XVI-wieczne wydanie katalogu map Abrahama Orteliusa. Wydanie z 1592 roku, drukowane w Antwerpii. Dzieło zawiera ponad 130 map: kilka ogólnych, takich kontynentalnych i najwięcej poszczególnych krajów Europy, w tym Polski.
Poniżej dzisiejsze Pomorze należące wówczas do Branderburgii oraz część Polski środkowej.
A poniżej Śląsk i też część Polski środkowej. Zaznaczyłam Wartę i Wisłę, Kraków przy samym brzegu z prawej strony, poza tym Wrocław, Głogów i znowu Kalisz.
No i cała Polonia jak sobie ją wyobrażał szesnastowieczny kartograf. Zaznaczyłam kilka miast: Kraków, Warszawę Konin, Gdańsk, Elbląg, Łowicz, Sandomierz, Sanok, Tarnów. Jest nawet Szczebrzeszyn zapisany jako Sczebresin. Zachęcam do poszukania swoich miejscowości lub okolic. jest nawet kilka miejscowości z moich wiejskich okolic, ale wiem, że to miasteczka dosyć wiekowe, powstały jeszcze pod koniec średniowiecza, więc są uwzględnione. Ciekawa zabawa rozpoznawać łacińskie dawne nazwy współczesnych miejscowości.




Opolie Kozle Nylla :) Ja gdzieś pomiędzy jestem
OdpowiedzUsuńNo i super! :-) Czyli nawet da się choćby w przybliżeniu znaleźć swoje miesjce na dawnej mapie.
UsuńWitam sąsiadkę 🙂🙋🏻♀️
UsuńI znowu okazuje si, jaki ten świat mały
UsuńDla mnie stare mapy są niezwykle fascynujące, zwłaszcza te sporządzane przez pierwotnych eksploratorów. Zazwyczaj jedynie trasy, które sami przemierzyli, były w miarę dokładne, natomiast cała reszta opierała się na relacjach przekazywanych przez tubylców. Późniejsze mapy stawały się coraz bardziej precyzyjne, choć i na nich proporcje często mijały się z rzeczywistością.
OdpowiedzUsuńZawsze zastanawiało mnie, że ówcześni kartografowie — poza umiejętnościami technicznymi — musieli posiadać swoiste „trójwymiarowe” widzenie świata: doskonale orientować się w stronach świata, potrafić na oko oceniać odległości i nanosić rzeki, jeziora czy linie brzegowe na mapę tak, jakby oglądali je z lotu ptaka. Jestem przekonany, że zupełnie bym się do tego nie nadawał. Gdy pływam na kanu po jeziorach usianych wyspami, wysepkami i skałami wystającymi z wody (a nierzadko znikającymi, gdy poziom wody się obniża), z licznymi zatokami, cyplami i przylądkami, nawet z nawigatorem GPS zdarza mi się mieć problem z ustaleniem, gdzie dokładnie jesteśmy i w jakim kierunku powinniśmy płynąć. A w jeszcze bardziej zamierzchłych czasach, gdy pozostawały nam jedynie mapa i kompas, bywało, że kompletnie nie mieliśmy pojęcia o naszym faktycznym położeniu.
Samuel de Champlain, który m.in. jako pierwszy Europejczyk dotarł w 1615 roku rzeką French River do zatoki Jeziora Huron — Georgian Bay — sporządził kilkadziesiąt lat później mapę Kanady. Dziś może ona wywoływać uśmiech, jednak bez większego trudu można na niej rozpoznać główne jeziora, rzeki oraz zarysy linii brzegowych.
Jedna z (jego map z 1632 roku) przedstawia rzekę French River, po której uwielbiam pływać na kanu i którą de Champlain dotarł do Georgian Bay. Zaznaczył na niej indiańskie osady oraz dodał adnotację: Miejsce, w którym dzicy co roku suszą maliny i jagody. Co ciekawe, w naprawdę dobrym sezonie jagodowym można w tamtych okolicach przeżyć niemal wyłącznie dzięki jagodom.
Dla mnie to w ogóle umiejętności nie do pojęcia. Będąc na ziemi i mając przed oczami płaski krajobraz, nie umiałabym określić, pod jakim kątem skręca rzeka, żeby to zaznaczyć na mapie. Na niektórych mapach Orteliusa są nawet zwierzęta, rośliny, ludzie. To nie tylko kartografia, to malarstwo.
UsuńGdy ktoś aplikuje na kontrolera ruch lotniczego, musi posiadać umiejętność wizualizacji i manipulowania obiektami 2D i 3D, która jest kluczowa dla zrozumienia względnego położenia statków powietrznych w przestrzeni powietrznej. Ja spotkałem faceta, który nie potrafił posługiwać się myszką komputerową (!) Przypuszczam, że nie nadawałby się nawet na kontrolera ruchu samochodowego.
UsuńWidzisz, nadal są ludzie, którzy nie potrafią obsługiwać komputera nawet na najprostszym poziomie. Też znam takich. I są nadal tacy, którzy mają do tego awersję, stąd niechęć do nauczenia się pewnych czynności.
UsuńLubię mapy. Bez problemu znalazłam Lublin.
OdpowiedzUsuńAtlas Abrahama Orteliusa, jak widać na zdjęciach jest pełen szczegółów i pięknie wykonany. Takie wyjątkowe dzieło sztuki.
Niedawno w muzeum widziałam jeden tom z dziewięciotomowego Wielkiego Atlasu, wydanego przez Johannesa Blaeu w Amsterdamie. Ten atlas był wystawiony w szklanej gablocie i widoczne były tylko dwie strony.
Powstał on w latach 1662-1665, a więc znacznie później niż atlas Abrahama Orteliusa
Atlas Johannesa Blaeu był największą i najdroższą książką publikowaną w XVII wieku. I był ciężki - prawdopodobnie nikt nie zabrałby go w żadną podróż. Halina
Witaj, Halino! Wydaje mi się, że żadnego z tych dawnych atlasów nie dałoby się wziąć ze sobą w podróż także ze względu na gabaryty, to były dużych rozmiarów księgi. Może służyły tylko do oglądania? Jak my dzisiaj - też oglądamy z zachwytem.
OdpowiedzUsuńJak ciekawie czasami jest pooglądać dawne dokumentu i zobaczyć różnicę pomiędzy tym co było, a tym co jest. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTo prawda, dopóki się nei zobaczy, trudno sobie wyobrazić, jak wielkie zaszły zmiany.
OdpowiedzUsuńPatrząc na te ponad 400-letnie mapy, przypomniało mi się, że posiadam mapę drogową prowincji Ontario z 1930 roku.
OdpowiedzUsuńJuż wtedy istniała gęsta sieć dróg, jednak najbardziej zaciekawiły mnie zaznaczone na niej trasy statków pasażerskich i promów regularnie kursujących po Wielkich Jeziorach, a szczególnie po zatoce Georgian Bay.
Kilka z tych portów docelowych znam doskonale. Niektóre — jak na przykład miasteczko Killarney — zostały połączone z resztą prowincji drogami i do dziś całkiem dobrze prosperują. Inne natomiast, jak French River, które swego czasu było prężnym ośrodkiem wyrębu lasów, posiadało kościoły, szkołę, a nawet więzienie i liczyło latem do 2000 mieszkańców, od dekad stały się „ghost towns” — porzuconymi osadami dostępnymi wyłącznie drogą wodną (w moim przypadku na kanu). Dziś z trudem można tam odnaleźć przebieg dawnych ulic czy ruiny budynków.
Może w tym roku zabiorę ze sobą tę mapę i, pokazując ją z niewinną miną, zapytam w jakimś sklepie, o której godzinie odpływa następny parowiec…
Wspaniały pomysł! Już widzę te zdezorientowane miny :-) Ja dotąd posługuję się tradycyjnymi mapami, gdy dokądś wyjeżdżam, tylko czasami drukuję je sobie z Internetu. Ale nie mam GPS, nie mam samochodu, więc wolę tradycyjnie zobaczyć na mapie i zapamiętać np. dojście dokądś w innym mieście albo trasę miejskiej komunikacji.
OdpowiedzUsuńBez tradycyjnych map, szczególnie na jeziorach, byłoby trudno się poruszać, a tam zazwyczaj nie ma zasięgu telefonicznego, toteż używam map papierowych--zwykle robię z nich kolorowe kopie, zabezpieczam przed wodą i zabieram ze sobą. Podręczny GPS, z mapą topograficzną, jest bardzo pomocny-a że pracuje na sygnale satelitarnym, toteż wszędzie jest zasięg i działa (oprócz biegunów, ale tam się nie wybieram w najbliższy-i dalszym-czasie).
OdpowiedzUsuńOczywiście, w przypadku takich podróży jak Twoje, po wodzie, trzeba jakoś zabezpieczyć mapy przed wodą. Można kupić gotowe laminowane, żeby nie zamakały. Tylko wtedy masz całą, a nie potrzebny np. wycinek. Laminowane mają tę zaletę, że nie przecierają się w miejscu zginania.
OdpowiedzUsuńMój laptop miał problem z tymi mapami - nie chciał ich powiększyć, a bez tego trudno było mi przeczytać wiele nazw.
OdpowiedzUsuńCiekawe, że telefon nie miał takich problemów, ale za to trwało to sporo czasu.
Ważne, że znalazłem się w tym terenie.
Dziękuję.
To zapewne na skutek braku moich umiejętności. Nie umiem tak wkleić, żeby od razu dało się na blogu powiększać, u mnie najlepiej to wychodzi, gdy skopiuję i otwieram jako zdjęcie i wtedy dowolnie mogę powiększać. Ważne, że sobie poradziłeś i skoro się znalazłeś, to super :-)
UsuńZwykle mapy terenów wodnych są jakoby odporne na wodę (ale nie laminowane), ale nie bardzo im ufam. Poza tym są one b. dużych rozmiarów, po dwóch stronach i niepraktyczne na wodzie, szczególnie w czasie wiatru. Dlatego o stokroć wolę zrobić kolorowe kopie poszczególnych sekcji. Zamiast je laminować, wkładam w dwie przezroczyste koszulki na dokumenty, jeszcze zaklejam plastrem i stają się one praktycznie wodoodporne. Do tego posiadam pokrowiec na mapę, „waterproof map pouch” (jak na tym zdjęciu, https://www.flickr.com/photos/jack_1962/4944949247/in/album-72157624843531638 –po lewej pokrowiec z mapą, a koło niego nawigator GPS), który podczas naszych bardziej zaawansowanych wypraw na kanu cały czas jest przede mną.
UsuńTak, duży format niezbyt poręczny. Lepiej dopasować do własnych potrzeb, a dzisiaj jest tyle możliwości.
UsuńMoja miejscowość na Śląsku jest wówczas w posiadaniu Habsburgów i Korony Czeskiej. Mniej więcej też w tym czasie posiadacze mojego nazwiska przywędrowali podczas wojen religijnych w Europie z Norwegii. Po raz pierwszy to nazwisko pojawiło się w księgach chrzcielnych mojej miejscowości w latach 90-tych XVI wieku. A dzisiaj w rejonie Raciborza mieszka ich więcej niż w norweskim Sør-Odal, skąd prawdopodobnie pochodzą;-)
OdpowiedzUsuńWędrówki nazwisk to ciekawa historia. Czasem się człowiek nie spodziewa, gdzie można, jakie i ile znaleźć. Największe skupisko osób z moim nazwiskiem już dawno przeniosło się w inne strony.
UsuńJestem chyba trochę zarozumiała jako rodowita Warszawianka, ale nie wyobrażałam sobie, że Warszawy mogłoby nie być już wtedy...
OdpowiedzUsuńOstatnio znajomy przewodnik po stolicy wydał książkę o Warszawie - tzn. o jej zabytkach gotyckich - oczywiście tych które zachowały pod ziemią jako fundamenty nowszych budowli...
No ale zaznaczyłam Warszawę, więc oczywiście, że jest na mapach tego atlasu, jest też wiele mniejszych miejscowości, które maja tak długa historię, że też się tutaj znajdują; prawdę mówiąc dokładność autora mnie zadziwia, Szczebrzeszyna się nie spodziewałam, nie chodzi o to, że go nie było, bo jest to miasto dosyć stare, pierwsze wzmianki pochodzą z czasów Kazimierza Wielkiego, ale o to, że autor znał nazwę i mniej więcej dokładnie wskazał lokalizację
OdpowiedzUsuń