DOPISEK 12 marca
W czasopiśmie "Polak" z marca 1900 roku znalazłam grafikę z ofiarami manifestacji przedstawionymi na łożu śmierci. Są to fotograficzne portrety pośmiertne wykonane przez Karola Beyera. Fotograf wykonał zdjęcia pojedyncze, a następnie zmontował zbiorowe tableau. Zdjęcia te rozeszły się po kraju jako wyraz antycarskich nastrojów, a sam Beyer za swoją antycarską postawę był zesłany na Syberię w latach 1862 - 1865.
Podczas uroczystości żałobnej fragmenty Requiem Józefa Stefaniego śpiewał wielki warszawski bas i kompozytor, pedagog - Wilhelm Troschel (nazwisko często zapisywane było jako Troszel) żyjący w latach 1823 - 1887. Na marginesie, Troschel zmarł 2 marca, dokładnie 26 lat po pamiętnych uroczystościach żałobnych ku czci poległych. Ceniony śpiewak, solista Opery Warszawskiej, był także kompozytorem, autorem pieśni i utworów instrumentalnych. Jedną z pieśni zapewne wielu kojarzy, jest to bowiem dosyć popularna do dzisiaj pieśń religijna Pod Twą obronę, Ojcze na niebie. Poza tym komponował pieśni do słów Kraszewskiego, Chęcińskiego, Lenartowicza, Mickiewicza, Syrokomli i innych znanych poetów.
Jak pokazują zdjęcia z epoki, Troschel prezentował się na scenie dostojnie, wręcz wspaniale. Poniżej zdjęcie w kostiumie do Hugenotów Meyerbeea (ok. 1866 r.)
Karierę śpiewaczą rozwijał równolegle z działalnością kompozytorską. Z 1860 roku pochodzi na przykład zbiór melodii wydanych pod tytułem Snopek melodyi z rodzinnej niwy.
Niestety, rzadko można znaleźć nagrania czy to kompozycji instrumentalnych, czy wokalnych tego niezwykłego artysty i wielkiego patrioty, a jego nazwisko nie jest powszechnie znane.
W takim razie na koniec akcent muzyczny z przepiękną arią z towarzyszeniem czterech wiolonczel.



Nie znałam Wilhelma Troszela. Bardzo ciekawe połączenie: aria przy akompaniamencie czterech wiolonczel. Piękne!
OdpowiedzUsuńTeż mnie zachwyciła, i głos piękny, i pieśń i cała oprawa.
OdpowiedzUsuńMało co zostało mi w głowie z lekcji historii szkolnej, ale akurat o Pięciu Poległych pamiętam zaskakująco dobrze. Podejrzewam, że była to raczej zasługa mojej polonistki z liceum, a nie nauczycielek historii. Poświęciła ona temu wydarzeniu sporo czasu, opowiadając bardzo sugestywnie o tym tragicznym epizodzie z naszych dziejów, dzięki czemu obraz tych wydarzeń jakoś szczególnie zapadł mi w pamięć.
OdpowiedzUsuńWiele lat temu otrzymałem z Polski od ojca książkę wydaną w 1988 roku przez Interpress Publishers w języku angielskim: The Rest is Silence. The Powązki Cemetery in Warsaw (polskie wydanie: Za bramą wielkiej ciszy. Dwieście lat dziejów Powązek) autorstwa Jerzego Waldorffa. To przepiękna, bogato ilustrowana publikacja, do której od czasu do czasu wracam i którą wielokrotnie pokazywałem moim kanadyjskim znajomym.
Niejeden z nich był wręcz zaszokowany, gdy porównywał warszawskie Powązki z cmentarzami tutaj, w Ameryce Północnej. W wielu miejscach w Kanadzie czy USA nagrobków właściwie nie ma — zamiast nich znajdują się płaskie, metalowe tabliczki umieszczone w ziemi. Powód jest bardzo praktyczny: tak jest po prostu łatwiej kosić trawę…
Ale dlaczego w ogóle o tym wspominam? Otóż zaledwie kilka dni temu ponownie sięgnąłem po tę książkę — lubię ją czasem przeglądać — i ku mojemu zaskoczeniu jedna z ilustracji, oznaczona numerem 141, przedstawia właśnie The Grave of the Five Slain in 1861 (Grób Pięciu Poległych z 1861 roku)! Co za niezwykły zbieg okoliczności.
Z opisu pod ilustracją wynika, że grób został zrównany z ziemią przez władze carskie. W 1915 roku umieszczono tam symboliczną tablicę pamiątkową, ale została ona uszkodzona podczas bombardowań w 1942 roku i w takim stanie pozostała do dziś — z wyjątkiem drewnianego krzyża dodanego w 1968 roku, przeniesionego z grobu prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego.
O Wilhelmie Troschelu (czy też Troszelu) dowiedziałem się dopiero z Twojego wpisu. Muzyka rzeczywiście niezwykła — piękna, refleksyjna i bardzo przejmująca.
Myślę, że dlatego Twoja polonistka zrobiła Wam taką lekcję, że sprawa szczególnie dotyczy Warszawy. I popatrz, tyle lat minęło, a wciąż to pamiętasz.
OdpowiedzUsuńTo, że akurat teraz sięgnąłeś po książkę o Cmentarzu Powązkowskim i znalazłeś w niej grób poległych z 1861 roku można uznać za niezwykły zbieg okoliczności, ale gdy ma się wyczulenie na określone tematy, treści czy wątki, to jakoś tak częściej się podobne przypadki zdarzają. Pisałam kiedyś nawet tutaj na blogu o tym, ze jak zacznę się interesować jakimś kompozytorem, to nagle zaczynam częściej go słyszeć w radiu czy znajdować informacje na jego temat w audycjach, w przeglądanych akurat książkach czy innych publikacjach i w Internecie całkiem przypadkowo, bez specjalnego mojego wyszukiwania. Niezwykłe to jest.
Moja polonistka bardzo lubiła okres romantyzmu oraz historię polskich powstań — dlatego sporo z tego zostało mi w pamięci do dziś.
Usuń„...że jak zacznę się interesować jakimś kompozytorem…”
U mnie działa to niemal identycznie! Kiedyś poszedłem do moich kuzynów na obiad i między innymi rozmawialiśmy o byłym mężu ich córki, znanym muzyku. Jak zwykle u nich, w tle było włączone radio nastawione na stację z muzyką klasyczną — i nagle okazało się, że to właśnie on w tym momencie grał w radiu!
Podobnie bywa z nowo „odkrytym” wyrazem — nagle zaczyna się on pojawiać coraz częściej. Albo z dopiero co poznanym faktem historycznym, który niespodziewanie zaczyna się przewijać w różnych miejscach i rozmowach.
Obecnie jestem w trakcie pisania wpisu na mój blog o ontaryjskim parku Bon Echo (a przy okazji także o wielu innych miejscach i tematach). Tam również pokazuję, jak bardzo mały jest świat i jak zaskakująco różne historie potrafią się ze sobą splatać.
Tak właśnie jest, gdy poznajemy coś nowego, nagle otwierają się liczniejsze niż dotąd informacje, na ten temat; myślę, że to skutek w tym momencie wyostrzonej percepcji, nakierowanej na określone .
UsuńNawet teraz, piszesz o Bon Echo a właśnie też na Roztoczu, o którym wspominałam u Ciebie na blogu, są Stawy Echo
Kolejna postać ze świata muzyki, o której nie słyszałem.
OdpowiedzUsuńDziękuję.
Niewiarygodne, ile jeszcze takich postaci jest, z jednej strony to ciekawe, że można natrafić na nowych autorów, kompozytorów, a z drugiej przygnębiające, gdy się pomyśli, ilu jeszcze nie znamy
UsuńBrama Pięciu Poległych to ta pierwsza na Warszawskich Powązkach. Mijam ją zawsze gdy idę do moich bliskich...
OdpowiedzUsuńDziękuję za ten tekst Notario.
Byłam pewna Twojej wiedzy i emocjonalnego poczucia bliskości z tym tematem
Usuńa sam Beyer za swoją antycarską postawę był zesłany na Syberię w latach 1862–1865.
OdpowiedzUsuńJeśli się nad tym chwilę zastanowić, sformułowanie „zesłany na Syberię” pojawia się w historii Polski, na ziemiach pod zaborem rosyjskim, tak często, że łatwo zapomnieć, jak straszliwą karę w rzeczywistości oznaczało. Niedawno czytałem Wspomnienia z domu umarłych Dostojewskiego i ta lektura świetnie uświadamia, czym były carskie katorgi. Co więcej, przed takim losem właściwie nic nie chroniło — ani pozycja społeczna, ani majątek, ani tytuły. Wystarczy przypomnieć, jak wielu polskich arystokratów, duchownych czy wybitnych przedstawicieli życia publicznego podzieliło ten los.
Przy tej okazji przypomniała mi się postać biskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, arcybiskupa metropolity warszawskiego. Po bardzo krótkim okresie sprawowania tego urzędu został przez władze carskie skazany na dwudziestoletnie wygnanie do Jarosławia nad Wołgą (na szczęście nie na Syberię). Pamiętam tę postać również z bardzo osobistego powodu. To właśnie on założył Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, którego siedziba mieści się w Pałacu Bogusławskiego w Warszawie — należącym niegdyś do brata arcybiskupa. W tym miejscu często pojawiało się jego imię i wspomnienie o jego losie. Co ciekawe, właśnie tam miałem swoją Pierwszą Komunię Świętą, a pamiątkowe zdjęcie wykonano na dziedzińcu przed Pałacykiem Bogusławskiego — z którego, o ile dobrze pamiętam, arcybiskup wyruszył na swoje wygnanie.
Takie historie uświadamiają, jak ogromne cierpienia spadły na Polskę w XIX i XX wieku ze strony Rosji, a później także Związku Radzieckiego. Nic więc dziwnego, że pamięć o tych doświadczeniach jest w Polsce wciąż żywa — choć wielu Rosjan do dziś nie bardzo rozumie, skąd bierze się polska niechęć czy nieufność wobec ich państwa.
Wcale więc nie dziwię się, że po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku zburzono Sobór św. Aleksandra Newskiego na Placu Saskim w Warszawie. Według zachowanych zdjęć była to architektonicznie interesująca budowla, jednak dla wielu Polaków stanowiła przede wszystkim symbol rusyfikacji i znienawidzonej władzy rosyjskiej. A jednak w samym sercu Warszawy pozostała inna „radziecka cerkiew” — tyle że była ona wykorzystywana przez Polaków (między innymi przeze mnie), więc być może właśnie dlatego stoi do dziś.
I na zburzenie tej budowli nie ma szans, choć pojawiały się takie propozycje. Zesłańcy syberyjscy, nie tylko Polacy, bo i swoich najpierw władza carska a potem komunistyczna z upodobaniem tak karała, to była także tania siła robocza, dzięki której prosperowały kopalnie, budowano kolej transsyberyjską i pozyskiwano miliony ton drewna. To nie tylko była forma ucisku, ale i opłacalny biznes. Jest wiele wspomnień zesłańców i dzięki nim proceder ten został utrwalony, przekazany pamięci zbiorowej, ale czy za chwile kolejne młodsze pokolenia nie zlekceważą tego świadectwa? Czy zechce im się czytać? Czapski, Aleksander Watt, Obertyńska, Knapp, Grudziński...
OdpowiedzUsuńJuż wiele dekad temu przeczytałem wszystkie części "Archipelago Gulag" Sołżenicyna, jak też wiele innych książek na ten temat. Istnieją w Rosji drogi, które, jak się mówi, były budowany na trupach zesłańców/więźniów.
UsuńNa przykład droga do Magadan często jest nazywana "Road of Bones", "Drogą Kości" jako że była zbudowana pomiędzy 1932 i 1953 przez więźniów Gułagów i jakoby setki tysięcy z nich zmarło przy jej budowie i zostało W NIEJ zakopanych. I nadal mamy żarliwych obrońców tego systemu i okresu--i to do tego samych ROSJAN!!!
Ba, ci, którzy zdają sobie sprawę z ogromu wynaturzeń, prześladowań, terroru, to zawsze mniejszość w społeczeństwie, większość nawet nie zna historii, a to, co gdzieś tam słyszeli, uznają pewnie za historyczną konieczność
UsuńWiolonczele i kontrabasy są fascynujące. I forma i dźwięk. A już zespół czterech wiolonczeli, niebywałe 💝
OdpowiedzUsuńA czy zdarzyło Ci się usłyszeć na koncercie oktobas? To jest gigant 😉
Wilhelm Troschel zapewnił sobie miejsce w moim sercu, za tą wyjątkową potężną pieśń "Pod Twą obronę, Ojcze na niebie" ❤️
OdpowiedzUsuńTo prawda, śpiewamy ją do dziś, a mało kto pamięta o autorze kompozycji
UsuńU Ciebie się dopiero o autorze kompozycji dowiedziałam. Dzięki 🌹
UsuńO, ja też długo nie wiedziałam, bo jakoś człowiek śpiewał, a nie zastanawiał się czyje to
UsuńOjej, ogromny, nie widziałam ani nie słyszałam na żywo nigdy, ale uwielbiam dźwięk kontrabasów
OdpowiedzUsuń