poniedziałek, 15 września 2014

Uchwycić przestrzeń

     Wydaje nam się, że widzimy ostro, szukamy konturów, które porządkują nam przestrzeń na ściśle wykreślone kwadraty, koła, trójkąty i trójwymiarowe klocki. Brak wyraźnych granic w przyrodzie rekompensujemy sobie ich wytyczaniem na mapach. Zawsze to jakiś porządek, chociaż bardzo złudny, bo naganne rozpościeranie się mgły oraz lasy mieszane, krecia robota i wiatr za nic mają granice ludzkich państw. (Szymborska, Psalm)
      Są takie letnie dni, kiedy nawet niewprawne oko dostrzega drżenie pejzażu w rozgrzanym powietrzu. Nic nie stoi w miejscu i gdyby nie twardy grunt pod nogami można by pomyśleć, że to zwiastun trzęsienia ziemi, jakby klaskały w ręce pagórki,/ szklane gaje pieniły się w wietrze. (Świrszczyńska, Południe)
       Albo w pochmurny, ulewny niby dzień, kiedy wydaje się, że zapada wieczór, gaśnie światło i mrok się rozprzestrzenia na futrzanym brzuchu ciemności. (Schulz, Sklepy cynamonowe) O, to już prawie apokalipsa dla pedanta lubiącego konturowy ideał. O zmierzchu nic nie jest wyraźne, wszystko zanurzone w nieokreśloność, w ciemniejące sfumato. 
      A jeszcze dal coraz bardziej zatarta, gubiąca szczegóły. Ta złudna bliskość śnieżnych szczytów poza dolinami, kiedy drogę mierzy się przebytym czasem. Morski horyzont nie wiadomo gdzie, chociaż widać cienką linię między błękitami. Gdziekolwiek spojrzeć, nie widać nic poza przestrzenią. Chcemy w nią wejść, a ona jak płochliwa wiewiórka ucieka machnąwszy rudą kitką. Znów zostajemy ze swoją niemożnością. 
      Ale od czego są artyści? Od tworzenia rzeczy niemożliwych ;-) Sama malować nie umiem, choć mam takie ciągotki i nawet zaczęłam, tylko brakuje mi cierpliwości. Za to z chęcią oglądam. Ostatnio dwa razy przeżyłam spotkanie z malarstwem akwarelowym. Plenerowa wystawa Zgiełk Macieja Zaborowskiego dostępna na Krakowskim Przedmieściu w lipcu przyciągała uwagę idealnym dopasowaniem rozmytego akwarelowego pejzażu miasta z deszczową aurą pochmurnego dnia, kiedy na nią trafiłam. Na obrazach Zaborowskiego miasto  jest rozdergane, bryły architektoniczne bezkonturowe, złożone z poszarpanych plam. Jeśli ktoś kocha porządek, ład, ułożoną pod linijkę rzeczywistość,  może  naprawdę mieć  trudność w zaakceptowaniu takiego widzenia świata. I mnie też wydawało się, że malarz przesadził. Trudno pogodzić się z nietrwałością materii, która sprawia wrażenie, jakby istniała tylko na słowo honoru. Z drugiej strony, ze względu na okoliczność deszczu, gdy rozejrzałam się wokół, rzeczywiście nic nie było dookoła zdecydowanie wyraźne. 
       Założeniem artysty było uchwycenie w zgiełku współczesnego miasta atmosfery przedwojennej architektury. Myślę, że próba to udana, obrazy tchnęły patyną  minionej epoki, jakąś tęsknotą za przeszłością, życiem wydobytym z drżenia powietrza na granicy jawy i wspomnienia.        Drugim artystą zdecydowanie preferującym malarstwo akwarelowe jest nieżyjący już Kazimierz Szemioth (1933 - 1985). Malarz bardzo warszawski, tu się urodził i tutaj zmarł, a tak zakochany w polskich Tatrach, że Stanisław Hadyna nazwał go Bacą z najwyższego piętra. Zresztą nie tylko malarz, bo także poeta - wszyscy znamy przecież słynną Jaskółkę uwięzioną. Tak, tak, to Kazimierz Szemioth napisał słowa piosenki, która go unieśmiertelniła. Podczas pobytu w Gdańsku Szemiothowie zwiedzali tamtejszy kościół Mariacki i zaobserwowali jaskółkę próbującą znaleźć wyjście spod sklepienia świątyni. Zdarzenie to stało się inspiracją do napisania tekstu zaraz na poczekaniu, na kawiarnianej serwetce. Tak powstał jeden z najbardziej znanych utworów w historii polskiej piosenki.         Kazimierz Szemioth napisał też cykl kolęd współczesnych, które z muzyką Stanisława Hadyny śpiewał i nagrał płytę Narodziła się nam Dobroć Wiesław Ochman.       Wiele ciekawostek o Szemiotcie zebranych ze wspomnień przyjaciół i listów, reprodukcje obrazów oraz wiersze zawiera album Kazimierz Szemioth. Malarz i poeta, jeden z moich ostatnich nabytków. Rzecz warta przeczytania, oglądania, rozkoszowania się zwłaszcza owymi akwarelami, których najczęstszymi bohaterami są konie.  Kto przyzwyczaił się być może do  końskich portretów Juliusza i Wojciecha Kossaków, będzie zawiedziony. Szemioth bowiem malował spracowane konie chłopskie, konie pociągowe, z furmankami, bryczkami, konie dalekie od ideału czempiona czystej krwi arabskiej. Malarzowi wystarczą dwie, trzy plamki rozmytej akwareli,  dwie kreski zaznaczające  schylony łeb i półokrągły zad, aby wydobyć istotę zwierzęcia. Końskość na wzór Miłoszowej sroczości.        Jedną z ciekawszych form malarskiej twórczości Szemiotha było malowanie znaczków na kopertach. Autentycznie! Wysyłając  listy do przyjaciół, sam malował misterne znaczki, nawet obrysowując je charakterystycznymi ząbkami. I co dobrze świadczy o ówczesnych polskich urzędach pocztowych - honorowano je i listy zawsze dochodziły. Same koperty oraz listy także często ilustrował miniaturowymi obrazkami.  Każdy list sam w sobie stanowi odrębne dzieło sztuki. Oglądając je odzywa się we mnie tęsknota za zanikającą sztuką uprawiania korespondencji.  A właściwie  umiejętność ta zanikła dzisiaj zupełnie, wyparta przez bezosobowe e-maile i jeszcze bardziej enigmatyczne smsy. Wielu poda tutaj argumenty o ciągle towarzyszącym nam pośpiechu,  konieczności szybszego załatwiania spraw, łatwiejszego dostępu do szybkiego przesyłania informacji itp. Niestety, nie przekonują mnie żadne, bo nic nie usprawiedliwia powszechnej niechęci do namysłu nad słowem. Myślę, że głównym powodem, że dzisiaj nikomu nie chce się pisać listów, jest niechęć do namysłu. Bo list trzeba przemyśleć, zastanowić się nad doborem słów, aby nie musieć przepisywac go 30 razy, gdy zdanie się zapętli. O wiele łatwiej machnąć cokolwiek w e-mailu i na szybko, ewentualnie poprawić najbardziej rażące błędy, a i to nie wszyscy zadają  sobie ten trud. W przypadku smsów w ogóle już niewiele osób stara się pisać poprawnie po polsku.         Dlatego oglądam sobie album, podziwiam malarstwo Kazimierza Szemotha i tak naprawdę żal mi, że zaginęła pewna forma sztuki. A za kilka lat może się okazać, że młodzi ludzie w ogóle na oczy nigdy żadnego listu nie będą widzieli. 

Znaczek Kazimierza Szemiotha

poniedziałek, 8 września 2014

Było i było się, czyli jak połączyć przeszłość z teraźniejszością

       Z ostatniego pobytu w Warszawie (23 - 28 sierpnia) zostało mi jeszcze do opisania:
- wystawa Sztuka i Naród w Muzeum Literatury;
- instalacja uliczna Barykada pamięci. Dziś idę walczyć, mamo;
- dreszcze na moim pierwszym na żywo spotkaniu z muzyką Andrzeja Panufnika w Koncercie fortepianowym w wykonaniu młodej pianistki Katarzyny Gołofit;
- przy okazji inne też utwory - już niekoniecznie tak ciekawe ;-)
- pogrzeb prof. Jana Ekiera;
- poezja i malarstwo Kazimierza Szemiotha;
- malarstwo Ireny i Wojciecha Weissów w poezji Krystyny Koneckiej;
- kawa z kozim serkiem i pomidorami w Cafe Vincent (ale zaszalałam!);
- Różyc Bazaristan w Zielonym Jazdowie: oliwki z Grecji kontra oliwki z Maroka;
- Dwurnik na sprzedaż w galerii;

      Coś mi się wydaje, że niewiele z tego będzie. Czas upływa, emocje gasną, muzyka cichnie, pamięć zawodzi. Panufnika - tego akurat Panufnika na tubie nie mogę znaleźć. Chyba nie ma w ogóle. 
      To ja powoli będę zmierzać w inne, nowe rejony ;-)

      Ustawienie Barykady pamięci na Krakowskim Przedmieściu to dobry pomysł. Przewija się tam mnóstwo turystów, a wielu przystwawało, oglądało, czytało, komentowało. Drewniany stelaż Barykady obwieszony kartkami, rysunkami, emblematami, fotografiami intrygował dość mocno turystów zagranicznych, czego byłam świadkiem. Przystawali i pytali, o co w tym chodzi. Jak jest po niemiecku "powstanie"? Wojna to wiem, ale nie umiałam wytłumaczyć, że chodzi o powstanie. 
      Pomysł, żeby mieszkańcy przynosili zdjęcia, dokumenty uczestników powstania z własnych rodzin uważam za świetny. Stąd na Barykadzie kserokopie, odbitki autentycznych zdjęć z domowych archiwów uzupełniają jednolite w powielaczowej grafice powielaczowej rysunki i fragmenty pieśni, wierszy zaprojektowane przez pomysłodawcę instalacji.
       Zdjęcia niewyraźne, ponieważ padał deszcz. Ale przystanąć warto bez względu na ocenę idei powstania. W gruncie rzeczy wzruszająca była i jest ta ich gotowość do bezkompromisowego poświęcenia życia. 






      Autorem drugiej części tytułu ulicznej Barykady - Dziś idę walczyć, Mamo -  był jeden z dwudziestoletnich poetów Warszawy, Józef Szczepański, uczestnik Powstania Warszawskiego. Wiersz, z którego zacytowano wers, powstał 24 sierpnia, 9 września 1944 r. jego autor zmarł w wyniku ran odniesionych dziewięć dni wcześniej. Wystawę poświęconą poetom skupionym wokół czasopisma Sztuka i Naród prezentuje Muzeum Literatury. W latach 1942-44 ukazało się szesnaście numerów czasopisma, które poza echem burzliwych dyskusji pozostawiło po sobie legendę tragicznej śmierci wszystkich kolejnych jego redaktorów naczelnych. Pierwszym był Bronisław Onufry Kopczyński, najstarszy z tego grona, ur. w 1916 r., zmarł w Majdanku 5 kwietnia 1943 r. Jego ciało spalono w krematorium. Wacław Bojarski, drugi redaktor ranny podczas akcji pod pomnikiem Kopernika zmarł 5 czerwca 1943 r. Trzeci, Andrzej Trzebiński, jeden ze zdolniejszych, człowiek wielu talentów, zwłaszcza literackich, rozstrzelany w zbiorowej egzekucji 12 listopada 1943 na Nowym Świecie 49. Kolejnym był Tadeusz Gajcy, obok Baczyńskiego najwybitniejszy poeta swojego pokolenia, zginął wraz z innym poetą i przyjacielem, Zdzisławem Stroińskiem 16 sierpnia 1944. I ostatni, najmłodszy, Wojciech Mencel, ur. w 1923 w Pabianicach, wyznaczony na następcę Gajcego, nie zdążył już doprowadzić do ukazania się kolejnego numeru.  Zginął 13 września 1944 raniony przez snajpera na Marszałkowskiej. 
       Byli artystami, poetami, dramaturgami, redaktorami, ale przede wszystkim żołnierzami. Wszyscy zginęli. Do nich także odnoszą się słowa Stanisława Pigonia: Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów. Bronisław Kopczyński, pierwszy redaktor SiNu był kompozytorem, komponował między innymi muzykę do wierszy kolegów z redakcji. (...) Nosił dość długie włosy, wtedy nieczęste u młodych, i wzbudzał nasz szacunek swą inteligencją i dowcipem oraz tym, że czytywał partytury oper i symfonii jadąc tramwajem, tak jak inni czytają zwykłą książkę - wspominał Zbigniew Łoskot. 

Partytura wojennej kantaty Kopczyńskiego Dies irae:



I on sam, fragment muzealnej wystawy:




      W kilku wystawowych salach fotografie, portrety, diagramy, biografie, cytaty. Rękopisy listów, wierszy, poematów, podziemne wydania tomików poetyckich. Pamiętnik Andrzeja Trzebińskiego, tomik Widma Karola Topornickiego (Tadeusz Gajcy), szkolne świadectwo Gajcego, zeszyt do ćwiczeń polonistycznych Zdzisława Stroińskiego, maszynopisy i rękopisy wierszy Wojciecha Mencla. Fotografie ruin miasta. Okładki szesnastu numerów Sztuki i Narodu. W katalogu między innymi wywiad z siostrą Andrzeja Trzebińskiego, Zofią. Do katalogu zaś dołączone są płyta z powstańczymi piosenkami oraz odbitka jedynego ocalałego egzemplarza ostatniego numeru czasopisma z bardzo niewyraźnym drukiem. 






Sztuka i Naród, wystawa w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, 30 lipca - 30 grudnia 2014

środa, 3 września 2014

Magiczny świat

    Bojkowie to jedna zgrup etnicznych zamieszkujących Karpaty, podobnie jak Łemkowie czy Hucułowie. Z tych trzech zaś akurat o Bojkach nie słyszłam prawie nic. Łemków się kojarzy chociażby za sprawą Nikifora, z kolei o Hucułach i życiu między nimi czytałam u Stanisława Vincenza. Bojkowie nie kojarzą mi się z nikim i niczym. 
     Sama nazwa "Bojko" jest podobno przezwiskiem, które z czasem stało się określeniem etnicznym, ale sami Bojkowie jej nie lubią i nie używają. Ich pochodzenie było tematem wielu rozpraw etnograficzno-historycznych. Rzecz rozbija się o to, czy jest to lud autochtoniczny, słowiański, czy napływowy. Nie rozstrzygając tej skomplikowanej kwestii można spokojnie zachwycić się zdjęciami Jana Brykczyńskiego, który przez trzy lata jeździł do miejscowości ukraińskiej tuż za polską granicą zamieszkiwanej przez Bojków właśnie. 
       Zdjęcia pokazują świat bardzo daleki od współczesnej cywilizacji, zatrzymany w przeszłości jak z wieku XIX czy przełomu XIX i XX. Takim anachronizmem, ale o wielkich walorach życia w harmonii z naturą, otoczeniem i pogodzenia z własnym losem widzi go autor kilkudziesięciu barwnych fotografii na wystawie Boiko w Leica Gallery oraz zebranych w albumie pod takim samym tytułem.
      Na fotografiach widzimy wnętrza mieszkań,  jedne kolorowe, pełne tkanych i wyszywanych serwet, inne skromniejsze, z bielonym na niebiesko ścianami, krzywymi szafkami, kuchnie z  wysokim łóżkiem, pod którym usypana leży sterta kartofli, a nawet izba z nierównym klepiskiem. Ludzie w prostych roboczych ubraniach, w mieszkaniu i na dworze, przy pracy, bądź w chwili wytchnienia od niej, i fotografia rodziny zebranej wokół zmarłej, z potrójnymi lichtarzami trzymanymi w rękach. W izbach charakterystyczne detale znane mi ze wspomnień z dawnego domu dziadków. Na przykład  lustra i święte obrazy zawieszone w charakterystyczny odchylony od ściany sposób.
      Dużo zdjęć robionych zimą. Ale jedno szczególnie baśniowe, z lata, na tle intensywnej zieleni,. Z daleka sprawia wrażenie, jakby  po łące szły dwie postacie w długich sukniach z długim trenem. Dopiero przyglądając się bliżej zauważamy, że to mężczyzna z przodu, a za nim kobieta ciągną ze sobą olbrzymie płachty, prawdopodobnie na świeżo skoszoną trawę. Tak nosi się trawę dla krów do dzisiaj  w mojej wsi. Dlatego rozbawiło mnie stwierdzenie autora, że obraz życia uchwycony przez niego na fotografiach już w Polsce nie istnieje, ponieważ polska wieś jest bardziej zmechanizowana, nie używa się kosy i pługa, a rolnicy nie hodują już tylu zwierząt. Niestety, słabe rozeznanie w życiu na wsi ukazuje Jana Brykczyńskiego jako typowego człowieka wielkiego miasta, który zachwycił się ezgzotyką, o której dotąd nie miał pojęcia.
      Były na wystawie jeszcze zdjęcia niskich piwniczek zaspanych zimą śniegiem - taką piwnicę miał jeszcze mój dziadek, a  i obecnie zostało parę w wiosce. Dalej, na białym tle śniegu krwawe ślady po uboju zwierząt, widok wiejskich rzeźników, którzy uboju dokonali, stojąc nad dopiero co zaszlachtowanym wieprzkiem. Czy autor zdjęć uważa, że dzisiaj na wsiach się tego nie robi? Zaiste, nie wiem,  czy to naiwność, czy rzeczywista niewiedza człowieka wychowanego w mieście i  świeże mięso widzącego dotąd tylko zafoliowane w hipermarkecie. 
      No dobrze, nie znęcajmy się nad autorem. Ostatecznie udało mu się dotrzeć do ludu zepchniętego na margines współczesnej cywilizacji, to fakt. Parę zdjęć ma niewątpliwą wartość zatrzymanej w stop-klatce przeszłości. I na paru w słonecznych promieniach przebijającyh przez kurz w izbie wyczarowany został magiczny świat prostej, surowej, ale i pięknej kultury.

   








BOIKO, wystawa fotografii Jana Brykczyńskiego, Leica Gallery, Warszawa, 
ul. Mysia 3 (II piętro) - 9 sierpnia - 7 września 2014 r.


Uwaga! Kliknięcie na zdjęcie powiększa je i otwiera całą galerię, którą można przeglądać jak slajdy. Więcej o wystawie można przeczytać na stronie TUTAJ








poniedziałek, 1 września 2014

Kogo zamordować chciał Prokofiew?

      Trzeci koncert fortepianowy C-dur Sergiusza Prokofiewa (1891 -1953) trwa niespełna pół godziny. Ale trzeba pamiętać, w jakim tempie jest grany. Wszystkie trzy części są tak szybkie, że trudno wzrokiem nadążać za palcami pianisty. Gdyby było klasycznie, przynajmniej jedna część byłaby wolniejsza, a nie jest. No, może troszeczkę, chwilami. W całości jest to najszybszy koncert fortepianowy, jaki chyba da się w ogóle zagrać. Nie wyobrażam sobie, żeby można było, z czysto fizycznego względu, szybciej trafiać palcami w klawisze. 
      III Koncert C-dur powstawał kilka lat, zakończony ostatecznie w 1921 roku, miał premierę w Chicago 16 grudnia 1921 z kompozytorem jako solistą przy fortepianie. Sam początek brzmi niewinnie, solowy klarnet miękko i delikatnie wije się w przestrzeni, stopniowo wchodzą inne instrumenty i cała orkiestra. Nastrój niemalże baśniowy, trochę nierealny, zostaje nagle, po jakiejś minucie z kilkunastoma sekundami, zakłócony mocnym wejściem fortepianu. Od tego momentu fortepian nie schodzi ze swojej wiodącej roli i nie zwalnia tempa. Mogłoby się wydawać, że szybciej już nie można, ale w drugiej części jeszcze przyspiesza, a w trzeciej, zwłaszcza w zakończeniu... Jego kompozycja jest tak ułożona, jakby miała w zamyśle kompozytora stanowić wyrafinowane narzędzie tortur dla pianisty, który z pełną energią zasiada do początku, rozwija wirtuozowskie triki, chwilowo odpoczywa przy  nielicznych kawałkach dla wytchnienia, by ostatecznie paść z wycieńczenia wraz z ostatnim dźwiękiem. Ale skoro sam kompozytor grał podczas premiery, to może po prostu Prokofiew napisał utwór na swoje możliwości?
      Są w nim momenty bardzo piękne, liryczne, przepięknie brzmiąca orkiestra, w drugiej zwłaszcza części pojawiają się jakby reminiscencje z rosyjskiej muzyki ludowej. Na tym tle fortepian brzmi strasznie mocno, dynamicznie, głośno. Daje ogromne możliwości wirtuozowskiego popisu. A druga rzecz, jak w tym tempie wyrabia się orkiestra. Tam nie ma sekundy na zastanowienie się, wejścia i zgranie musi być idealne. Inaczej albo będzie nierówno, albo orkiestra zagłuszy pianistę.
        Słuchając 26 sierpnia występu Alexandra Gavrylyuka w FN zastanawiałam się, jaki byłby to długi koncert, gdyby pianista grał wolniej. Gavrylyuk jednak do wolnych nie należy. Pędził bardzo pewnie, bez chwili wahania. Dlatego nagłe jego zastępstwo za nieobecną Marthę Argerich, która miała zagrać, nie zaburzyło repertuaru. A miałam co do tego obawy, bo Gavrylyuka dotąd nie znałam, tak tylko gdzieś obiło mi się jego nazwisko o uszy.
       Trzydziestoletni pianista z Ukrainy, urodzony w Charkowie, laureat międzynarodowych konkursów pianistycznych, znany już i zapraszany do współpracy z prestiżowymi orkiestrami i występujący na znaczących scenach muzycznych, ma w swoim dorobku płytowym wszystkie koncerty Prokofiewa. Poradził sobie świetnie i mimo że siedziałam daleko, aż gdzieś pod balkonem, a może właśnie dlatego, w żadnym momencie nie miałam wrażenia, że nie daje rady przedrzeć się przez orkiestrę, był doskonale słyszalny. Że też fortepian może być taki głośny. Zapewne to także efekt odpowiedniego strojenia. Jak Gavrylyuk przysiadł się do klawiatury, tak stopił się z instrumentem i tylko szaleńcze tempo muzyki dawało pewność, że on tam gra, a nie tylko siedzi, bo widok całej jego postaci miałam utrudniony. 
       Nieobecność Marthy Argerich była jakimś rozczarowaniem, ale nie żałuję w sumie, że na koncert mimo wszystko poszłam, chociaż bilet można było zwrócić. Gavrylyuk wraz z ostatnim akordem zerwał się od fortepianu i wcale nie wydawał się aż tak bardzo zmęczony. Prokofiew mial jednak lepsze rozeznanie co do wytrzymałości pianistów niż wydawało mi się na początku ;-)

Sergiusz Prokofiew, III koncert fortepianowy - cz. III Allegro ma non troppo, gra Martha Argerich


A tak Prokofiewa gra Alexander Gavrylyuk, ale inny utwór:




PS Poza tym Sergiusz Prokofiew zasłynął tym, że zmarł tego samego dnia, co Stalin. Anegdotę z tym wydarzeniem i osobą dyrygenta Grzegorza Fitelberga związaną podaje nawet Wikipedia :-)






czwartek, 28 sierpnia 2014

Harfa, muzyka i bóg


Zrobiłam mu zdjęcie, gdy stroił harfę. 


Tak, tak, to właśnie to miejsce: Sala Wielka, inaczej Sala Balowa w Zamku Królewskim. Żyrandole, lustra i ten Apollo widoczny za plecami harfisty na fotografii wyżej. Zanim odbył się koncert:


 Tak na ogół gra:




A to między innymi grał wczoraj w Zamku Królewskim:





      I co mam jeszcze dodać? Na koncercie zamkowym byłam po raz pierwszy w życiu. Lustrzano-żyrandolowa sala jest miejscem jakby stworzonym dla takiego instrumentu jak harfa. Wystrój, otoczenie, piękno wnętrza, piękno instrumentu, piękno muzyki (a wielu słuchaczy/czek mogłoby dodać jeszcze: piękno harfisty) tworzyły doskonałą harmonię. 
     I harfa i harfista wzbudzili emocje, co dało się zauważyć choćby podczas przerwy, gdy otoczeni zostali wianuszkiem wielbicieli płci obojga. Każdy robił zdjęcia. No to ja też nie mogłam być gorsza, chociaż mam tylko zdezelowaną starą komórkę. Ale co tam! Taka okazja! Nieczęsto się zdarza, żeby muzyk nie odgrodzony wysokim stopniem sceny tak sobie stanął i dostrajał przez kilka minut instrument, a wszyscy dookoła do woli mogli się napatrzeć, napstrykać. Niemal sesja fotograficzna wyszła. Niektórzy, a zwłaszcza niektóre jakoś tak bliziutko stawały, żeby uwiecznić się razem z nim na pamiątkowym zdjęciu ;-) 
     Xavier de Maistre cierpliwie i chyba z wewnętrznym rozbawieniem musiał obserwować całe to wokół siebie zamieszanie. Sądzę, że jest przyzwyczajony. 
     Po tym wstępie przejdźmy do kwestii poważnych. Koncert złożony z utworów, których albo nie znam, albo po raz pierwszy słyszałam transkrypcje na harfę: Pescetti (ładny), Mozart (wiadomo, transkrypcja), Liszt (nieoczekiwane), Tarrega (to już słyszałam), Alvars (zupełnie nie znam), Faure (świetne), Caplet (super, wirtuozeria, nie znałam) i na koniec Smetana (transkrypcja, hmmm, nudnawe). Wymądrzać się tu nie będę dobrze zagrał czy nie. W zasadzie, kiedy tak się zastanawiam, nie zależy mi nawet, żeby mieć jego płytę. Tak naprawdę nie chodziło mi wcale o utwory, tylko o to, jak się gra na harfie, jak wygląda recital harfowy, jak ogarnąć 47 strun, jak wyćwiczyć palce, jak wydobyć przepastną różnorodność dźwięków, których nigdy w życiu bym z harfą nie skojarzyła. Toteż na początek chciałam po prostu posłuchać. Siedziałam  prawie na końcu, przede mną wysoka osoba zasłaniała mi dosłownie wszystko, to znaczy harfistę razem z harfą, docierał do mnie tylko dźwięk. Po dwóch utworach postanowiłam przyjrzeć się przynajmniej rękom, toteż wykorzystałam fakt, że było kilka miejsc wolnych i przesiadłam się do przodu. Teraz podziwiałam taniec rąk i niesamowite układy długich palców. Oczopląsu można dostać. Kiedy już, już myślałam, że jako tako ogarnęłam technikę, przynajmniej wizualnie, nagle de Maistre wprowadzał coś nowego, jakiś nowy chwyt. 
      Trudno opisać, jeśli się człowiek nie tylko na "tańcu" nie zna, ale i na graniu ;-) W każdym razie byłam i jestem pod wrażeniem. Całość koncertu utrzymana w charakterze klasycznym specjalnych jakichś nowoczesnych ekstrawagancji nie było, co nie znaczy, że nie było wirtuozerii. Była jak najbardziej. Niemniej ciekawość rośnie, bo specjalnie dla niego pisze koncert harfowy Penderecki. I teraz pytanie: jak to będzie wyglądało? Nie mam pojęcia. A jednak harfa to cudowny instrument. Bardzo bogaty dźwiękowo. I kto powiedział, że kobiecy? Xavier de Maistre do harfy idealne pasuje. Przypomina prawie tego za nim stojącego marmurowego z lirą (patrz zdjęcie pierwsze), tylko mu wieńca laurowego brak ;-)
      

wtorek, 26 sierpnia 2014

Jak zostałam fanką

   
Zastanawiałam się, jak go nazwać, jak najlepiej określić całą gamę gestów, grymasów, uśmiechów, trzepotań palcami lewej dłoni, szybkich machnięć obu rękoma, łagodnych falowań, zaproszeń niejako kierowanych do poszczególnych solówek orkiestrowych oraz dystyngowanych, trochę takich wystudiowanych ukłonów. W pierwszym Beethovenie ( Uwertura Namensfeier dedykowana Antoniemu Radziwiłłowi) muzyka jakaś taka "myśliwska" mi się wydała. Szybka, duża i głośna. Całkiem jak nagonka w lesie na dzika albo innego grubego zwierza. Toteż i dyrygent z batutą składał się jak myśliwy do strzału.
      Albo inaczej zacznę. Nazwisko znałam, nagrań słuchałam, coś tam oglądałam na YouTube, ale bez szału. Jedno mnie zaintrygowało, taki sympatyczny uśmiech podczas dyrygowania. W pewnych momentach pojawia się jak u dziecka na widok wzlatującego latawca. No, w każdym razie nie znam wielu dyrygentów, którzy podczas dyrygowania by się uśmiechali. A on to robi. Charakterystyczne. Na przykład po trudnym, wymagającym fragmencie, gdy orkiestra się fajnie wyrobiła, albo po solówce jednego lub grupy instrumentów, albo kiedy właśnie zaczyna się taki, mówiąc potocznie, ładny kawałek związany ze zmianą tempa. 
       A poza tym jest przystojny, wysoki, młody i pięknie się prezentuje we fraku.
       Ale chyba powinnam zacząć po kolei. Więc Concerto Köln, założoną w 1985 r. orkiestrą bez stałego dyrygenta, słyszałam dotąd tylko z nagrań. Dyrygowali różni znani (i mniej znani, przynajmniej mnie) dyrygenci, jak Kent Nagano, Rene Jacobs, Daniel Harding czy Emmanuelle Haïm. Tym razem dyrygował Michael Güttler no i o niego mi chodzi. Patrzenie na dyrygenta przeważnie, sprawia frajdę. Bo każdy jest taki odmienny, stosuje inny kod porozumienia z orkiestrą. Güttler niby niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale ten Beethoven, drugi utwór zagrany w niedzielę w Filharmonii Narodowej, IV Symfonia - po prostu wspaniała. Dotąd chyba w ogóle nie rozumiałam tego utworu, a tu takie pozytywne zaskoczenie. Klarownie, czysto wydobyte różne ciekawostki, porywająca sekcja dęta, dynamika i delikatność harmonijnie rozłożone. Coś niesamowitego. Tym bardziej,  że Güttler dyrygował z pamięci. Owszem, miał jakiś kajecik z nutami na pulpicie, ale zamknięty.  Zdaje się, że w ogóle Beethoven bardzo mu leży.  Orkiestrze zresztą też. Nic dziwnego: niemiecka orkiestra, niemiecki dyrygent i niemiecki kompozytor. Układ doskonały.
     Jak wspomniałam, Michael Güttler jest wysoki, toteż podestu nie używał. Patrząc na jego taniec przed orkiestrą miałam zresztą wątpliwości, czy by się na nim zmieścił. Do IV Symfonii potrzebował co najmniej kilku metrów kwadratowych powierzchni, żeby się to rozpędzać, to wycofywać, a w pewnym momencie obawiałam się, że jeszcze krok do tyłu i spadnie ze sceny. 
       Nic dziwnego, że w Koncercie fortepianowym Jana Ladislava Dusska (1760 - 1812) ewidentnie miał za mało miejsca, gdy za nim ustawiono fortepian dla Andreasa Staiera (też Niemca - niedzielny wieczór był zdecydowanie niemiecki, tylko ten Dussek Czech). Utwór Dusska kompletnie mi nieznany, toteż wyłapałam tylko niektóre ciekawe momenty, na ogarnięcie całości trzeba powtórzenia. Niemniej Andreas Staier jak zwykle pokazał całą klasę i przypuszczam, że w innym wykonaniu wcale aż tak bardzo by mi się nie podobało.  Staier to w ogóle poważny gość, a jego mistrzowskie intepretacje, mówiąc szczerze, trochę mnie onieśmielają. Aż strach odetchnąć. W Koncercie Dusska część ostatnia jest akurat bardzo ciekawa, zabawna, z wyraźną powtarzaną melodyjką, którą solista fantastycznie wydobywał na różne sposoby. Ale i w tej części całego koncertowego wieczoru podziwiałam Güttlera za niezwykłą umiejętność współpracy z solistą. Wiem, niby to oczywiste, ale bywa nieraz, że dyrygent czuje się ważniejszy od solisty i tak eksponuje orkiestrę, że ta go zagłusza. Tym razem zaś dyrygent usunął się niejako - na ile to możliwe, gdyż jakby nie było, to on dyryguje całością - na drugi plan. Staier grał na historycznym erardzie, instrumencie znacznie cichszym, delikatniejszym od współczesnych fortepianów. Miałam wrażenie, że Güttler ściszał momentami brzmienie orkiestry, aby nie zagłuszyła solisty i to było piękne, bo wiadomo, że musieli to przećwiczyć, dopasować się. Cóż, z drugiej strony dla żadnej z występujących stron nie była to nowość, ponieważ Staier już z Concerto Köln niejednokrotnie współpracował, toteż są ograni.
       I może dlatego po Koncercie fortepianowym owa IV Symfonia Beethovena zabrzmiała tak cudownie, ujawniając wszystko, na co stać orkiestrę. Siedziałam blisko, toteż gdy weszli widziałam same smyczki: od lewa do prawa skrzypce, altówki, wiolonczele i znowu skrzypce. Na dodatek z tyłu na wprost jeszcze wysokie kontrabasy. Nie zauważyłam, kiedy weszły inne instrumenty, ale musiały być, bo było je słychać. Żartuję, oczywiście, ale tak to wyglądało z mojego pierwszego rzędu.
       W szeregu kontrabasów, muzyk środkowy stwarzał konkurencję dla dyrygenta.  Czego on tam nie wyprawiał! Podcza grania przypominał Mishę Maiskiego nad wiolonczelą, tylko bardziej. To znaczy głębiej się pochylał, szerzej machał smyczkiem i podobnie trzepał czupryną.  Ale to jeszcze nic! Prawie tańczyl z tym swoim kontrabasem, kołysząc się w rytm muzyki, a kiedy zabrakło dla niego nut, prawą dłonią przy ślimaku dyrygował,  komu? może sobie, może innym;-) I często też się uśmiechał, gdy musiał tak strasznie napracować się grając. Bardzo to było widowiskowe. W każdym razie dawno nie widziałam muzyka w orkiestrze tak zadowolonego ze swojej roli ;-)
      Zbierając wszystko razem do kupy, muszę przyznać, że Beethoven był porywający, Dussek interesujący i całkiem przyjemny,  Andreas Staier mistrzowski, orkiestra rewelacyjna, ale najwięcej emocji wzbudził dyrygent - Michael Güttler. To nie jest tylko podziw, zachwyt sposobem dyrygowania, sympatia dla osobowości. Jestem absolutną jego fanką.
      On naprawdę wygląda młodziej  i przystojniej bezpośrednio na scenie niż na nagraniach ;-)
Poniżej cała gama dyrygenckich gestów ;-) Nieważne, co to jest, czym dyryguje, bo dźwięk słaby, ale patrzenie na Michaela Güttlera to niezwykłe wrażenie.


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Kronika ostatniego tygodnia

    Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję:

13 sierpnia zmarł Frans Brüggen, założyciel Orkiestry XVIII Wieku, za niespełna dwa miesiące skończyłby 80 lat  - nie zdążył przyjechać na tegoroczny Festiwal Chopin i Jego Europa, Orkiestra zagra bez niego;
14 sierpnia - dziesiąta rocznica śmierci Czesława Miłosza; Dwójka radiowa powtórzyła rozmowę między Miłoszem a Różewiczem; obaj poeci  wzięli niegdyś udział w ankiecie na wskazanie trzech najważniejszych wierszy z literatury polskiej; Miłosz podał jeden wiersz Leśmiana, jeden Różewicza i jeden (o, kurczę, zapomniałam!), Różewicz odpowiedział, że wskazałby jeden wiersz Leśmiana, jeden Miłosza i jeden Staffa, ale nie zdradził tytułów;
15 sierpnia rano zmarł w Warszawie prof. Jan Ekier (patrz wpis TUTAJ ) - dwa tygodnie później, 29 sierpnia skończyłby 101 lat;
tegoż 15 sierpnia wieczorem występem Orkiestry Filharmonicznej z Trondheim pod Krzysztofem Urbańskim (o Urbańskim patrz wpis TUTAJ ) rozpoczął się Międzynarodowy Festiwal Muzyczny Chopin i Jego Europa; pierwszą polską kompozycją zaprezentowaną na festiwalu był II Koncert fortepianowy Fryderyka Chopina, a obok tego jeszcze IV Symfonia Karola Szymanowskiego i Krzesany Wojciecha Kilara;
16 sierpnia Tobias Koch grał na sześciu fortepianach; nie, nie jednocześnie, po kolei ;-) przesiadał się od jednego do kolejnego; koniec świata: niemiecki pianista grał (i nagrał na płycie) Pożegnanie  Ojczyzny Michała Kleofasa Ogińskiego!;
17 sierpnia po południu - nie pojechałam gdzieś, gdzie miałam pojechać, za to teatr przyjechał do mnie i niespodziewanie uczestniczyłam w misterium zrealizowanym na podstawie utworu Hiob. Drama ze Starego Testamentu Karola Wojtyły z 1940 roku;
17 sierpnia wieczorem na ChiJE zabrzmiał  Lutosławski: Koncert na orkiestrę; tempo zabójcze, Trondheim Simfonieorkester dyrygował Krzysztof Urbański (32 lata). Na pytanie, jak udaje mu się namówić muzyków znanych orkiestr, jak na przykład Berlińskich Filharmoników, do zagrania według jego pomysłu z otwartą szczerością odpowiedział: "Nie mają innego wyjścia". Despota! W Koncercie fortepianowym a-moll Griega zagrał Jan Lisiecki (19 lat);
18 sierpnia - dziś wieczorem Trondheim Simfonieorkester z Krzysztofem Urbańskim po raz trzeci na tegorocznym ChiJE; słuchałam wywiadu z Urbańskim w radiu: mówi strasznie szybko, kiedy on nabiera powietrze? 

Tobias Koch i jego fortepiany: