Nicolas Gombert (1495 - 1560) i Marc`Antonio Ingegneri (1535 - 1592) to kompozytorzy renesansowi, których łączy doskonała polifonia muzyczna, choć pochodzą z różnych krajów. Gombert urodził się we Flandrii, a Ingegneri w Weronie. W obu przypadkach zresztą data urodzin jest niepewna. Niemniej obaj pozostawili po sobie liczne kompozycje naznaczone renesansową polifonią. Kompozycje Gomberta bywają niezwykle złożone a polifonia spiętrzona, stanowiąc trudne wyzwanie dla wykonawców. Z kolei msze Ingegneriego są prostsze konstrukcyjnie, ale jakby bardziej uduchowione. Twórczość obu stanowi istotny etap rozwoju prowadzący do polifonii muzyki sakralnej kolejnych epok. Obaj odcisnęli wyraźne piętno na rozwoju muzyki i gdyby nie podpisy, nie odróżniłabym która kompozycja jest czyja. Jedynym wyraźniejszym punktem różnicującym jest częstsza obecność niskich głosów męskich w kompozycji Gomberta.
Na Dzień Wszystkich Świętych posłuchałam sobie fragmentu Mszy Beati omnes Gomberta oraz pięciogłosowego Sancti Dei omnes Ingegneriego ze zbioru Sacrarum cantionum (1576 r.)
Spełniam obietnicę z komentarza pod poprzednim postem.
Każde z nich ma swoją własną wspaniałą karierę solową. Legendy muzyki klasycznej. Wystarczy popatrzeć na nazwiska: Argerich, Maisky, Bell, Kraggerud, Bashmet. Ale pewnego razu postanowili zagrać razem. Bez przygotowania, bez żmudnych ćwiczeń, bez docierania się... siedli i zagrali Szostakowicza. Nie wiem czy podziwiać doskonałe zgranie Kraggeruda i Bashmeta, czy śmiać się z zabawnych min Maiskiego i Argerich. W każdym razie to nie jest tylko muzyka. To prawdziwe show wybitnych wirtuozów i ich instrumentów. I niech nikt nie mówi, że muzyka klasyczna jest nudna. Można tylko zapytać, czy oni tak na serio, czy żarty sobie robią? Nikt nie gra tego w takim tempie!
Martha Argerich - fortepian
Joshua Bell - skrzypce
Henning Kraggerud - skrzypce
Jurij Bashmet - altówka
Mischa Maisky - wiolonczela
PS Oni oczywiście zagrali cały Kwintet fortepianowy Szostakowicza, ale tutaj zamieszczam sam finał, Allegretto.
We wczorajszym koncercie laureatów 17. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego wreszcie można było posłuchać muzyki granej bez stresu i presji. Czasami widać po laureatach zmęczenie, ale najczęściej jest to gra bardziej swobodna, lżejsza i naprawdę koncertowa, a nie konkursowa. Tak też było wczoraj, choć porównanie nie byłoby proporcjonalne, ponieważ laureatki II i III nagrody zagrały tylko po fragmencie, a zwycięzca,Bohdan Luts cały finałowy Koncert skrzypcowy nr 2 d-moll Wieniawskiego.
Aby w czasie koncertu laureatów nie powtarzały się utwory, SooBeen Lee (III nagroda) wykonała III część Koncertu skrzypcowego d-moll Sibeliusa z etapu IV, gdyż w występie finałowym grała ten sam koncert Wieniawskiego co Luts. Natomiast Jinhzu Li (II nagroda) grająca w finale Koncert skrzypcowy nr 1 fis-moll Wieniawskiego z powodzeniem mogła też zagrać jego fragment w koncercie laureatów. Ale jest w tym pewien paradoks, bo oczywiście to już tradycja, że w tego typu konkursach zdobywca I miejsca wykonuje swój program finałowy, ale to właśnie Jinhzu Li zdobyła aż dwie nagrody za najlepsze wykonanie właśnie koncertu Wieniawskiego. Pamiętam, że w ostatnim konkursie chopinowskim również zwycięzca, Eric Lu, nie otrzymał nagrody za najlepsze wykonanie koncertu Chopina. A chciałoby się ponownie usłyszeć właśnie w wykonaniu uczestnika, który za niego został nagrodzony.
Tym razem jednak możliwość wykonania utworu bez konkursowego stresu sprawiła, że Bohdan Luts zagrał o wiele lepiej niż w etapie finałowym. Z większym rozmachem, werwą, kontrastami między częściami śpiewnymi i dynamicznymi. Więcej w tym wykonaniu było rzeczywiście takiego piętna osobowości skrzypka, choć trzeba pamiętać, że jest jeszcze bardzo młody. Z czasem będzie się pogłębiać jego dojrzałość interpretacyjna. Nie mogę porównywać wszystkich wykonań w poprzednich etapach, bo nie słuchałam regularnie. Myślę jednak, że cała trójka laureatów, jak i wielu innych uczestników, którzy do finału nie weszli, będzie się pojawiać na koncertowych trasach i warto śledzić ich kariery.
Teraz laureaci wyruszają w trasy koncertowe po Polsce i w świat. Jutro wystąpią w Warszawie, później w innych miastach w Polsce. Także pojedynczo będą grali tu i ówdzie. Na razie mam bilet na występ Jinhzu Li w Lublinie (a na marginesie dodam, że jest to Filharmonia im. Henryka Wieniawskiego), a wielu słuchaczy uważa, że to ona powinna zdobyć I nagrodę. Do tej dyskusji tym razem nie nie przyłączę, bo jak wspomniałam, nie słuchałam wszystkich etapów, a tutaj wyniki się sumują. Dla mnie cała trójka jest wspaniała. Trzeba pozwolić, aby rozwinęli skrzydła i pokazali, co potrafią podczas występów w różnych miejscach i różnym repertuarze.
Z ciekawostek warto wspomnieć o Stradivariusie. Zwycięzca, czyli Bohdan Luts od Nippon Violin otrzymał użyczone na dwa lata skrzypce Stradivariego "Marquis de Riviere" z 1711 roku.
Troje wirtuozów zostało zakwalifikowanych do jutrzejszego (22 października) finału 17. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego. Mimo przewagi Koreańczyków, którzy zapełnili 50% składu półfinałowego, tylko jedna skrzypaczka stamtąd - SooBeen Lee - dostała się do finału. Pozostałe dwie osoby to Jinzhu Li z Chin i Bohdan Luts z Ukrainy. Tak więc jury podjęło dość salomonową decyzję, aby zachować proporcje w finale nie faworyzując żadnej narodowości. Ograniczenie liczby finalistów do trzech nie daje możliwości zbyt wielkiego manewru. No cóż, jestem pełna wątpliwości...
Finałowe przesłuchania jutro:
18:00 - SooBeen Lee (26 lat, Korea Południowa) - Koncert skrzypcowy nr 1 fis-moll Henryka Wieniawskiego
18:55 - Jinzhu Li (19 lat, Chiny) - Koncert skrzypcowy nr 1 fis-moll Henryka Wieniawskiego
19:45 - Bohdan Luts (22 lata, Ukraina) - Koncert skrzypcowy nr 2 d-moll Henryka Wieniawskiego
No i będzie czas na patrona konkursu - tylko muzyka Wieniawskiego.
No niestety, nie tylko w konkursach fortepianowych, w Konkursie Chopinowskim, ale i skrzypcowym im. Wieniawskiego Największe szanse na zwycięstwo mają Azjaci. W trwającym właśnie 17. Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu od jutra zaczyna się IV etap, w którym wystąpi sześcioro uczestników, w tym trzy panie z Korei Południowej, dwoje z Chin i jeden Europejczyk - z Ukrainy.
Na 48 uczestników w pierwszym etapie połowa pochodzi z krajów Azji: Korei Południowej, Chin, Japonii i Tajwanu. Nie wiem jak liczyć uczestników mających mieszane pochodzenie, np. niemiecko-hiszpańsko-chińskie, ale to i tak nie zmienia faktu, że Azjaci dominują. Polaków wzięło udział ośmioro, ale tylko jedna uczestniczka - Zofia Anna Olesik dotarła do etapu trzeciego, w którym wykonała utwór Mieczysława Wajnberga.
Jak wspomniałam, do etapu czwartego zakwalifikowano sześcioro uczestników już bez obecności Polaków. Oficjalna strona konkursu zamieszcza nagrania z poszczególnych etapów z opóźnieniem, ale od czego są ... Koreańczycy. Zamieszczają wszystko po kolei na bieżąco, więc i wstęp polskiej uczestniczki jest do wysłuchania i obejrzenia.
Gdzie powstała Fundacja Sztukmistrzów? I dlaczego tam?
Odpowiedź oczywista: w Lublinie. Czytaliśmy wszyscy "Sztukmistrza z Lublina", prawda? No więc sprawa oczywista. Jest więc Fundacja Sztukmistrzów, jest Akademia Sztukmistrzów, co roku odbywa się Carnaval Sztukmistrzów i od 2014 roku Wschodnioeuropejski Festiwal Cyrku Współczesnego Cyrkulacje. W ramach tego ostatniego zaś Konkurs Etiud Nowocyrkowych, w którym międzynarodowe jury przyznaje nagrody międzynarodowym uczestnikom. Przyznawane są tradycyjne I, II, III miejsce, ale też angaże na występy na europejskich scenach cyrkowo-teatralnych.
Kiedyś cyrk był atrakcją uliczną. Dzisiaj wszedł na salony jako pełnoprawna wyrafinowana dziedzina sztuki łącząca niezwykłe umiejętności fizyczne, sprawność, ale też wyszukaną choreografię, taniec, muzykę, często poetyckość, humor, absurdalny dowcip. O wysokim artystycznym kunszcie współczesnego cyrku świadczy chociażby to, że finał Cyrkulacji, czyli Konkurs Etiud Nowocyrkowych odbywa się na scenie operowej Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. I ja tam przedwczoraj byłam, podziwiałam i oklaskiwałam, i w kompleksy swojej fizycznej ułomności wpadłam.
Co prawda lista finalistów wymienionych w książeczce programowej nie do końca zgodna była z listą osób występujących w konkursie, ale to nie przeszkadzało w podziwianiu umiejętności wszystkich bez wyjątku, bo i tak nikogo z nich wcześniej nie znałam. Jedna uwaga do zamieszczonych na początku filmików. Brakuje w nich zasadniczej formy cyrkowej, która szczególnie zdobyła w tym roku aplauz i nagrody, w tym I miejsce, jaką jest wiszenie na włosach. Oczywiście nie samo wiszenie, tylko akrobacje wykonywane podczas tego wiszenia. W każdym razie pomyślałam sobie, że to sztuka tylko dla dziewcząt i to bardzo lekkich: wisieć na specjalnym chwytaku zaczepionym o włosy mocno spięte w kok na czubku głowy, to jednak wymaga odwagi.
Poza tym były różne odmiany żonglerki: piłeczki, koła, poi - dwie kule zawieszone po przeciwnych końcach linki, była akrobatyka na drążkach, na wertykalnej linie, na maszcie... Jazda akrobatyczna na rowerze i stanie na rękach oraz prawdziwy magik. Ten ostatni odrobinę mnie zawiódł, bo nie wyciągnął królika z kapelusza. Oprócz nagród jurorskich były też Nagroda Publiczności i Nagroda Młodzieży - obie zdobył Pasha Voladas, który i mnie się bardzo podobał. Połączył w swoim występie rozmach, precyzję, siłę i formę teatralną nasyconą melancholią. Jedyny polski uczestnik, Filip Suliński, za akrobatyczna jazdę na rowerze otrzymał Nagrodę Dyrektora Centrum Spotkania Kultur oraz Nagrodę GOP-Variete. Cieszę z nagrodzenia greckiej akrobatki Tziny Trikki, która do swojego występu włączyła wiolonczelę i mnóstwo absurdalnego humoru, jak w momencie, gdy przed serią akrobatycznych sztuczek piłuje paznokcie i poprawia makijaż, a wiolonczela jakoś nie za bardzo chciała grać.
Tu można zobaczyć zdjęcia z występu laureatek I miejsca - wiszenie na włosach Anastasiia &Ellie
Wspomniałam o muzyce. Okazuje się, że artyści cyrkowi lubią występować do klasycznej muzyki. Jeden żonglował do "Czterech pór roku" Vivaldiego i nawet utrzymywał rytm zgodny z muzyką, Suliński ogniście zatańczył ze swoim rowerem do "Libertanga" Piazzolli. Były też fragmenty muzyki Vangelisa.
Była to moja pierwsza wizyta na festiwalu Etiud Nowocyrkowych, być może nie ostania, czas pokaże.
Tradycyjnie rok akademicki zaczyna się w październiku. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby poza murami uczelni również na różne sposoby i w różnych dziedzinach wiedzę zdobywać. Do nauki esperanto na przykład zachęcał plakat z 1934 roku:
Przypomniałam sobie, że przecież mam książki do nauki esperanto: podręcznik, słownik i nagrania lekcji na płytach. Może by tak spróbować?
Październik jest też miesiącem nasyconym poetycko. Dowodzi tego poemacik zadedykowany Kajetanowi Koźmianowi przez Franciszka Salezego Dmochowskiego. Dwaj klasycystyczni autorzy doby oświecenia tak się literacko zabawiali:
Po duchowych przyjemnościach także dla ciała październik oferuje obfitości. Na przykład szereg bardzo potrzebnych produktów krajowego przemysłu. Rzecz bardzo ważna - należy kupować wyroby polskiego przemysłu, a nie tanią chińszczyznę. Trzeba okazać się patriotą. Bo zresztą czy chińszczyzna jest w stanie zaoferować nam na przykład to, co zostało zaprezentowane na wystawie w Ratuszu Głównym w Warszawie w 1825 roku? Przeglądając katalog wybrałam sobie kilka rzeczy: