Należy z całą premedytacją i zarazem niefrasobliwością prowadzić nieregularny tryb życia, przyjmując gości od samego świtu do późnej nocy. W dniach bez odwiedzin przeprowadzać eksperymenty chemiczne, których efektem będą kłęby dymu wylatujące z okna i wezwanie straży pożarnej. Grymasić na jedzenie lub nie jeść wcale, znajdując zawsze jakiś urojony powód, np. że jajka były za twarde. Regularnie wywracać mieszkanie do góry nogami, wybebeszając wszystko z szuflad w poszukiwaniu akurat tego najbardziej potrzebnego świstka papieru, dokumentu, który zawsze się zawieruszy. W przypadku wizyty kogoś ważnego, siedzieć w oczekiwaniu do ostatniej chwili, żeby na odgłos kroków na schodach niesprzątnięte resztki jedzenia razem z filiżanką niedopitej kawy szurnąć do pierwszej lepszej szuflady a walające się papiery stłoczyć między fotelem a ścianą. Powinno się nagle zmieniać plany i zamiast na ustaloną kolację w restauracji podążyć w zupełnie innym kierunku lub zniknąć bez uprzedzenia na całą noc, gubiąc przy tym klucze od mieszkania. Dla podkręcenia emocji należy na koniec przez trzy dni udawać umierającego na jakąś egzotyczną chorobę, doprowadzając bliskich do rozpaczy, aby na koniec oznajmić, że trzy dni bez jedzenia i bez picia można spokojnie wytrzymać, ale najgorszy był brak możliwości zapalenia papierosa.
skorupiaki i ostrygi
wszędzie ich pełno
ostrygi... ocean...
to wielki twór wypełniony ostrygami
a rzeki?
czy te stworzenia mają naturalnych wrogów?
to straszne!
Ciekawe, jaka byłaby psychiatryczna diagnoza takiej osobowości? Bo literatura dawno oznajmiła, że to geniusz.
Ostrzegam przyzwyczajonych do opisywanej tutaj muzyki klasycznej, instrumentalnej i chóralnej, do mistyki barokowej wielogłosowości i wirtuozerii skrzypiec lub fugowych pogoni organowych, że dzisiaj zapuszczam się w inne rejony. Owszem, muzyczne, lecz z zupełnie innej bajki. Zrobiłam sobie koncert wspomnieniowy.
W 1976 roku pewien 28-letni muzyk wybudował sobie we własnym mieszkaniu w kuchni małe studio i nagrał płytę. Zatytułował ją "Oxygene". Na całość składało się sześć ponumerowanych kawałków. Nie miały one tytułów, czysta muzyka bez ludzkiego głosu, bez tekstów. Płytą nie była zainteresowana żadna wielka wytwórnia, ale jedno wydawnictwo postanowiło zaryzykować i zainwestować. Na początek wytłoczono 50 tysięcy egzemplarzy. Mimo pierwszych nieprzychylnych komentarzy płyta szybko zyskała popularność, a od tamtej pory wydano ponad 12 milionów egzemplarzy. Kompozytor nazywał się Jean-Michel Jarre. W 1977 roku wydano album jednocześnie na winylowej płycie i kasecie magnetofonowej. Późniejsze kompozycje Jarre`a również tak się ukazywały i to był początek mojej kolekcji. Mam nawet kasetowe nagrania przegrywane z innych nośników. Przegrywałam sama, albo ktoś, kto posiadał nagranie oryginalne.
Dwa lata później, w 1978 r. ukazał się kolejny album - "Equinoxe". Poprzednim zwyczajem kompozytor przydzielił poszczególnym utworom tylko numery: od I do VIII. Umiejętność (a może po prostu zabawę) wymyślania tytułów Jarre opanował nieco później, bo jeszcze następna płyta, "Magnetyczne pola" ("Magnetic Fields", 1981), również składa się tylko z numerków: od I do V. Podczas słynnego torunee w Chinach Jarre zaprezentował swój sztandarowy instrument - laserową harfę, a zapis koncertów został również wydany na płycie. Kolejna płyta, "Zoolook" z 1984 r. była trochę szokiem, ponieważ kompozytor do elektronicznych brzmień wprowadza ludzki głos. Oczywiście jest to głos na różne sposoby elektronicznie przetworzony, syntezatorowe metaliczne brzmienie jak głos robota. I o to właśnie chodziło. Na początku ten album najmniej mi się podobał, ale z czasem nabrałam do niego przekonania i teraz bardzo lubię niektóre kawałki. Tutaj wreszcie pojawiły się tytuły: "Ethnicolor", "Diva" czy "Zoolookologie".
Efektem spektakularnego koncertu Jarre`a w Teksasie w 1985 roku była płyta "Rendez-Vous" wydana w roku następnym. Ta z kolei od początku mnie zachwyciła. Co prawda kompozytor ponownie wrócił do swoich ulubionych numerków, ale ostatnia kompozycja nosi tytuł "Ron`s Piece" i została zadedykowana pamięci astronauty Ronalda McNaira, który miał w pierwszej wersji wystąpić podczas koncertu grając na saksofonie z pokładu wahadłowca Challenger. Pamiętamy jednak, że doszło wówczas do katastrofy, w wyniku której zginęła cała załoga wahadłowca. Tytułowe rendez-vous można rozumieć na wiele sposobów, w muzyce jest dużo odniesień do marzeń ludzkości o podboju kosmosu. Może więc chodzić o spotkanie z obcą cywilizacją, ale w przypadku choćby tego ostatniego utworu, jest to także spotkanie z przeznaczeniem i śmiercią.
W kolejnym albumie, "Revolutions" (1988), na ścieżce dźwiękowej komputerowo przetworzonej słychać głos samego Jarre`a. Kompozycje są ilustracją współczesnej rewolucji technicznej i zawierają sporo odgłosów industrialnych, ale to z tego albumu pochodzi jeden z moich ulubionych utworów - "London Kid". Mamy tu też taki np. utwór, jak "Computer Weekend". Czy nie jest to dzisiaj szczególnie znajomy obrazek, wręcz nasza codzienność?
Po ostrych brzmieniach "Revolutions" Jarre komponuje dziwną muzykę pełną plumkania i bąbelków, w której można się popluskać: "Waiting for Cousteau" zadedykowaną słynnemu francuskiemu podróżnikowi i badaczowi oceanów, którego filmy wprowadzały mnie w świat życia rafy koralowej i morskich głębin. Całość składa się z czterech części: "Calypso", "Calypso part 2", "Calypso part 3", która ma też tytuł "Fin de siecle" oraz "En attendant Cousteau". Nazwę Calypso nosił statek Cousteau, na którym podejmował on swoje podróże badawcze, zbudował w nim pływające laboratorium i studio telewizyjne do nagrywania filmów pod wodą. Uwielbiałam ten album w całości.
Z koncertami Jarre`a wiążą się niecodzienne pokazy laserowych świateł, w tym gry na laserowej harfie. Początkowo używano lasera o dużej mocy, więc muzyk musiał dla bezpieczeństwa zakładać azbestowe rękawiczki i okulary. Sama muzyka już była kosmiczna, a dodatkowe akcesoria jeszcze podkreślały nieziemskość muzyczno-świetlnego show. Jarre zresztą konstruował różne dziwne instalacje sceniczne, jego aparatura elektroniczna była olbrzymia i potrzebowała gigantycznej mocy. Podczas koncertu w Pekinie aby zapewnić zasilanie o odpowiedniej mocy, musiano wyłączyć prąd w kilku dzielnicach miasta. Kompozytor budował swoje stanowisko na scenie na wzór kosmicznej gondoli, projektował klawiaturę z olbrzymimi podświetlanymi klawiszami, umieszczał instrumenty na wielkich pływających barkach. Tak, to była rewolucja muzyczna i w dodatku Jarre umiał co rusz czymś nowym zaskakiwać. Muszę przyznać, że akceptowałam - pod względem estetycznym i muzycznym nawet najdziwniejsze pomysły, tylko że mimo wszystko wolę słuchać niż oglądać. Efekty wizualne, owszem, przyciągają tłumy (Jarre ma na koncie kilka rekordów Guinessa ze względu na liczbę słuchaczy zgromadzonych na żywo na koncercie), ale mnie interesowały eksperymenty formalne, wykorzystanie elektroniki do budowania dźwięku i chociaż to jest tak dalekie od muzyki klasycznej, on sam stał się już klasyką w historii rozwoju muzyki elektronicznej. Nie ulega wątpliwości, że był wizjonerem, a większość późniejszych twórców to tylko naśladowcy.
Włączając stare nagrania (wywaliłam wszystko z głębokiej szuflady) nie mogę poprzestać na jednym utworze. Ta muzyka wciąga. Pierwsze kompozycje z "Oxygene" dopiero zapowiadające styl ambientowy skomponował zanim Brian Eno wymyślił nazwę "ambient". Nowatorskie wykorzystanie syntezatorów to już z jednej strony historia, a z drugiej nadal porywająca rewolucja dźwiękowa. Trochę to wygląda jak dzieło szalonego muzyka, ale ma sens i jest odbiciem cywilizacyjnych zmian współczesności. A z całkiem trzeciej strony najbardziej podoba mi się utwór dosyć ascetyczny na tle całej twórczości, z wyrazistym rytmem rumby.
Jarre gra na kosmicznej klawiaturze
A tu fantastyczny kawałek z pierwszej płyty "Oxygene" - uwielbiam ten psychodeliczny rytm
"London Kid" z albumu "Revolutions"
I na koniec mój ulubiony kawałek, "Magnetic Fields, part V", czyli "Ostatnia rumba". Nie wiem, dlaczego, ale ten utwór od zawsze wydawał mi się przeraźliwie smutny.
Nelson Freire, wybitny brazylijski pianista, był cudownym dzieckiem muzyki, gry na fortepianie zaczął się uczyć w wieku trzech lat. I chociaż jednym z ulubionych jego kompozytorów był Fryderyk Chopin, nigdy nie wziął udział w Konkursie Chopinowskim, mimo że w 1965 roku został do niego zgłoszony. W tym samym roku w konkursie zwyciężyła Marta Argerich, a drugie miejsce zdobył Arthur Moreira Lima, z którymi Freire blisko się przyjaźnił. Przyjaźń między Nelsonem Freire a Martą Argerich przetrwała do samej śmierci pianisty. To właśnie z powodu opieki nad schorowanym po upadku artystą wybitna pianistka nie uczestniczyła jako jurorka w tegorocznym XVIII Międzynarodowym Konkursie im. Fryderyka Chopina.
Nelson Freire nazywany był poetą fortepianu. To właśnie w jego niezwykle medytacyjnym wykonaniu zachwyciły mnie "Etiudy transcendentalne" i "Konsolacje" Liszta Freire przy fortepianie wyczarowuje inny świat, otwiera drzwi do innej rzeczywistości. Zmarł w wieku 77 lat 1 listopada. Wszyscy Święci zapewne zasłuchali się i zapomnieli o tym, że dla człowieka tu na ziemi płynie czas.
Kliknięcie na podkreślony napis "Obejrzyj w YouTube" otwiera filmik.
Dwa muzyczne kawałki. Zupełne przeciwieństwa: rozmach i ogrom muzycznych środków wyrazu kontra ascetyzm i harmonia głosów. Czy oba poruszają tak samo? Obu chciałoby się słuchać bez końca? I w końcu jak to jest: której muzyce jest bliżej do Raju?
1. rozmach - Vangelis, Conquest of Paradise
2. harmonia - Penderecki, Song of Cherubim
A może każdy słyszy taką muzykę, w zależności od tego, jak wyobraża sobie Raj? Ciekawe... jedno jest wspólne w obu przykładach: chór. Ludzkie głosy.
Cóż powiedzieć? Żal, że już koniec. "To już ostatni koncert?" - pytał ktoś z niedowierzaniem podczas transmisji występu Bruce`a Liu. I co teraz będę robić wieczorami? Przed nami jeszcze koncerty laureatów, ale już bez tych emocji i trzymania kciuków za swoimi faworytami. Bez nerwów, żeby coś się nie posypało. Uczestnicy, zwłaszcza finaliści, ogromnie zmęczeni, po ostatnim koncercie Bruce Liu powiedział, ze ma ochotę na jedno: porządnie się wyspać. I orkiestrze pod batutą AndrzejaBoreyki należą się brawa i wypoczynek po trzydniowym maratonie, podczas którego zagrali z solistami 9 Koncertów e-moll i 3 Koncerty f-moll. Pierwszego dnia były same e-molle, dopiero w drugim i trzecim dniu dla oddechu między e-mollami te f-molle jak rodzynki.
Niektórzy układali rankingi, a potem okazywało się, że kolejność typowań zmieniała się z koncertu na koncert. Pierwszego dnia finału zachwycił "samuraj" Sorita, z którego wprost emanował radość grania, a skoczność krakowiaka porywała do tańca. Drugiego dnia sporą grupę słuchaczy, dotąd sceptycznych, zdumiał liryzm "torreadora" Garcii x2, a jako ostatnia występująca "lodowa księżniczka" pokazała jak zwykle technikę, ale i ogień. Dzisiaj, w ostatnim dniu finału zachwycali wszyscy, z każdym kolejnym wykonawcą coraz głośniejszy był aplauz i coraz większe emocje. I absolutnie wszyscy słuchacze uważali, że ich ulubieńcy byli najlepsi. Super! Tylko co zrobi jury?
Większość finałowych koncertów, nawet jeśli z niedociągnięciami i "ooopsami", to gotowy materiał na płyty. Najlepiej by było wszystko zebrać w całość i wydać w kilkupłytowym boksie. Podczas transmisji na YouTube bywało od 30. do 59 tysięcy oglądających. Zwłaszcza Japończycy nabijali licznik. Ale wśród komentujących na czacie było towarzystwo międzynarodowe. Niesamowicie było widzieć, że ktoś słucha i pozdrawia z Majorki. Żal, naprawdę, żal, że się skończyło i ogromna rzesza przypadkowo, a może wcale nie tak przypadkowo przecież wielbicieli muzyki Chopina rozproszy się i zniknie w przepaściach wirtualnego świata. Może podczas następnego konkursu, który planowany jest - żeby wrócić do zaburzonego przez pandemię cyklu - za cztery lata wszyscy powrócą znowu? Być może, o ile powtórzą się podobne okoliczności: pojawią się pianiści z wielu odległych krajów, jury będzie umiało wyłonić do kolejnych etapów uczestników o wyrazistych osobowościach, poziom uczestników będzie naprawdę równie wysoki.
Biorąc pod uwagę właśnie wysoki poziom, można by było ułożyć kilka równie dobrych wariantów przyznanych nagród. Zapewne wyniki ustalone tylko na podstawie etapu finałowego byłyby nieco inne, ale jury dodaje punkty do tych uzyskanych przez uczestników w etapach poprzednich, a potem to wszystko się zlicza i wchodzi suma przy każdym nazwisku. Czy to wystarczy? Czy nie prowokuje do spierania się o wartość konkretnej interpretacji? Tu, w etapie końcowym jury ma prawo nieco się pospierać. Jakkolwiek się to odbyło, mamy oficjalnych zwycięzców. Ale przecież wcale nam to nie przeszkadza mieć swoich ulubieńców i nie powinno przeszkodzić w śledzeniu ich dalszej kariery. Wszyscy na to zasługują.
1. Bruce Liu (Kanada) (jestem "za")
2. ex aequo: Kyohei Sorita (Japonia) i Alexander Gadjiev (Włochy/Słowenia) ponadto dla Gadjieva nagroda za najlepsze wykonanie sonaty
3. Martin Garcia Garcia (Hiszpania) oraz nagroda za najlepsze wykonanie koncertu z orkiestrą
4. ex aequo: Aimi Kobayashi (Japonia) i Jakub Kuszlik (Polska) oraz Kuszlik także nagroda za najlepsze wykonanie mazurków
5. Leonora Armellini (Włochy)
6. JJ Jun Li Bui (Kanada) - najmłodszy laureat, 17 lat
Ufff! Wyniki ogłoszono po drugiej w nocy. Filmiki wstawię kiedy indziej.
Dziś, jutro, pojutrze - koncerty laureatów w Teatrze Wielkim Operze Narodowej i Filharmonii Narodowej
Martin Garcia Gracia - zwycięski Koncert f-moll - nagroda za najlepsze wykonanie i oczywiście 3. miejsce za całokształt (zwróćcie uwagę na przywitanie pianisty z koncertmistrzem - prawie mu rękę złamał hi, hi!)
A tu Bruce Liu - laureat 1. nagrody i jego wykonanie Koncertu-e-moll - czy to w ogóle da się porównać, który lepszy?
Wszystko dzieje się za szybko. Nie zdążyłam napisać o kwalifikacjach do III etapu, a już mamy listę finalistów. A jury wetuje sobie chyba czas przymusowych ograniczeń i dlatego zamiast dwudziestu, zakwalifikowało do III etapu 23. uczestników, co oznacza więcej godzin spędzonych na jurorskim balkonie w Filharmonii Narodowej. Codziennie dziewięć godzin słuchania Chopina. Oczywiście Chopina można słuchać non stop, ale w przypadku przesłuchań konkursowych powtarzają się te same utwory tego samego dnia. A więc słuchaliśmy np. pod rząd te same sonaty, te same polonezy, te same fantazje, te same preludia. No bo Preludia op. 28 można zagrać w całości zamiast sonaty jako ekwiwalent dużej formy sonatowej (chociaż to jednak nie to samo). Niektórzy to wykorzystali i zagrali. 24 preludia jedno po drugim, bez przerwy, zmienne tempa, zmienne nastroje, zmienne efekty. Za pierwszym razem pomyślałam, że to jakieś wariactwo (Alexewicz). Wręcz niebezpieczne, gdy patrząc na zegarek denerwowałam się czy pianista zmieści się w regulaminowym czasie. Ale wszyscy zdążyli. Kolejnego dnia jeszcze Aimi Kobayashi grała Preludia i Mateusz Krzyżowski. Ten ostatni autentycznie mnie w nich wzruszył.
Nie jedyne to było wzruszenie, ale nawet wszystkich nie da się opisać. Nawet łezka mi w pewnym momencie poleciała w finale Sonaty h-moll w wykonaniu Hyuka Lee.I wcale nie dlatego, że akurat jakieś cudownie doskonałe wykonanie, w dodatku tam jest adnotacja kompozytora presto non tanto, a było bardzo, bardzo presto. Jednak połączenie energii, młodości, fenomenalnej techniki i muzyki Chopina w jednym okazało się zbyt mocnym przeżyciem. Hyuk Lee ma tylko 21 lat, nie utrzymał energii na wodzy. Podobna energia, lecz bardziej dojrzała w wykonaniu "Kanada kung-fu", czyli Bruce`a Liu nie dałą ani chwili oddechu. Chociaż nie, w Sonacie b-moll Marsz żałobny nie był zagoniony, Trio Des -dur zadziwiająco delikatne i ciche. Finał jakiś taki zadyszany, ale w pozytywnym znaczeniu. To nie było klasyczne wykonanie, na pewno nie. Nie wiadomo za bardzo było, co podziwiać: wirtuozerię i oryginalność interpretacji czy .... wytrzymałość pianisty, któremu dosłownie pot zalewał oczy, krople kapały z czoła, a on nie miał czasu wyjąć chusteczki. Powstał jakiś tragiczny pościg za życiem, wartość dodana?...
Zjawiskowa Aimi Kobayashi w srebrnej sukni grała Preludia jak zaczarowana. I już, już miałam orzec, ze to cudowne wykonanie pozostanie w mojej pamięci, gdy następny wyszedł Krzyżowski i też zagrał całe opus 28. No i teraz mam dylemat. Co zapamiętałam? Już sama nie wiem, a dylematów jest znacznie więcej. Już choćby z tego powodu, że nie mogę słuchać bezpośrednio tyle godzin, co jury i do niektórych sesji muszę sięgać późnym wieczorem lub następnego dnia (tylko kiedy, skoro znowu przesłuchania od dziesiątej?!) Tak niestety miałam z Nehringiem, któremu wypadło grać na otwarcie III etapu. On jest dla mnie dosyć zagadkowy. Zresztą z natury małomówny niewiele pomaga swoimi wypowiedziami. Może i racja. Pianista ma grać, a nie gadać o tym, jak gra. Chyba był zdenerwowany, tak to wyglądało. Ale podobało mi się. Nehring nie epatuje zbyteczną cyrkową ekwilibrystyką. U niego najważniejsza jest muzyka, a nie popis wirtuozerii i ostatecznie, po tych wszystkich fajerwerkach w wykonaniu niektórych uczestników, klasyczna elegancja zawsze się obroni.
Nie chcę i nie będę pisać o muzyce, oceniać wykonawców, ustawiać ich w rankingu, bo się nie znam. Napiszę o Nikołaju Choziainowie, który specjalnie nauczył się języka polskiego, żeby przeczytać listy Chopina w oryginale. Wywiadów udziela po polsku, mówi pięknie. Wyruszył w podróż po świecie śladami Chopina: grał koncerty w Valldemossie na Majorce i w ostatnim mieszkaniu na Placu Vendome w Paryżu. Utwory do kolejnych etapów wybierał w sposób przemyślany, kierując się okolicznościami ich skomponowania przez Chopina. Pasjonat! Inny oryginał to "samuraj" Sorita. Sam się tak nazwał i tak zostało. Od czterech lat studiuje w Polsce na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina u Piotra Palecznego. A "torreador" Garcia Garcia?! Ten to dopiero oryginał. Podczas grania śpiewa sobie i ktoś napisał, że to na pewno najlepszy wykonawca w Konkursie Śpiewaczym im. Fryderyka Chopina.
No i Eva Gevorgyan, siedemnastolatka rosyjsko-ormiańskiego pochodzenia, ma tyluż wielbicieli, co i zdystansowanych słuchaczy. Należę chyba do tych drugich. Kiedy gra, człowiek jest zahipnotyzowany, ale.... potem nic się z tego nie pamięta. Przynajmniej ja tak mam. Ale nie da się ukryć, że talent ogromny. Tylko wolałabym posłuchać w jej wykonaniu czegoś innego, a nie Chopina. Może kompozytorów rosyjskich? Tyle ja, a co uważa jury?
Do finału zakwalifikowano aż dwanaścioro uczestników, przekraczając regulaminowe ograniczenia, które zakładają tylko dziesięć osób.
Niektórych spalają nerwy i zapominają, co mieli grać. Tak bywa podczas wielkich konkursów. A ten jest wielki: XVIII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina 2020/2021. Niestety, przełożony o rok z powodu pandemii, minęło więc sześć a nie pięć lat od poprzedniej edycji, w której zwycięzcą został Seon-Jin Cho z Korei Południowej.
Zakończyły się dzisiaj (wczoraj! jest po północy, jury zbyt długo obradowało) pięciodniowe przesłuchania pierwszego etapu. 87 uczestników zaprezentowało wybrane ballady, etiudy, nokturny, fantazje... Komentatorzy policzyli, że dziewięcioro uczestników już brało udział w poprzednim konkursie , a nawet jeszcze wcześniejszym. Skoro wiek im pozwolił, a chcą się sprawdzić, mogli wziąć udział i teraz. Górna granicą jest wiek 30 lat, to znaczy z powodu przeniesienia konkursu na rok 2021 może się zdarzyć, że któryś uczestnik ukończy lub ukończył już 31 lat, ponieważ w regulaminie jest napisane, że mogą brać udział urodzeni w roku 1990.
Jurorzy muszą mieć ogromną kondycję, słuchając codziennie przez 9 godzin uczestników. I że im się to wszystko nie pomiesza! Mnie się pomieszało już drugiego dnia. Wyszukuję ulubionych utworów, na szczęście nie muszę oceniać i decydować, kto przechodzi dalej. Pojawił się kilka razy mój ulubiony Nokturn Des-dur op. 27, nr 2. Znane i mniej znane etiudy. O, scherzo też było i Fantazja f-moll. Nie znam co prawda na pamięć wszystkich utworów Chopina, zdarzyło mi się jakiegoś utworu nie rozpoznać. No cóż, potem się okazało, że to nie była wina odsłuchu, tylko posypania się wykonawcy. Nerwy, nerwy. Większość jednak radzi sobie całkiem dobrze. I bywa zabawnie, jak z szukaniem odpowiedniego stołka, który okazał się za niski.
Najlepiej nie mieć faworytów, bo i tak wyjdzie, że gdyby to zwykli słuchacze decydowali, do finału dopuściliby co najmniej sześćdziesięciu pianistów, a regulamin pozwala tylko na czterdziestu. W komentarzach na czacie przy każdym niemal nazwisku pojawiały się pewniaki: "To na pewno finalista", "Typuję go w pierwszej piątce", a kolejny ktoś dodawał: "Nie, w pierwszej trójce!". I tak za każdym razem. Lepiej zostawić ten przykry obowiązek jurorom, niech oni potem zbierają cięgi od wielbicieli salonu odrzuconych. Ja się poprzyglądam. Pewien Japończyk ma niesamowite dłonie, palce długie niemal jak klawisze, a pływał po klawiaturze jak morska fala. Jeden Polak wzbudził zachwyt tyleż wirtuozerią, emocjonalnością i dramaturgią interpretacji, co fryzurą. Przed wejściem włos pewnie miał uczesany, ale na scenie wszystko się zatraciło, rozwiało, rozcapirzyło. Z kolei Chińczyk (któryś z kolei, bo tworzą najliczniejszą ekipę) odstawił niezły teatr, dał czadu, obawiam się tylko, że grał jakiś swój utwór, a nie Chopina. Kto zainteresowany śledzić wykonawców z każdą nutką, może sobie ściągnąć wszystkie partytury ze strony NIFC.
Może to nieładnie zawracać uwagę na nazwiska, ale trudno się oprzeć uśmiechowi, gdy uczestnik ma na imię Shushi, albo nazywa się Bruce Liu. Skojarzenia są automatyczne. Inna sprawa, że wymowa tych azjatyckich imion i nazwisk bywa trudna. Człowiek radzi sobie jak może upraszczając i tworząc skojarzenia z czymś znanym. I jak nauczyć się odróżniać, skoro aż po trzy razy pojawiają się nazwiska Guo, Lee, Li i Kim. i aż sześcioro pianistów o nazwisku Wang, w dodatku z trzech różnych krajów. No nie tylko Azjaci są, także innej narodowości, ale co poradzić, że nawet Kanadyjczyk był Chińczykiem? Jak ktoś napisał na czacie odnosząc się do energicznego zakończenia występu: "Kanada kung-fu". Bywają i śmieszne reakcje kogoś, kto "zabłądzi" na transmisję i dopytuje z czym tu ma do czynienia, a gdy już przeczyta, że to konkurs pianistyczny, pada pytanie czy Horovitz jest w jury. Dobrze, że o Rubinsteina nie zapytał.
I bywają wzruszające opowieści, nie tylko muzyczne. Jak na przykład wywiad z Khozyainovem, który mówił po polsku. Nauczył się specjalnie polskiego po to, żeby przeczytać w oryginale listy Chopina. Tylko podziwiać za motywację i samozaparcie. W zasadzie wszyscy są sympatyczni i mają coś, co ich wyróżniało. Czasami z twarzy dawało się wyraziściej odczytać emocje niż z samej gry. Piękne nazwiska, np. Gad Crema - super! Piękne suknie - moja faworytka to cudownie błękitna. Lub robiło się gorąco od ognistych palców wykonawców wbrew nazwie Etiudy Zimowego Wiatru.
A przechodząc do sedna, mamy wyniki. Do drugiego etapu jury zakwalifikowało 45. pianistów, w tym 9. Polaków. Czyli jury też miało kłopot, a raczej nadmiar, skoro poszerzyło regulaminową listę o pięć dodatkowych osób. A więc Gad Crema przeszedł, "Kanda Kung-fu" także oraz "Bruce Lee", czyli chiński Kanadyjczyk. Weteranka, ponieważ bierze udział w konkursie po raz drugi, Leonora Armellini też przeszła, za to nie posłuchamy już żadnej pani z Polski. Będzie Khozyainov, pan o imieniu Shushi oraz inny z nazwiskiem Garcia Garcia ( nie pomyłkowe powtórzenie, tak się nazywa).
Nie będzie za to niezwykłego Chińczyka, Chao Wanga, który występował jako ostatni i tutaj mi trochę żal. On autentycznie zrobił koncert. Swój, zgodny ze swoją osobowością, fascynujące propozycje interpretacyjne, stworzył niesamowitą atmosferę, przestrzeń do słuchania. Umie przyciągnąć uwagę, gra tak, że chce się słuchać, co będzie za moment. Jest na pewno wielkim pianistą, ale dla jury był za mało chopinowski. Ale mnie naprawdę nie przeszkadzało, że grał nokturn dwa razy dłużej niż zwykle on trwa. Ale JAK zagrał! Trudno, muszę to przeboleć. Od soboty etap II, kolejne odsłony dla tych, którzy się zakwalifikowali. Brawa dla nich.
Poniżej załączam występ ostatniego uczestnika Chao Wanga, pierwszy utwór, somnambuliczny Nokturn cis-moll op.27 nr 1. Wciągający! Mimo wolnego tempa nie traci melodyjności, a to duża sztuka. Szkoda, że nie przeszedł do drugiego etapu.