środa, 11 grudnia 2024

Gorące rytmy na zimę

 I nie trzeba mieć i perkusji za ogromne pieniądze...


A tu jak się robi muzykę...


A tych gości oglądałam i słuchałam na żywo...

czwartek, 5 grudnia 2024

Dynamika i kolorystyka na Eufoniach

       Międzynarodowy Festiwal Muzyki Europy Środkowo-Wschodniej "Eufonie" ma to do siebie, że trwa długo ponad miesiąc. W tym roku już po raz od 2 listopada do 8 grudnia. Ponadto odbywa się w kilku miastach. Co prawda większość koncertów to różne miejsca w Warszawie, ale kilka także poza nią: w Krakowie, Katowicach, Lublinie, Lusławicach i Dębicy. Szeroko rozumiane granice Europy Środkowo-Wschodniej pozwalają na odkrywanie nieznanych obszarów muzyki, jak tej zaprezentowanej 17 listopada w Filharmonii Narodowej. Magnesem, który przyciągnął zapewne wielu melomanów, byli przede wszystkim wykonawcy: Max Emanuel Cenčić i {oh!} Orkiestra pod kierownictwem Martyny Pastuszki. Dzieło bowiem, opera Antonia Caldary Venceslao, re di Polonia jest w ogóle niewystawiane, nie należy do najsłynniejszych oper Caldary.

      Cenčić to śpiewak, którego słucham od kilku dobrych lat, może kilkunastu, mam jego płyty. Nigdy dotąd nie miałam okazji słyszeć go na żywo. Gdy więc nadarzyła się okazja, w dodatku w operze, której tytuł wskazuje na niejakie polonicum, pojawiłam się w Filharmonii Narodowej z zamiarem skonfrontowania odsłuchu z nagrań z wrażeniem na żywo. Cenčić należy do kilku najbardziej rozpoznawalnych w świecie kontratenorów. Aczkolwiek w pierwszej chwili nie wiem, czy bym go rozpoznała z zarostem i w okularach. Z kolei na {oh!} Orkiestrę planowałam już od dawna się wybrać. Szczęśliwie mogłam zrealizować te plany równocześnie.  

      Max Emanuel Cenčić nie zwiódł. Zresztą to już instytucja, zajmuje się się nie tylko śpiewaniem. Reżyseruje z powodzeniem opery na Festiwalu w  Salzburgu czy Międzynarodowym Festiwalu Händlowskim, jest dyrektorem artystycznym Festiwalu Oper Barokowych w Bayreuth. W operze Caldary śpiewał partię głównego bohatera, czyli tytułowego Venceslao - Władysława. Oczywiście na próżno szukać historycznego osadzenia operowej historii napisanej przez librecistę Apostola Zena, który zresztą powracał do tej historii kilkakrotnie. Antonio Caldara we współpracy z Zeno skomponował kilkanaście oper. Venceslao, wystawiony 4 listopada 1725 roku, opowiada o konflikcie królewskich synów, z których jeden zabija drugiego, a król Władysław targany sprzecznymi emocjami musi zadecydować, czy ukarać bratobójcę, czy kierując się ojcowskim uczuciem przebaczyć i ułaskawić. Treść jest zawiła, jak to w barokowych operach bywa, ważniejsza jest muzyka z iście wirtuozowskimi ariami. Do przedstawienia nie załączono libretta, więc i tak śledzenia akcji można sobie było darować. Tylko z ekspresji śpiewaków można było wnioskować, jak silne emocje targają bohaterami. Całość została tak skomponowana, że każdy wykonawca miał możliwość pokazania umiejętności wokalnych. Niesamowite wysokie tony sopranisty Dennisa Orellany w partii Alessandra wyraźnie zachwyciły publiczność. Pięknie  śpiewali właściwie wszyscy, Nicholas Tamagna (Casimiro), Sophie Junker jako Lucinda, główna postać kobieca i inni. Oczywiście Cenčić dał niesamowity popis umiejętności śpiewając dramatyczną arię pełną rozterek ojca-króla. 

       A jednak... A jednak najbardziej zachwyciła, wręcz porwała mnie swoją energią, żywiołowością, muzykalnością Martyna Pastuszka dyrygująca zespołem od pierwszych skrzypiec. Kobieta ogień i wicher jednocześnie. Coś fantastycznego. A dynamiczny finał - z kotłami, dzwonami i wszystkim, czym dysponuje orkiestra plus chóralna aria śpiewaków - dyrygowany w sposób absolutnie energetyczny porwał nie tylko mnie, gdyż oklaskom nie było końca i wyklaskaliśmy powtórzenie go na bis. Mogłam cały czas przyglądać się pracy dyrygentki, gdyż w zielonym połyskliwym kostiumie przypominającym suknię, wyróżniała się na tle orkiestry tradycyjnie na czarno ubranej. Poza tym grała i dyrygowała stojąc. Tu ciekawostka, ponieważ jedna ze śpiewaczek miała suknię w niemal identycznym zielonym odcieniu.  

        Wśród orkiestry też są osobowości nie byle jakie, zwróciłam uwagę na altowiolistę, który grał całym ciałem niemalże, wstawał, siadał, a kiedy nie grał, dłonią delikatnie "wgrywał" sobie melodię w powietrzu. Miał też solówkę z flecistą do lirycznej arii żeńskiej głównej bohaterki Lucindy przepięknie zaśpiewanej przez Sophie Junker. 

niedziela, 1 grudnia 2024

Bach na 1. niedzielę Adwentu

      Jan Sebastian Bach komponował kantaty na każdą niedzielę roku liturgicznego. Kantata Nun komm, der Heiden Heiland powstała na pierwszą niedzielę Adwentu 2 grudnia 1714 roku. Tekst napisał Erdmann Neumeister. Wykorzystał w nim fragment z Apokalipsy, pieśni Lutra opartej na średniowiecznym chorale oraz tekst Philippa Nicolaia. Bach podzielił całość na sześć części otwierając i kończąc kantatę chorałem. Wykonują ją trzej soliści: sopran, tenor i bas, ramę chorałową śpiewa chór.  

Aria tenorowa: Komm, Jesu, Komm zu deiner Kirche (Przyjdź, Jezu, przyjdź do Twojego Kościoła) 


Przesłuchałam kilka nagrań i to wydaje mi się najbardziej właściwe, nie za szybkie. Muzyka płynie łagodnie, równo. W sam raz, żeby się adwentowo nastroić, zadumać.  

wtorek, 26 listopada 2024

Dla Polaków z kresowego Podola

      Zbierane są artykuły spożywcze z długą datą ważności, słodycze, artykuły higieniczne, chemia gospodarcza. Poszukujemy także działających pralek typu “Frania”. Nie zbieramy ubrań.

Akcja trwa do 6 grudnia 2024 r. Dary można zostawić w holu głównym w budynku Starostwa Powiatowego w Puławach przy al. Królewskiej 19, szkołach powiatowych oraz w siedzibie stowarzyszenia w Kazimierzu Dolnym, ul. Zamkowa 6.


piątek, 22 listopada 2024

Idzie nowe... a nie każde jest lepsze od starego

       Trzy razy Tewie mleczarz zagląda w głąb swej duszy zastanawiając się, czy ścisłe trzymanie się tradycji jest właściwe i pożyteczne. Dwa razy stwierdza, że nie i zgadza się na ślub swoich córek, które wbrew obyczajom same wybrały sobie mężów. Za trzecim razem jednak Tewie wyrzeka się córki, która wybrała goja. Dopiero w obliczu nieuchronnego rozstania z powodu carskiego ukazu przełamuje się i udziela Chawie i jej mężowi Fietce błogosławieństwa. 

       To oczywiście fragment perypetii głównego bohatera nieśmiertelnego musicalu Skrzypek na dachu najpierw granego od 1964 roku na Broadwayu, a następnie uwiecznionego w 1971 r. w oscarowym filmie z Chaimem Topolem w roli głównej. W Polsce Skrzypek grany jest na różnych scenach operowych od 1983 roku. W Operze Lubelskiej w obecnym sezonie przypada czterdziesta rocznica premiery w 1994 roku w dawnym Domu Kultury Kolejarza (ileż tam obejrzałam premier!). Z tej okazji po raz kolejny oglądamy Skrzypka na dachu na lubelskiej scenie. Jest to tamta realizacja sprzed czterdziestu lat, a zarazem nowa, bo przecież zupełnie inni wykonawcy. W dzisiejszej - piątkowej - obsadzie jako Tewie wystąpił Zbigniew Macias, jego żonę Gołdę grała Agnieszka Piekaroś-Padzińska, najstarszą córkę Cajtlę -Dorota Szostak-Gąska, jej wybranka a potem męża  - Jakub Gąska, drugą córkę Hudel - Agnieszka Tyrawska-Kopeć, Chawę - Patrycja Baczewska, Lejzora Wolfa - niedoszłego zięcia Tewiego - Paweł Stanisław Wrona. Był też oczywiście skrzypek, który najpierw grał na dachu jakiejś szopy, a później grając odtańczył wspaniały somnambuliczny taniec ni to na jawie, ni to w majakach pijanego Tewiego, gdy z Lejzorem ustalał jego małżeństwo z Cajtlą. 

       Choreografia uwzględniała w zasadzie tradycyjne tańce żydowskie i ukraińskie, z wyjątkiem tej sceny ze skrzypkiem, w której bardziej przypominał muzykanta z Hameln, ponieważ nie wiadomo, dokąd zaprowadzi bohatera swoją muzyką. A może bohaterów, czyli wszystkich mieszkańców Anatewki? Ostatecznie przecież wszyscy muszą ją opuścić. Scena tańca skrzypka do realistycznej treści musicalu wprowadza rys tajemnicy i nieodgadnionej, niepewnej przyszłości. Tradycyjne życie w Anatewce ma wiele z baśniowej aury nawet wtedy, gdy główny bohater narzeka na biedę.  Rajska idylla zostaje przełamana, gdy do małej społeczności wkracza wielki świat: carskich żołnierzy, ukazów, nowoczesnych rewolucyjnych idei Perczyka zesłanego później na Syberię. 

      Siłą musicalu jest muzyka, pieśni pełne humoru (Gdybym był bogaty), liryzmu (To świt, to noc) i nostalgii (Anatewka). Wiele powiedzeń Tewiego weszło do potocznego języka, są rozpoznawalnym znakiem typowego żydowskiego humoru, jak "co Ci zrobił mój koń", "marzyłem o zięciu, który byłby młodszy ode mnie", "Boże, obdarz mnie takim nieszczęściem" (na sugestię Perczyka, że bogactwo jest nieszczęściem człowieka). Humorystyczna warstwa wynika z komizmu sytuacyjnego, oddziałuje, gdy się ogląda w całości. Dlatego podczas przedstawienia można się i pośmiać, i wzruszyć.  Można też się zadumać nad relacją między tradycją a nowoczesnością, kiedy tradycję chronić, a kiedy dać się ponieść prądowi czasów. 

       Być może z prądem nowoczesności popłynęła pewna recenzentka, dziewczę dosyć młode i - jak dumnie się ogłaszające - adeptka modnego dzisiaj kreatywnego pisania. Kreatywność zaprowadziła ją do stwierdzenia, że szła na Skrzypka, chcąc się dowiedzieć, kim ten skrzypek był i dlaczego grał na dachu. Niestety, nie dowiedziała się tego, bowiem - jak ze zdziwieniem skonstatowała - głównym bohaterem nie był żaden skrzypek, tylko pewien mleczarz mający pięć córek. Jak  można domniemywać, kreatywna recenzentka o malarstwie Chagalla nie słyszała. Na musical poszła zaintrygowana tytułem i - zapewne słusznie - może czuć się zawiedziona. No cóż, jeśli kreatywność ma polegać na wyważaniu drzwi do wiedzy i znajomości kultury, które dawno ktoś otworzył, to ja wolę tradycyjne rzetelne recenzje autorów, którzy przynajmniej mają świadomość, że pewne zjawiska wypada znać. 

poniedziałek, 18 listopada 2024

Jeszcze starocie...

      A skoro było o pocztówkach, to ciąg dalszy bardziej literacki.  Będąc kiedyś w Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu zakupiłam pakiecik pocztówek. Jest wśród nich pocztówka z tekstem - rękopisem Roty. 


      Ale już pod koniec lat zaborów Rota była utworem bardzo popularnym i doczekała się wersji pocztówkowej z portretem autorki.  


pocztówka opublikowana w Wilnie przed 1916 r. 

     Kwestia pierwodruku była kilkakrotnie wyjaśniana. Szczególnie szczyci się publikacją "Gwiazdka Cieszyńska", w której tekst Roty ukazał się po raz pierwszy już w 1908 roku ze specjalną dedykacją od poetki. 


Poniżej skan strony z czasopisma "Gwiazdka Cieszyńska" z powyższym tekstem Roty - pierwsza drukowana wersja utworu z 7 listopada 1908 roku. 

Polona, domena publiczna

       Obrazu dopełnia rękopis Feliksa Nowowiejskiego z zapisem nutowym do tekstu Roty z 1910 roku. Rękopis znajduje się w zasobach Biblioteki Narodowej i jest eksponowany w Pałacu Rzeczypospolitej na Placu Krasińskich w Warszawie wśród innych rękopisów i starodruków. Miałam okazję oglądać ten rękopis. Oczywiście muzyka musiała zostać najpóźniej w pierwszej połowie 1910 roku skomponowana, gdyż Rota była po raz pierwszy publicznie śpiewana 15 lipca tegoż roku podczas odsłonięcia Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie  na pięćsetlecie bitwy pod Grunwaldem. Na stronie Polony natomiast znajdziemy publikację drukowaną zapisu nutowego z tekstem z 1920 roku. 


czwartek, 14 listopada 2024

Pocztówkowe Roztocze sprzed wieku

       W Zwierzyńcu na Roztoczu znajduje się uroczy kościółek na wodzie. Barokowa świątynia pod wezwaniem św. Jana Nepomucena została wzniesiona w połowie XVIII wieku z fundacji ordynata Tomasza Antoniego Zamoyskiego i jego żony Teresy z Michowskich na jednej z czterech wysp dużego stawu. Niegdyś podpływano do niego gondolą, później wybudowano most. Wewnątrz na uwagę zasługują polichromie Łukasza Smuglewicza. Kościół jest jednonawowy, lecz ma po bokach dwie kaplice: Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Bożej. Obecnie jest to kościół filialny, choć starszy od obecnego kościoła parafialnego. Stanowi jedną z największych atrakcji miasta i Roztocza. Przedwojenne pocztówki świadczą, że już sto lat temu kościółek był turystyczna atrakcją. 

                                       

Kościółek na wodzie w Zwierzyńcu - widok fasady z mostu, pocztówka sprzed 1945 roku

I pocztówka sprzed 1926 roku - widok kościółka z brzegu stawu

          Poniższa pocztówka  również przedwojenna przedstawia klasztor ss. Franciszkanek Misjonarek Maryi w Łabuniach pod Zamościem. Obiekt był pałacem wzniesionym przez Jana Jakuba Zamoyskiego w połowie XVIII wieku. Pałac był wielokrotnie remontowany i rozbudowywany, przechodził z rąk do rąk aż pod koniec wieku XIX kupił go Aleksander hrabia Szeptycki. I to właśnie Szeptyccy w 1922 roku przekazali pałac wraz z otaczającym go parkiem siostrom Franciszkankom. Ścianę frontową - jak widać na zdjęciu - zdobią wysokie kamienne dwubiegowe schody. Cały kompleks utrzymany jest w stylu rezydencji rokokowej w stylu francuskim. Także park z drugiej strony przypomina założenia regularnych parków francuskich z promieniście rozchodzącymi się alejami. 

Pałac w Łabuniach - pocztówka przedwojenna

Park  pałacowy w Łabuniach - pocztówka przedwojenna
 
         A tu mamy Zamość z początku XX wieku. Widok na Ratusz i zadrzewiony Rynek. 

Pocztówka z 1903 roku - Zamość

Tu jeszcze widok na Ratusz ze słynnymi schodami, na których zdjęcia robią sobie wszyscy turyści i młode pary. 


         Obecnie Rynek jest bezdrzewny, a jak było sto lat temu widać poniżej. Widok wzdłuż południowej pierzei Rynku Głównego otwiera się na dzwonnicę zamojskiej kolegiaty. Po prawej zaś widoczne drzewa parkowe zajmujące środek Rynku. 


Pocztówka z lat 1910 -1912 - Zamość

         Kamienice wokół Rynku należały do bogatych rodzin, szczególnie piękne były i są dzisiaj kamienice ormiańskie, niegdyś należące do ormiańskich kupców. Bogato zdobione, kolorowe, przyciągają wzrok misternymi zdobieniami. Ulica Ormiańska prowadzi do Rynku od strony wschodniej.


Kamienice ormiańskie w Zamościu - pocztówka z 1939 roku. Widocznymi podcieniami kamienic można obejść Rynek naokoło. Po drodze natrafić można na restauracje, sklepiki z pamiątkami, z rękodziełem i sztuka ludową, Muzeum Zamojskie, Galerię BWA i inne. 

Wyjaśnienia:
1. Skany pocztówek z zasobów Polony - domena publiczna. 
2. gdyby ktoś pytał, dlaczego te miejsca? 
a) w kościółku na wodzie w Zwierzyńcu ślub brali moi rodzice
b) pałac w Łabuniach i park odwiedzałam często przez pierwszych siedem lat życia
c) w Ratuszu zamojskim przechowywany jest mój akt urodzenia, mieszkałam w Zamościu przez krótki czas i pamiętam smak zupy grzybowej mojej cioci