W katastrofie samolotu zginął niemal cały Chór Aleksandrowa! Zginęło 64 muzyków wraz z dyrygentem. Samolot runął do Morza Czarnego. Zawsze miałam nadzieję, że kiedyś wybiorę się na ich koncert,już w ubiegłym roku było blisko, gdy przyjechali do Polski na występy, a teraz... teraz nie ma szans!
Nazwa chóru, powołanego w 1928 r. pochodzi od założyciela Aleksandra Aleksandrowa.
Klik! - O czym piszę gdzie indziej - okolice książek
niedziela, 25 grudnia 2016
czwartek, 15 grudnia 2016
Świąteczny już czas
Ach, jak się zasłuchałam!
Koncertem kolęd wschodnisłowiańskich w wykonaniu chóru Perfectum z Kijowa rozpoczęłam na dobre czas przedświąteczny. To akurat nagranie z ich koncertu w Lublinie sprzed prawie roku, ale śpiewali to samo. Też tę polska kolędę w kołysankowej aranżacji, która dzisiaj brzmiała o wiele dłużej niż na załączonym nagraniu. Dlatego rozmarzyliśmy się, zasłuchali, wzruszyli wszyscy. Słyszycie ten głos solisty? Przepiękny wysoki tenor, prawie altowy, to najbardziej aktywny w dzisiejszym koncercie śpiewak Anatolij Pogrebnyj. Miał kilka takich solówek. Momentami popisywał się jak drugi Kiepura. A ja czekałam na innego, którego pamiętam z poprzedniego koncertu. Wtedy wspaniałą solówką popisał się Taras Mendel, bas, ale wówczas były to inne pieśni. O tamtym koncercie i więcej o samym chórze pisałam TUTAJ Można sobie przypomnieć. Nie miałam przykładowych nagrań, żeby pokazać, jak śpiewają. Teraz mam większy wybór. Panowie przywieźli też ze sobą dwie płyty. Jedną z kolędami, którą zaprezentowali na koncercie i drugą najnowszą z różnymi pieśniami o charakterze świeckim, ukraińskimi dumkami, w tym słynnej pieśni o atamanie (Lubo, Bratcy, lubo), ale też chorałem gregoriańskim czy neapolitańską O sole mio. Z tej najnowszej płyty na zakończenie koncertu panowie brawurowo zaśpiewali Hej, sokoły, bo jakżeż przyjechać z Ukrainy i o tęsknocie do niej nie zaśpiewać!
Przegrałam całą płytę, niestety, nie umiem wstawić muzyki z dysku komputera.Nie widzę takiej opcji na bloggerze, a pamiętam, że na bloog.pl mogłam to zrobić bez problemu. Wśród nagrań mam teraz też przejmujące Nie dla mienia, które tak mnie zauroczyło poprzednim razem.
Koncertem kolęd wschodnisłowiańskich w wykonaniu chóru Perfectum z Kijowa rozpoczęłam na dobre czas przedświąteczny. To akurat nagranie z ich koncertu w Lublinie sprzed prawie roku, ale śpiewali to samo. Też tę polska kolędę w kołysankowej aranżacji, która dzisiaj brzmiała o wiele dłużej niż na załączonym nagraniu. Dlatego rozmarzyliśmy się, zasłuchali, wzruszyli wszyscy. Słyszycie ten głos solisty? Przepiękny wysoki tenor, prawie altowy, to najbardziej aktywny w dzisiejszym koncercie śpiewak Anatolij Pogrebnyj. Miał kilka takich solówek. Momentami popisywał się jak drugi Kiepura. A ja czekałam na innego, którego pamiętam z poprzedniego koncertu. Wtedy wspaniałą solówką popisał się Taras Mendel, bas, ale wówczas były to inne pieśni. O tamtym koncercie i więcej o samym chórze pisałam TUTAJ Można sobie przypomnieć. Nie miałam przykładowych nagrań, żeby pokazać, jak śpiewają. Teraz mam większy wybór. Panowie przywieźli też ze sobą dwie płyty. Jedną z kolędami, którą zaprezentowali na koncercie i drugą najnowszą z różnymi pieśniami o charakterze świeckim, ukraińskimi dumkami, w tym słynnej pieśni o atamanie (Lubo, Bratcy, lubo), ale też chorałem gregoriańskim czy neapolitańską O sole mio. Z tej najnowszej płyty na zakończenie koncertu panowie brawurowo zaśpiewali Hej, sokoły, bo jakżeż przyjechać z Ukrainy i o tęsknocie do niej nie zaśpiewać!
Przegrałam całą płytę, niestety, nie umiem wstawić muzyki z dysku komputera.Nie widzę takiej opcji na bloggerze, a pamiętam, że na bloog.pl mogłam to zrobić bez problemu. Wśród nagrań mam teraz też przejmujące Nie dla mienia, które tak mnie zauroczyło poprzednim razem.
niedziela, 11 grudnia 2016
O Zofii Stryjeńskiej na wylot
Najpierw natrafiłam na audycję. Na okoliczność - nie pamiętam jaką - przepytywana była autorka książki o malarce. W trakcie padły zdania, cytaty, których język świadczył o niepospolitej inwencji i plastyczności. Pomyślałam: "Może być ciekawe". A potem dostałam książkę w prezencie. I znalazłam w niej te cytowane w audycji zdania. To, co przedstawiało się jako ciekawe słuchowo, okazało się fascynujące także w czytaniu.
O Zofii Stryjeńskiej coś tam się wie, zna się jej obrazy, projekty, wzornictwo, ale bez szczegółów. Angelika Kuźniak szczegóły te zgłębiła i opisała w książce Stryjeńska. Diabli nadali. Materiał miała doskonały, bo przez wiele lat Stryjeńska pisała pamiętnik. To z niego wyłania się autoportret kobiety niezwykle niezależnej, oryginalnej i - dzisiejszym językiem mówiąc - kreatywnej tak w sztuce, jak w codziennym życiu. Malarstwo było jej największą miłością, o czym świadczy choćby fakt, że w męskim przebraniu i fałszywymi dokumentami na nazwisko Tadeusza Grzymały studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Studia przerwała, gdy z podsłuchanej rozmowy wywnioskowała, że grozi jej zdemaskowanie. Sukienkę i pieniądze na powrót do domu przywiozła jej matka.
Tak samo nieobliczalna była Stryjeńska w każdym innym przypadku. Pierworodną córkę Magdę, gdy ma zaledwie 14 miesięcy, zostawia z dziadkami, a sama z mężem wyjeżdża do Paryża. W przypadku synów bliźniaków bardzo chciała wychowywać ich sama i być blisko nich, ale też nie zawsze było to możliwe. Z mężem, Karolem Stryjeńskim to się rozstawała, to godziła, to wyjeżdżała, to on wyjeżdżał, innym razem na jego oczach drze swoje prace, żeby kochał ją dla niej samej, a nie za talent malarski, on zaś zamyka ją w szpitalu dla nerwowo chorych. I tak wielokrotnie. Burzliwy to był związek. Trudne relacje z bliskimi zajmują w książce wiele miejsca. Obok nich zaś dużo ciekawostek z życia artystycznej przedwojennej bohemy.
Stryjeńska miała niebywały dar obserwacji i wspaniale obrazuje w języku swój punkt widzenia na jakąś kwestię czy postać. Jak choćby wrażenie ze spotkania z Olgą Boznańską: ... nie mogę powiedzieć, żeby p. Olga nie była wściekle stylowa - tylko że, psiakość, opóźniła swą aktualność o pół wieku. Z Paryżem wiąże się chyba największy sukces Stryjeńskiej, jaki odniosła na Międzynarodowej Wystawie Wzornictwa, na którą do polskiego pawilonu wykonała olbrzymie pannneau Dwanaście miesięcy. Sama Stryjeńska i inni polscy artyści zdobyli wówczas wszystkie najważniejsze nagrody. Inny przez wiele lat tworzony cykl jej autorstwa to Bożki słowiańskie. Uważała go za największe swoje dzieło, skoro woziła ze sobą wszędzie, o ile pieniądze pozwalały, a kiedy nie pozwalały, przechowywała kartony z rysunkami w skrzyni w przechowalniach zostawiane w zastaw i wykupowane w przypływie gotówki.
Zofia Stryjeńska, z domu Lubańska, jawi się na kartach książki jako kobieta z krwi i kości. Artystka, owszem, ale też kobieta zakochana i wyzwolona jednocześnie, kochająca i ironiczna, poświęcająca się sztuce i zmagająca się z nędzą. Jako artystka przeżyła wielki tryumf i wielkie rozczarowanie. Jako matka przeżywała wszelkie niepokoje macierzyństwa w tym największą tragedię: niespodziewaną śmierć syna. Jako Polka była dumna, a po wojnie wylądowała na emigracji, z której nigdy nie wróciła. Była dworcową madonną i nomadem - mówi o niej wnuczka Martine. Lektura książki Angeliki Kuźniak to wejście w świat daleki od naszej współczesnej codzienności, chociaż nie szczędzi nam frustracji podzielanej z bohaterką, gdy ta przeżywa kolejne kłopoty, finansowe zapaści, popada w depresję, wyrywa się ograniczeniom. Ale była to piękna podróż. Jak wracać teraz do materialistycznej codziennej uganiaczki, gdy łeb przydałoby się posypać popiołem i zawyć? Ale gdzie zawyć i za co? Nie ma rady - trza tkwić na miejscu i brnąc dalej z dnia na dzień, póki nie nadejdzie finisz. (zapisek Zofii Stryjeńskiej po śmierci matki)
O Zofii Stryjeńskiej coś tam się wie, zna się jej obrazy, projekty, wzornictwo, ale bez szczegółów. Angelika Kuźniak szczegóły te zgłębiła i opisała w książce Stryjeńska. Diabli nadali. Materiał miała doskonały, bo przez wiele lat Stryjeńska pisała pamiętnik. To z niego wyłania się autoportret kobiety niezwykle niezależnej, oryginalnej i - dzisiejszym językiem mówiąc - kreatywnej tak w sztuce, jak w codziennym życiu. Malarstwo było jej największą miłością, o czym świadczy choćby fakt, że w męskim przebraniu i fałszywymi dokumentami na nazwisko Tadeusza Grzymały studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Studia przerwała, gdy z podsłuchanej rozmowy wywnioskowała, że grozi jej zdemaskowanie. Sukienkę i pieniądze na powrót do domu przywiozła jej matka.
Tak samo nieobliczalna była Stryjeńska w każdym innym przypadku. Pierworodną córkę Magdę, gdy ma zaledwie 14 miesięcy, zostawia z dziadkami, a sama z mężem wyjeżdża do Paryża. W przypadku synów bliźniaków bardzo chciała wychowywać ich sama i być blisko nich, ale też nie zawsze było to możliwe. Z mężem, Karolem Stryjeńskim to się rozstawała, to godziła, to wyjeżdżała, to on wyjeżdżał, innym razem na jego oczach drze swoje prace, żeby kochał ją dla niej samej, a nie za talent malarski, on zaś zamyka ją w szpitalu dla nerwowo chorych. I tak wielokrotnie. Burzliwy to był związek. Trudne relacje z bliskimi zajmują w książce wiele miejsca. Obok nich zaś dużo ciekawostek z życia artystycznej przedwojennej bohemy.
Stryjeńska miała niebywały dar obserwacji i wspaniale obrazuje w języku swój punkt widzenia na jakąś kwestię czy postać. Jak choćby wrażenie ze spotkania z Olgą Boznańską: ... nie mogę powiedzieć, żeby p. Olga nie była wściekle stylowa - tylko że, psiakość, opóźniła swą aktualność o pół wieku. Z Paryżem wiąże się chyba największy sukces Stryjeńskiej, jaki odniosła na Międzynarodowej Wystawie Wzornictwa, na którą do polskiego pawilonu wykonała olbrzymie pannneau Dwanaście miesięcy. Sama Stryjeńska i inni polscy artyści zdobyli wówczas wszystkie najważniejsze nagrody. Inny przez wiele lat tworzony cykl jej autorstwa to Bożki słowiańskie. Uważała go za największe swoje dzieło, skoro woziła ze sobą wszędzie, o ile pieniądze pozwalały, a kiedy nie pozwalały, przechowywała kartony z rysunkami w skrzyni w przechowalniach zostawiane w zastaw i wykupowane w przypływie gotówki.
Zofia Stryjeńska, z domu Lubańska, jawi się na kartach książki jako kobieta z krwi i kości. Artystka, owszem, ale też kobieta zakochana i wyzwolona jednocześnie, kochająca i ironiczna, poświęcająca się sztuce i zmagająca się z nędzą. Jako artystka przeżyła wielki tryumf i wielkie rozczarowanie. Jako matka przeżywała wszelkie niepokoje macierzyństwa w tym największą tragedię: niespodziewaną śmierć syna. Jako Polka była dumna, a po wojnie wylądowała na emigracji, z której nigdy nie wróciła. Była dworcową madonną i nomadem - mówi o niej wnuczka Martine. Lektura książki Angeliki Kuźniak to wejście w świat daleki od naszej współczesnej codzienności, chociaż nie szczędzi nam frustracji podzielanej z bohaterką, gdy ta przeżywa kolejne kłopoty, finansowe zapaści, popada w depresję, wyrywa się ograniczeniom. Ale była to piękna podróż. Jak wracać teraz do materialistycznej codziennej uganiaczki, gdy łeb przydałoby się posypać popiołem i zawyć? Ale gdzie zawyć i za co? Nie ma rady - trza tkwić na miejscu i brnąc dalej z dnia na dzień, póki nie nadejdzie finisz. (zapisek Zofii Stryjeńskiej po śmierci matki)
poniedziałek, 5 grudnia 2016
Dylematy
11 grudnia Max Emanuel Cencic w Gdańsku
Bomsori Kim 16 i 17 grudnia w Warszawie
Vincent Dumestre od 18 stycznia 2017 działa w Krakowie
Max Emanuel Cencic z Julią Leżniewą 27 stycznia w Krakowie
i ponownie Cencic w Krakowie 2 lutego
Andres Staier 24 lutego w Katowicach
Czech Philharmonic pod Belohlavkiem 16 marca w Warszawie
i ponownie Leżniewa w Stabat Mater Pergolesiego w Krakowie 14 kwietnia
Ensemble Matheus pod Spinosim w Krakowie 15 kwietnia
Tymczasem uskuteczniam czytelnictwo TUTAJ
Bomsori Kim 16 i 17 grudnia w Warszawie
Vincent Dumestre od 18 stycznia 2017 działa w Krakowie
Max Emanuel Cencic z Julią Leżniewą 27 stycznia w Krakowie
i ponownie Cencic w Krakowie 2 lutego
Andres Staier 24 lutego w Katowicach
Czech Philharmonic pod Belohlavkiem 16 marca w Warszawie
i ponownie Leżniewa w Stabat Mater Pergolesiego w Krakowie 14 kwietnia
Ensemble Matheus pod Spinosim w Krakowie 15 kwietnia
Tymczasem uskuteczniam czytelnictwo TUTAJ
sobota, 3 grudnia 2016
ARTE po polsku
Kanał ARTE nadaje po polsku w systemie VOD, nie wiem, od kiedy, chyba od niedawna, ale teraz można oglądać programy i filmy z polskimi napisami. Oglądam właśnie film o Van Goghu i Gauguinie z serii "Wielkie pojedynki sztuki".
Można sobie włączyć, kiedy ma się ochotę i obejrzeć dowolny program.
http://www.arte.tv/guide/pl/
Wiem sprawdziłam, od 22 listopada nadają z polskimi napisami. Jestem spóźniona 12 dni.
Można sobie włączyć, kiedy ma się ochotę i obejrzeć dowolny program.
http://www.arte.tv/guide/pl/
Wiem sprawdziłam, od 22 listopada nadają z polskimi napisami. Jestem spóźniona 12 dni.
wtorek, 22 listopada 2016
Sposób na książkę
W dobie nadmiaru publikacji decyzja o kupieniu książki bywa trudniejsza niż wybór sukienki, płytek do łazienki i koloru samochodu razem wziętych. Na własny użytek wypracowałam sposoby, które w wersji ostatecznej stosuję, gdy rzecz dotyczy dzieła całkowicie nieznanego. Ocena jest procesem niezwykle złożonym, wielowarstwowym i rozgrywającym się częściowo na poziomie podświadomości, ale w skrócie wygląda następująco.
Po pierwsze, okładka, bo ona rzuca się w oczy jako pierwsza. Okładka nie może być trywialnym zdjęciem jak fotos filmowy. No przykro mi, Szanowni Wydawcy, ale brak inwestowania w grafika, wyręczanie się nachalnym realizmem z góry przekreśla moje zainteresowanie. A jeszcze gdy tytuł wysmażony został połyskującymi złotymi lub srebrnymi literami, czym prędzej odwracam oczy. Okładka powinna przyciągać a nie razić odblaskowym światłem. I nie interesuje mnie przeładowana szczegółami ornamentyka. Przede wszystkim sam tytuł powinien być widoczny oraz nazwisko autora. TA okładka, utrzymana w odcieniach ciemnego, niepokojącego błękitu wpadającego w zieleń zmierzchu, nie rozprasza nadmiarem kształtów, zostawiając pole na tytuł napisany wyrazistym pomarańczowym kolorem odcinającym się od tła.
Po drugie, właśnie tytuł. Z pisarzami bywa różnie, mają swoje pomysły na książki, więc i tytuły są dziełem autorskiej inwencji. Bywa, że tytuł ostateczny pojawia się na samym końcu, jako wynik procesu twórczego. Zawsze uważałam i nadal twierdzę, że najlepsze tytuły, jeśli chodzi o beletrystykę, umiał nadawać Hemingway. Taki zwrot: Gdy będziemy zasypiali zawiera wszystko, co potem rozwijane jest na stronach opowiadania, ale sam wystarcza, by poczuć emocje towarzyszące lekturze. W przypadku książek niebeletrystycznych, reportażowych czy esejów, częstą metodą jest wykorzystywanie tytułu jednego z fragmentów. Pochwała nudy Brodskiego to doskonały przykład. Niby tytuł jednego eseju, okolicznościowego wykładu, a w kontekście całości ileż nabiera dodatkowych znaczeń w związku z kondycją pisarza i człowieka w ogóle. TA książka również, ponieważ złożona z krótkich i bardzo krótkich fragmentów, które można czytać całkowicie niezależnie, na okładce proponuje tytuł jednego z nich, umiejscowiony adekwatnie do treści w miejscu centralnym, skomponowany schodkowo w trzech linijkach: Oficjalne centrum świata.
Po trzecie, autor. Nie rozważam tu sytuacji, gdy autora i jego twórczość znamy, a nowy nabytek ma tylko uzupełnić już zapoczątkowaną kolekcję. Problem pojawia się, gdy autora nie znamy, albo... gdy nam się wydaje, że go nie znamy, nigdy o nim nie słyszeliśmy, a w pamięci brak jakichkolwiek skojarzeń. Dlaczego w takim razie to akurat nazwisko mnie przyciąga? Coś, gdzieś musiało być, jakiś szczegół, jakaś nić, tylko skąd i dokąd prowadzi? W tej chwili nie wiem. Wydaje mi się, że nie wiem. Moje JA nie wie. Ale wie ktoś inny, ktoś, kto każe mi wziąć książkę do ręki, zważyć jej ciężar, zajrzeć do środka. Tym kimś jest podświadome ID, ono wie. Moje ID wiedziało, że Lech Majewski jest warty zainteresowania. Wiedziało, bo już się z nim zetknęłam, a z tego spotkania wyszłam zaintrygowana, zauroczona, pod wrażeniem, zafascynowana. ONO wiedziało, chociaż JA zapomniałam. Dręcząca, namolna wręcz ciekawość, podsycana przez uparte ID, kazała mi sprawdzić już w domu, co warte jest podświadome przyciąganie i już PAMIĘTAM - Lech Majewski to ten, który wyreżyserował niesamowity film Młyn i krzyż, pisałam o nim. Więc jeśli ktoś taki pisze książkę, to ja ją muszę przeczytać.
Po czwarte, sprawdzam, co jest w środku. Paradoks? Nie, nie czytam przecież całości. Otwieram na chybił trafił, czytam, sprawdzam język, styl, składnię, smakuję słowa, słucham melodii tekstu. Dla pewności otwieram w dwóch, trzech miejscach. Zachwyci, albo nie zachwyci. I wtedy zapada decyzja. W przypadku Oficjalnego centrum świata wystarczyło mi otworzyć jeden tylko raz na 125. stronie. Krótkie, rzeczowe zdania. Opis. Wprowadzenie w sytuację. Poza trzema epitetami brak odautorskiego komentarza. Scenka. Dialog. Napięcie. Pointa. Bomba! Kupuję :-)
Po piąte, walory dodatkowe, które nie są konieczne. Zdjęcie autora na czwartej stronie okładki. Co z tego, skoro wcześniej nie wiedziałam, jak wygląda. Na tejże okładce fragment, z którego zaczerpnięto tytuł. Niezłe. Daje wyobrażenie, jak traktować pozornie napuszone słowa, a zarazem ujawnia kompozycję: jest to zbiór niezależnych fragmentów, chociaż niektóre łączy ten sam motyw. Indeks osób: od Arystofanesa do Orsona Wellesa. No, no, rzecz nabiera rumieńców, moja ciekawość rośnie. Indeks miejsc. Indeks miejsc?! W zbiorze, który nie jest książka podróżniczą, chociaż mówi o podróżowaniu. Nie jest mapą, chociaż dokumentuje amerykańskie pustynie. Nie jest książką historyczną, chociaż tu i tam przemycane są dzieje filmu i kina. Nie jest też niczyją biografią, chociaż autor rejestruje swoje życie i rozmowy z innymi ludźmi, a wątkiem wciąż nawracającym jest proces zdobywania pieniędzy na realizację filmu o Basquiacie, awangardowym malarzu, który zaćpał się na śmierć. Indeks dzieł, a jakże, też jest. Poza kilkoma, pięcioma, sześcioma tytułami dzieł malarskich oraz Historią sztuki Erwina Panofskiego, pozostałe to dzieła filmowe od 2001. Odysei kosmicznej, przez Antonioniego, Bergmana, Kurosawę, Pollacka, Skolimowskiego po Wellesa i Viscontiego. I na końcu spis innych tytułów autora. A więc to dopiero początek.
Efekt. Przeczytałam w dwa dni. Nie umiem powiedzieć, komu taka książka przypadnie do gustu. W każdym razie ja właśnie takie lubię najbardziej.
Lech Majewski: Oficjalne centrum świata. Malarze, gwiazdy, miasta, obrazy. Dom Wydawniczy REBIS.Wyd 2. Poznań 2016.
PS A`propos okładki. Projektował ją sam Majewski, który jest z wykształcenia malarzem ;-)
Po pierwsze, okładka, bo ona rzuca się w oczy jako pierwsza. Okładka nie może być trywialnym zdjęciem jak fotos filmowy. No przykro mi, Szanowni Wydawcy, ale brak inwestowania w grafika, wyręczanie się nachalnym realizmem z góry przekreśla moje zainteresowanie. A jeszcze gdy tytuł wysmażony został połyskującymi złotymi lub srebrnymi literami, czym prędzej odwracam oczy. Okładka powinna przyciągać a nie razić odblaskowym światłem. I nie interesuje mnie przeładowana szczegółami ornamentyka. Przede wszystkim sam tytuł powinien być widoczny oraz nazwisko autora. TA okładka, utrzymana w odcieniach ciemnego, niepokojącego błękitu wpadającego w zieleń zmierzchu, nie rozprasza nadmiarem kształtów, zostawiając pole na tytuł napisany wyrazistym pomarańczowym kolorem odcinającym się od tła.
Po drugie, właśnie tytuł. Z pisarzami bywa różnie, mają swoje pomysły na książki, więc i tytuły są dziełem autorskiej inwencji. Bywa, że tytuł ostateczny pojawia się na samym końcu, jako wynik procesu twórczego. Zawsze uważałam i nadal twierdzę, że najlepsze tytuły, jeśli chodzi o beletrystykę, umiał nadawać Hemingway. Taki zwrot: Gdy będziemy zasypiali zawiera wszystko, co potem rozwijane jest na stronach opowiadania, ale sam wystarcza, by poczuć emocje towarzyszące lekturze. W przypadku książek niebeletrystycznych, reportażowych czy esejów, częstą metodą jest wykorzystywanie tytułu jednego z fragmentów. Pochwała nudy Brodskiego to doskonały przykład. Niby tytuł jednego eseju, okolicznościowego wykładu, a w kontekście całości ileż nabiera dodatkowych znaczeń w związku z kondycją pisarza i człowieka w ogóle. TA książka również, ponieważ złożona z krótkich i bardzo krótkich fragmentów, które można czytać całkowicie niezależnie, na okładce proponuje tytuł jednego z nich, umiejscowiony adekwatnie do treści w miejscu centralnym, skomponowany schodkowo w trzech linijkach: Oficjalne centrum świata.
Po trzecie, autor. Nie rozważam tu sytuacji, gdy autora i jego twórczość znamy, a nowy nabytek ma tylko uzupełnić już zapoczątkowaną kolekcję. Problem pojawia się, gdy autora nie znamy, albo... gdy nam się wydaje, że go nie znamy, nigdy o nim nie słyszeliśmy, a w pamięci brak jakichkolwiek skojarzeń. Dlaczego w takim razie to akurat nazwisko mnie przyciąga? Coś, gdzieś musiało być, jakiś szczegół, jakaś nić, tylko skąd i dokąd prowadzi? W tej chwili nie wiem. Wydaje mi się, że nie wiem. Moje JA nie wie. Ale wie ktoś inny, ktoś, kto każe mi wziąć książkę do ręki, zważyć jej ciężar, zajrzeć do środka. Tym kimś jest podświadome ID, ono wie. Moje ID wiedziało, że Lech Majewski jest warty zainteresowania. Wiedziało, bo już się z nim zetknęłam, a z tego spotkania wyszłam zaintrygowana, zauroczona, pod wrażeniem, zafascynowana. ONO wiedziało, chociaż JA zapomniałam. Dręcząca, namolna wręcz ciekawość, podsycana przez uparte ID, kazała mi sprawdzić już w domu, co warte jest podświadome przyciąganie i już PAMIĘTAM - Lech Majewski to ten, który wyreżyserował niesamowity film Młyn i krzyż, pisałam o nim. Więc jeśli ktoś taki pisze książkę, to ja ją muszę przeczytać.
Po czwarte, sprawdzam, co jest w środku. Paradoks? Nie, nie czytam przecież całości. Otwieram na chybił trafił, czytam, sprawdzam język, styl, składnię, smakuję słowa, słucham melodii tekstu. Dla pewności otwieram w dwóch, trzech miejscach. Zachwyci, albo nie zachwyci. I wtedy zapada decyzja. W przypadku Oficjalnego centrum świata wystarczyło mi otworzyć jeden tylko raz na 125. stronie. Krótkie, rzeczowe zdania. Opis. Wprowadzenie w sytuację. Poza trzema epitetami brak odautorskiego komentarza. Scenka. Dialog. Napięcie. Pointa. Bomba! Kupuję :-)
Po piąte, walory dodatkowe, które nie są konieczne. Zdjęcie autora na czwartej stronie okładki. Co z tego, skoro wcześniej nie wiedziałam, jak wygląda. Na tejże okładce fragment, z którego zaczerpnięto tytuł. Niezłe. Daje wyobrażenie, jak traktować pozornie napuszone słowa, a zarazem ujawnia kompozycję: jest to zbiór niezależnych fragmentów, chociaż niektóre łączy ten sam motyw. Indeks osób: od Arystofanesa do Orsona Wellesa. No, no, rzecz nabiera rumieńców, moja ciekawość rośnie. Indeks miejsc. Indeks miejsc?! W zbiorze, który nie jest książka podróżniczą, chociaż mówi o podróżowaniu. Nie jest mapą, chociaż dokumentuje amerykańskie pustynie. Nie jest książką historyczną, chociaż tu i tam przemycane są dzieje filmu i kina. Nie jest też niczyją biografią, chociaż autor rejestruje swoje życie i rozmowy z innymi ludźmi, a wątkiem wciąż nawracającym jest proces zdobywania pieniędzy na realizację filmu o Basquiacie, awangardowym malarzu, który zaćpał się na śmierć. Indeks dzieł, a jakże, też jest. Poza kilkoma, pięcioma, sześcioma tytułami dzieł malarskich oraz Historią sztuki Erwina Panofskiego, pozostałe to dzieła filmowe od 2001. Odysei kosmicznej, przez Antonioniego, Bergmana, Kurosawę, Pollacka, Skolimowskiego po Wellesa i Viscontiego. I na końcu spis innych tytułów autora. A więc to dopiero początek.
Efekt. Przeczytałam w dwa dni. Nie umiem powiedzieć, komu taka książka przypadnie do gustu. W każdym razie ja właśnie takie lubię najbardziej.
Lech Majewski: Oficjalne centrum świata. Malarze, gwiazdy, miasta, obrazy. Dom Wydawniczy REBIS.Wyd 2. Poznań 2016.
PS A`propos okładki. Projektował ją sam Majewski, który jest z wykształcenia malarzem ;-)
piątek, 18 listopada 2016
Męska stałość, czyli komedia
I cóż tu pisać? Streszczać Straszny dwór? Toż to profanacja. Każdy naród ma swoje kultowe dzieła, będące kumulacją tysiąca wzruszeń, skojarzeń, uczuć i inspiracji. Mówimy "Skołuba", czujemy zapach tabaki; widzimy zegar, słyszymy arię z kurantem; na zapewnienia "Nie ma niewiast w naszej chacie. Ani jednej. Ani pół" śmiejemy się serdecznie, bo wiemy, jak rzecz cała się skończy; a duch zegara wywołuje komiczny obraz pana Damazego we francuskim fraczku; gdy "jakaś pędzi tu kolasa", już wiadomo, że pojawi się stryjeneczka i "będzie ład". Mówimy "Moniuszko", słyszmy Straszny dwór; słuchamy Strasznego dworu, "a to Polska właśnie".
Pozostaje do opisania sfera anegdotyczna. Jak choćby próby namówienia na wystąpienie w Strasznym dworze Placido Domingo, który przecież potrafi zaśpiewać wszystko. Niestety, Moniuszko go pokonał, choć może nie tyle kompozytor, co autor libretta, Jan Chęciński, każąc śpiewać "wszak się przyrzekło żyć w bezżennym stanie". Jaki obcokrajowiec temu podoła?
Straszny dwór to jakby gobelin utkany z cytatów. Śluby bezżenności Zbigniewa i Stefana przypominają Śluby panieńskie Fredry, bohaterowie wracają z wojny do rodzinnego dworu, czyli modrzewiowego domku w cieniu drzew, przypominającego dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany. Fertyczna intrygantka Stryjenka jako żywo przypomina Telimenę, zwłaszcza jej efektowne pierwsze wejście nasuwa to skojarzenie. Niefortunny zalotnik Damazy to wypisz, wymaluj młodsza kopia Papkina tak w słowach, jak zachowaniu. A motyw zegara, jego kurantowa polonezowa melodia? W Panu Tadeuszu zegar kurantowy wygrywał Mazurka Dąbrowskiego, tutaj mamy zamaszystego mazura w scenie karnawałowej. Jest nawet polowanie i zabawna kłótnia o to, kto ustrzelił dzika, na wzór podobnej z Pana Tadeusza, gdzie akurat szczęśliwym łowcą okazał się ten trzeci, czyli ksiądz Robak.
Żywe obrazy, lanie wosku, ludowe tańce, legendy, baśnie i strachy, witanie chlebem i solą, sarmackie kontusze, kuligi i patriotyczne powinności scalone urzekającą muzyką Stanisława Moniuszki, do którego przymierzył się angielski reżyser, David Pountney w najnowszej realizacji opery. W jego koncepcji akcja została przeniesiona w czasy XX-lecia międzywojennego, a Zbigniew i Stefan właśnie wracają do domu z wojny polsko-bolszewickiej, co ilustruje wykorzystany jako kurtyna obraz Jerzego Kossaka "Cud nad Wisłą". Obrazy, autentyczne dzieła z epoki klasycystycznej, czyli wieku XVIII, grają specjalną rolę w akcie II, w którym młodzież zabawia się w tzw. żywe obrazy. Zastosowano tutaj ciekawe ruchome wnętrza, w których żywi ludzie pozowali, zastygając w bezruchu jak postacie malarskie. Reżyser zdradził, że wykorzystał cykl Cztery pory roku Francoisa Bouchera i cztery obrazy Jospeha-Marii Viena. Można je obejrzeć w programie teatralnym.
W projekcie kostiumów zamiast wykorzystania strojów ludowych - w scenie mazura oczywiście - mamy bardzo "narodowe" stroje utrzymane w tonacji dwukolorowej, biało-czerwonej. Wszystko, dosłownie wszystko biało-czerwone, suknie kobiet i stroje mężczyzn. Owszem, krojem przypominały spódnice, zapaski, kiecki, bufiaste spodnie i koszule ludowe, ale całość sprawiała wrażenie zwielokrotnionej flagi narodowej. I żeby było jasne, autorką tej koncepcji jest Marie-Jeanne Lecca, rumuńsko-brytyjska projektantka. Widocznie tak wyobraża sobie polskość.
Całe szczęście, obsada śpiewająca była polska. Nawet jeśli Jakobski w partii Zbigniewa nosi imię Lukas. Od czasu premiery w listopadzie ubiegłego roku zmieniła się większość obsady. W partii Stryjenki Cześnikowej nie ma Anny Lubańskiej, tylko śpiewa Anna Borucka. Ostali się Edyta Piasecka w partii Hanny, Adam Kruszewski jako Miecznik i Aleksander Teliga jako Skołuba. Edyta Piasecka efektownie zakończyła swoją arię na początku IV aktu wystrzałem z jakiejś "gwintówki" aż widzowie zaskoczeni podskoczyli na fotelach. Jeśli ktoś zdołał zasnąć, to w tym momencie na pewno się obudził. Nowym Stefanem został Arnold Rutkowski, którego nie słyszałam wcześniej. Jego aria z kurantem wzbudziła aplauz. Najdłuższa aria tej opery, skonstruowana z kilku części i nawracającej apostrofy do zmarłej matki, w czasach zaborów odczytywanej jako alegoria utraconej ojczyzny, zawsze wzrusza.
Stanisław Moniuszko, Straszny dwór, 1865
Libretto - Jan Chęciński
Obsada:
Miecznik - Adam Kruszewski
Hanna - Edyta Piasecka
Jadwiga - Elżbieta Wróblewska
Damazy - Ryszard Minkiewicz
Stefan - Arnold Rutkowski
Zbigniew - Lukas Jakobski
Cześnikowa - Anna Borucka
Maciej - Zbigniew Macias
Skołuba - Aleksander Teliga
Marta - Joanna Krasucka-Motulewicz
Grześ - Damian Wilma
Stara Niewiasta - Wanda Franek
reż. David Puntney
dyrygent - Ewa Strusińska
Oglądałam 12 listopada 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)