- Czy to jest dobre?.... Niedobre... Wiedziałem...
- Niedobre?! To jest nieśmiertelne!
Taki dialog rozgrywa się między Mozartem a Salierim nad partyturą Requiem w końcowych scenach spektaklu Amadeusz w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Kiedy w listopadzie ubiegłego roku spektakl miał lubelską premierę, wiedziałam, że muszę go zobaczyć. Udało się dopiero w lutym podczas ponownych przedstawień.
Spektakl w reżyserii Anny Wieczur był wcześniej realizowany m.in. w Warszawie czy Łodzi. Teraz także w Lublinie. Poza oczywistym wydźwiękiem samego tekstu dramatu Petera Shaffera, istotą tego niezwykłego inscenizacji jest muzyka. W trakcie przedstawienie widzowie mają okazję posłuchać przepięknych realizacji na żywo przez orkiestrę, śpiewaków solowych i chór aż 28 fragmentów muzyki Mozarta i czterech fragmentów muzyki Salieriego. Za stronę muzyczną spektaklu odpowiada Jacek Laszczkowski, śpiewak operowy, a obecnie także dyrygent. On sam występuje w realizacji "Amadeusza" jako dyrygujący orkiestrą tytułowy kompozytor. Nosi więc taki sam strój z epoki, stojąc tyłem do widzów dyryguje orkiestrą w tych scenach, gdy bohaterowie na czele z cesarzem słuchają fragmentów oper Mozarta lub kiedy Salieri przegląda partytury i słucha w wyobraźni.
Zanim doszło do lubelskiej premiery, pojawił się wywiad z obojgiem reżyserów, czyli Anną Wieczur i Jackiem Laszczkowskim. Myślę, że w ogóle warto wysłuchać tej rozmowy przed obejrzeniem a także jako dopełnienie osobistych refleksji o istotnym i najbardziej dramatycznym wątku sztuki, czyli rywalizacji "miernoty" z geniuszem.
Wszyscy, albo większość z nas oglądała oskarowy film Formana, w którym główne postacie genialne zagrali Tom Hulce jako Mozart i Murray Abraham jako Salieri. Trudno jest uciec od tamtej sugestywnej realizacji, poza tym wiele cech i zachowań bohaterów wynika wprost z tekstu dramatu Shaffera. Nie da się uciec od porównań, obserwując grę aktorską, zwłaszcza Mozarta, łączącego w swojej osobowości zachowania trywialne, czasami nawet obsceniczne ze świadomością swojej muzyki i swojego geniuszu. Z jednej strony dramat nierozumianego artysty, uwikłanego w dworskie intrygi, którymi osacza go wróg, Salieri oraz inne "miernoty", a z drugiej geniusz muzyczny wyrastający ponad wszelkie przyziemne rozgrywki.
Spektakl imponuje rozmachem scenograficznym i muzycznym. Sugestywne stroje z epoki, w które ubrani są także członkowie orkiestry na czele z dyrygentem, stwarzają iluzję atmosfery XVII-wiecznego wiedeńskiego dworu. W przedstawieniu padają zdania, dialogi, frazy znane z filmu, ale także nieco odmienne, nowe, co nie pozwala na całkowite zrównywanie z dziełem Formana. Akcja dramatu zawarta jest w ramach przedśmiertnej spowiedzi Salierego, podobne zresztą jak filmie, który rozpoczyna scena jego agonii i przedśmiertnego wyznania. Na lubelskiej scenie stary Salieri siedzi w fotelu i rozpoczyna swoją spowiedź, sztuka kończy się jego śmiercią. Wcześniej widzimy śmierć Mozarta doprowadzonego do obłędu stopniowym osaczaniem go przez wroga i zamówieniem Mszy żałobnej przez tajemniczą zamaskowaną postać, która przypomina mu jego ojca Leopolda.
Przejmujące jest obserwowanie jak zawiść mniej zdolnego artysty krok po kroku niszczy wielkiego geniusza. I ogromna jest siła literatury, gdyż fikcyjny wątek ciągłej rywalizacji utrwalił w pamięci potomnych i w kulturze wizerunek Salierego jako mordercy. Shaffer stworzył mit genialnego twórcy niszczonego przez miałkie otoczenie. Abstrahując od dosłownych odniesień, jest to temat aktualny zawsze, w każdej epoce, nawet w małym, lokalnym wymiarze. Pięknie tłumaczy to w załączonym wyżej wywiadzie Anna Wieczur.
Wracając zaś do samego spektaklu, podobała mi się kreacja cesarza, zupełnie innego niż w filmie Formana. Dużo młodszy, nieco postrzelony, bardziej nastawiony na rozrywkę, zabawę. Postać Mozarta w wielu aspektach przypominała kreację Toma Hulce`a. Aktorsko dynamicznie, klarownie jeśli chodzi o przejścia z emocji w emocje, z nadziei do rozpaczy, z trywialności do powagi i z powagi do satyry. Salieri dosyć demoniczny, wspaniały monolog i gest rzucenia partyturą Mozarta jak rękawicą wyzywającą Boga na pojedynek. Salieri bowiem nie walczy z Mozartem; walczy z Bogiem, którego narzędziem jest Mozart jako dziecko obdarowane przez Stwórcę niezasłużonym geniuszem. A przecież ton, Salieri, tak bardzo prosił o talent, którym mógłby Go sławiąc po wszystkie czasy. Tymczasem prawdziwą boską nieśmiertelność prezentuje muzyka przybłędy z Salzburga, sprośnego chłopca, który za nic ma autorytety cesarskiego dworu. Tymczasem ten umierający geniusz już nie wie, czy to, co tworzy, jest dobre. Ma wątpliwości, dlatego pokazuje największemu wrogi ostatni rękopis, rękopis z początkiem Requiem pytając czy to jest dobre. I mroczny wróg Boga musi przyznać: "To jest nieśmiertelne". Niestety, nie on, Salieri, jest autorem dzieła. Dopełnia się jego rola, Mozart umiera otruty, będąc na granicy obłędu i szaleństwa.
A Salieri? Salieri wie, że zamordował samego siebie. Przecież nie można wygrać z Bogiem. Można walczyć z własną zazdrością, zawiścią, ambicją ponad właściwie rozeznanie swoich talentów i umiejętności. Nie zrobił tego, wiec - jak sam to ujął - stanie się patronem nieudaczników i miernot. Ostatnie zdanie ma wydźwięk ostatecznej klęski bohatera i chyba można je odczytać jako wyraz ostatecznego buntu przeciwko niezrozumiałym przydzieleniem wielkich artystycznych talentów osobom, które wydają się najmniej tego godne: "Miernoty wszystkich epok, rozgrzeszam was!"
PS. Uwaga! Treść dramatu Shaffera jest fikcją. Salieri nie otruł Mozarta. I chociaż sztuka jest bardzo sugestywna, a za sprawą filmu Formana weszła do kanonu kultury i powszechnej wyobraźni, tak naprawdę nie stawia pytania o to, kto zamordował Mozarta (badania ujawniają, że nikt), tylko o to, dlaczego miernoty zazdroszczą bardziej utalentowanym od siebie.
Wszyscy, albo większość z nas oglądała oskarowy film Formana
Aż mi się trochę głupio przyznać, ale należę do tej mniejszości, która tego filmu nie widziała. Dlaczego? Po prostu prawie w ogóle nie chodzę do kina. Od 1991 roku byłem w kinie zaledwie trzy razy, a ostatni raz w 2010 roku — na filmie A Film Unfinished (Niedokończony film). Poszedłem głównie z powodu mojego zainteresowania historią getta warszawskiego, na którego terenie zresztą się wychowałem.
Oczywiście oglądam sporo filmów w domu — na DVD, a od około 2020 roku również na bezpłatnych kanałach w moim telewizorze HD (najczęściej na Tubi). Zwykłej telewizji nie posiadam i nie oglądam już od ponad dwudziestu lat. Mimo to jakoś nigdy nie trafiłem na Amadeusza.
Z drugiej strony myślę, że to może mieć też pewną zaletę. Oglądając spektakl teatralny Amadeusz, odebrałbym go zapewne inaczej niż osoby, które wcześniej widziały film — bez wpływu czy sugestii narzuconych przez ekranizację. Czasem nawet celowo unikam oglądania filmu, jeśli wiem, że chcę przeczytać książkę, na podstawie której powstał. Mam bowiem wrażenie, że kiedy najpierw obejrzę adaptację filmową, moja motywacja do przeczytania oryginału wyraźnie maleje.
Przejmujące jest obserwowanie, jak zawiść mniej zdolnego artysty krok po kroku niszczy wielkiego geniusza.
Niestety w życiu spotkałem osoby tak przepełnione zazdrością i zawiścią, że w rezultacie właściwie zniszczyły własne życie — a czasem także życie innych ludzi, włącznie z członkami własnej rodziny. To straszna cecha charakteru, coś w rodzaju moralnej choroby, która powoli zatruwa człowieka od środka. I chyba rzeczywiście można by powiedzieć, że jest to przypadłość, którą należałoby „leczyć”, zanim wyrządzi zbyt wiele szkód.
Film Formana jest z 1984 roku, wtedy jeszcze chodziłam do kina, bo obecnie już nie i telewizora tez nie mam. Ale dawniej robiono filmy o czymś, miały też dopracowaną stronę wizualną i dźwiękową. Zapewne łatwiej by Ci było teraz przeczytać oryginał, czyli dramat Shaffera. Nie byłoby ani filmu, ani spektaklu bez tekstu dramaturgicznego.
A w kwestii leczenia, obawiam się, że to jest nieuleczalne.
To ciekawe, że spotykam stosunkowo sporo osób, nie posiadających telewizora--np. moja znajoma z USA też go nie ma i nigdy nie ogląda, jak również mój kolega z Polski jedynie przegląda Internet. Właściwie to najwięcej oglądaliśmy TV w pokoju hotelowym na Kubie, głównie CNN--i to była makabra!!! Mnie zniechęciły reklamy i może dlatego nadal lubię DVD, tym bardziej, że jest często na nich dużo dodatkowego materiału na temat filmu. Na YT udało mi się je w 100% wyeliminować, a oglądając kanały na HD TV, też mam na nie sposoby.
Być może zazdrość rzeczywiście jest nieuleczalna. Nie znałem nikogo, kto by się zmienił--z drugiej strony od takich osób trzymałem się z daleka...
A "Amadeusza" będę koniecznie musiał zobaczyć. I wiele innych filmów, które przegapiłem.
Sądzę, że przy dzisiejszych możliwościach samodzielnego dobierania programów w Internecie oraz działających wielu platform filmowych coraz więcej ludzi rezygnuje z telewizora. Wiadomości można sobie przeczytać na wielu platformach informacyjnych. Ja jeszcze słucham radia, ale tylko jednej stacji, która nadaje muzykę klasyczną.
Kiedyś w samochodzie niemal bez przerwy słuchałem płyt CD. Niestety od czasu, gdy popsuł mi się odtwarzacz, słucham radia — w zasadzie trzech stacji: dwóch nadających muzykę poważną oraz jednej jazzowej. W domu natomiast najczęściej korzystam z YouTube.
W latach 90. rozmawiałem z policjantem o kradzionych samochodach. Często odnajdywano je już po kilku godzinach albo następnego dnia, ponieważ złodzieje kradli je jedynie „na przejażdżkę”. Policjant powiedział mi wtedy, że w wielu przypadkach była to zapewne ta sama grupa etniczna — ponieważ w odnalezionych samochodach radio prawie zawsze było przełączone na stacje nadające muzykę typu rap, hip-hop albo muzykę karaibską.
Kilka miesięcy temu odkryłem też internetową stację Radio Głos Literacki. Od czasu do czasu bardzo lubię jej posłuchać.
Dla mnie idealną stacja jest Dwójka Polskiego radia: dużo muzyki klasycznej, brak nachalnych reklam, audycje literackie, historyczne, dyskusje o nowościach książkowych - naukowych, filozoficznych, socjologicznych itp., mają też stałe audycje jazzowe. No i transmisje oper i koncertów z różnych stron świata.
Film oglądałem, chyba kilka razy - fantastyczny!! Przypomnę, że gdy sztukę Schaffera wystawiono w Warszawie, Mozarta grał R. Polański - to musiało być wydarzenie. Swoją drogą wygląda na to, że impreza w Lublinie była bardzo ciekawa i inspirująca. Zazdrość - z jednej strony zgadzam się w przesłaniem sztuki - okropna zależność niszcząca wszystko dookoła. Z drugiej strony - przykro mi, że trafiło akurat na Salieriego, który (wymiernie) nie miał Mozartowi czego zazdrościć.. - był nadwornym kompozytorem, Mozart nie dostąpił tego zaszczytu. - w latach 1785-90, opery Mozarta wystawiono w Wiedniu 25 razy. Czołówkę kompozytorów operowych stanowili: Paisiello – 160 spektakli, Salieri – 138, Cimarosa – 124.. - po śmierci Mozarta opiekował się jego muzycznie utalentowanymi synami.
Właśnie w tym rzecz, że powstała czarna legenda, a Salieri akurat ani nie był takim beztalenciem, ani nie miał czego zazdrościć w tamtej sytuacji, w której obaj się znajdowali. To jest siła literatury, że ta wersja się upowszechniła dzięki dramatowi i jego genialnej ekranizacji, a później wielu realizacjom scenicznym.
To ja dodam do komentarza Lecha że byłam na tej sztuce w Teatrze na Woli w roku 1981. Miała tytuł Amadeusz. Polański grał bardzo dobrze Mozarta, ale dużo lepiej grał Łomnicki Salieriego. Pamiętam taką scenę gdy nagle Łomnicki stojący twarzą do widowni, odwraca się do niej tyłem. Po chwili znowu go widzimy a twarz ma zupełnie inną - taką szyderczą i bardzo złą. A jeśli chodzi o samego Mozarta to był to geniusz ale taki jakiś nieludzki i nie wzbudzający sympatii. Film Foremana też widziałam... A na ten spektakl w Lublinie o którym piszesz wybrałabym się..... bo wybieram się do Nałęczowa podleczyć serce. Może uda mi się go zobaczyć
Byłoby super, tylko sprawdziłam, że do końca kwietnie już na pewno nie będą grać, a czy później, nie wiem. A nie wiem, kiedy do Nałęczowa się wybierasz. Musisz sobie sprawdzić na stronie Centrum Spotkania Kultur Lublin i porównać ze swoim terminem. W kwietniu będzie Skrzypek na dachu :-)
Filmy "Amadeusz" i "Wieczna miłość" (ang. tytuł "Immortal Beloved") o Beethovenie to moje dwa ulubione :) Miałam je nawet na dvd i oglądałam wielokrotnie. Spektaklu Amadeusz niestety nie widziałam, ale pamiętam, że moja pani profesor od fortepianu była nim dość zbulwersowana (no jak można tak przedstawiać Mozarta?!?!) ;-) Rozmowy, którą zamieściłaś wysłuchałam z przyjemnością.
I film i spektakl za podstawę mają ten sam dramat Shaffera, więc pani profesor chyba do niego powinna złożyć zażalenie ;-) Z rozmowy można naprawdę ciekawych rzeczy się dowiedzieć.
Pomyśleć jakie cuda mógłby stworzyć, gdyby dane Mu było żyć... Rozmowy całej jeszcze nie odsłuchałam, ale wrócę. Świetny jest prowadzący. Często nie da się słuchać ze względu właśnie na prowadzących.
Pozwala się wypowiedzieć gościom, to dzisiaj rzadka umiejętność, bo prowadzący chcą czasami bardziej zabłysnąć i się pokazać niż zaprezentować, co mają do powiedzenia zaproszeni goście
O tak, oboje mówią pięknie, piękną polszczyzną i z wielkim wyczuciem. Ogólnie tak, uważam, ze warto było obejrzeć, troch na zasadzie, że to wielkie dzieło o utrwalonej legendzie. Muzycznie wspaniałe. Mam zastrzeżenia do gry aktorskiej postaci Salierego. Coś mi w nim zgrzytało, w sensie niedopasowania głosu do mimiki i gestu. Jakiś rozdźwięk, ale to może moje niezrozumienie intencji reżyserki? Nie wiem... Były momenty świetne, jak w scenie, gdy Salieri rzuca z hukiem partyturę Mozarta na podłogę i krzyczy: "A więc wojna!". Oczywiście mając na myśli wojnę z Bogiem. Ale w innych scenach nie zawsze mnie przekonał aktorsko.
Wszyscy, albo większość z nas oglądała oskarowy film Formana
OdpowiedzUsuńAż mi się trochę głupio przyznać, ale należę do tej mniejszości, która tego filmu nie widziała. Dlaczego? Po prostu prawie w ogóle nie chodzę do kina. Od 1991 roku byłem w kinie zaledwie trzy razy, a ostatni raz w 2010 roku — na filmie A Film Unfinished (Niedokończony film). Poszedłem głównie z powodu mojego zainteresowania historią getta warszawskiego, na którego terenie zresztą się wychowałem.
Oczywiście oglądam sporo filmów w domu — na DVD, a od około 2020 roku również na bezpłatnych kanałach w moim telewizorze HD (najczęściej na Tubi). Zwykłej telewizji nie posiadam i nie oglądam już od ponad dwudziestu lat. Mimo to jakoś nigdy nie trafiłem na Amadeusza.
Z drugiej strony myślę, że to może mieć też pewną zaletę. Oglądając spektakl teatralny Amadeusz, odebrałbym go zapewne inaczej niż osoby, które wcześniej widziały film — bez wpływu czy sugestii narzuconych przez ekranizację. Czasem nawet celowo unikam oglądania filmu, jeśli wiem, że chcę przeczytać książkę, na podstawie której powstał. Mam bowiem wrażenie, że kiedy najpierw obejrzę adaptację filmową, moja motywacja do przeczytania oryginału wyraźnie maleje.
Przejmujące jest obserwowanie, jak zawiść mniej zdolnego artysty krok po kroku niszczy wielkiego geniusza.
Niestety w życiu spotkałem osoby tak przepełnione zazdrością i zawiścią, że w rezultacie właściwie zniszczyły własne życie — a czasem także życie innych ludzi, włącznie z członkami własnej rodziny. To straszna cecha charakteru, coś w rodzaju moralnej choroby, która powoli zatruwa człowieka od środka. I chyba rzeczywiście można by powiedzieć, że jest to przypadłość, którą należałoby „leczyć”, zanim wyrządzi zbyt wiele szkód.
Film Formana jest z 1984 roku, wtedy jeszcze chodziłam do kina, bo obecnie już nie i telewizora tez nie mam. Ale dawniej robiono filmy o czymś, miały też dopracowaną stronę wizualną i dźwiękową.
OdpowiedzUsuńZapewne łatwiej by Ci było teraz przeczytać oryginał, czyli dramat Shaffera. Nie byłoby ani filmu, ani spektaklu bez tekstu dramaturgicznego.
A w kwestii leczenia, obawiam się, że to jest nieuleczalne.
To ciekawe, że spotykam stosunkowo sporo osób, nie posiadających telewizora--np. moja znajoma z USA też go nie ma i nigdy nie ogląda, jak również mój kolega z Polski jedynie przegląda Internet. Właściwie to najwięcej oglądaliśmy TV w pokoju hotelowym na Kubie, głównie CNN--i to była makabra!!! Mnie zniechęciły reklamy i może dlatego nadal lubię DVD, tym bardziej, że jest często na nich dużo dodatkowego materiału na temat filmu. Na YT udało mi się je w 100% wyeliminować, a oglądając kanały na HD TV, też mam na nie sposoby.
UsuńByć może zazdrość rzeczywiście jest nieuleczalna. Nie znałem nikogo, kto by się zmienił--z drugiej strony od takich osób trzymałem się z daleka...
A "Amadeusza" będę koniecznie musiał zobaczyć. I wiele innych filmów, które przegapiłem.
Sądzę, że przy dzisiejszych możliwościach samodzielnego dobierania programów w Internecie oraz działających wielu platform filmowych coraz więcej ludzi rezygnuje z telewizora. Wiadomości można sobie przeczytać na wielu platformach informacyjnych. Ja jeszcze słucham radia, ale tylko jednej stacji, która nadaje muzykę klasyczną.
UsuńKiedyś w samochodzie niemal bez przerwy słuchałem płyt CD. Niestety od czasu, gdy popsuł mi się odtwarzacz, słucham radia — w zasadzie trzech stacji: dwóch nadających muzykę poważną oraz jednej jazzowej. W domu natomiast najczęściej korzystam z YouTube.
UsuńW latach 90. rozmawiałem z policjantem o kradzionych samochodach. Często odnajdywano je już po kilku godzinach albo następnego dnia, ponieważ złodzieje kradli je jedynie „na przejażdżkę”. Policjant powiedział mi wtedy, że w wielu przypadkach była to zapewne ta sama grupa etniczna — ponieważ w odnalezionych samochodach radio prawie zawsze było przełączone na stacje nadające muzykę typu rap, hip-hop albo muzykę karaibską.
Kilka miesięcy temu odkryłem też internetową stację Radio Głos Literacki. Od czasu do czasu bardzo lubię jej posłuchać.
Dla mnie idealną stacja jest Dwójka Polskiego radia: dużo muzyki klasycznej, brak nachalnych reklam, audycje literackie, historyczne, dyskusje o nowościach książkowych - naukowych, filozoficznych, socjologicznych itp., mają też stałe audycje jazzowe. No i transmisje oper i koncertów z różnych stron świata.
UsuńFilm oglądałem, chyba kilka razy - fantastyczny!!
OdpowiedzUsuńPrzypomnę, że gdy sztukę Schaffera wystawiono w Warszawie, Mozarta grał R. Polański - to musiało być wydarzenie.
Swoją drogą wygląda na to, że impreza w Lublinie była bardzo ciekawa i inspirująca.
Zazdrość - z jednej strony zgadzam się w przesłaniem sztuki - okropna zależność niszcząca wszystko dookoła.
Z drugiej strony - przykro mi, że trafiło akurat na Salieriego, który (wymiernie) nie miał Mozartowi czego zazdrościć..
- był nadwornym kompozytorem, Mozart nie dostąpił tego zaszczytu.
- w latach 1785-90, opery Mozarta wystawiono w Wiedniu 25 razy. Czołówkę kompozytorów operowych stanowili: Paisiello – 160 spektakli, Salieri – 138, Cimarosa – 124..
- po śmierci Mozarta opiekował się jego muzycznie utalentowanymi synami.
Właśnie w tym rzecz, że powstała czarna legenda, a Salieri akurat ani nie był takim beztalenciem, ani nie miał czego zazdrościć w tamtej sytuacji, w której obaj się znajdowali. To jest siła literatury, że ta wersja się upowszechniła dzięki dramatowi i jego genialnej ekranizacji, a później wielu realizacjom scenicznym.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTo ja dodam do komentarza Lecha że byłam na tej sztuce w Teatrze na Woli w roku 1981. Miała tytuł Amadeusz. Polański grał bardzo dobrze Mozarta, ale dużo lepiej grał Łomnicki Salieriego. Pamiętam taką scenę gdy nagle Łomnicki stojący twarzą do widowni, odwraca się do niej tyłem. Po chwili znowu go widzimy a twarz ma zupełnie inną - taką szyderczą i bardzo złą.
OdpowiedzUsuńA jeśli chodzi o samego Mozarta to był to geniusz ale taki jakiś nieludzki i nie wzbudzający sympatii.
Film Foremana też widziałam...
A na ten spektakl w Lublinie o którym piszesz wybrałabym się..... bo wybieram się do Nałęczowa podleczyć serce. Może uda mi się go zobaczyć
Byłoby super, tylko sprawdziłam, że do końca kwietnie już na pewno nie będą grać, a czy później, nie wiem. A nie wiem, kiedy do Nałęczowa się wybierasz. Musisz sobie sprawdzić na stronie Centrum Spotkania Kultur Lublin i porównać ze swoim terminem.
OdpowiedzUsuńW kwietniu będzie Skrzypek na dachu :-)
Filmy "Amadeusz" i "Wieczna miłość" (ang. tytuł "Immortal Beloved") o Beethovenie to moje dwa ulubione :) Miałam je nawet na dvd i oglądałam wielokrotnie. Spektaklu Amadeusz niestety nie widziałam, ale pamiętam, że moja pani profesor od fortepianu była nim dość zbulwersowana (no jak można tak przedstawiać Mozarta?!?!) ;-)
OdpowiedzUsuńRozmowy, którą zamieściłaś wysłuchałam z przyjemnością.
I film i spektakl za podstawę mają ten sam dramat Shaffera, więc pani profesor chyba do niego powinna złożyć zażalenie ;-)
OdpowiedzUsuńZ rozmowy można naprawdę ciekawych rzeczy się dowiedzieć.
Pomyśleć jakie cuda mógłby stworzyć, gdyby dane Mu było żyć...
OdpowiedzUsuńRozmowy całej jeszcze nie odsłuchałam, ale wrócę. Świetny jest prowadzący. Często nie da się słuchać ze względu właśnie na prowadzących.
Pozwala się wypowiedzieć gościom, to dzisiaj rzadka umiejętność, bo prowadzący chcą czasami bardziej zabłysnąć i się pokazać niż zaprezentować, co mają do powiedzenia zaproszeni goście
OdpowiedzUsuńTak :(
Usuń... również znakomici rozmówcy, pięknie wypowiadający się 🙂
OdpowiedzUsuńSpektaklem byłaś chyba usatysfakcjonowana...
O tak, oboje mówią pięknie, piękną polszczyzną i z wielkim wyczuciem.
UsuńOgólnie tak, uważam, ze warto było obejrzeć, troch na zasadzie, że to wielkie dzieło o utrwalonej legendzie. Muzycznie wspaniałe. Mam zastrzeżenia do gry aktorskiej postaci Salierego. Coś mi w nim zgrzytało, w sensie niedopasowania głosu do mimiki i gestu. Jakiś rozdźwięk, ale to może moje niezrozumienie intencji reżyserki? Nie wiem... Były momenty świetne, jak w scenie, gdy Salieri rzuca z hukiem partyturę Mozarta na podłogę i krzyczy: "A więc wojna!". Oczywiście mając na myśli wojnę z Bogiem. Ale w innych scenach nie zawsze mnie przekonał aktorsko.