sobota, 11 kwietnia 2026

Mistrz organów

 


Dwudziestogłosowe organy Jana Śliwińskiego dla kościoła oo. franciszkanów w Krakowie zostały zamówione po tragicznym pożarze w 1850 roku, w którym spłonęła niemal cała świątynia. Prace trwały dwa lata i - jak wynika z zamieszczonej wyżej ulotki - 11 kwietnia 1880 roku miała miejsce uroczysta próba dźwięku, czyli w zasadzie odbył się koncert. 

     Jan Śliwiński  (1844 - 1903) był najlepszym i najbardziej znanym polskim budowniczym organów, którego firma znajdowała się we Lwowie. Stąd też zbudował organy dla kilku lwowskich kościołów: w Bazylice Wniebowzięcia i kościele Matki Bożej Śnieżnej. Zakład produkcyjny założony w 1876 roku szybko zdobył uznanie także dzięki nagrodom, jakie Śliwiński otrzymywał za swoje organy. W 1877 roku otrzymał medal zasługi na Krajowej Wystawie Rolniczej i Przemysłowej we Lwowie. Poszerzając zakres swoich usług Śliwiński zaczął produkować cieszące się popularnością fisharmonie sprzedawane nawet w Berlinie. W 1886 roku na wystawie w Czerniowcach zdobył pierwszą nagrodę, pokonując w rywalizacji producentów wiedeńskich. W 1887 roku zdobył także I miejsce i Nagrodę Rządową na Wystawie Krajowej Rolniczo-Przemysłowej w Krakowie.

      Organy Śliwińskiego ceniono za doskonałą harmonię, dopasowanie brzmienia głosów do wnętrza i przestrzeni. Oferował w swoim katalogu aż siedemnaście modeli instrumentu. Jan Śliwiński szlify organmistrzowskie przez dziesięć lat (1865 - 1875) zdobywał głównie we Francji, w paryskiej fabryce Cavaille-Cola, stąd też na jego organach najlepiej brzmi podobno muzyka francuska. Z lwowskiej fabryki Śliwińskiego pochodziły organy nie tylko we wspomnianej bazylice Franciszkanów, ale także - jedne z największych - dwudziestoośmiogłosowe w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie, a także w kościołach w Sanoku, w Krośnie, Łabuniach, Kętach, Przeworsku, Rakszawie, Bieczu, Szczebrzeszynie, Zamościu i wielu innych miejscowościach. Te dwa ostatnie instrumenty zostały ufundowane przez znanych arystokratów: dla Szczebrzeszyna organy ufundowali Konstanty i Maria z hr. Potockich księstwo Lubomirscy, a dla Kolegiaty Zamojskiej XV ordynat Maurycy hr. Zamoyski. 

      Nie wszystkie instrumenty Śliwińskiego przetrwały dziejowe zawirowania, kataklizmy, pożary czy wojny. Nadal można ich posłuchać między innymi w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie, Kolegiacie Zamojskiej, w katedrze łacińskiej Wniebowzięcia we Lwowie, w kościele Matki Bożej Szkaplerznej w Łabuniach, w kościele św. Wojciecha w Szymbarku. Poza Szymbarkiem, pozostałe wymienione (Zamość, Łabunie, Kraków, Lwów) słyszałam na żywo w różnych okolicznościach. 

Poniżej organy w Kolegiacie Zamojskiej - sprawdzanie brzmienia


A teraz UWAGA! Niespodzianka - historyczne organy Śliwińskiego z kościoła św. św. Piotra i Pawła w Tbilisi w Gruzji:

25 komentarzy:

  1. Kolejna piękna historia ze świata kultury - dziękuję.
    Zadziwia mnie produktywność zakładów J. Śliwińskiego - dziesiątki organów - to musiała być potężna wytwórnia.
    I wisienka na końcu - organy w Tbilisi - rok 1886 - J. W. Dżugaszwili miał wtedy 7 lat i na pewno ich słuchał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W szczytowym etapie rozwoju fabryka miała 20 pracowników i była największym zakładem tego typu w Galicji. Zasięg działalności w pierwszym rzędzie na pewno zawdzięczała samemu Śliwińskiemu, bo po jego śmierci niestety szybko podupadła i potem została sprzedana.
      O Dżugaszwilim nie pomyślałam, interesujące jak się nad tym zastanowić.

      Usuń
  2. Wspominałem już, że uwielbiam słuchać muzyki organowej i często robię to, oglądając nagrania na YouTube albo słuchając płyt CD. Zastanawiam się jednak, czy potrafiłbym naprawdę rozróżnić brzmienie różnych instrumentów i powiedzieć, że jedne organy są wyraźnie lepsze od innych. Być może tak byłoby podczas słuchania na żywo w kościele — ale nigdy nie byłem na koncercie organowym. Miałem jedynie okazję słyszeć organy w katedrze podczas mszy (choć niestety od lat bywam tam rzadko, odkąd nie mieszkam w Toronto). Do tego mój domowy sprzęt audio jest, delikatnie mówiąc, bardzo przeciętny — a o moim „rewelacyjnym” słuchu, zarówno muzycznym, jak i fizycznym, lepiej już nie wspominać 🙂

    Na szczęście po niedawnej renowacji katedry św. Michała w Toronto (https://youtu.be/bQQlbcnl10E) odrestaurowano również organy, a nawet przeniesiono je w inne miejsce. Dzięki temu można dziś znów posłuchać tam pięknej muzyki organowej.

    Z drugiej strony, w wielu kościołach pojawiają się organy elektroniczne, które — o ile wiem — potrafią być bardzo dobre, a przy tym są znacznie tańsze i nie wymagają kosztownej konserwacji. Tradycyjne organy trzeba przecież regularnie czyścić, stroić i poddawać specjalistycznym przeglądom. Rozmawiałem kiedyś z zawodowym muzykiem o pianinach elektronicznych (tych pełnowymiarowych, do złudzenia przypominających klasyczne instrumenty). Przyznał, że choć nie brzmią identycznie jak tradycyjne pianina, to mimo wszystko zdecydowanie je polecał.

    Swego czasu interesowałem się też tzw. urbexem, czyli eksplorowaniem opuszczonych budynków. Uczestniczyłem w prezentacjach zdjęć z takich wypraw — do pustych szkół, kościołów czy kin. Na wielu z nich pojawiały się porzucone, zniszczone pianina, fortepiany, a czasem nawet organy. To trochę smutny widok, zwłaszcza że zakup takiego instrumentu to ogromny wydatek, a później często nie ma chętnych nawet na jego bezpłatne przejęcie i instrument po prostu niszczeje.

    A na marginesie (tu aż prosi się o angielskie „no pun intended” 😁): skoro tak często piszesz o muzyce, czy Twoje wykształcenie albo praca są z nią związane — czy to raczej pasja?

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama znam kilka kościołów, gdzie stoją stare organy, jeszcze takie na michy, są zabytkowe, ale nie ma funduszy na ich renowację. Kiedyś fortepian był niemal w każdym szlacheckim czy inteligenckim domu, dzisiaj już nie, dlatego starych instrumentów nie ma kto przejąć.

      Z muzyka mam do czynienia tylko jako słuchacz, nei mam wykształcenia muzycznego. Dużo czytam i dużo czytam na ten temat, ale nie mam słuchu, żeby nauczyć się grać czy śpiewać. U mnie do mu rodzinnym było pianino, siostra uczyła się grać i gra do tej pory tak w domu, pieśni, kolędy. Siostra śpiewała też przez sześć lat w chórze i teraz prowadzi mały chórek parafialny - 9 osób. Śpiewają nawet na głosy.
      Mój ojciec w czasach swoich studenckich tańczył w akademickim zespole ludowym. Ja oczywiście tego nie pamiętam, ale miał poczucie rytmu i smykałkę do tańców, znał ludowe pieśni.
      Ja z tego nic nie odziedziczyłam - tylko zamiłowanie do słuchania.

      Usuń
    2. U mojej mamy w domu stało stare pianino. Co prawda trochę grała, ale głównie dlatego, że przez pewien czas musiała uczęszczać na lekcje — poza tym nie miała ani szczególnego zacięcia, ani słuchu muzycznego.

      Mój ojciec to już w ogóle osobny przypadek — chóry pewnie dobrze by mu płaciły, żeby tylko NIE śpiewał! Zero talentu i głosu.

      A swoją drogą, powinienem się domyślić po Twoim nicku, że ze śpiewaniem u Ciebie raczej nie po drodze… 😉

      Pozdrawiam!

      Usuń

    3. W poprzednim komentarzu miało być: dużo słucham i dużo czytam... bez sensu mi się napisało.

      Są jeszcze takie domy... Moja przyjaciółka ma rodzinne zabytkowe pianino, na którym po latach uczyły się grać także jej dzieci. Zresztą miały dobry słuch muzyczny i chodziły do szkoły muzycznej.

      A z nickiem to jest całkiem osobna i prosta historia. Zapożyczyłam go z powieści Teodora Parnickiego "I sam wyjdziesz bezbronny..." Nie wiesz tego, bo trafiłeś na mój blog dużo później, ale na początku, także na blogu, którego już nie ma, bo zniknęła platforma, na której go miałam, często pisałam o Parnickim, o jego twórczości, jestem zauroczona jego powieściami. I właśnie od niego wzięłam nick - notaria, bo tam występowała taka postać. Oczywiście notaria od notariusza, tylko forma żeńska.
      Tworząc natomiast adres poczty e-mail, dodałam do tego wymyślone nazwisko i jestem Notaria Artem. E-mail: notariaartem@gmail.com

      Usuń
    4. Dziękuję za wyjaśnienie. Pamiętam, iż mówiło się, że z książek Parnickiego można uczyć się historii. Niestety, ani jednej nie czytałem, chociaż na egzaminie na studia coś mi się o niego pytali. Może niebawem napiszę o nim jakąś wzmiankę na nowym blogu, bo posiadam jego książkę z autografem "Opowiadania".

      Usuń
    5. Koniecznie opisz, jak zdobyłeś ten autograf, takie spotkania ze znanymi ludźmi są pasjonującą przygodą.

      Usuń
    6. Postaram się to sukcesywnie robić w moim nowym blogu: moim nowym blogu.

      Usuń
  3. Historia instrumentów, ich powstawania to jak zajmująca powieść. Organy, to jedyny instrument, który przez wieki dane było słyszeć "na żywo" wielu. W kościołach oczywiście, gdzie lud miał wstęp.
    Bardzo ciekawy ten post, bo i dla mnie organy to "pierwszy" instrument 🙂

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest nas wielu - wielbicieli organów. I oby było ich coraz więcej - organów i wielbicieli, liczne letnie festiwale organowe w kościołach świadczą, że zainteresowanie jest duże

    OdpowiedzUsuń
  5. Przez kilka lat jeździliśmy z żoną na kilkudniowy festiwal - Organs of the gold fiields of Ballarat.
    Ballarat to miejscowość 110 km od Melbourne, gdzie w 1851 r odkryto spore zasoby złota. Przybyło kilkanaście tysięcy poszukiwaczy a wiadomo - gdzie złoto, tam grzech, gdzie grzech tam trzeba stawiać kościoły, jeśli kościół to organy.
    Do tego dochodzi rywalizacja religii - anglikanie, luteranie, katolicy itd.
    W rezultacie codziennie odbywały się 3 koncerty.
    Niestety teraz już nie mamy na to sił.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzy koncerty dziennie to aż do przesytu. I pewnie w tych samych godzinach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To były maratony z przeszkodami.
      Typowy rozkład to:
      Piątek wieczór - koncert w katedrze - to była albo jakaś msza, albo requiem. Mile wspominam Missa Creole ( https://www.youtube.com/watch?v=H0aRQHLXWJY ).
      Sobota rano - koncert w kościele 40 km od Ballarat. Potem 2 koncerty w mieście - o 3 i o 7.
      Na szczęście żaden z koncertów nie trwał dłużej niż 1.5 godz.
      Niedziela i poniedziałek - po dwa koncerty. Dłużej już nie zostawaliśmy.

      Usuń
    2. I jeszcze link do bardziej szczegółowej relacji ==> https://ewamaria.blog/2019/01/25/muzyka/

      Usuń
    3. Uwielbiam takie maratony! Dawniej jeździłam na trzydniowy festiwal Szalone Dni Muzyki - piątek, sobota, niedziela - w sumie organizują wtedy ok 100 koncertów, ale nie które są krótkie, odbywają się w tych samych godzinach, więc wybiera się tyle, ile człowiek zdoła wysiedzieć.
      Rozłożenie koncertów w Ballarat w sumie całkiem do przeżycia, dzień po dniu inne muzyczne wrażenia. I jest czas na kawę :-) Dziękuję za relacją. Blog Ewy Marii tworzy dużą ciekawą społeczność. .

      Usuń
    4. Blog Ewy Marii - osobna historia.
      Jeszcze na bloxie zauważyłem blog o nazwie - Kura, jak ugotować kurę, czyli co każda panna po 20-tce powinna wiedzieć a jeszcze nie wie.
      W blogu uczestniczyło chyba 6 Panien, codziennie nowy wpis.
      Napisałem tam kilka komentarzy i Ewa Maria zaproponowała żebym do nich dołączył.
      Ale jak tu dołączyć do Panien?
      Jako Kawaler?
      Oczywiście, że nie - jako Panicz.
      Przetłumaczyłem to na - pa nic z - ciebie tutaj, ale jednak przyjęły mnie.
      Blog, zgodnie z założeniem autorki, funkcjonował 1 rok. Jakiś czas potem (2013) Ewa Maria założyła swój obecny blog, publikuje tam wpisy chyba setki autorów. Mnie udało się umieścić tam ponad 100 wpisów.

      Usuń
    5. Teraz tam doczytałam, że jest ok. 300 autorów. To bardzo dużo. Masz swój pokaźny udział.

      Usuń
  7. Mam zaproszenie do Krakowa. Jeśli więc się zorganizuję to wybiorę się odwiedzić smoka :- ). I może uda mi się wysłuchać organów w Kościele św Katarxyny Aleksandryjskiej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kościół sam w sobie jest też perłą gotyckiej architektury

      Usuń
  8. Jak Ty czytałaś tak trudne powieści Parnickiego, to... nie dziwię się właściwie znając przekrój Twego bloga. Ja zaczęłam i odłożyłam na kiedyś 🫢
    Niesamowity człowiek i Jego droga do Polski, niesamowity język Jego książek i tematyka. Czytałam Jego niezwykły Dziennik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam, podziwiam, jestem zakochana w jego prozie. To najlepszy polski powieściopisarz XX wieku. Jeżdżąc jeszcze kilka lat temu po różnych Krakowach, Warszawach i innych, wstępowałam zawsze do antykwariatów i pytałam czy mają coś Parnickiego. Wszystkie jego książki - z wyjątkiem "Srebrnych orłów" i "Trzy minuty po trzeciej" mam z antykwariatów, bo nie ma wznowień. Tylko właśnie "Trzy minuty" wyszły ponownie całkiem niedawno, no i "Dzienniki" - mam, czytałam. Genialny!

      Usuń
    2. Genialny pisarz dla umysłów wyższych - dla Ciebie 🌹
      Ja już nie sięgnę wyżej Myśliwskiego i Krzysztofa Vargi 😉

      Usuń
    3. No nie, on jest genialny sam dla siebie i z siebie. Poza tym "Srebrne orły" maja całkiem normalną, zwykłą narrację. Tak samo pierwsza powieść, czyli "Trzy minuty po trzeciej". Czysta szpiegowska sensacja, tylko na Dalekim Wschodzie.
      Początek też miałam trudny, do "Zabij Kleopatrę" przymierzałam się dwa razy, ale teraz to jedna z moich ulubionych powieści. Dość lekko się czytało "Słowo i ciało". Uśmiałam się przy "I u możnych dziwny", bo on tam Zagłobę wprowadza. Zresztą, w wielu powieściach jest dużo humoru, ironii, w "Tylko Beatrycze" rozmowy bohatera z papieżem Janem XXII rewelacyjne, tak samo dużo humoru w "Muzie dalekich podróży" :-)))

      Usuń