o jarmarkowych tradycjach, opowiadaczy wyczarowujących w słowach atmosferę dawnego Lublina. Tak wyglądał tegoroczny Jarmark Jagielloński. Mam książeczkę, mapę, odbitkę aktu lokacyjnego miasta w oryginale i tłumaczeniu, pamiątkowe kartki pocztowe. Tyle w skrócie.
       Nie na wiele zda się opowiadanie o atmosferze, kolorach, dźwiękach, smakach. Nie da się prawdziwie opisać tej wędrówki od kramu do kramu, rozmów z litewską artystką wycinanek, z białoruską panią wytwarzającą oryginalną ceramikę ręcznie malowaną, z węgierską plecionkarką potrafiącą wyczarować słomiane cuda. Zgromadziłam kilka wizytówek i adresów internetowych, gdzie można zamawiać ciekawe rzeczy, jak na przykład ciepluchne czapki z filcowanej wełny, czapki na największe mrozy. Wystarczy tylko podać obwód głowy i wybrać wzór. Wędrowałam deptakiem, przez Plac Łokietka, Bramę Krakowską, ulicą Grodzką, Rynek, ulicą Złotą, Archidiakońską i znowu kółeczko, żeby do Zamku dotrzeć... Każdego roku jarmark ma wybrany temat wiodący, w tym roku były to pisanki, stąd na wielu straganach pisankowe wyroby i warsztaty wyrabiania pisanek, malowania różnymi technikami. Pod Bramą Krakowską witał wszystkich olbrzymi, ze dwa i pół metra średnicy, pająk pisankowy.


Na którymś straganie pisankowe drzewko szczęścia? ;-)


Nie wiadomo, co podziwiać bardziej: mistrzostwo wycinanek







Od tej artystki kupiłam małe dziełko:-)

czy też zatracić wzrok w cudeńkach ze słomy:




od tej artystki też kupiłam słomianą "miotłę" z wyplatanymi różyczkami, może klan jarmarkowych wiedźm przyjmie mnie w swoje szeregi ;-)


 Ostrożnie niosłam wielki talerz zielono malowany:





Ale wolałam sama nie próbować kręcić garncarskim kołem:


Tym bardziej nie próbowałam wykuwać podkowy na szczęście:


Za to z przyjemnością odkrywałam ukryte w różnych miejscach stoiska muzyczne:






       Nie jestem mistrzem fotografii, dlatego zajrzałam do Zaułka Hartwigów, gdzie zorganizowano wystawę zdjęć Augustyna Czyżowicza, wiejskiego,nawet jak piszą, chłopskiego fotografa amatora, który na czarno-białej fotografii dokumentował życie mieszkańców dolnośląskiej wsi Brzózka i sąsiadujących miejscowości w latach 1956 - 1960. Augustyn Czyżowicz urodził się na Kresach Wschodnich, pochodził z dawnego województwa lwowskiego, po wojnie repatriowany przymusowo wraz z rodzicami i rodzeństwem, zamieszkał na Śląsku w Brzózce, gdzie prowadzi nawet własne muzeum ulokowane w stodole, w którym prezentuje fotografie i przedmioty życia codziennego z Galicji.

Zaułek Hartwigów widziany z góry - jest to schodkowe przejście między Starym Miastem, z ulicy Rybnej,  a dolną częścią ulicy Kowalskiej. Oszklone tableau z fotografiami stoją po prawej stronie na kolejnych "piętrach"schodków. 



Fotografia Czyżowicza z dziećmi na podwórku


Fotografia Czyżowicza - powrót z odpustu

I na koniec zagadka - co to takiego jest? I dlaczego ma dno okrągłe. Sprawdzałam -postawić się tego nie da ;-)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Wysyp festiwalowy

       Kiedyś lato, wakacje to był sezon ogórkowy, teraz mamy czas festiwali. Każdy region odkrywa przed publicznością, przed turystami swoje kulturowe oblicze, tworzy nowe tradycje, łącząc teraźniejszość z przeszłością. Wystarczy pretekst, znaczące słowo, nazwa, czasem lokalny produkt urastający do rangi znacznika, niemal miejscowego godła i herbu. Tak powstały janowskie Gryczaki - Festiwal Kaszy, na którym nie spróbować lokalnego pieroga gryczanego to grzech. Z pierogiem (pirogiem) jest cała masa kłopotów i ... kuchennej rywalizacji. Jest bowiem pieróg biłgorajski wpisany na listę produktów regionalnych w roku 2005, jest gryczak janowski wpisany w roku 2006,  następnie gryczak godziszowski wpisany w 2008 roku - to z kaszy gryczanej, a ponadto rudnicki pieróg jaglany z kaszy jaglanej wpisany w roku 2009. Tak czy inaczej nie zasmakować w tych regionalnych potrawach, nie znać ich, to ujma, ale najlepiej nie ryzykować porównań i robienia rankingu, ponieważ cechą pieroga jest jego indywidualny smakowy bukiet wypracowany przez pokolenia w danej rodzinie. Każda gospodyni ma swój własny pilnie strzeżony przepis. Okazji do spróbowania zaś jest coraz więcej. Na Janowskim Festiwalu Kaszy pod nazwą Gryczaki na fantazyjnie i ludowo przystrojonych kramach można próbować, smakować i delektować się do woli. Panie z okolicznych miejscowości, z gryczanego zagłębia, często w strojach ludowych, dziewczęta w wiankach na głowach częstują i zapraszają do degustacji. Nie pytajcie mnie, który pieróg smakuje najlepiej. Sama mam swój przepis, ale i inne są wyśmienite. Kilka lat temu na festiwalu gościł znany telewizyjny kucharz, Robert Makłowicz i on też poleca janowski pieróg gryczany, który wypiekany jest na słono, bo jaglany jest słodki jak sernik i jak on może być też z rodzynkami. Z kolei w Biłgoraju odbywa się co roku Jarmark Kresowy, ale to na wiosnę, więc jeszcze przed wysypem letnich rozrywek. Obie imprezy: janowska i biłgorajska stoją pod znakiem promocji regionu i tutejszego folkloru. Dowodem na to nie tylko stoiska z regionalnymi potrawami i wypiekami. Na Gryczakach stoiska uginają się od miodów i alchemii domowych trunków. Widziałam też wyspecjalizowanego producenta dżemu różanego: w słoiczkach różnych wielkości miał tylko ten jeden wytwór, którego produkcji poświęca swój wakacyjny czas. Ja zaś skusiłam się na wędzony biały ser z ziołami wyrabiany przez panie z Rudy. (O nalewkach próbowanych na kilku  straganach może zamilczę ;-) Nie da się wymienić wszystkich smaków i zapachów, niemniej regionalne jarmarki i festiwale produktów regionalnych stanowią okazję do wzbogacenia smakowych doznań. Stąd też na Festiwalu Kultur w Biłgoraju gospodarze częstowali gości i publiczność biłgorajskim pierogiem, a białoruscy goście z Mołodeczna przywieźli swój regionalny chleb oraz wędliny. 
      Festiwal Kultur odbył się już po raz czwarty. Jest to więc  impreza młoda (Gryczaki janowskie miały już w tym roku XV edycję). Jej znakiem rozpoznawczym jest spotkanie z kulturą regionu i konfrontacja z tradycją zaproszonych gości. Co roku przyjeżdżają inne zespoły i wykonawcy. Tym razem byli to aktorzy z Teatru Żydowskiego w Warszawie, Zespół Pieśni i Tańca "Ziemia Żywiecka" oraz dwa zespoły z Białorusi, z Mołodeczna: Zespół Taneczny "Białe Skrzydła" i Studio Wokalne "Nuty Życia".  Biłgoraj reprezentowały formacje taneczne i teatralne działające w Biłgorajskim Centrum Kultury: Grupa Folklorystyczna "Pokolenia" i Teatr Poezji i Piosenki. Finałowy koncert trwał nadspodziewanie długo, dwie i pół godziny. Każdy chciał pokazać to, co ma najlepszego. Była więc wspaniała białoruska pieśń o chlebie i soli (chlebem częstowano też publiczność), były taneczno-folklorystyczne pokazy prania bielizny w strumieniu, pożegnania i powitania sitarzy, żydowski taniec weselny, góralskie popisy skakania przez ciupagi i kapelusze oraz żydowskie szmoncesy. Szczególnie jeden warto zapamiętać, może się w życiu przydać: o rodzajach długów. Żyd mówi do dłużnika:
- Panie Rappaport, pan rozumie, można nie oddać 10 złotych, no, jak ktoś jest wielka szuja może nie  oddać 20 złotych, ale każdy dług powyżej 100 złotych jest honorowy i oddać trzeba.
- Ja mam inny pogląd na tę kwestię, panie Gutman - odpowiada dłużnik - można oddać 10 złotych, jak ktoś jest niespełna rozumu, może oddać 20 złotych, ale każdy dług powyżej 100 złotych jest fikcyjny!
      Została też wyjaśniona kwestia ogólnoświatowego kryzysu finansowego. Rzecz okazała się zawiła, chociaż w sumie prosta: Ameryka pożyczyła pieniądze Anglii, Anglia Francji, Francja Włochom, Włochy Szwajcarii, a ze Szwajcarii pieniądze poszły znowu do Ameryki! 
- To gdzie te pieniądze?!
- No z tego wynika, że my je mamy! 
      Nie umiem powtórzyć pozostałych rozmówek Gutmanowo-Rappaportowych, ponieważ łezka w oku zakręciła się podczas pieśni znanej z wykonania Bernarda Ładysza. Tym razem zespół z Białorusi zaśpiewał po białorusku, ale nietrudno było zrozumieć. Goście z Białorusi pochodzą z polskich rodzin, mają polskie korzenie i jak przyznali, poprzez taniec i śpiew chcą kultywować tradycję, kulturę polską na Białorusi. Mołodeczno jest miastem założonym w dawnym powiecie oszmiańskim (znanym z bajki "Przyjaciele" Mickiewicza), przed II wojna światową znajdowało się w granicach Polski. Goście przywieźli ze sobą nie tylko tańce i pieśni, ale i regionalne wyroby ludowe, hafty, serwety, drobiazgi, które można było nabyć na pamiątkę. 
     Chciałoby się chłonąć to wszystko, słuchać, podziwiać i wzruszać się. Kłopot w tym, że atrakcje te nakładają się terminami, trzeba wybierać, selekcjonować, z czegoś zrezygnować. Jesteśmy w jednym miejscu, nie mogąc być w innym. A gdziekolwiek się uda jednak dotrzeć, okazuje się, że warto było zapełnić kalendarz:
6 -12 sierpnia: Festiwal Stolica Języka Polskiego, Szczebrzeszyn
12 - 13 sierpnia: Gryczaki, Festiwal Kaszy, Janów Lubelski
12 - 13 sierpnia: Festiwal Kultur, Biłgoraj
12 - 15 sierpnia: Jarmark Jagielloński, Lublin
Jutro jadę do Lublina. Nie, dzisiaj jadę, kończę pisać tę notkę w poniedziałek o drugiej po północy. Heca będzie, jak zasnę gdzieś po drodze ;-)

piątek, 11 sierpnia 2017

Centrum polszczyzny

       Myślałby kto, że w Soplicowie? Wcale nie, bo w Szczebrzeszynie, gdzie już po raz trzeci odbywa się Festiwal Stolica Języka Polskiego. Tylko tutaj można raz w roku w ciągu tygodnia spotkać poetów i pisarzy z całej Polski, a towarzyszą im aktorzy czytający wielką literaturę klasyków i bajki dla dzieci, muzycy, piosenkarze i śpiewacy kończący każdy dzień innym koncertem. Niektórzy z nich, jak Urszula Kozioł pochodząca z tych stron (z Biłgorajszczyzny - ok. 35 km od Szczebrzeszyna), Wiesław Myśliwski, Mariusz Szczygieł, Michał Rusinek czy pieśniarz Adam Strug są tutaj po raz kolejny. Każdego dnia odbywają się spotkania autorskie z kilkoma twórcami jedno po drugim. Chcąc być na wszystkich, trzeba mieć dobrą kondycję. Pomagają w tym nieco rozstawione wokół namiotu festiwalowego leżaki, na których w chwilach newralgicznych można wygodnie ułożyć kręgosłup. Oczywiście tylko wtedy, gdy akurat nie siedzimy przed sceną pilnie wsłuchując się w wystąpienie ulubionego pisarza/poety/poetki/pisarki/aktora/aktorki lub nie stoimy akurat w kilometrowej kolejce po autograf ;-)
       W każdym razie jest wybór, są miękkie i twarde krzesełka, są leżaki, jest festiwalowa księgarnia, gdzie można kupić książkę każdego autora prezentującego się na festiwalu oraz kilku innych. Dla smakoszy jest stoisko z kawami świata zamojskiej Palarni Galicya Cafe (kupiłam kawę z Dominikany), w pobliżu jest co zjeść, są stoliki, jest parking niespecjalnie zapchany, i - uwaga! - jest nagłośnienie, więc kiedy z olbrzymią tysiącstronicową cegłą stałam w kolejce po autograf do Jacka Dukaja, spokojnie mogłam równocześnie słuchać wspaniałej poetyckiej opowieści Urszuli Kozioł. Z boku natomiast, gdzieś z pozanamiotowych błoni dobiegał emocjonalny głos Andrzeja Seweryna przygotowującego się do występu.
        Aktualnie więc czytam zakupione podczas festiwalu "Pypcie na języku" Michała Rusinka, to znaczy już przeczytałam, bo jest to rzecz dowcipu niezwykłej lekkości, czytam "Lód" Dukaja, co miałam zamiar zrobić od dawna, tylko nie było odpowiednich upałów, żeby z rozkoszą zanurzyć się w Kraj Lodu stworzony przez pisarza, któremu towarzyszę czytelniczo od momentu debiutu, powracam wyrywkowo do "Klangoru" Urszuli Kozioł, poetki obecnie bez wątpienia znajdującej się na podium polskiej poezji. A festiwal trwa jeszcze, kończy się jutro. W internecie można znaleźć program. Każdy chętny jeszcze zdąży dojechać :-)

niedziela, 23 lipca 2017

Rozwiązuję zagadki

Zagadka 1. Chaczaturian???

      Jakim cudem gra? I to na skrzypcach? Przecież był kompozytorem. No i właśnie: był. Zmarł w 1978 roku! No tak,bo to nie o Arama Chaczaturiana, twórcę niezapomnianego Tańca z szablami chodzi, tylko Siergieja Chaczaturiana (oficjalna pisownia Sergey Khachatryan - no, wybaczcie, nie da się zapamiętać!). Ormiańskie pochodzenie i nazwisko - czy tylko przypadkowa zbieżność? Nie wiem, nigdzie nie znalazłam potwierdzenia, że młody skrzypek, najmłodszy zwycięzca w Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Sibeliusa w r. 2000 (w wieku 16 lat)  i zdobywca pierwszej nagrody w Konkursie Królowej Elżbiety w r. 2005 ma cokolwiek wspólnego z kompozytorem "Gajane" i "Spartakusa". Pochodzi z rodziny muzycznej, często występuje wspólnie z siostrą grającą na fortepianie. Siergiej  ma już w dorobku 5 płyt. Ormiańskie pochodzenie i nazwisko na pewno dają się zapamiętać. Z Koncertem skrzypcowym Sibeliusa, którego grał Chaczaturian w konkursie i następnie nagrał na płycie jest tak, że zaczyna się pięknie, a potem wchodzi orkiestra i wszystko psuje ;-) No ale dzieło znakomite, mimo wszystko. Z kolei z Koncertem Brahmsa, którego wykonawcą jest młody skrzypek również świetnym, to dzieło wirtuozowskie w każdym momencie. Wymaga piekielnej techniki. Wysłuchałam obu koncertów i nie wiem, który był bardziej zachwycający. Za to nazwisko zapamiętam na pewno ;-)


Początek koncertu skrzypcowego Sibeliusa -cudowne!



Zagadka 2. Kto gra i na jakim instrumencie?

      A to było bardzo łatwe:-) Po pierwsze, jaki instrument strunowy, ale nie smyczkowy, daje efekt dzwoneczków, gamy szerokie jak na fortepianie, a wydobywa dźwięk szumiącej wody? Tylko jeden jest taki - harfa. W takim razie odgadnięcie nazwiska wykonawcy, gdy wyraźnie zostało powiedziane, że chodzi o mężczyznę, nie przysparza absolutnie żadnego problemu - Xavier de Maistre oczywiście! Tylko on potrafi przetransponować na harfę kompozycję napisaną na każdy inny instrument. No więc najsłynniejszy obecnie harfista gra Glucka:

czwartek, 13 lipca 2017

Pieśni na lato

        Jak zawsze to, co najpiękniejsze, ociera się o śmierć. "Les nuits d`été" (Letnie noce) Berlioza to cykl pieśni skomponowanych do wierszy Teofila Gautiera w 1841 roku. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, że Berlioz w ogóle komponował pieśni, dotąd się na nie nie natknęłam. A tu się okazuje, że tak, a "Letnie noce" są w jego twórczości najpopularniejsze. Jest sporo nagrań, także filmów na YouTube. Ale tego, które słyszałam w radiu nie ma  - jeszcze? Bo słuchałam ich w wykonaniu Jarousskiego. To dopiero niespodzianka. Śpiewał je w maju tego roku w Hamburgu.
Cykl ten składa się z sześciu pieśni, które układają się smutną poniekąd historię o miłości. Hector Berlioz skomponował je do wierszy Gautiera opublikowanych w tomie "Komedia śmierci" (La comédie de la mort, 1838). Ułożone są w kolejności:
1. Villanelle (tytuł jest nazwą gatunku wiersza, coś w rodzaju rustykalnej ballady, sielanki)
2. Le spectre de la rose (Widmo róży)
3. Sur les lagunes: Lamento (Na lagunach: lament)
4. Absence (Nieobecność)
5. Au cimetière: Clair de lune (Cmentarz: światło księżyca)
6. L`île icnonnue (Nieznana wyspa)
       Zaczyna się od marzenia o wiośnie, wiosennym spacerze zakochanych, zbieraniu truskawek. Nastrój dosyć sielankowy, spokojny, rysuje się wizja szczęśliwego życia we dwoje. Pieśń druga opowiada o śmierci róży, lecz jej los jest godny zazdrości, ponieważ skonała na piersiach dziewczyny, która miała ją przypięta na balu. No więc "moje przeznaczenie jest godne pozazdroszczenia mieć los tak piękny, na piersi  mam swój grobowiec". Trzeba przyznać, że muzycznie pieśń jest równie uduchowiona :-) "Lament na lagunach" w oryginale poetyckim nosi podtytuł "Pieśń rybaka". Jest to pieśń żałobna, rozpacz po stracie ukochanej. Muzyka ma oddawać melancholijny ruch fal, na których kołysze się łódź. Własnie ta pieśń podobała mi się najbardziej w wykonaniu Jarousskiego, którego nie znalazłam na YouTube, a inne jakoś... no nie bardzo. Uważa się jednak, że to pieśń piąta  jest artystycznie najlepsza, a zarazem najtrudniejsza wykonawczo: "Czy znasz biały grobowiec, gdzie w cieniu cisa płynie żałosny płacz?" Berlioz musiał się postarać, żeby dać muzyczny ekwiwalent dla poezji: "Na skrzydłach muzyki powoli powracają wspomnienia". W pieśni ostatniej jest mowa o poszukiwaniu wyspy, gdzie miłość jest wieczna. Tylko czy przypadkiem nie jest to ta sama wyspa, do której płynie łódź na obrazie  Arnolda Böcklina?


Wybrane pieśni.
Joyce DiDonato śpiewa o duchu róży:




"Au cimetiere" - wersja tenorowa



niedziela, 2 lipca 2017

Książka pozornie o sporcie

      

       Jestem ostatnią osobą mającą jakiekolwiek predyspozycje do pisania recenzji książki o sporcie. Sport nie jest "moją"formą aktywności fizycznej a w hierarchii zainteresowań,choćby tylko kibicowskich, sytuuje się gdzieś na dole drabiny.  Sama idea rywalizacji bezpośredniej oraz bicie rekordów stoi w sprzeczności z moim charakterem. Są też dyscypliny, których zdecydowanie nie lubię. Toteż czytanie książki o sporcie i pisanie o niej było  ostatnią rzeczą, jaką mogłam sobie wyobrazić. Jadwiga Ślawska-Szalewicz sądzi inaczej i "Moje podróże z lotką" wraz z piękną dedykacją otrzymałam podczas spotkania promocyjnego w Centrum Olimpijskim, w którym zresztą dzięki temu odwiedziłam po raz pierwszy w życiu.
      Cóż ja wiem o badmintonie? W dzieciństwie miałam dwie plastikowe rakietki i pudełko lotek, którymi graliśmy parami na trawie za stodołą. Ot, całe moje "sportowe"doświadczenie. Chyba nawet nigdy nie widziałam profesjonalnego meczu. A teraz oto mam przed sobą książkę o historii badmintona w powojennej Polsce, monografię Polskiego Związku Badmintona, dzieło szeroko opisujące zmaganie się brakami sprzętowymi, o żmudnym i pracowitym dobijaniu się polskich sportowców do rozgrywek europejskich i światowych, o powstawaniu ośrodków szkoleniowych i szkół mistrzostwa sportowego, o pierwszych wyjazdach na szkolenia do Chin i Indonezji... Nie, nie jest to cała prawda o książce Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz. Przyjęło się uważać i ona sama sądzi, że napisała książkę o sporcie, ale to nie jest prawda.
        Dygresja: Jadwigo, wiem, że badminton to szmat twojego życia, Twoje serce i umysł, Twoje wieloletnie zaangażowanie.Mimo to nie zgadzam się z twierdzeniem, że "Moje podróże z lotką" są o badmintonie. One są przede wszystkim o Tobie. Koniec dygresji.
        Do głównego tytułu można dodać różne wersje podtytułów. Na przykład: "Historia kobiety niezłomnej", albo "Sport i kobieta".  A może "Rzecz o kobiecie, która żadnej pracy się nie boi"? Najlepiej zaś byłoby zmienić cały tytuł na: "Jadwiga Ślawska-Szalewicz, czyli sport jest kobietą".  Autorka rozpoczyna opowieść od historii swojej rodziny, rodziców wywiezionych na roboty do Niemiec, gdzie się poznali, pobrali i gdzie przyszła na świat Jadzia. Rodzinne opowieści, czasami zabawne, czasami dramatyczne, opowieści o powojennej codzienności, opisy charakterów dziadków,rodziców, dzieciństwo spędzone w gruzach odbudowywanej Warszawy - wszystko to odgrywa istotną rolę w kreśleniu portretu kobiety, która jako pierwsza została prezesem związku sportowego w Polsce (Polskiego Związku Badmintona) i jako pierwsza kobieta pełniła funkcję wiceprezydenta Europejskiej Unii Badmintona. A wszystko zaczęło się już wtedy, w dzieciństwie,bo stamtąd mała Jadzia wyniosła waleczność, determinację, obowiązkowość, otwartość na ludzi i świat,chęć zmian i dążenie do spełnienia marzeń.
       Kolejne etapy kariery sportowej Jadwigi, zmaganie się z chorobą i dramatyczną kontuzją tuż przed egzaminami na AWF, swoiste zaciskanie zębów z myślą "ja wam jeszcze pokażę, na co mnie stać" zaowocowało ukształtowaniem charakteru kobiety, w  której słowniku nie istnieje słowo "niemożliwe". Zaczynając w 1977 r. przygodę z badmintonem odnoszenia całego biura w torebce, pod koniec kariery otrzymała najwyższe odznaczenia światowego badmintona i sportu:  Distinguished Service Award (2001) i BEC PRESIDENTS AWARD (2007). 
        Przed badmintonem było judo, było sekretarzowanie w związku szermierczym, a wszystko opisane żywym i soczystym stylem. W pamięć zapadają anegdotyczne portrety ludzi, sportowców, trenerów, działaczy sportowych.Niektórym z nich autorka poświęciła osobne kilkustronicowe wspomnienia. Plejada osób przewijających się w opowieści Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz to kolejny atut jej książki. Autorka z ogromną serdecznością wspomina ludzi, oddając hołd trenerom, współpracownikom, wolontariuszom, dzięki którym polski sport mógł się rozwijać, a jej ukochany badminton doprowadzili do pierwszych międzynarodowych sukcesów. Strona po stronie poznajemy sposoby przezwyciężania ograniczeń wynikających z niedostatków materialnych, a czasem dodatkowo obostrzeń politycznych. Z kart książki wyłania się dokument epoki: zdobywanie sprzętu, zabieganie o sponsorów, organizowanie wyżywienia dla sportowców, co w czasach permanentnego braku wszystkiego w sklepach było nie lada wyczynem, a dla współczesnego młodego czytelnika może być wręcz niewyobrażalną kosmiczną fantastyką. Jest więc ta książka kompendium wiedzy o działaniu a czasach stałego deficytu środków, podstawowych materiałów, profesjonalnego sprzętu. Snując opowieść o sporcie, Jadwiga Ślawska-Szalewicz podkreśla jedno: w epoce braku wszystkiego w ludziach ujawniał się nadmiar energii, entuzjazmu, współpracy i zaangażowania. Myślę więc, że Jadwiga nie napisała książki o sporcie, ale napisała podręcznik, jak być dobrym działaczem sportowym, jak być dobrym człowiekiem w ogóle. Bo sama takim jest.

niedziela, 18 czerwca 2017

Kronika bynajmniej nie całkiem bieżąca

Nie wiedziałam!
       Wiesław Ochman  obchodzi w tym roku 80. urodziny. Z tej okazji radiowa Dwójka przygotowała cykl spotkań z tenorem, prezentując jego dokonania operowe i ulubione piosenki. Wczoraj była emisja ostatniego odcinka tego cyklu, na który szczęśliwie zdążyłam  i się dowiedziałam, że pan Ochman ma w dorobku nagraniowym duet z Eleni. To dla mnie niespodzianka. Nie wiedziałam! Piosenkę oczywiście zaprezentowano i zamieszczam, może ktoś był tak samo nieświadomy jak ja ;-)
Słowa jak słowa, tęskliwe, ale głos Wiesława Ochmana w duecie z Eleni brzmi całkiem ciekawie.



Druga piosenka w wykonaniu Ochmana, która mnie zaskoczyła, to  "Z potrzeby duszy i serca" ze słowami i muzyką Krzysztofa Logana Tomaszewskiego. Niestety,na YouTube są inne wykonania, Ochmana nie znalazłam, czego żałuję. Może ktoś będzie miał więcej szczęścia lub/i cierpliwości ;-)

Ale tu musi być coś operowego w dniu urodzin tenora, więc proszę - to jest piękne. I słychać jak cudownym głosem śpiewał:


       Kolejna niespodzianka - same niespodzianki - to "nowa"opera Vivaldiego-"Koronacja Daria" po raz pierwszy wystawiona w Wenecji dokładnie 300 lat temu, no, 301 ;-) Czyli okrągła rocznica. A "nowa"dlatego, że dotąd jej nie słyszałam,więc nowa oczywiście dla mnie. I sobie wczoraj w retransmisji słuchałam plejady wspaniałych głosów w tej właśnie operze zaprezentowanej dwa miesiące temu w Turynie. śpiewali, a właściwie śpiewały, bo głosy kobiece były rewelacyjne: Sara Mingardo, Delphine Galou, Roberta Mameli, Veronica Cangemi, którym partnerowali Carlo Allemano i Riccardo Novarro.
Nie ma co się bawić w szczegóły - oto całość w obsadzie, o której piszę. Prosto z Turynu. Dyryguje Ottavio Dantone.