niedziela, 27 września 2026

Rozmowy około książkowe

 


        Zaliczyłam kolejne Lubelskie Targi Książki. Były stoiska, były książki, była kawa, ale najważniejsze były rozmowy. Przy stoisku antykwarycznym tematem stały się dawne lektury czytane do egzaminów na studiach: Chaucer, Gombrich, Guriewicz, Huizinga, Żywot Łazika z Tormesu... nawet Lem. Lawina wspomnień z czasów, gdy większość tych książek była dostępna tylko w uniwersyteckiej bibliotece, a część z nich tylko w czytelni na miejscu. Zajmowaliśmy kolejki, kto kiedy z grupy idzie czytać, a potem przekazuje następnej osobie tak, aby książka z czytelni nie wracała już do magazynu. 
          Podziwiam równo ułożone kolorowe nowe wydania dorobku Agathy Christie. Czytam równiutko w kilku rzędach tytuły. Pani pyta mnie, co podać, czego szukam. Nie jestem chyba pożądanym i oczekiwanym klientem, ponieważ ja to już wszystko czytałam i mam stare kieszonkowe wydania. Jeśli przeglądam teraz to stoisko to tylko dlatego, żeby się upewnić, czy dawno temu, czegoś nie przegapiłam, jakiegoś tytułu, jakiejś kryminalnej intrygi, której nie znam. Ale nie znajduję niczego nowego, nieznanego. Pozostaje mi podziwiać dzisiejszy rozmach wydawniczy i eleganckie przyciągające wzrok kolorowe okładki. Podobnie jak od stoiska antykwarycznego odchodzę z myślą: Ja to wszystko czytałam...
          W kolejnej alejce wystawowej wzrok przyciąga napis "Wydawnictwo KONTYNENTY". Czyżby te "Kontynenty", które dawniej wychodziły jako miesięcznik? Byłam wierną czytelniczką czasopisma mającego format A3. Obecnie ukazuje się jako kwartalnik i wydaje też książki: podróżnicze, reportaże, literaturę faktu, ale na stoisku są pięknie wydane utwory literackie innych kultur: japońskie, chińskie, hinduskie, arabskie... Pojawiają się też znane nazwiska, jak Kipling, Kapuściński. Wciągam się w rozmowę o literaturze japońskiej. Wspominam nazwisko Lafcadio Hearna i jego słynny zbiór japońskich opowiadań Kwaidan. Na to pan podnosi książkę baśni chińskich z nazwiskiem pisarza na okładce: "Ten pisarz?" - "Ten" - odpowiadam. - "No wreszcie ktoś, kto zna Lafcadio Hearna!" - zawołał z entuzjazmem. I w ten sposób rozpoczęła się moja rozmowa z wydawcą, Dariuszem Fedorem. O literaturze japońskiej, dawnych wydaniach, planach wydawniczych, a nawet doszliśmy do tego, gdzie studiowaliśmy. Są plany wydania pełnego zbioru opowiadań Hearna. Jeśli tak, umawiam się za rok, że tu przyjadę i je kupię. 
          Kolejne stoisko - z tytułami, które jakoś niewiele mi mówią. Młodzi panowie w liczbie co najmniej czterech, zachęcają i zapraszają do zapoznania się z ofertą. Pytam, czego dotyczą książki. Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o pracę nad sobą w kontekście fizjoterapeutycznym, trochę sportowym, szukanie życiowego balansu. "Och, panowie, czy ja wyglądam na sportsmenkę?- pytam rozbawiona - To jednak nie dla mnie, mój balans to poranna kawa" - dodaję z uśmiechem i przechodzę dalej. 
           Nad stoiskiem zachęcająca zapowiedź pisarki z Suwalszczyzny. Nie znam literatury stamtąd. Przeglądam pozycje: coś o szeptuchach, coś o mrocznych stronach przeszłości, coś o tajemnicach. Pan pyta co lubię czytać. No, trudno powiedzieć, bo czytam różne rzeczy. "Ogólnie rzecz biorąc to jest beletrystyka" - mówi wskazując na książki - "Akcja rozgrywa się na Suwalszczyźnie najczęściej na dwóch planach: przeszłości i teraźniejszości. Dotyka miejscowych legend, mrocznej przeszłości, którą bohaterowie poznają w nieoczekiwany sposób lub próbują rozwikłać". Otwieram na chybił trafił jedną z pozycji, wzrok pada na rozmowę prokuratora z jakimś bohaterem. 
- To ma wątek kryminalny? Jakiś prokurator tu występuje?
- Tak, w niektórych toczy się wątek kryminalny, próba rozwiązania dawnego zdarzenia... Lubi pani książki Agathy Christie?
- No pewnie!
- Więc proszę, polecam tę - i otwiera wskazując na odautorską dedykację tuż za pierwszą stroną tytułową: "Pamięci Agathy Christie - Mistrzyni suspensu, niedoścignionej Królowej kryminału." 
       Tym mnie kupił. Biorę. Tytuł książki Majak. Jedna z części serii Widma Suwalszczyzny. 
- Chce pani dedykację? 
- Oczywiście, a jest tutaj autorka?
- Zaraz ją zawołam - dzwoni.
        Od stolika w głębi podchodzi do stoiska uśmiechnięta kobieta - Katarzyna Kuśmierczyk. Rozmawiamy o Suwalszczyźnie, suwalskiej muzyce folkowej, Fiedronowiczu i zespole Chłopcy z Noworyszek, o Festiwalu Kultury na Przesmyku w Wiżajnach, który odbywa się w lipcu. Dowiaduję się, ze pisarka pochodzi z Wrocławia, ale przeniosła się na Suwalszczyznę, tam wyszła za mąż i zafascynowana kulturą suwalską zaczęła pisać książki osadzone w tamtym regionie, w tamtej kulturze. Obiecuję, że w następnym roku przyjadę na festiwal. A dziś otrzymuję dedykację w książce - Dla Notarii. 
      Kolejne stoiska, książki, rozmowy, poszukiwanie ciekawych tytułów, plecak robi się coraz cięższy. Trafiam na stoisko z literaturą białoruską. Niestety, białoruskiego nie znam, ale są pozycje dwujęzyczne: białorusko-polskie. Tematyka trudna, historia sowieckich represji, wspomnienia łagrowe, reportaże z pogranicza... Szukam czegoś bardziej współczesnego. Biorę zbiór reportaży Zmiciera Bartosika I miał pan wróbelka, który mówił. Podróże wolności. W oko wpada mi ciekawa grafika na okładce książki JA/my emigracja Darii Rak. Daria mieszka w Polsce od 2018 roku, przyjechała na studia do Lublina i już tu została. Skończyła studia, znalazła pracę, czuje się całkowicie zasymilowana, świętuje polskie rocznice narodowe i święta. Świetnie posługuje się polskim językiem. W książce opisuje swoją drogę od momentu przyjazdu do dzisiaj. Przywołuje losy innych emigrantów z Białorusi. Pan przy stoisku mówi z wyraźnym wschodnim akcentem, opowiada o charakterze książki, o wspólnych doświadczeniach życia na emigracji. Zapowiada przyjazd autorki, która jutro będzie je podpisywać. Niestety, nie mogę jutro znowu tu być, ale książkę biorę i jako pierwszą zaczęłam czytać już podczas powrotnej podróży. Autorka opisuje jak cyzelowała polski język a poznała go do tego stopnia, że dostrzega błędy w mowie Polaków. Teraz, po latach tutaj spędzonych czuje, że Polska jest jej domem. Wystąpiła o przyznanie polskiego obywatelstwa. 
       W plecaku powrotnym mam jeszcze Łukasza Marcińczaka Odyseusze z Maisons-Laffitte. Duchowe portrety autorów "Kultury" paryskiej, a w pamięci obrazy książek, których nie kupiłam. Czy będę żałować?


sobota, 19 września 2026

Szukając września

           Szukając września, a właściwie wrześniowych emocji i skojarzeń, natrafiłam na interesujące ilustracje i opracowania. Najpierw chodziło mi o zwykłe malarskie pejzaże. Wrzesień już bardzo jesienny na przedwojennej pocztówce z obrazem Józefa Rapackiego z serii "Rok w krajobrazie" wydawanej w latach 1920 - 1927:


      Wrześniowe poszukiwania zaprowadziły mnie do sierpniowo-wrześniowego numeru "Ziemi Wołyńskiej" z 1938 roku. Był to organ prasowy Okręgu Wołyńskiego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Wewnątrz numeru ciekawa analiza wpływów gospodarczo-kulturalnych miasta Ostróg na Wołyniu. Autor zestawia w nim liczbowe dane przyjazdów okolicznej ludności do Ostroga w przeciągu jednego roku, przy czym za jednostkę uznaje się furmankę. Słowem chodziło o zestawienie ile furmanek i skąd przyjechało do miasta. Osobno też uwzględnione zostały przyjazdy uczniów.


Ciekawa mapka ilustruje sieć powiązań handlowych mieszkańców okolic Ostroga z miastem. Jak zauważa się w artykule, Ostrogowi wyrastać zaczęła konkurencja w Zdołbunowie, które stawało się coraz silniejszym ośrodkiem administracyjno-gospodarczym. Ostróg bowiem nie miał zaplecza przemysłowego, okolice były rolnicze, natomiast w Zdołbunowie był węzeł kolejowy i właśnie tam przeniesiona została z Ostroga siedziba starostwa. Jak widać na mapce, linia kolejowa łączy Krzemieniec z Dubnem, Zdołbunowem i Równem, ale omija Ostróg. Stąd też ranga Ostroga w owym czasie malała na rzecz miast mających połączenie kolejowe z dalszą okolicą. 
       W tym samym numerze "Ziemi Wołyńskiej" znajduję artykuł o wczesnohistorycznych początkach Lubomla. Na wschód od miasta odkryto pozostałości średniowiecznego grodziska z X-XI wieku. Zlokalizowano tam ślady ziemianek z paleniskami. Wśród odkopanych resztek znaleziono niewielkie przedmioty, jak sprzączki i fragmenty naczyń ceramicznych zdobionych ornamentem pasmowym i falistym. Luboml należy do najstarszych wołyńskich miast o historycznym i kulturowym znaczeniu, a lubomelska parafia była jedna z największych na Wołyniu. Kościół Trójcy Świętej słynął z cudownej ikony Matki Bożej Lubomelskiej z XVII wieku. Ikona została w czasie II wojny światowej w 1944 r. wywieziona do Polski przez ówczesnego proboszcza Stefana Jastrzębskiego. Ikona została umieszczona w kościele parafialnym w Polichnie na Lubelszczyźnie. W rodzimej świątyni w Lubomlu w czasach powojennych urządzono skład soli. Dopiero w 1992 roku po wielu latach starań społeczność katolicka odzyskała świątynię i rozpoczęto prace renowacyjne, a w 1996 roku po gruntownej renowacji ikony Matki Bożej Lubomelskiej wykonano też kopię, którą delegacje parafian z Polichny oraz potomkowie dawnych parafian z Lubomla oraz Wołyniaków uroczyście przewiozły do odzyskanego kościoła Trójcy Świętej. Wspominam o tym dlatego, że brałam udział w tym wydarzeniu i wtedy właśnie po raz pierwszy byłam w Lubomlu. Kościół Trójcy Świętej z przeżartymi solą murami był świadectwem wieloletniej laicyzacji społeczeństwa przez komunistyczny reżim. Dla mieszkańców miasta, które przez lata podupadło gospodarczo i kulturowo, uroczysty powrót Matki Bożej Lubomelskiej i intronizacja ikony w świątyni 27 sierpnia 1996 roku była wielkim świętem i zgromadziła sporą grupę wiernych parafian. Trzeba uczciwie przyznać, że większość mieszkańców to byli ludzie całkowicie zlaicyzowani i i wielu z nich nawet nie miało pojęcia o randze wydarzenia. Ci jednak, którzy przyszli, nieraz przybywając z bliższych i dalszych okolic Lubomla, mieli łzy w oczach i ze wzruszeniem uczestniczyli w uroczystościach. 
Matka Boża Lubomelska, fot. Anatol Olich, "Monitor Wołyński", nr 5, 2021 r.

wtorek, 8 września 2026

Wrześniowe święto Maryjne

        Narodzenie Najświętszej Maryi Panny obchodzone 8 września to jedno z najstarszych świąt chrześcijańskich. Jego początki sięgają V wieku, kiedy Sobór efeski potwierdzając nierozdzielność ludzkiej i boskiej natury Jezusa Chrystusa uznał też prawomocność tytułu Theotokos - Matka Boża.  Rozstrzygnięcie to wzmocniło kult maryjny, w tym świąt obchodzonych na jej pamiątkę. Narodzenie NMP jako święto prawdopodobnie wywodzi się z Syrii, gdzie pojawiło się w VI wieku, a następnie przeniknęło do Konstantynopola i stamtąd na zachód Europy. Do oficjalnego kalendarza liturgicznego wprowadził je papież Sergiusz I w 688 roku. Data 8 września jest oczywiście umowna, bo nie wiadomo, kiedy Maryja się urodziła. 

       W Polsce święto nazywane jest też świętem Matki Bożej Siewnej. W niektórych parafiach, zwłaszcza gdy wypada w niedzielę, towarzyszą mu obchody święta plonów - dożynek. Dawniej tego dnia święcono ziarno na nowy jesienny zasiew, dzisiaj święci się wieńce dożynkowe, śpiewa dożynkowe pieśni. Poza tym, że dożynki obchodzone są w parafiach i dekanatach, organizowane są także gminne, powiatowe, wojewódzkie. Terminy są więc różne, od połowy sierpnia do połowy września, dlatego nie zawsze święto 8 września ma oprawę dożynkową. A jeśli ma, to uroczystość zostaje zdominowana prezentacją dożynkowych wieńców, śpiewami sławiącymi trud pracy na roli, dziękczynieniem za plony. 

      Niemniej także w pieśniach pojawia się postać Matki Bożej jako adresatki podziękowań za opiekę. Współczesne pieśni dożynkowe często pisane są przez amatorów do znanych melodii pieśni nie tylko kościelnych. Prezentacja wieńców wiąże się więc z poznaniem przez zebranych nowego repertuaru pieśniowego stworzonego specjalnie na tę okazję. Każda parafia czy gmina tworzy własne pieśni. Niestety, jest to twórczość ulotna, nikt jej nie zapisuje dla potomnych, nikt nie zbiera, nie opracowuje do trwałej publikacji. Czasami słowa błąkają się gdzieś po Internecie lub w formie pisanej przekazywanej z rąk do rąk. 

      Tylko utrwalone tradycją Maryjne chorały mają swoją niezmienną wymowę świąteczną. Choć coraz mniej ludzi potrafi je zaśpiewać. Narodzenie Najświętszej Maryi Panny tak samo znalazło odbicie w muzyce sakralnej, jak wiele innych wydarzeń biblijnych lub z życiorysu Świętej Rodziny. Do grona kompozytorów zainspirowanych postacią Maryi należał Luca Marenzio (1553 - 1599), włoski kompozytor i śpiewak, autor wspaniałych madrygałów, mszy, motetów. 

      W krótkim życiorysie Marenzio znalazł się także epizod polski. Gdzieś pod koniec 1595 roku lub na początku 1596 przybył bowiem do Polski, do Warszawy na dwór króla Zygmunta III Wazy obejmując stanowisko maestro di cappella. Prawdopodobnie przebywał tutaj do października 1596 roku lub jeszcze na początku 1597 roku komponując muzykę sakralną. Niestety, nie ma informacji, kiedy dokładnie Warszawę opuścił. W 1598 roku znajduje się już w Wenecji. 

      Wśród sakralnych kompozycji Marenzio znajduje się pieśń Nativitas gloriosae Virginis Mariae, której oczywiście nigdzie na YouTube nie ma, a jedyne jakieś japońskie nagranie bardziej wygląda na wygenerowane przez SI. Dlatego posłuchajmy kompozytora w najbardziej znanym tekście Maryjnym: Magnificat. 


Natomiast pieśń Nativitas gloriosae Virginis Mariae, do której komponowało wielu kompozytorów, posłuchajmy w niesamowitej kompozycji autora jeszcze wcześniej żyjącego.  Perotin ((ok. 1160 - ok. 1230) należał do słynnej paryskiej szkoły polifonii Notre Dame. 

Tekst jest krótki, a pieśń długa

Alleluja, nativitas
gloriosae Virginis Mariae.
Ex semine Abrahae
orta de tribu Juda,
clara ex stirpe David. (Alleluja)


sobota, 29 sierpnia 2026

Ostatnio wysłuchane

 

1. Świetny kawałek, szkoda, że nie całość. - Omar Sosa, kubański pianista jazzowy i Quarteto Americanos


2. Niesamowite, co można zrobić z gitarą - szwajcarsko-ekwadorskiego pochodzenia bracia Alejandro i Estevan Gutierrez


3. Cudo. Przepiękne. Elena Ledda - sardyńska pieśniarka; mimo wykształcenia w kierunku śpiewu operowego i gry na oboju zainteresowała się bardziej ludową muzyką rodzinnej Sardynii, której poświęciła swoją karierę i przedsięwzięcia muzyczne. A poniżej stary standard w nowej wersji. 


Wszystkie te osobistości odkryłam dopiero w tym tygodniu. Od razu wyjaśnię: wiem oczywiście, że piosenkę Nights in White Satin śpiewał zespół The Moody Blues, a wykonywali ją też inni znani piosenkarze, jak choćby David Bowie. Ale wersja i wykonanie Eleny Leddy są po prostu genialne. 

czwartek, 13 sierpnia 2026

Harmonia sfer

      Muzyka w Kosmosie czy Kosmos w muzyce? Muzyka sfer lub inaczej harmonia sfer zakłada, że ruchy ciał niebieskich są rodzajem muzyki. Skoro bowiem ruchy ciał niebieskich da się zapisać za pomocą relacji liczbowych, a muzyka to przecież matematyczne proporcje i następstwa tonów, dźwięków i ciszy, to właściwie podstawy obu tych pozornie odrębnych zjawisk są ściśle matematyczne. Stąd też matematyka i muzyka idą w parze i znam osoby, które łączą wykształcenie matematyczne i muzyczne. Tak więc matematyczny zapis wzajemnych relacji ciał niebieskich może być rozpatrywany jako kosmiczna partytura. Pitagorejską koncepcję muzyki sfer rozwinął Johannes Kepler twierdząc, że co prawda harmonia sfer kosmicznych nie jest słyszalna dla uszu, ale może być słyszalna dla duszy. Kepler przypisał nawet planetom Układu Słonecznego głosy: Saturn i Jowisz to basy, Mars "śpiewa" tenorem, Wenus i Ziemia to alty, a Merkury to sopran. Wszystkie planety "śpiewają" w doskonałej polifonii jedną harmonię świata. 

      Nie zagłębiając się w dalsze rozważania o koncepcji muzyki uniwersalnej, łatwo przecież zauważyć, że inspirowała ona kompozytorów. Lista dzieł, w których przewija się motyw muzyki ciał niebieskich byłaby zbyt długa, żeby ją tutaj zamieścić, a mam na myśli tylko muzykę klasyczną. Ale jeden z takich utworów zna chyba każdy: Sonata fortepianowa nr 14 "Sonata quasi una fantasia" Beethovena, czyli Księżycowa. Kosmiczna nazwa nie jest jednak pomysłem kompozytora, więc utworu tutaj nie zamieszczę. 

      Ale są kompozycje świadomie do zjawisk kosmicznych nawiązujące. Malowniczy sierpniowy deszcz meteorytów Perseidów także inspiruje, jak można zobaczyć i posłuchać:


A tu mamy już utwór dłuższy i poważniejszy współczesnej kompozytorki Alexandry Gardner:


No ale nie samymi Perseidami człowiek żyje, choć zjawisko spektakularne. Muzyka sfer ma zasięg o wiele szerszy i głębszy. Skoro według Keplera każda planeta Układu Słonecznego ma swoją muzykę, to nic nie stoi na przeszkodzie zilustrować ją naprawdę na sposób kosmiczny, czyli symfoniczny, jak zrobił to Gustav Holst w Suicie Planety. Cykl rozpoczyna dynamiczny i wojenny Mars. Poniższe nagranie próby jest już stare, ale bardzo je lubię.


Czas na prawdziwą harmonię, czyli wyciszenie. Kompozycja Alexa Baranowskiego, współczesnego kompozytora przede wszystkim filmowego, który tworzy także muzykę dla teatru i musicali. Tutaj Musica Universalis przenosi słuchacza w dalekie przestrzenie, gdzie inaczej niż droga artystycznej wyobraźni nie można dotrzeć. Daniel Hope gra na skrzypcach Guarneri z 1737 roku, które przecudownie brzmią. 

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

10 sierpnia 1829 roku w Karlsbadzie...

 ... Adam Mickiewicz wreszcie doczekał się przybycia Edwarda Odyńca. Ponaglał go już wcześniej wysyłając listy do Drezna, gdzie Odyniec wciąż zwlekał z wyjazdem. 

       Karlsbad - Karlowe Wary - znane czeskie uzdrowisko o długiej historii, przyciągało już wtedy licznych kuracjuszy z najwyższych sfer społecznych oraz osoby ze świata sztuki i literatury. Tutaj Goethe zawitał redagując pierwszy tom swoich dzieł zebranych. Jednym z miejsc goszczących przybyłych gości był pensjonat "Pod Strzałą" (Pfeil) na ulicy Alte Wiese. [tu popełniłam pomyłkę - wyjaśnienie i korekta na dole wpisu] Na liście karlsbadzkich gości kąpielowych Mickiewicz znajduje się pod datą 29 lipca 1829 r. jako kuracjusz przybyły z Petersburga. Po wielu latach, w 1870 roku, Polacy nadal licznie przybywający do Karlsbadu i odwiedzający "Pod Strzałą" ufundowali tablicę pamiątkową z napisem: "Tu mieszkał pod n-rem 4-tym Adam Mickiewicz w roku 1829". 

      Tamtego lata poeta umówiony był z Odyńcem na dalszą wspólną podróż po Europie i czekał na niego u karlsbadzkich wód. Mimo przyjemnego towarzystwa rodziny Łabędzkich, kuzynów Szymanowskich z Warszawy, z którymi spotkał się już wcześniej w Dreźnie, pragnął jednak jak najszybciej Karlsbad opuścić znużony zainteresowaniem i nieraz nieoczekiwanymi odwiedzinami nieznanych sobie rodaków. Najbardziej męczyły go prośby domorosłych wierszokletów, którzy chcieli, aby oceniał ich wiersze. Wspominając ten pobyt w listopadzie 1829 roku pisał w liście do Franciszka Malewskiego: "... od niektórych poetów uciekałem, bo biorąc wody, niepodobna być w humorze słuchania głupich wierszy, ale z całą prozą w dobrej byłem harmonii". 

        Tymczasem na początku sierpnia ponaglał przyjaciela: "Wyglądam tu ciebie, tylko się nie baw długo, bo i tak te kilka dni umyślnie dla ciebie wysiedzieć muszę". W końcu Odyniec przybył 10 sierpnia i Mickiewicz, gdyby mógł, od razu wyruszyłby dalej, ale namówiony przez bliskie grono znajomych, przesunął wyjazd o dwa dni. Grono około dwudziestu najbliższych osób zorganizowało na jego cześć uroczysty obiad pożegnalny. Od większej wieczornej biesiady poeta zdecydowanie się wymówił, zwinął manatki i wraz z Odyńcem opuścił Karlsbad 13 sierpnia 1829 roku udając się najpierw do Marienbadu, potem Egeru i stamtąd dalej przez Europę, a wówczas szczególnie spieszyło się im obu do Weimaru na spotkanie z Goethem. 


Pensjonat, w którym zatrzymał się Mickiewicz podczas pobytu Karlsbadzie w 1829 roku. Rycina zamieszczona w publikacji "Album pamiątkowe Adama Mickiewicza", Władysław Bełza, 1889 r. 


Ten sam budynek pensjonatu Pfeil - zdjęcie z 1908 roku zamieszczone w tygodniku ilustrowanym "Nasz Kraj", R. 3, nr 21.  

      PS. Sztuczna inteligencja nie potrafiła mi wskazać obecnej ulicy, która odpowiadałaby położeniu Alte Wiese. Nie udało się też dowiedzieć, co się stało z pensjonatem. 

PS. 2 Jack zidentyfikował ulicę i budynek, w którym mieszkał Adam Mickiewicz w 1829 roku w Karlowych Warach, dawnym Karlsbadzie. Obecnie jest to ulica Nova Louka. 
Alte Wiese w języku niemieckim znaczy to samo, co Stara Louka po czesku, czyli stara łąka. Sądzić by można, że to właśnie na niej będzie znajdował się dawny budynek pensjonatu, gdzie zatrzymał się Mickiewicz. Jednak okazuje się, że jest to Nouva Louka.
TU KAJAM SIĘ ZA PMYŁKĘ, bo w zapisie w księdze kuracjuszy jest wyraźnie zapisane, że "Herr von Mickiewicz (...) zum weisen Pfeil neue Wiese", czyli owszem, w pensjonacie Strzała, ale na Nowej Łące. Nie mam pojęcia, skąd mi  się ta Alte Wiese wzięła :-(
 Niestety, dawny budynek się nie zachował, w tym miejscu - numer 287/9 - gdzie dawniej znajdowały się barokowe budynki Pfeil i Silberne Kanne, wzniesiono nowy budynek o nazwie Maison Moderne. Pod oknami pierwszego piętra znajduje się tablica upamiętniająca pobyt Mickiewicza w 1829 roku, a budynek określa się także jako Dom Mickiewicza. 

Więcej TUTAJ

Sam Mickiewicz w Karlowych Varach upamiętniony jest także na pomniku ustawionym w 1897 roku u wejścia do hotelu Richmond. Autorem popiersia poety ustawionego na wysokim cokole był lwowski rzeźbiarz Tadeusz Barącz. Pierwotny pomnik został uszkodzony w czasie drugiej wojny światowej i jego nowszą wersję wykonał w 1947 roku czeski artysta Břetislav Werner. 


Břetislav Werner, Jan Cingroš, pomnik Adama Mickiewicza, 1947, odsłonięty 1948, brąz i porfir, Karlove Vary, fot. 2014 Licencja: CC BY-SA 4.0, Źródło: Instytut Polonika


Wybrana bibliografia:

Józef Białynia Chołodecki: Kult pamięci Adama Mickiewicza w Karlowych Warach. Czerniowce 1894.

Władysław Mickiewicz: Żywot Adama Mickiewicza podług zebranych przez siebie materyałów oraz z własnych wspomnień. Tom II. Poznań 1892. 

"Nasz Kraj. Tygodnik Ilustrowany". R. 3, nr 21. 1908. 

środa, 5 sierpnia 2026

Muzyka z góry Tabor

      Tradycja głosi, że Przemienienie Pańskie miało miejsce na górze Tabor. Inne sugestie badaczy typują raczej górę Hermon. Niemniej to właśnie Tabor zasłynął jako miejsce, w którym oczom Szymona, Jakuba i Jana Jezus ukazał się w boskiej chwale w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Uczniowie nie mieli pojęcia, co widzą, więc na wszelki wypadek troskliwy Szymon zaproponował postawienie trzech namiotów: dla nieoczekiwanych gości z zaświatów - Mojżesza i Eliasza oraz dla Jezusa. 

       Mniej więcej od V wieku święto Przemienienia Pańskiego funkcjonuje we wschodniej tradycji chrześcijańskiej. W chrześcijaństwie zachodnim pojawiło się w wieku VII i VIII najpierw jako święto obchodzone lokalnie. Oficjalnie w całym Kościele Katolickim wprowadził je papież Kalikst III w 1457 roku ustanawiając datę obchodzenia 6 sierpnia na pamiątkę zwycięstwa odniesionego nad Turkami pod Belgradem. W Polsce święto pojawiło się już w wieku XI stopniowo zyskując coraz większą popularność i znaczenie, zaczęto też wznosić kościoły pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego. 

       Dzisiaj chociaż święto nie jest nakazane w sensie obowiązkowego uczestnictwa wiernych w liturgii, w wielu miejscowościach nadal ma duże znaczenie i ludzie świętują, powstrzymując się od pracy podobnie jak w niedzielę. W moich okolicach 6 sierpnia nie wykonuje się prac polowych, nie kosi trawników, panuje cisza i spokój. Oczywiście ten, kto pracuje zawodowo, do pracy idzie, ale w przypadku prac rolniczych i przydomowych (remonty, malowanie płotu itp.) raczej się powstrzymują. Tradycja ta zapewne pozostała z dawnych czasów, gdy w okresie letnim Przemienienie Pańskie było najważniejszym dniem świątecznym z uroczystą oprawą liturgiczną. Obecnie w zakresie oprawy i obyczaju święto Przemienienia Pańskiego straciło na znaczeniu, skoro przestało być świętem nakazanym, a jego dawną uroczystą rangę przejęło Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny obchodzone jako nakazane 15 sierpnia.  

      Niemniej przez wieki Przemienienie Pańskie nie tylko kształtowało obyczajowość i religijną duchowość. Inspirowało także artystów. Rafael Santi jest autorem najsłynniejszego chyba obrazu przedstawiającego scenę na górze Tabor. 


Także kompozytorów inspirowała przedziwna Teofania opisana w trzech ewangeliach synoptycznych. I była to muzyka bardzo różnorodna, od medytacyjnej kontemplacji i wyciszenia do bogactwa środków mających oddać wielkość Boga. Od minimalistycznego języka muzycznego stojącego wobec Tajemnicy do chóralnej pochwały Bożej Mądrości. Do tych pierwszych należy In festo transfigurationis Domini nostri Jesu Christi Franciszka Liszta z 1880 roku. Z kolei wielkim rozmachem i zaangażowaniem aż 200 wykonawców charakteryzuje się oratorium Oliviera Messiaena La Transfiguration de Notre Seigneur Jesus-Christ ukończone w 1969 roku. 
       Fortepianowa medytacja Liszta jest krótkim utworem z późnego okresu życia i jest przykładem tego rodzaju muzyki, z której Liszt słynął jako wirtuoz i kompozytor fortepianu. Z kolei wielkie dzieło Messiaena trwa prawe dwie godziny i stanowi połączenie awangardowych eksperymentów, chorałowej tradycji i ukochanych przez kompozytora dźwięków natury, przede wszystkim ptaków. Obie kompozycje skrajnie różne, ale opiewające tę samą Boską Tajemnicę. 

Liszt


Messiaen
Chorał świętej góry - część VII oratorium 


czwartek, 30 lipca 2026

Literatura jak Kasandra

        Słuchając audycji w radiowej Dwójce, dowiedziałam się o istnieniu projektu Cassandra. Realizuje go międzynarodowy zespół literaturoznawców badający współczesne teksty literackie z różnych kręgów kulturowych. Inicjatorem projektu jest prof. Jürgen Wertheimer z Uniwersytetu w Tybindze, a z polskiej strony uczestniczy w nim prof. Monika Wolting z Uniwersytetu Wrocławskiego.

         Przedmiotem badań międzynarodowego zespołu jest najnowsza literatura ostatnich 15. lat. Co ciekawe, w polu zainteresowania znajdują się nie tylko dzieła wybitne, ale w większym stopniu utwory często mało znane, peryferyjne, nienagradzane, a nawet takie, które nie zostały wydane. Jak uważa prof. Wolting, to właśnie one dokładniej rejestrują to, co się dzieje na co dzień i ujawniają powszechne nastroje społeczne. 

      Punktem wyjścia podjętych badań jest przekonanie, że to literatura w stopniu najbardziej trafnym przewiduje zagrożenia przyszłości, potrafi wskazać miejsca i przyczyny sporów i napięć mogących prowadzić do konfliktów. Bynajmniej nie chodzi tutaj o czystą i dosłowną futurologię czy prognozy rodem z science fiction. Analiza tekstów literackich pozwala zaobserwować, gdzie i jakie napięcia społeczne zaczynają eskalować, co może w przyszłości doprowadzić do wybuchu społecznego niezadowolenia i bardziej drastycznych zjawisk. 

      Na pozór wydaje się, że to bieżąca publicystyka i media społecznościowe reagują od razu i ujawniają skalę niezadowolenia czy frustracji społecznej. Są to jednak tylko reakcje na bieżące wydarzenia, a brakuje im długoterminowej przewidywalności, mogącej służyć za ostrzeżenie, że coś może dopiero nastąpić za jakiś czas. Media reagują na to, co już się stało, a literatura ujawnia na ukryte nastroje i lepiej ilustruje długofalowe procesy społeczne, przewidując to, co zdarzy się za wiele lat. Utwory literackie wychwytują to, co w medialnym dyskursie niewypowiedziane, odzwierciedlają zbiorową wyobraźnię, emocje społeczne zanim zostaną one zwerbalizowane w publicznej dyskusji.  

       Punktem wyjścia podjętych badań jest założenie, że rzeczywistość, w której żyjemy, zawiera ukryte znaki tego, co może nadejść w przyszłości. To pisarze w swoich utworach umieją te znaki, nawet nieświadomie, wychwytywać, wprowadzając te znaki do konstrukcji swoich bohaterów i fikcyjnej fabuły. Pisarze zawsze korzystają bowiem z tego, co obserwują w świecie. Zespoły badaczy pochylają się więc nad literaturą usiłując te ukryte znaki odczytać i a ich podstawie formułować wnioski.

       I tu pojawia się clou całego projektu Cassandra. Komu te badania są potrzebne? Można się zdziwić, ale trafiają one np. do NATO czy najwyższych struktur Unii Europejskiej. Mało tego, to właśnie od tych najwyższych szczebli politycznych wychodzą zamówienia na konkretne badania, np. literatury Tajwanu. Chodzi o to, by z literatury odczytać, jakie napięcia społeczne są szczególnie dominujące i mogą w przyszłości generować konflikty. Prowadzone były m.in. badania literatury francuskojęzycznej, polskiej, polsko-niemieckiej, utwory polskich emigrantów w Niemczech. Okazało się, że w 3/4 badanych tekstów dominują obrazy wroga i wykluczenia.

     Na marginesie rozważań o zakresie i celu projektu pojawia się też problem umiejętności, a właściwie braku umiejętności krytycznego czytania tekstów literackich. Krytycznego nie w sensie krytykowania, tylko w sensie dostrzegania celu zastosowanych przez pisarza zabiegów artystycznych. Mało wyrobiony czytelnik koncentruje się tylko na przebiegu fabuły, a słowa, zdania wypowiadane przez bohaterów traktuje dosłownie jako obraz rzeczywistości. Np. gdy, powiedzmy, bohater bluzga naokoło, złorzeczy takim czy innym postaciom obwiniając je o swoje życiowe porażki, czytelnik traktuje to dosłownie, że fatycznie tej czy innej osobie należy tę winę przypisać. Krytyczne czytanie zaś polega na tym, aby rozumieć, że słowa bohatera świadczą tylko o jego postawie wobec świata, a nie o świecie jako takim. Jest to element charakterystyki postaci literackiej a nie charakterystyka i diagnoza rzeczywistości. 

       Przypomina mi się tutaj konsternacja Olgi Tokarczuk, gdy jakiś czytelnik zapytał, czy to, co pisarka zamieszcza w swoich książkach, jest prawdą. Jak ma odpowiedzieć pisarz, który czerpie z rzeczywistości,  ale przecież przetwarza zjawiska, konstruuje fabułę, tworzy bohaterów, wkładając w ich usta zasłyszane zdania, albo wymyślone przez siebie, ale skonstruowane na podstawie przygodnych rozmów. Takie właśnie pytanie zdradza czytelnika, który czyta tylko dosłownie, nie rozumiejąc, że literatura piękna to nie jest zapis faktów ani podręcznik do historii.

       Analiza współczesnych tekstów literackich ukazuje jeszcze jedno zastanawiające zjawisko. Obecnie dominuje w nich narrator pierwszoosobowy. gdy kiedyś powieść charakteryzowano przede wszystkim jako wypowiedź narratora wszechwiedzącego, tak obecnie w większości narrator wypowiada się w pierwszej osobie. Liczy się tylko to, co JA mam do powiedzenia. To, co mówią inni nie jest istotne, jest marginalizowane. To wiele mówi o współczesnym człowieku i współczesnej kulturze.  

niedziela, 26 lipca 2026

Anna i Joachim

 26 lipca - wspomnienie św. św. Anny i Joachima. W tradycyjnej muzyce liturgii prawosławnej tak to brzmi:


Znalazłam też Akatyst ku czci Anny i Joachima, czyli świętych rodziców Maryi. Długo mi to zajęło, bo o wiele częściej i łatwiej znaleźć jakieś pieśni wygenerowane przez SI niż tradycyjną autentyczną muzykę. Jest też sporo wykonań po angielsku. Krok po kroku dotarłam wreszcie do wykonania z tekstem autentycznym z liturgii prawosławnej. Swoją drogą, mimo że tekst Akatystu  jest do znalezienia po polsku, nie udało mi się znaleźć polskiego wykonania. Trochę szkoda. 

środa, 22 lipca 2026

Zapomniane umiejętności

     Nie chcę narzekać na współczesne czasy i młodsze pokolenia. Świat nieuchronnie się zmienia i - jak pisał Adam Asnyk:

Wy nie cofniecie życia fal, 

Nic skargi nie pomogą,

Bezsilne gniewy, próżny żal,

Świat pójdzie swoją drogą. 

     Niemniej, kiedy naocznie obserwujemy jak niemal z dnia na dzień zanikają pewne umiejętności, zachowania, nawyki, człowiek zaczyna się dziwić, że ktoś jeszcze potrafi to, co kilka, kilkanaście lat temu było czymś prostym i zwyczajnym. 

     Jadę busikiem i przyglądam się mijanym pejzażom i ludziom. Rejestruję zmiany: tu jakby mniej drzew, a tu urosły krzaki; tu powstaje nowy dom, a tam wyremontowano most; w jednym miejscu powstał nowy McDonald`s, a w innym właśnie zakończono rozbiórkę jakiejś walącej się kamienicy. Ludzie też się zmieniają. Zanim busik dojedzie do ostatniego przystanku, odzywają się telefony podróżnych: to bliscy pytają, za ile minut dojadą. Jedni odpowiadają, że za chwile i proszą o przyjazd na dworzec, aby ich odebrać i zawieźć do domu; inni uspokajają, że jeszcze to potrwa i sami sobie dadzą radę. Starsze osoby mają często włączony tryb głośno mówiący, więc cały bus słyszy rozmowę. Młodzi najczęściej zatopieni w smartfonach oglądają jakieś filmiki, ze słuchawkami na uszach słuchają muzyki. W dni targowe osoby starsze z reguły toczą sąsiedzkie rozmowy, te same osoby często się widują, znają od lat i mają mnóstwo tematów do omówienia: rodzina, choroby, gospodarstwo. 

      Pewnego razu jadąc takim busikiem spoglądam na ludzi oczekujących na jednym z przystanków i wzrok mój przykuwa wyróżniająca się osoba: mężczyzna stojący samotnie nieco dalej, który trzyma w rękach i czyta rozłożoną gazetę. Gdy wszyscy teraz podsuwają sobie pod oczy co najwyżej jakieś krótkie informacje z telefonów, on stoi zatopiony w tradycyjnej drukowanej płachcie. Aż mi się prawie rzewna łezka zakręciła w oku. Kiedy ostatni raz widziałam kogoś takiego?! Nie pamiętam. Po chwili refleksja: nic dziwnego, znam go przecież. To mój znajomy, lat 65, emerytowany nauczyciel wos-u i historii. No cóż, kto miałby jeszcze dzisiaj czytać gazety, jeśli nie on? 

      Obrazek drugi: jadę przez miasteczko turystyczne. W ciągu roku toczy się w nim senne prowincjonalne życie, w sezonie letnim nabiera kolorów, wigoru i puchnie od turystów. Mnożą się sezonowe atrakcje, festiwale, parkingi zapełnione po brzegi autokarami, samochodami osobowymi i motocyklami. Ulicami i chodnikami maszerują wycieczki, turyści indywidualni zmierzają do wcześniej obranych celów. I nagle obrazek jak z ubiegłego wieku: przy skrzyżowaniu na chodniku dwie młode osoby w wieku nastoletnim w strojach przypominających skautów czy harcerzy, z plecakami. Pochylają nad czymś skupione głowy. I tu niespodzianka - patrzą na rozłożoną mapę, tradycyjną drukowana mapę, szukając zapewne dalszej trasy. Nie włączają żadnego GoogleMaps, tylko korzystają z rozkładanej mapy turystycznej. 

      I trzecia obserwacja. Studentka pisze pracę licencjacką. W sumie licencjat, to nie magisterium, praca nie musi odkrywać nieznanych lądów. Ale studentka jest ambitna i postanawia dołączyć własne elementy badawcze. Przeprowadza wywiady z ekspertami, robi ankiety, wybiera metodologię, ba, sięga po zasoby internetowe instytutów badawczych zgromadzone w RCIN (Repozytoria Cyfrowe Instytutów Naukowych). Dociera nawet do niepublikowanych w formie książkowej prac doktorskich udostępnionych w akademickich publikacjach internetowych. Wszystko to znajduje potem swoje miejsce w bibliografii. Oczekiwania promotora były na 30 stron, ona pisze na 70. Sięga po fachowe branżowe czasopisma naukowe. Teoretyczny temat zasugerowany przez promotora zestawia z realiami praktycznego zastosowania. Umiejętność zrobienia samodzielnej kwerendy w dobie Internetu i SI również należy do kompetencji zanikających. Pocieszające, że wciąż zdarzają się ludzie, którzy to potrafią. I, co najważniejsze, chcą tę umiejętność zdobywać. Podobnie jak czytanie tradycyjnej mapy. Może i czytanie drukowanej gazety nie całkiem zaniknie. 

sobota, 11 lipca 2026

Wołyń 11 lipca 1943

       


Jan Bułhak, okolice Korostenia, Wołyń, przedwojenna pocztówka fotograficzna, lata 20. XX wieku



Juliusz Kossak, Wołyń, pocztówka przedwojenna, 1906 r.

Kazimierz Wierzyński - Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny

Ktokolwiek jesteś bez ojczyzny,
Wstąp tu, gdzie czekam po kryjomu:
W ugornej pustce jałowizny
Będziemy razem nie mieć domu.

Kto się zapatrzył w tamte strony,
Gdzie dotąd niebo nocą ciemną
Od łuny drży nieugaszonej,
Niech w noc tę głębiej idzie ze mną.

Komu się śnią włóczone kości
Przez psy na polach, gdzie rozpaczą
Brzozy odarte jeszcze płaczą,
Niech mi to wyzna w samotności.

Bo z mgieł jesiennych, przez ścierniska,
W badylach, perzu, kłębem pnączy
Szept jakiś z trudem się przeciska
I w samo serce, w krew się sączy.

Bo nie ma ziemi wybieranej,
Jest tylko ziemia przeznaczona,
Ze wszystkich bogactw - cztery ściany,
Z całego świata - tamta strona.

      W niedzielę 11 lipca 1943 roku w wyniku zmasowanego ataku oddziałów OUN -UPA w 93 miejscowościach na Wołyniu zamordowano tysiące Polaków. Napadów w różnych miejscowościach dokonywano np. w kościołach, gdzie mieszkańcy byli zgromadzeni na niedzielnej mszy. Tak było między innymi w Kisielinie, gdzie w kościele tego dnia zamordowano 90. Polaków.  Niedziela 11 lipca byłą najkrwawszym dniem rzezi wołyńskiej. W całym lipcu 1943 roku zamordowano ok. 11 tysięcy Polaków w 520 miejscowościach. W sumie z rąk OUN-UPA i ich sympatyków podczas kilkumiesięcznej rzezi na Wołyniu i w Galicji Wschodniej trwającej od lutego 1943 roku zginęło ok. 120 tysięcy Polaków. 



poniedziałek, 6 lipca 2026

Rozmyślania o poranku

       Nie żyje. Dlaczego nie żyje? Bo umarł. Dlaczego umarł? A któż to może wiedzieć! Może znudziło mu się żyć. Może był chory. Chory na świat i wszystko. Nie, nie można być chorym na wszystko. Niektórzy mówią, że boli ich dusza. Może i jego bolała. Więc zachorował na duszę albo na świat. Taka nowa jednostka chorobowa. Umarł, bo chorował, albo umarł, bo chciał. Znudziło mu się żyć. Znudziło mu się w ogóle wszystko. W sumie, tak patrząc z dystansem, życie jest nudne. Coś tam się dzieje, człowiek rzuca się tu i tam, próbuje tysiąca rzeczy, chce nie wiadomo czego, coś tam czasami się uda zrobić, osiągnąć, a wszystko przemija i dalej jest jałowo. Nudne to. Ileż można robić w kółko to samo? Wstawać, ubierać się, marnować czas na żarcie i wydalanie, sprzątać, rozmawiać... Najpierw uczyć się ileś lat, żeby potem pracować przez dziesiątki lat, a potem na emeryturze szukać sobie zajęcia, żeby się nie nudzić. I tak aż do końca. Nudne to. Myślę, że większość wynalazków powstała z nudów. W takich chwilach, gdy ktoś szukał sposobu na zajęcie się czymś, żeby nie umrzeć z nudów. To byłoby głupie: umrzeć z nudów. Co innego umrzeć na świat. To najlepsze wyjście, bardziej eleganckie. I takie arystokratyczne: UMRZEĆ NA ŚWIAT. Jak już trzeba, to przynajmniej niech to brzmi zamaszyście. Właściwie to znaczy wypiąć się na świat. Ha, ha, ha!  Swoją drogą, jak ktoś uważa, że go boli dusza, to przynajmniej czuje, że ją ma. To ciekawe, dusza nie ma ciężaru, ale gdy dusza boli, to nagle staje się ciężka i nie chce się wstać z łóżka, nogi ciężkie, wszystko ciężkie, jakby nabrało wagi wieloryba. Nic tak nie zmienia ciężaru życia jak ból. Wtedy wiele rzeczy i wiele spraw nabiera wagi. Albo traci na wadze. Wagi nabierają codzienne zwykłe czynności a na wadze tracą przerośnięte ambicje, aspiracje, zabieganie. O, właśnie! Nie tylko czas jest względny, jak udowadniał Einstein. Ciężar też jest względny, choć ciągle działa ta sama grawitacja. Ale nawet grawitacja nie pomoże utrzymać się w pionie, gdy ktoś chce się położyć na dobre. Tak do spodu, wypróbowując szorstkość podłoża. Ciekawe doświadczenie, którym z nikim się nie podzieli. Zresztą, po co? W ciągu życia zbiera się tyle doświadczeń, tyle wrażeń, a i tak nic z tego nie zostaje. Jeśli życie płynie jak rzeka, to człowiek jest jak sito, przez które ta woda się przelewa. Niczego nie potrafi zatrzymać. Więc może tylko śmierć jest naprawdę nasza własna i wreszcie trzymamy coś w garści.  

wtorek, 30 czerwca 2026

Polska tradycja Matki Boskiej Jagodnej

       Święto Matki Boskiej jagodnej wywodzi się z polskiej tradycji ludowej. Obchodzone 2 lipca połączone było z uroczystością Nawiedzenia świętej Elżbiety przez Najświętszą Maryję Pannę. Nawiedzenia, czyli udania się Maryi do świętej Elżbiety (matki świętego Jana Chrzciciela), która - według słów Archanioła Gabriela - była już w szóstym miesiącu ciąży. Maryja udała się do swojej krewnej wspomóc ją w tym okresie, a droga była daleka, ok. 150 km. Według legendy w drodze Matka Boża żywiła się leśnymi jagodami. 

      Święto Nawiedzenia zostało ustanowione w 1262 roku przez świętego Bonawenturę dla zakonu Franciszkanów, a w 1389 wprowadzone przez papieża Bonifacego w całym Kościele. Do 1969 roku święta Nawiedzenia i Jagodnej były obchodzone razem tego samego dnia, czyli 2 lipca. W 1969 roku papież Paweł VI przeniósł święto Nawiedzenia na 31 maja i odtąd Święto Matki Bożej Jagodnej zostało samo w dawnym lipcowym terminie. 

     Święto Jagodnej to polska tradycja związana ze zbiorem leśnych jagód. Chodzi o czarne jagody, czyli borówkę czarną, których zbiór przypada na koniec czerwca i początek lipca. Jednak tradycja głosi, że do 2 lipca nie należało zrywać jagód, ale też innych krzewiastych owoców, jak agrest czy porzeczki. Zakaz ten szczególnie przestrzegały kobiety w ciąży wierząc, że zapewni on zdrowie nienarodzonym jeszcze dzieciom. Tutaj myślę, że wierzenia zostały powiązane z czysto botaniczną obserwacją, że wcześniej te owoce mogą nie być całkiem dojrzałe i ich zjedzenie może przynosić szkodę dla organizmu, doprowadzając do rozstroju żołądka, wymiotów, bolesnych torsji i skurczów, a w konsekwencji w skrajnych przypadkach do poronienia. Dawniej nie znano jeszcze medycznego uzasadnienia dla szkodliwości niedojrzałych owoców, dlatego wiązano je z religijnym uzasadnieniem, co nie zmienia faktu, że reguły te miały efekt zdrowotny. 

      Niemniej Święto Matki Boskiej Jagodnej znalazło swoje stałe miejsce w kulcie religijnym, obyczajowości i nawet literaturze. Piękny wiersz napisał na przykład Leopold Staff:

Matka Boska Jagodna, Panienka Maryja,

która owocnym, rodnym drzewom sprzyja,

chodzi po sadzie kwitnącym i śpiewa,

pocałunkami budząc w wiosnę drzewa.

Nocą wieśniaczki jej śpiew słyszą we śnie,

wieść, aby jagód nie jadły przedwcześnie,

każdą jagodę z ust matce odjętą

da zmarłym dziatkom Panna w Jagód święto. 


       W Polsce w wielu miejscowościach Święto Matki Boskiej Jagodnej obchodzone jest nadal a nawet są sanktuaria, w których tego dnia odbywa się odpust. Jednym z nich jest sanktuarium maryjne w Krasnobrodzie. Tradycyjnie idą tam z okolic pielgrzymki. Na terenach, gdzie zbiory jagód leśnych są coroczną tradycją i sposobem zarobku - jagody można sprzedawać w punktach skupu - obchodzone są nawet lokalne święta jagodziaków, podczas których organizuje się jarmarki produktów lokalnych, prezentowane są pieśni ludowe i inne atrakcje. Znam dwie takie jagodne uroczystości: w miejscowości Bukowa na Lubelszczyźnie i w Horyńcu w woj. podkarpackim. 

      Sama postać Matki Bożej Jagodnej nabrała symbolicznych znaczeń, utrwalona w obyczajowości i tradycji doczekała się upamiętnienia we współczesnej poezji i muzyce popularnej, czego przykładem jest przepiękna pieśń w wykonaniu chóralnym z solistą Maciejem Miecznikowskim. Przyznaję, że mocno mnie to wykonanie wzruszyło w dużej mierze za sprawą wspaniałego głosu solisty.


Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
to Ty dojrzewających jagód czerwień
zanosisz w niebie dla dzieciaków, 
którym kostucha życie przerwie
nim da spróbować jagód smaku.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
tak łatwo potknąć się o kamień,
tak łatwo o kamienia brak,
choć nie chcę to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak,
tak łatwo nie trafić przypadkiem
do oczu, gdy z innej są gliny,
gdy słów brak mogących być kładką
nad przepaścią serca dziewczyny.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
kiedy czerwienisz owoce jagód,
zmień jej oczy, co od szronu chłodne,
zmień jej śmiech, co wężowym jadem,
w słowa, które kochania są głodne.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
jak trudno już nigdy nie wstawać,
jak trudno co dzień rano wstać,
daj, Boże, by zamiast dostawać,
tej jednej móc cały świat dać,
tak trudno potknąć się o kamień,
tak trudno o kamienia brak,
choć nie chcę, to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak.

Matko Boska Jagodna
Matko Boska Jagodna
kiedy czerwienisz owoce jagód....itd.

Słowa: Zbigniew Książek
Muzyka: Bartłomiej Gliniak

wtorek, 23 czerwca 2026

Dyrygent

      Ostatnio w komentarzach pojawił się wątek słynnej kompozycji Ravela Bolero. Kiedyś czytałam, że jest to jeden z najczęściej granych utworów na świecie. Nie da się zaprzeczyć, że znają go nie tylko miłośnicy muzyki klasycznej. 18 powtarzanych w kółko taktów mogłoby być nudne, ale nie jest. Za każdym razem, gdy włączam Bolero, obiecuję sobie, że tylko kilka chwil i zaraz wyłączam. No bo ileż razy można?! I za każdym razem słucham do samego końca. Ta powtarzalna sekwencja przejmowana przez kolejne instrumenty, a na koniec rozbrzmiewająca całą orkiestrą jest wprost hipnotyzująca. 

      A jeszcze gdy ma się w pamięci kilka rewelacyjnych wykonań baletowych na czele z równie hipnotyzującą choreografią Maurice`a Bejarta, (w której tańczyła między innymi primabalerina Maja Plisiecka) tym bardziej aż trudno uwierzyć, że tak prosta kompozycja zyskała właściwie status światowego kultowego przeboju. Dowodem na to było wybranie - oczywiście skróconej wersji - utworu do zwycięskiego tańca na lodzie przez parę Torvill - Dean, którzy zdobyli olimpijskie złoto w 1984 roku. 

        Być może więc mając w pamięci muzykę, słysząc ją, zmieńmy perspektywę i zamiast koncentrować się na orkiestrze, popatrzmy na dyrygenta. Co z tą muzyką potrafi on zrobić. Czy dla dyrygenta Bolero jest bardziej wyzwaniem, czy raczej przyjemnością? A może jednym i drugim? Czy dyrygent prowadząc orkiestrę  myśli więcej o słuchaczach, czy raczej o kompozytorze, jego pomyśle kompozycyjnym i autonomii muzyki wobec świata?

     W każdym razie Sergiu Celibidache z dyrygowania Bolerem zrobił osobny spektakl, który równie magnetyzująco przykuwa uwagę, jak sama muzyka. Klip ten zamieszczałam już kilka lat temu, ale nie odmówię sobie tej przyjemności, że obejrzę i zamieszczę go ponownie z dedykacją dla wszystkich tych, którzy kochają Bolero. 

czwartek, 18 czerwca 2026

Moc bębnów

     Poszłam sobie na koncert bębnienia. Wielkie, ogromne, prawie dwa metry średnicy, stać wokoło i bębnić na jednym może z dziesięć osób jednocześnie. Kto miał ochotę, mógł sam spróbować, zanim doszło do końcowego koncertu. Powiem wam: wielka moc jest w bębnie. A już w kilku tak wielkich, na jakich gra Orkiestra Wielkich Bębnów, to już supermoce są prawie jak mistrzów Jedi. Bębnienie było słychać z daleka, więc i trafić nie było trudno. I wcale nie było to nazbyt głośne, bo był rytm, był znajoma nuta, był śpiew. Członkowie orkiestry bębnili z zapałem wcale nie odbębniając swojego zadania. Powstałą z tego całkiem ciekawa muzyka o zamierzchłych ludowych, może nawet jakichś prasłowiańskich rytmicznych tańcach. Było w tym coś pierwotnego i magicznego zarazem. Myślę, że takim bębnieniem naprawdę można by było wzywać słońce przed świtem i wybębnić kolejny dzień. 

    Na klipie nie jest to ten koncert, na którym byłam, ale daje przedsmak wrażeń. Z koncertu, na którym byłam nie znalazłam nagrania, a szkoda. 

środa, 10 czerwca 2026

Klezmerskie trio

     Najwyższy już czas rozpocząć sezon koncertowy.  Gdy filharmonie, teatry, opery właśnie kończą programowy sezon, zaczęłam rozglądać się za letnimi propozycjami. Znalazłam koncert zespołu, którego słucham już od kilkunastu lat, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć i posłuchać na żywo. Wreszcie nadarzyła się okazja. 

     Kroke w języku jidysz znaczy Kraków. Zespół został założony przez trzech absolwentów krakowskiej Akademii Muzycznej (Tomasz Kukurba, Jerzy Bawoł, Tomasz Lato) w 1992 roku. Trzon stanowi więc trio muzyków grających na altówce, akordeonie i kontrabasie. Altowiolista gra też na flecie i czasami śpiewa, choć zespół w zasadzie ma charakter instrumentalny. Współpracowali jednak z wieloma różnymi śpiewającymi wykonawcami. I wtedy zmieniał się nieco charakter ich muzyki. Podstawą jest muzyka klezmerska z elementami etnicznymi, folkowymi, jazzowymi. Tworzyli też muzykę do filmów i spektakli teatralnych. 

     W ostatnią niedzielę zespół wystąpił w Zamościu na zakończenie Jarmarku Hetmańskiego na Rynku Wielkim obok Ratusza. Przy tej okazji okazało się, że jeden z członków zespołu (chyba Kukurba, o ile zdołałam dobrze usłyszeć i zapamiętać) współpracował z pochodzącym z Zamościa Markiem Grechutą. 

      Żywiołowy i mocno w charakterze klezmerskim koncert niósł dalekie echa muzyki tęsknej, a zarazem energicznej, radosnej, a zarazem nostalgicznej, pustynnego płaczu i wędrówki. Tak to właśnie odebrałam. Zespół przypomniał swoje dawne przeboje i nowsze fragmenty większych kompozycji, jak np. muzykę ze spektaklu Rejwach, granego w Teatrze Żydowskim w Warszawie.  Nogi same chodziły i wybijały rytm u wielu obecnych na widowni. 

      Słuchając aż chciało się gdzieś powędrować w daleki świat, poszukać pierwotnych źródeł sztuki.  Tymczasem zaś spojrzałam na okalające Rynek kamienica - na samym szczycie  okna poddaszy były otwarte na oścież, choc zasłonięte storami lub zasłonami od słońca. Ktoś tam jednak także słuchał, bo nagłośnienie było potężne. Część słuchaczy usadowiła się na wysokich schodach prowadzących do Ratusza. Stamtąd mieli widok na cały plac i mogli też słuchać. Ja grzecznie zasiadłam na krzesełku przed sceną. Był już wieczór i słońce nie paliło tak mocno. 

      Przypomniałam sobie, jak pierwszy raz usłyszałam o zespole w radiu. Nagrywali wtedy i występowali z pieśniarką z Mongolii Urą  Chahar Tughi. Później jeszcze słuchałam ich w różnych transmisjach z festiwali. No i teraz udało się na żywo nie tylko posłuchać, ale i zobaczyć. Patrzenie poszerza wrażenia słuchowego odbioru muzyki. Widać, jak muzycy tworzą jeden organizm ze swoimi instrumentami. Czułość i wirtuozeria idą w parze. Jeszcze mam w uszach tęskne dźwięki akordeonu, głębokie rytmy kontrabasu i długie, szerokie melodie altówki. 



czwartek, 4 czerwca 2026

Procesyjnie

      W 1264 roku papież Urban IV bullą Transiturus de hoc mundo oficjalnie ustanowił święto Bożego Ciała. Jednocześnie papież poprosił św. Tomasza z Akwinu o napisanie pieśni na uczczenie nowego święta. Akwinata napisał pięć utworów: Adoro te devote (Zbliżam się w pokorze, tłum. ks. L Skowronek), Lauda, Sion, Salvatorem (Chwal, Syjonie, Zbawiciela, tłum. ks. T. Karyłowski), Pange, lingua, gloriosi (Chwal, języku, tajemnicę,  było kilku tłumaczy, ale śpiewa się według ks. Karyłowskiego), Sacris solemniis (Z dniem świętym, tłum. L. Staff), Verbum supernum (Słowo najwyższe, tłum. ks. T. Karyłowski). Niektóre fragmenty hymnów usamodzielniły się jako odrębne pieśni wykonywane dosyć często i nie zawsze pamięta się, że wywodzą się ze święta ku czci Bożego Ciała, a ich autorem jest św. Tomasz z Akwinu. I tak ostatnie dwie zwrotki Pange, lingua śpiewane są podczas adoracji Najświętszego Sakramentu jako Przed tak Wielkim Sakramentem (Tantum ergo Sacramentum), a z kolei na zakończenie adoracji wykonuje się O Zbawcza Hostio (O Salutaris Hostia), co jest ostatnim fragmentem hymnu Verbum supernum. Słowa obu pieśni w tłumaczeniu ks. Karyłowicza. 

       W Polsce święto przyjęło się od XIV wieku, zyskując szczególnie bogatą oprawę procesyjną: sypanie kwiatów, feretrony, ołtarze. Układa się słynne kwietne dywany w Spycimierzu i innych miejscowościach. Dawne procesje szczególnie na Podhalu czy łowickie gromadziły ludność w ludowych strojach. 

      Klasyczne wersje hymnów oraz muzyczne wersje wybitnych kompozytorów zamieszczałam już w poprzednich latach: TUTAJ  i  TUTAJ . Dlatego dzisiaj coś innego i nowego. Owszem, kompozytor również znany, właściwie klasyk, ale - mówiąc potocznie - z innej bajki. Isaac Manuel Francisco Albéniz (1860 - 1909) był jednym z ważnych twórców hiszpańskiej muzyki narodowej. Był genialnym dzieckiem, studia w konserwatorium rozpoczął w wieku dziewięciu lat. Poza tym miał niespokojną duszę, dwa razy uciekał z domu, wyruszył w podróż na drugą półkulę do Ameryki Południowej. Mieszkał i komponował w różnych miastach Europy: od Barcelony i Madrytu, przez Londyn, Paryż i Niceę, a wraz z Lisztem, u którego doskonalił technikę pianistyczną, zwiedził Weimar, Pragę, Wiedeń, Budapeszt.  

      Dziełem życia Albéniza jest suita Iberia, skomponowana w latach 1905 - 1908, której jedna część nosi tytuł Corpus Christi en Sevilla (El Corpus en Sevilla). Suita  powstała na fortepian, lecz szybko doczekała się wielu różnorodnych transkrypcji na inne instrumenty (gitarę) i orkiestrowe. Jest to jakby muzyczny zapis atmosfery procesji na Boże Ciało w Sevilli. Kompozycja oddaje na początku radosne przygotowania i nastroje ludzi oczekujących na procesję, trochę ulicznego gwaru, przechodzących pokutników aż stopniowo się wycisza, ulica pustoszeje, nastaje podniosłe oczekiwanie i daleki odgłos kościelnych dzwonów. 

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Grały dwa Michały

     Michał Górczyński i Michał Marecki, czyli zespół Braty - laureaci Konkursu Muzyki Folkowej "Nowa Tradycja" 2026, na którym otrzymali Nagrodę Programu II Polskiego radia oraz Nagrodę Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca. 

       Nie umiem wyciąć kawałka z całego koncertu, więc Braty na początku, a potem lecą dalej inni laureaci. Braty występują mniej więcej od 12:30 do 21: 00. Można powiedzieć, że to taki folk psychodeliczny. Klarnet kontrabasowy niesamowity. Pierwszy raz słyszę w takiej odsłonie. Czy będzie płyta? Kupiłabym.

piątek, 29 maja 2026

Kontakty pozorowane

       Przeczytałam kiedyś anegdotę o Sokratesie (być może to było u Diogenesa Laertiosa, ale nie jestem pewna), że gdy ktoś go zatrzymał na ulicy, chcąc pilnie coś opowiedzieć, filozof zadał trzy pytania:

- Czy od tego, co chcesz powiedzieć, zależy czyjeś życie?

- Czy to, co chcesz mi powiedzieć, posłuży do mojego lub twojego rozwoju?

- Czy wiedza o tym, co chcesz powiedzieć, jest niezbędna do życia? 

Na wszystkie pytania rozmówca Sokratesa odpowiedział "Nie". 

- Więc mnie nie zatrzymuj i nic mi nie mów - odparł Sokrates. 

       Gdyby tak zastosować tę metodę do tego, co czytamy. Do tego mnóstwa książek, które nie zasługują na poświęcany im  czas. Tak samo potrzebna by była selekcja tego, co czytamy w Internecie. Tego, co oglądamy i słuchamy: w telewizji, radiu. 

       Gdyby tak zastosować tę metodę w codziennych kontaktach. Ileż czasu zaoszczędzilibyśmy na codziennych rozmowach o niczym. Nie rozumiem, jak można godzinami gadać przez telefon i wałkować w kółko te same tematy. Tak samo nużą mnie długie posiadówki przy stole, tematy kończą mi się po pół godzinie i dalej to już tylko znużenie, zwłaszcza, że niektórzy mają stały repertuar wątków. W rozmowach powtarzają się wciąż te same treści. Nic nowego, żadnego rozwoju, pogłębienia.

        Kierat - to właściwe słowo na określenie zachowania kogoś, kto kręci się w kółko. Także w sensie mentalnym. Pozornie rozważa, rozmyśla, dyskutuje, a w rzeczywistości błądzi po kole, zapętla się w sobie, powtarza schematy, wytrychy, stereotypizuje rzeczywistość. 

       Umiejętność ostrej selekcji bodźców do pewnego stopnia mamy wrodzoną, to specyfika działania mózgu. Lecz cywilizacja znacznie przerosła pierwotne naturalne możliwości organizmu i trzeba się uciec do narzędzi bardziej skutecznych. Przydałby się brzytwa Ockhama nie tylko w wyjaśnianiu zjawisk, ale i eliminowaniu w naszym życiu tego, co niczemu nie służy. 

       Może być naprawdę ostro, gdyby zechcieć zastosować tak dosłownie. Całe fury książek bezużytecznych na przemiał, całe pliki nijakich filmów do wymazania, terabajty pamięci o bzdurach do skasowania. Dziesiątki tysięcy pseudodziennikarzy na bruk, wszystkich tak zwanych influencerów do pracy, a polityków... w kosmos. 

       No a w codziennym życiu kilka znajomości by się skończyło, kilka kontaktów urwało, kilka numerów telefonów skasowało.  Ale przecież każdemu zależy na tym, żeby życie było prawdziwe, a nie złożone z pozornych aktywności okraszonych płytkosłowiem, czyż nie? 

niedziela, 24 maja 2026

Veni, Creator Spiritus

       Zesłanie Ducha Świętego, Pięćdziesiątnica, Zielone Świątki... Obowiązkowo śpiewa się Hymn do Ducha Świętego - Veni, Creator Spiritus. Tekst, właściwie anonimowy, choć autorstwo przypisywane jest benedyktyńskiemu mnichowi Hrabanowi Maurowi, pochodzi z IX wieku. Poza tradycyjną chorałową śpiewaną wersją muzykę do niego komponowali wielcy kompozytorzy kolejnych epok aż do czasów współczesnych. Gustav Mahler włączył słowa hymnu do monumentalnej VIII Symfonii, zwanej Symfonią Tysiąca. Maurice Duruflé, zmarły w 1986 r. francuski organista i kompozytor, napisał organową wariację na temat chorału Veni, Creator Spiritus. Tym razem jednak sięgnę do utworu wcześniejszego. 

       Niccolo Jommelli (1714 - 1774) to włoski kompozytor, autor wielu oper komponowanych na zamówienie dla włoskich miast, między innymi Bolonii, Ferrary, Padwy, Neapolu, Rzymu, Wenecji. Komponował również oratoria i kantaty oraz utwory religijne. Z dosyć słabo udokumentowanych źródeł wynika, że przez pewien czas przebywał w Wenecji, potem zaś w Rzymie. Następnie przez piętnaście lat pełnił funkcję kapelmistrza u księcia Karla Eugena Wirtemberskiego w Stuttgarcie (1753 - 1768), gdzie w 1763 roku podczas swojej podróży odwiedził go Wolfgang Mozart podróżujący z ojcem Leopoldem. Ostatnie lata życia spędził w Neapolu, gdzie zmarł. 

      Utwór Jommellego powstał w okresie pobytu kompozytora w Rzymie w latach 1750 - 1753.  Trzyczęściowa kompozycja została napisana na sopran solowy, chór mieszany, orkiestrę smyczkową i continuo. Uwagę zwraca zwłaszcza dominująca, dynamiczna i wirtuozowska partia solowa sopranu. Spośród kilku wysłuchanych nagrań to wydaje mi się najbardziej przystępne dla ucha. 

piątek, 15 maja 2026

Między tekstem a pieśnią

      Władysław Żeleński (1837 - 1921) komponował utwory orkiestrowe, opery i pieśni. Do dziś w żelaznym repertuarze wykonawców znajdują się jego pieśni skomponowane do słów wybitnych polskich poetów: Kazimierza Przerwy - Tetmajera (A kiedy będziesz moją żoną), Zygmunta Krasińskiego (Elegia), Józefa Ignacego Kraszewskiego (Pieśń Jaruhy), Marii Konopnickiej (Na fujarce), Adama Mickiewicza (Te rozkwitłe ciche drzewa) i wielu innych. W dorobku kompozytora znajduje się między innymi Pieśń majowa do słów Mariana Gawalewicza. Zapis partytury  z tekstem w języku polskim i niemieckim ukazał się ok. 1900 roku w wydawnictwie Gebethnera i Wolffa. 


Utwór na chór i głosy solowe jest chyba rzadko wykonywany, bo nie udało mi się znaleźć nagrania. Dlatego niejako w zastępstwie do posłuchania kompozycja do wiersza Przerwy - Tetmajera Na Anioł Pański biją dzwony.