- Czy to jest dobre?.... Niedobre... Wiedziałem...
- Niedobre?! To jest nieśmiertelne!
Taki dialog rozgrywa się między Mozartem a Salierim nad partyturą Requiem w końcowych scenach spektaklu Amadeusz w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Kiedy w listopadzie ubiegłego roku spektakl miał lubelską premierę, wiedziałam, że muszę go zobaczyć. udało się dopiero w lutym podczas ponownych przedstawień.
Spektakl w reżyserii Anny Wieczur był wcześniej wystawiany w Polsce, m.in. w Warszawie czy Łodzi. Teraz także w Lublinie. Poza oczywistym wydźwiękiem samego tekstu dramatu Petera Shaffera, istotą tego niezwykłego inscenizacji jest muzyka. W trakcie przedstawienie widzowie mają okazję posłuchać przepięknych realizacji na żywo przez orkiestrę, śpiewaków solowych i chór aż 28 fragmentów muzyki Mozarta i czterech fragmentów muzyki Salieriego. Za stronę muzyczną spektaklu odpowiada Jacek Laszczkowski, śpiewak operowy, a obecnie także dyrygent. On sam występuje w realizacji "Amadeusza" jako dyrygujący orkiestrą tytułowy kompozytor. Nosi więc taki sam strój z epoki, stojąc tyłem do widzów dyryguje orkiestrą w tych scenach, gdy bohaterowie na czele z cesarzem słuchają fragmentów oper Mozarta lub kiedy Salieri przegląda partytury i słucha w wyobraźni.
Zanim doszło do lubelskiej premiery, pojawił się wywiad z obojgiem reżyserów, czyli Anną Wieczur i Jackiem Laszczkowskim. Myślę, że w ogóle warto wysłuchać tej rozmowy przed obejrzeniem a także jako dopełnienie osobistych refleksji o istotnym i najbardziej dramatycznym wątku sztuki, czyli rywalizacji "miernoty" z geniuszem.
Wszyscy, albo większość z nas oglądała oskarowy film Formana, w którym główne postacie genialne zagrali Tom Hulce jako Mozart i Murray Abraham jako Salieri. Trudno jest uciec od tamtej sugestywnej realizacji, poza tym wiele cech i zachowań bohaterów wynika wprost z tekstu dramatu Shaffera. Nie da się więc uciec od porównań, obserwując grę aktorską zwłaszcza Mozarta, łączącego w swojej osobowości zachowania trywialne, czasami nawet obsceniczne ze świadomością swojej muzyki i swojego geniuszu. Z jednej strony dramat nierozumianego artysty, uwikłanego w dworskie intrygi, którymi osacza go wróg, Salieri oraz i inne "miernoty", a z drugiej geniusz muzyczny wyrastający ponad wszelkie przyziemne rozgrywki.
Spektakl imponuje rozmachem scenograficznym i muzycznym. Sugestywne stroje z epoki, w które ubrani są także członkowie orkiestry na czele z dyrygentem, stwarzają iluzję atmosfery XVII-wiecznego wiedeńskiego dworu. W przedstawieniu padają zdania, dialogi, frazy znane z filmu, ale także nieco odmienne, nowe, co nie pozwala na całkowite zrównywanie z dziełem Formana. Akcja dramatu zawarta jest w ramach przedśmiertnej spowiedzi Salieriego, podobne zresztą jak filmie, który rozpoczyna scena jego agonii i przedśmiertnego wyznania. Na lubelskiej scenie stary Salieri siedzi w fotelu i rozpoczyna swoją spowiedź, sztuka kończy się jego śmiercią. Wcześniej widzimy śmierć Mozarta doprowadzonego do obłędu stopniowym osaczaniem go przez wroga i zamówieniem Mszy żałobnej przez tajemniczą zamaskowaną postać, która przypomina mu jego ojca Leopolda.
Przejmujące jest obserwowanie jak zawiść mniej zdolnego artysty krok po kroku niszczy wielkiego geniusza. I ogromna jest siła literatury, gdyż fikcyjny wątek ciągłej rywalizacji utrwalił w pamięci potomnych i w kulturze wizerunek Salierego jako mordercy. Shaffer stworzył mit genialnego twórcy niszczonego przez miałkie otoczenie. Abstrahując od dosłownych odniesień, jest to temat aktualny zawsze, w każdej epoce, nawet w małym, lokalnym wymiarze. Pięknie tłumaczy to w załączonym wyżej wywiadzie Anna Wieczur.
Wracając zaś do samego spektaklu, podobała mi się kreacja cesarza, zupełnie innego niż w filmie Formana. Dużo młodszy, nieco postrzelony, bardziej nastawiony na rozrywkę, zabawę. Postać Mozarta w wielu aspektach przypominała kreację Toma Hulce`a. Aktorsko dynamicznie, klarownie jeśli chodzi o przejścia z emocji w emocje, z nadziei do rozpaczy, z trywialności do powagi i z powagi do satyry. Salieri dosyć demoniczny, wspaniały monolog i gest rzucenia partyturą Mozarta jak rękawicą wyzywającą Boga na pojedynek. Salieri bowiem nie walczy z Mozartem; walczy z Bogiem, którego narzędziem jest Mozart jako dziecko obdarowane przez Stwórcę niezasłużonym geniuszem. A przecież ton, Salieri, tak bardzo prosił o talent, którym mógłby Go sławiąc po wszystkie czasy. Tymczasem prawdziwą boską nieśmiertelność prezentuje muzyka przybłędy z Salzburga, sprośnego chłopca, który za nic ma autorytety cesarskiego dworu. Tymczasem ten umierający geniusz już nie wie, czy to, co tworzy, jest dobre. Ma wątpliwości, dlatego pokazuje największemu wrogi ostatni rękopis, rękopis z początkiem Requiem pytając czy to jest dobre. I mroczny wróg Boga musi przyznać: "To jest nieśmiertelne". Niestety, nie on, Salieri, jest autorem dzieła. Dopełnia się jego rola, Mozart umiera otruty, będąc na granicy obłędu i szaleństwa.
A Salieri? Salieri wie, że zamordował samego siebie. Przecież nie można wygrać z Bogiem. Można walczyć z własną zazdrością, zawiścią, ambicją ponad właściwie rozeznanie swoich talentów i umiejętności. Nie zrobił tego, wiec - jak sam to ujął - stanie się patronem nieudaczników i miernot. Ostatnie zdanie ma wydźwięk ostatecznej klęski bohatera i chyba można je odczytać jako wyraz ostatecznego buntu przeciwko niezrozumiałym przydzieleniem wielkich artystycznych talentów osobom, które wydają się najmniej tego godne: "Miernoty wszystkich epok, rozgrzeszam was!"
PS. Uwaga! Treść dramatu Shaffera jest fikcją. Salieri nie otruł Mozarta. I chociaż sztuka jest bardzo sugestywna, a za sprawą filmu Formana weszła do kanonu kultury i powszechnej wyobraźni, tak naprawdę nie stawia pytania o to, kto zamordował Mozarta (badania ujawniają, że nikt), tylko o to, dlaczego miernoty zazdroszczą bardziej utalentowanym od siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz