czwartek, 31 grudnia 2015

Koniec powieści?

       Siedzę i ryczę. Nie mogę dalej czytać, to ponad moje siły. Zalałam książkę i klawiaturę. Jeśli rok 1983 tak mnie przygnębił, co będzie dalej? Przecież wiem, jak się kończą zapiski. Zajrzałam na ostatnią stronę: 5 XII 1988 o godz. 12:30 Teodor zmarł nagle w swoim fotelu. E.P.  - ostatnia notka w Dziennikach.
       A dziś czytałam, że po naświetlaniu kobaltem z powodu raka gardła zaczęły mu łamać się i wypadać zęby jeden po drugim, pojawiła się krew w moczu, męczyły go silne bóle głowy od nerwu trójdzielnego, z powodu jaskry niemal nic nie widzi na prawe oko, a i drugie nie jest sprawne, wiec nawet telewizji nie może oglądać, od czytania bolą go oczy i kilka jeszcze innych dolegliwości co rusz się pojawia. Dziesiątki wizyt u lekarzy, dzień po dniu, po ubiegłorocznych naświetlaniach teraz kolej na zastrzyki, nowe protezy, które uwierają dziąsła, konsultacje u okulistów, zaburzenia równowagi, problemy jelitowe też jako skutek leczenia raka, wątroba, szumy w uszach... i spadek wagi: 48 kg. A mimo to, choć rejestruje niemal każdy ubytek sił: Właściwie nie ma co zapisywać, poza pogarszającym się niedwuznacznie stanem zdrowia. Ale o tym przecież  ni e  m a  s e n s u  s t a l e  pisać.  Bo najgorszy ten paraliż mocy twórczych: Próbowałem pisać powieść, lecz, niestety, z tym tylko rezultatem, żem  p o d a r ł  strony i w tym dniu napisane, i w kilku dniach poprzednich. 
        Zamiast kontynuacji Darów z Kordoby, zaczętej i zarzuconej, zamiast doprowadzenia do końca Opowieści o trzech Metysach przerwanej mniej więcej w połowie, zamiast próby napisania ciągu dalszego Sekretu trzeciego Izajasza, kolejne dni przynoszą wiadomości o uśpieniu najstarszego kota Cziko, nagłej chorobie i śmierci drugiego kota, rudego, ulubieńca p. Eleonory, zniknięciu i na szczęście odnalezieniu się trzeciego kota, czarnego, wzbogaceniu domowego zwierzyńca o psa Paco, niemożności pisania z powodu braku atramentu (!): Kupiliśmy w PEWEXie za bony dolarowe atrament (był tylko zielony) - gdybyśmy nie mieli tych bonów, nie miałbym czym pisać (!), chyba iż "żebrałbym" w PAX-ie albo w M-wie Kultury i Sztuki!!!
       I codziennie, niemal codziennie nowe lektury, jednak, mimo pogarszającego się wzroku nowe książki, rozprawy, artykuły, czasopisma. Ogromna siła woli czy przyzwyczajenie? Wewnętrzna potrzeba czy upór? Chęć przezwyciężenia postępującej ułomności czy lęk przed utratą kontaktu ze słowem? Czytam książkę Konwickiego Wschody i zachody księżyca. Drobny druk sprawia duże kłopoty obecnemu stanowi mego wzroku, a więc muszę używać szkła powiększającego, co jest bardzo męczące, ale uparłem się i jakoś sobie poradzę. Czasami jednak już sam upór nie wystarczał: Zdołałem napisać krótki list do pani dr Botstein (New York), ale adresu na kopercie już napisać nie mogę bez tego, aby Ela mi ten adres podyktowała, odczytując go z koperty, której ja sam już odczytać nie mogę. 
           I notatka z 27 XII 1983 roku: Jestem naprawdę zrozpaczony! Napisałem nawet dość dużo, ale nie jestem w stanie przeczytać tego, co napisałem, a zdarza mi się znów, że piszę na odwrocie strony, uprzednio zapisanej już, i jak bym miał temu zaradzić?
      
      .... ryczę od dwóch godzin i dalej czytać nie mogę. Poszła już cała paczka chusteczek. To będzie strasznie trudne dla mnie, czytać dalej... Przecież teraz nawet do tych ostatnich powieści nie będę mogła zajrzeć, bo za każdym razem będzie mi się przypominało i znowu potop... No i co pan narobił, panie P?...

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Powieść bez tytułu

       Tak, czytanie Dzienników Parnickiego zdecydowanie jest bolesne. Nie dlatego, że Autor dokumentując czas tuż przed i po wprowadzeniu stanu wojennego mimowolnie tworzy raport z oblężonego miasta, skupiając uwagę na tak przyziemnych, a dziś niewyobrażalnych dla młodszego pokolenia, aspektach życia jak brak papierosów (Parnicki palił nałogowo!), paczki żywnościowe z zagranicy, cenzurowanie listów, wyłączone linie telefoniczne, ale przede wszystkim z tego powodu, że jest to dramatyczny zapis wyścigu z czasem, myślenia o tym, że ten czas może się skończyć w każdej chwili. Już w trakcie pisania Sekretu trzeciego Izajasza Parnicki skrupulatnie układa na półce kolejne części i poprawione wersje powieści, aby w razie, gdyby z nim coś się stało, każdy mógł z łatwością zorientować się w kolejności. Czytając Berenikę Racine`a wpada na pomysł, a właściwie znajduje temat: Bogowie Rzymu a Bóg Bereniki...Zalążek pomysłu na powieść, ale: Mógłby to być temat dla mnie...Nie, niestety, ... b y ł b y  to  m ó g ł  być temat dla mnie... No właśnie, byłby mógł, ale nie będzie. Wyrażonemu przez Parnickiego wewnętrznemu odkryciu,  i ż  ż y c i e  b e z  p i s a n i a  w ł a ś c i w i e  j u ż  ż a d n e g o  s e n s u  d l a  m n i e  n i e  m a towarzyszy gorzka i szczera refleksja na marginesie innego pomysłu na powieść o zuchwałym i zawadiackim Żydzie z Portugalii: ... droga od wpadnięcia ziarna w ziemię do żniw zawrotnie aż daleka! N a j p r a w d o p o d o b n i e j  (...) z i a r n o  o b u m r z e  w  o w e j  s w o j e j  z a w r o t n i e  d ł u g i e j  d r o d z e, bo oto i czasu już mam przecież przed sobą mało!!! Zadziwiające, bo pisząc te słowa Parnicki ma przed sobą jeszcze prawie siedem lat życia!
         Tymczasem jednak w intensywnej pracy w listopadzie 1981 roku zakończył pisanie Rozdwojonego w sobie, która to powieść do samego końca nie miała tytułu, dopiero pomysł Zygmunta Lichniaka okazał się tym ostatecznym. Mało tego, do nowej powieści Parnicki przystąpił po "bardzo niedobrym" Sekrecie trzeciego Izajasza, który nie podobał się ani jego żonie, ani wspomnianemu Lichniakowi. Pisarz przyjmuje te krytyczne uwagi i sam się zastanawia, czy przypadkiem nie jest to sygnał obniżenia jego mocy twórczych i staje przed dylematem: ... mam wybierać - położyć kres działaniu pod hasłem "Navigare necesse est" (czyli: zlikwidować własnowolnie własny warsztat - "zakryt ławoczku") - czy też przeciwnie: NAVIGARE tak długo aż "okręt utonie"... Przyznam, że te właśnie uwagi, te rozważania i dramatyczne wykrzyknienia wywołują we mnie podczas lektury Dzienników największe dreszcze. 
          No chyba jednak Parnicki przesadzał, gdy po lekturze we francuskim oryginale Cynny Corneille`a notuje rozstrzelonym pismem: t ę p i e j ę  p r o g r e s y w n i e  -  c z y  c o ??!! a to dlatego, że nie rozumie wszystkich słów i czytanie szło mu ciężko. A przecież ten człowiek czytał, jak wynika z zapisków, literaturę piękną i źródła historyczne do swoich powieści co najmniej w pięciu językach (no bo po co mu jeszcze na półce słownik portugalsko-angielski, gramatyka portugalska i angielski podręcznik języka portugalskiego)! Kiedy Janusz Rolicki postanawia napisać powieść o Antonim Perezie, postaci z XVI wieku, Parnicki od razu chętnie dzieli się z nim swoją bogatą biblioteczką źródłową i opracowaniami potrzebnymi do pisania, sarkastycznie przy tym komentując: Będę mógł mu dopomóc materiałami historycznymi i literackimi (mam ich sporo w związku z tym właśnie tematem) - niestety, tylko angielskimi, gdyż hiszpańskiego on nie zna... A może by się nauczył?!! Ale kiedy Parnicki dostał nowe notatki z hiszpańskich źródeł na temat Pereza, postanowił, że sam je dla Rolickiego przetłumaczy. 
         Zamierzałam opisać, jak Parnicki pracował nad "powieścią bez tytułu", czyli Rozdwojonym w sobie, ale temat mnie zawiódł w inne rejony ;-)  W porównaniu z Sekretem trzeciego Izajasza praca nad Rozdwojonym w sobie była bardziej intensywna i trwała niespełna cztery miesiące. Czasami sam siebie podziwiał za koncentrację i liczbę napisanych stron, a innym razem krytycznie oceniając to, co wyszło mu spod pióra kilkakrotnie określa powieść jako paranoickoidalną (zdaje się, że to jedno z ulubionych określeń Parnickiego na zawiłości własnych dzieł). Żona pisarza, Eleonora, przepisując rękopis na maszynie oceniła, że jest jeszcze gorsza już nie tylko od Darów z Kordoby, ale i od drugiej części Sekretu trzeciego Izajasza. W związku z tym autor zastanawia się: Czy mogę wierzyć, że stać by mnie było jeszcze na napisanie jednak czegoś lepszego? (bo pisać coś jeszcze gorszego stanowczo nie ma sensu!). 
           Dylemat niebawem się rozstrzygnie, a tymczasem Parnicki cieszy się, że oto właśnie ma okazję wypróbować pisanie brązowym atramentem ofiarowanym mu w prezencie przez dawnego kolegę z Charbina, obecnie mieszkającego w USA. A z godnych uwagi eksperymentów nałogowego palacza można wspomnieć czytanie Historii filozofii Tatarkiewicza jako środek wspomagający rzucanie palenia. Ciekawe czy warto wypróbować także przy innych nałogach, bo w rzuceniu palenia pisarzowi nie pomogło ;-)

Teodor Parnicki: Dzienniki z lat osiemdziesiątych. 1981, 1982 (początek).
         
        

niedziela, 20 grudnia 2015

Ten, który pisał i darł to, co napisał

          Nie przeczytałam wszystkich powieści, a porwałam się na rzecz najbardziej intymną - Dzienniki. Dzień po dniu, krok po kroku przedzieram się przez zapiski. Ostatnie osiem lat życia i twórczych niepokojów. Prawie 500 stron pisanych coraz bardziej słabnącą ręką, a w ostatnich latach pewnie przez powiększające szkło, jak obrazuje jedno z zamieszczonych zdjęć. 
          Pisarz, który tworzył najbardziej skomplikowane powieści XX wieku, w codziennych zapiskach notuje ile stron napisał, ile podarł, ile wyrzucił, a ile wkleił na powrót. W roku 1980, po kilkuletniej przerwie, pracował nad Sekretem trzeciego Izajasza. Kolejne zapiski informują, że praca posunęła się a to o 20 stron, to znów o 40, a w dniach szczególnej erupcji mocy twórczych aż o 50 czy 60 stron. Między tymi zaś sukcesami pojawiają się uwagi: Napisałem nawet w i ę c e j  j e s z c z e  aniżeli wczoraj, bo oto około 60  a ż  s t r o n,  bynajmniej jednak mnie to nie cieszy, a co najmniej już s  t a n o w c z o  n i e  p o w i n i e n e m  s i ę  c i e s z y ć,  bo oto b a r d z o  ciągnie mnie  d o  d a r c i a  tego, co napisałem - w ogóle, a w szczególności tego,  c o  d z i s i a j  - jest zaś to objaw znużenia "wielkiego"... Kilkakrotnie rzeczywiście do darcia dochodzi, co autor skrupulatnie odnotowuje. 
          Zapiskom liczbowym towarzyszą refleksje o komplikacjach w przebiegu akcji, udziwnianiu składni i języka, pączkujących dygresjach i wątkach pobocznych, a wszystko to tak, jakby powieść panowała nad Pisarzem, a nie odwrotnie. Rozczulające są pełne bezradności wyznania: ... jestem coraz to bardziej bezradny  w stosunku do oddalania się  "treści" od sprawy i pobytu Tajona w Rzymie... albo: ... dalej jeszcze  "spoistości" treści Sekretu zagrażają  - poza dziwactwami - odskoki i dygresje.... W godzinie niesamowitej szczerości Autor zdumiewa się, ba, zżyma na własny język, jakby go widział po raz pierwszy z perspektywy przeciętnego czytelnika (?): Czytałem dzisiaj domniemaną  drugą część Sekretu aż do str. 2413 włącznie. (...) Jak mi się ten tekst udał? Pomysły chyba naprawdę interesujące. Ujęcie ich w dialogach chyba także, ale  s p o s ó b  b u d o w a n i a  z d a ń  jest taki... taki.. O tym mówi się chyba "pedestrian", a równocześnie (właśnie równocześnie - to rzecz zdumiewająca!) - dziwaczny, niezdrowo dziwaczny! Czy mam rację??
           Kilkakrotne ustalane terminy zakończenia pracy nad powieścią wciąż są przesuwane, odsuwane, a praca nabiera tempa wręcz jak podczas sportowego wyścigu. Ulegam złudzeniu, że Pisarz zmaga się z czasem i ograniczeniami. Czytam zastanawiając się z rosnącym niepokojem: zdąży czy nie zdąży? Śledzenie zapisków staje się coraz bardziej emocjonujące: Napisałem 30 stron. A jakie to jest? Takie, na jakie mnie stać - szerzej na ten temat pisać nie warto...Będzie, jakie będzie - tak czy owak świadomie zupełnie już nastawiam się na "finiszowanie". Dwa miesiące później: Napisałem około 40 stron. Pisało mi się niby to bez trudu, ale właśnie tylko "niby to": oto i znowuż znalazłem się w obliczu rozmowy ludzi siódmowiecznych  o sekrecie trzeciego Izajasza, i choć zdania spod pióra "wyskakują" omalże "lekko", stale czuję, że  ż a d n e  z  n i c h  nie wyraża naprawdę tego, co i chcę, i powinienem wyrazić. Powinienem też skończyć  jutro całą już pracę pisania Sekretu, ale to chyba jest absolutnie niemożliwe! Dwa dni później lekarz odwiedzający Pisarza w domu stwierdza chroniczny stan nerwowego napięcia. 
           Pomyślne doprowadzenie powieści do końca, po naniesieniu również poprawek i "cięć" sprawiło i mnie w trakcie czytania ogromną ulgę. Uff! udało się. W nowy rok można wejść z nowymi pomysłami (nowy, niezwykły raczej pomysł: przetłumaczyć (białym wierszem?) na polski rozmowę polskiego posła Haraburdy z bliskim śmierci carem Iwanem Groźnym - z  dramatu Aleksego Tołstoja Smiert Ioanna Groznawo...). Tymczasem jednak efekt 10-miesięcznej intensywnej pracy nad powieścią: ... przez blisko tydzień odrzucało mnie od pisania krótkich przecież bardzo tekstów na gratulacyjnych kartkach noworocznych - nareszcie wczoraj zmusiłem się - wypełniłem 35 kartek noworocznych (jeszcze przed 3-4 laty wypełniałem po 50 - a niekiedy i ponad 70 - dzień po dniu w toku świąt Bożego Narodzenia) i napisałem (też z wielkim trudem, przymuszając się do tego) dwa listy "urzędowe"(...) i z tego, że to mi się jednak udało cieszyłem się jak gdyby to był nie byle jaki wyczyn! A dzisiaj już nie miałem sił do pisania ani listów, ani krótkich kilkuwyrazowych tekstów gratulacyjnych!
        Równolegle z notowaniem kolejnych stron powstającej powieści poznajemy listę bieżących  lektur Pisarza, który co rusz zakupuje nowe książki, dostaje je w prezencie od wydawnictw, sprowadza z zagranicy. W tym samym czasie robi korektę poprzedniej powieści, którą wydawnictwo przygotowuje do druku. Prowadzi korespondencję, chodzi na uroczystości prywatne, bierze udział w kiermaszach wydawniczych, gdzie podpisuje swoje dzieła czytelnikom, spotyka się ze znajomymi, przyjmuje gości i 
... nieoczekiwane telefony!
16 VII ... a najgorszy to już był telefon Mariana Piechala: że niby to pewne kręgi szykują "zamach" na mnie w postaci nacisku, ażebym objął - opróżnione przez śmierć Iwaszkiewicza - stanowisko prezesa ZLP. Powiedziałem: MOWY NIE MA!

Czytam właśnie rzecz taką:
Teodor Parnicki: Dzienniki z lat osiemdziesiątych. Wydawnictwo Literackie. 2008.

niedziela, 6 grudnia 2015

Mistrzowska lekcja

        Legenda Marii Callas stała się jak dotąd tematem kilkunastu filmów dokumentalnych i fabularnych. Kiedy w 1995 roku Terrence McNally napisał sztukę Master Class, prezentującą osobowość wielkiej śpiewaczki z perspektywy schyłku kariery, już w dwa lata później w jej postać po raz pierwszy wcieliła się Krystyna Janda na scenie Teatru Powszechnego - Maria Callas. Lekcja śpiewu, prapremiera 16 września 1997r. W bieżącym sezonie aktorka powróciła do tej roli w nowej odsłonie  na deskach Och-Teatru - Maria Callas. Master Class, premiera 3 września 2015r.
        Jaka była tamta pierwsza Callas, nie wiem, nie oglądałam. Ta obecna jest kobietą rozdartą między tęsknotą za prawdziwą miłością, której żaden z mężczyzn jej życia nie potrafił jej dać, a ogromną ambicją udowodnienia wszystkim, całemu światu, że jest śpiewaczką najlepszą, La Divina. Całe lata zmagała się z otyłością, z której powodu nawet odrzuciła pierwsza propozycję zaśpiewania partii Cio-cio-san w Madame Butterfly Pucciniego, o muzyczne laury i angaże rywalizowała z Renatą Tebaldi i dużo młodszą Mirellą Freni. Wywoływała skandale wiążąc się z kolejnymi mężczyznami: Eddiem Bagarozym, Giovannim Battistą Meneghinim, Arystotelesem Onasisem. Wykreowała ponad 40 operowych ról w bardzo szerokim repertuarze, od partii ściśle dramatycznych, jak Lady Makbet Verdiego, Medeę Cherubiniego, przez Wagnerowskie Izoldę, Brunhildę i Kundry, po koloraturową Violettę z Traviaty, Łucję Donizzettiego i Mozartowską Konstancję w Uprowadzeniu z seraju. Do legendy przeszła historia jej występu tego samego dnia w dwóch odmiennych partiach wymagających odmiennej techniki śpiewania: wagnerowskiej ciężkiej Brunhildy i koloraturowej Elwiry w Purytanach Belliniego. W recitalowych występach również łączyła różne style i techniki. Niestety, nadmierna eksploatacja i przeżycia osobiste spowodowały problemy z głosem. Musiała nagle drastycznie ograniczyć udział w operach i koncerty,  w końcu zrezygnowała całkiem z kariery scenicznej. W latach 1971-72 prowadziła kursy mistrzowskie dla śpiewaków w Julliard Scholl of Music. Sztuka McNally`ego skupia się na jednym dniu kursów, podczas którego Diva pracuje z trojgiem śpiewaków, przy czym arie przez nich wykonywane stają się katalizatorem wspomnień i emocjonalnych powrotów do dramatycznych etapów kariery śpiewaczki.
        W spektaklu Andrzeja Domalika wykorzystano autentyczne nagrania Marii Callas: Ah, non credea mirarti z opery Lunatyczka Belliniego, Vieni! t`affretta z Lady Macbeth Verdiego. Uczennice Callas ćwiczą pod jej kierunkiem, słabo im to wychodzi, ale w końcu naprowadzane sugestiami podejmują właściwy ton i dramatyczną ekspresję. Po kilku taktach ich głos zostaje wyciszony, na scenie gasną wszystkie światła, arię podejmuje sama Maria Callas z nagrania, natomiast w punktowym ostrym świetle stoi ona sama - Krystyna Janda i w przejmującym monologu-dialogu z mężczyznami swojego życia, Onasisem i Battistą Meneghinim, jeszcze raz przeżywa tamte tryumfy i życiowe dramaty. Monolog Jandy-Callas towarzyszy arii, zapowiada kolejne wysokie tony, uzupełnia historię granej postaci o życiowe perypetie śpiewaczki, które albo ją uskrzydlały, albo wbrew nim prowadziły do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Kiedy Maria Callas usiłuje naprowadzić uczennicą na właściwą interpretację partii Lady Makbet, zadaje pytanie, czy jest ktoś, albo coś, dla kogo mogłaby zabić. Śpiewaczka oczywiście wstrząśnięta twierdzi, że nie. Wtedy Callas z całą szczerością osoby doświadczonej bezceremonialnie stwierdza: I dlatego nie zaśpiewasz tego dobrze. Z monologu w następujących na scenie ciemnościach na tle arii Vieni! t`affretta  dowiadujemy się, że Onasis zażądał od Callas usunięcia ciąży, chociaż ona chciała mieć z nim dziecko. Zrobiłam to! - krzyczy mu w twarz. Sukces na scenie, wielki aplauz, uwielbienie słuchaczy na całym świecie komentuje z mocą kilkakrotnie powtórzonym wykrzyknikiem: Mój tryumf! I moja zemsta! Tak jakby droga do mistrzostwa mogła być okupiona tylko osobistym doświadczeniem. Dlatego, kiedy przybywa do niej po naukę Anthony Candolino chcąc śpiewać Recondita armonia z Toski Verdiego, Callas zadaje mu niby szkolne pytania: Gdzie jesteś? W jakim kościele? Co malujesz? Gdy kandydat do partii Cavaradossiego odpowiada, że nie wie, diva nie chce z nim nawet rozmawiać: I ty chcesz śpiewać?!  - oburza się zdegustowana. 
        Maria Callas Krystyny Jandy jest kobietą całkowicie poświęconą sztuce, operze, a w niej - muzyce i kompozytorowi. Idź za muzyką - powtarza swoim uczniom - poddaj się jej. Albo irytuje się: Nie słuchasz! Jak wynika ze świadectw ludzi, którzy ją znali i tak też przedstawił McNally, Maria Callas największą wagę przywiązywała do prawdy uczuciowej, która musiała wynikać z dokładnej analizy tekstu opery, libretta i oczywiście partytury, czyli warstwy muzycznej. Od uczniów żądała znajomości jednego i drugiego, prawdopodobieństwa scenicznego gestu, całkowitego poddania się muzycznej frazie. Do kandydatki na Lady Makbet ma pretensje, że nawet wejść na scenę nie potrafi jak bohaterka, a wejście jest najważniejsze. Weszłaś jakbyś w ogóle nie weszła. Bierze list i sama pokazuje, jak należy to zrobić, następnie wygłasza początek monologu Lady Makbet przyciskając list do piersi. Na uwagę zdziwionej uczennicy, że przecież pani ani razu nie spojrzała na list, Callas zirytowana wyjaśnia: Bo ona się go nauczyła na pamięć!
        Obok autentycznych nagrań Callas na uwagę zasługuje fakt, że w spektaklu biorą udział zawodowi śpiewacy operowi. Jakże mogłoby być inaczej, skoro trzeba naprawdę śpiewać, a ostatecznie nawet niefortunny początek Anthony`ego Candolino kończy się sukcesem, gdy diva ocenia jego wykonanie pełnym zachwytu przymiotnikami. Rafał Bartmiński w tej roli zaprezentował swój kunszt wokalny i aktorstwo pierwszej klasy, za co otrzymał aplauz widowni. Podobnie dwie śpiewaczki: Jolanta Wagner jako Sharon Graham (Lady Makbet) i Agnieszka Adamczak jako Sophie De Palma (Amina, bohaterka z Lunatyczki Belliniego). Niekwestionowaną gwiazdą jest oczywiście sama Krystyna Janda, która wiele celnych uwag o sztuce, aktorstwie, podejściu do artystycznej pracy, do słowa, do sceny wreszcie,  wypowiadanych niejako w imieniu Marii Callas mogłaby z powodzeniem uznać za własne. I może dlatego właśnie po osiemnastu latach gra boską śpiewaczkę po raz drugi? Bo kiedy padają słowa o dyscyplinie, o artyście zawładniętym przez Sztukę, o zmaganiu się artysty z widzem, to jest to prawda zarówno o operze, jak każdym innym spektaklu, teatrze. Dlatego nie jestem tak całkiem pewna, czy - kiedy Janda wchodzi jako Callas na scenę i zrywają się spontanicznie oklaski widowni - pierwsze  słowa padające ze sceny: Tylko bez oklasków proszę, jesteście państwo w klasie, a nie w teatrze - to tekst tylko wyuczony do roli, czy też są to słowa Jandy jako Jandy ;-)
        
         
Terrence McNally - Maria Callas. Master Class
Och-Teatr - reż.  Andrzej Domalik
Maria Callas - Krystyna Janda
Sophie de Palma - Agnieszka Adamczak
Sharon Graham - Jolanta Wagner
Anthony Candolino - Rafał Bartmiński
Emmanuel Weinstock - Mateusz Dębski
Pracownik techniczny - Michał Zieliński

 Oglądałam 28 listopada 2015 r.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Van Gogh Alive

       Patrzę na wielkie twarze van Gogha. Autoportrety w różnych odsłonach, z uchem i bez ucha. W powiększonych oczach czai się szaleństwo. A może to oczy geniusza widzącego szaleństwo świata? Obserwują, wchłaniają kolory i światło, w głowie kłębią się gwiazdy jak stoo wirujących słońc, ręka z pędzlem maluje, maluje, maluje. Te gwiazdy, te słońca, wiejskie pejzaże francuskiej prowincji, holenderskie wiatraki, paryskie ulice... Cyprysy, cyprysy... i pola zbóż, znad których zrywają się czarne wrony. Kwiaty: irysy, maki, słoneczniki i kwitnąca gałąź migdałowca. Kolory: błękity, czerwienie, brązy i żółcie, fantastyczne, intensywne, w setkach odcieni żółcie. Dookoła pulsują barwy, zielone, żółte, brązowe pociągnięcia pędzla. Gdzieś z góry spływa kaskada błękitnego nieba, wirujący blask zamienia się w gwiazdy. A potem obłęd: z każdej tablicy, z każdego ekranu patrzą na na mnie jego oczy. Patrzą w skupieniu. Zanim wybuchną szaleństwem. Zanim odezwą się ozdobnym pismem listów ilustrowanych rysunkami.
       Van Gogh Alive - nowa multimedialna wystawa malarstwa van Gogha dostępna od niedawna w namiocie wystawowym na błoniach Stadionu Narodowego. Obrazy zostały powiększone do wielkich ekranów wiszących dookoła, z przodu i z tyłu, na całych ścianach i wysoko ponad głowami. Obrazy są w ruchu, zmieniają się, ewoluują jedne w drugie. Gdy mamy morski pejzaż, ożywione poprzez animację łódki płyną od lewej do prawej krawędzi obrazu. Chmara kruków z krakaniem nadlatuje nad pole zboża. Kręcą się ramiona wiatraka. Zmieniającym się obrazom towarzyszy muzyka dobrana w zależności od tematyki i poszczególnych etapów twórczości malarza. Wchodzimy niemal wewnątrz osobowości artysty. Kiedy szaleje z kolorami i dynamiką pędzla, towarzyszy nam mocna i przejmująca V Symfonia Beethovena. Razem z van Goghiem chcemy uchwycić pęd świata i w ostrych kolorach namalować ból istnienia. Wszechobecny pęd ku śmierci.
       Krytycy sztuki twierdzą, że taka wystawa jest profanacją. Obrazy mają swoje wymiary i harmonię kolorów, tutaj w monstrualnych rozmiarach zaburzoną i zdeformowaną.  Detale obrazów zostają powiększone do granic czytelności. Z wielkiego ekranu patrzy na nas ogromne jak półmisek oko van Gogha. Nie stoimy przed obrazami, lecz wewnątrz nich. Jesteśmy w samym środku szaleństwa, w głowie van Gogha.












piątek, 27 listopada 2015

Zawiła historia pewnej kantaty, a nawet dwóch


       W 1714 roku powstała kantata na pierwszą niedzielę Adwentu, oznaczona dzisiaj sygnaturą BWV 61 - Nun komm, der Heiden Heiland. Bach przebywał wtedy w Weimarze. W 1714 roku objął stanowisko organisty na dworze Johanna Ernsta von Sachsen-Weimar. Kantata BWV 61 składała się z następujących części:
  1. Coro: Nun komm, der Heiden Heiland
  2. Recitativo (tenor): Der Heiland ist gekommen
  3. Aria (tenor): Komm, Jesu, komm zu deiner Kirche
  4. Recitativo (bass): Siehe, ich stehe vor der Tür
  5. Aria (soprano): Öffne dich, mein ganzes Herze
  6. Chorale: Amen, Amen, komm du schöne Freudenkrone
         Otwierający Chorał do hymnu Marcina Lutra został przez Bacha skomponowany w stylu francuskiej uwertury jako chorał fantazja. Zawiera trzy części: wolna – szybka (fuga) – wolna. Jest najbardziej znaną częścią tej kantaty. Pozostałe części tekstu napisał Erdmann Neumeister Utwór został wykonany zgodnie z przeznaczeniem w pierwszą niedzielę Adwentu 2 grudnia 1714 roku.
       W 1723 roku Bach został kantorem w Kościele i Szkole Św. Tomasza w Lipsku. Było to bardzo prestiżowe stanowisko muzyczne na całe Niemcy. Bach po przyjeździe do miasta wykorzystał kilka kompozycji napisanych wcześniej. 28 listopada kantata BWV61 została wykonana po dziewięciu latach po raz drugi, tym razem w Lipsku. Bach był już dojrzalszym kompozytorem. Komponował inaczej. Na następny rok Bach postanowił napisać nową wersję kantaty Nun komm, der Heiden Heiland. Otrzymała numer BWV 62 i po raz pierwszy została wykonana 3 grudnia 1724 roku i składała się z następujących części:

1. Coro: Nun komm, der Heiden Heiland
2. Aria (tenor): Bewundert, o Menschen, dies grosse Geheimnis
3. Recitativo (bass): So geht aus Gottes Herrlichkeit und Thron
4. Aria : Streite, siege, starker Held!
5. Recitativo (soprano, alto): Wir ehren diese Herrlichkeit
6. Chorale: Leb sei Gott dem Vater ton
           Jak widać, lipskiemu kantorowi spodobał się hymn Lutra i wykorzystał go ponownie. Nie tylko zresztą w tutaj. W 1725 roku Bach komponuje świecką kantatę Schwingt freudig euch empor na urodziny nieznanego pracownika uniwersytetu, którego badacze identyfikują jako Johanna Heinricha Ernestiego, rektora Szkoły św. Tomasza w Lipsku. 12 marca 1725 roku obchodził on 75. urodziny. Tekst do muzyki Bacha napisał poeta Christian Friedrich Henrici znany powszechnie jako Picander. Wersję tę oznaczono jako BWV 36c. Jest to o tyle istotne, że tę sama kantatę kompozytor przerobił wkrótce dla uczczenia urodzin księżniczki Charlotty Fryderyki Amalii, żony księcia Leopolda z Anhalt-Cothen. Ta wersja, znana pod tytułem Steig freudig in die Luft, dziś zagubiona, otrzymała sygnaturę BWV 36a. Kompozytor osobiście dyrygował jej wykonaniem 30 listopada 1726 roku na zamku w Cothen.
         Po raz kolejny Bach sięgnął po swoją kompozycję w roku 1730 przerabiając libretto na religijne, dostosowując do pierwszej niedzieli Adwentu i dodając końcowy chorał do słów pieśni Philippa Nicolaia Wie schon leuchtet der Morgenstern. W roku następnym, 1731 kompozytor ponownie przerabia utwór, wzbogacając go o trzy nowe części, będące muzycznym opracowaniem trzech zwrotek z chorału Nun komm, der Heiden Heiland, nad którym pracował już w roku 1714. Wersja ta w efekcie liczy 8 części i jest jedną z największych kantat lipskiego kantora.

Składa się on z następujących części:
1. Coro: Schwingt freudig euch empor
2. Duetto: Nun komm, der Heiden Heiland na sopran i alt
3. Aria (tenor): Die Liebe zieht mit sanften Schritten
4. Chorale (Coro): Zwingt die Saiten in Cythara 
5. Aria (bass): Willkommen, werter schatz
6. Chorale (tenory): Der du bist dem Vater gleich
7. Aria (sopran): Auch mit gedampften
8. Chorale (Coro): Lob sei Gott, dem Vater, g`ton

Kantata została wykonana 2 grudnia 1731 roku. To jednak nie koniec historii. Oto w 1735 roku Bach zabrał sie do niej ponownie. I znowu Picander przywrócił jej świecki charakter. Okazją było objęcie stanowiska rektora w Szkole św. Tomasza przez profesora Andreasa Florensa Riviniusa. Tak przynajmniej zapisał uczeń Bacha - Christoph Wolff. Ta wersja o tytule Die Freude reget sich dzisiaj nosi oznaczenie BWV 36b.
        Tak to z datowaniem i sygnowaniem utworów Bacha bywa. Otwierasz BWV 36, a słyszysz chorał Nun komm, der Heiden Heiland z BWV 61 :-) Ostatecznie jednak obie kantaty wykonywano w pierwszą niedzielę Adwentu.

piątek, 20 listopada 2015

Był sobie stolik

          Moja ukochana Dwójka zaserwowała mi stolik do kawy, a właściwie do podawania pełnego śniadania w łóżku. Stolik zbudowany jest z chromowanych rurek stalowych i szklanego okrągłego blatu. Jest asymetryczny a jego budowa pozwala podstawę w kształcie niepełnego okręgu wsunąć pod łóżko tak, aby blat ze śniadaniem swobodnie podpłynął przed oblicze rozleniwionej damy. Wysokość blatu jest regulowana, aby móc dostosować go do różnych typów sypialnianych pieleszy. Sprawdzałam w sklepach internetowych: oryginalny kosztuje około 1000 zł, podróbki, czyli elegancko określane jako "wzorowane" można nabyć już od 400 zł. Cóż, za stuletnią tradycję i ręczną robotę trzeba płacić ;-) Dlatego na razie ograniczyłam się do wysłuchania audycji i obejrzenia zdjęć.
         Zaszyfrowana nazwa E1027 kompletnie nic mi nie mówiła. Okazało się, że projekt ma prawie sto lat, a jego autorką była niezwykła jak na owe czasy kobieta, jedna z pierwszych projektantek współczesnego designu, Eileen Gray (1878 - 1976). Pochodząca z arystokratycznego a zarazem artystycznego domu Eileen wcześnie zainteresowała się rysunkiem i malarstwem. Po okresie poszukiwań zafascynowała się możliwościami wykorzystania laki, zainteresowała się projektowaniem mebli z drewna, skóry i chromowanej stali. Najsłynniejsze jej dwa dzieła opatrzone są tym samym kryptonimem: E1027. Oznaczają willę Eileen Gray i Jeana Badovici na Lazurowym Wybrzeżu, zaprojektowaną w 1926 roku i stolik jako jeden z elementów wyposażenia, zrealizowany na prośbę siostry Eileen. Oba projekty stały się z czasem ikonami modernistycznej sztuki architektonicznej i użytkowej.
        Jeśli chodzi o dom, niezbyt mi się podoba. Może w oryginalnym wykończeniu przed laty miał swój urok i atmosferę, ale dzisiaj w zasadzie zdewastowany, tylko częściowo wzbudzać może zainteresowanie, choć istnieją plany przywrócenia go dla turystów. Za to stolik, no cóż, chciałabym mieć. Nawet tylko "wzorowany". Mebel jest otoczony niemal kultowym uwielbieniem przez amatorów śniadań i kawy podawanej do łóżka. Sprawia wrażenie, i zapewne jest taki, niezwykle funkcjonalnego, a jego estetyka może zadowolić wyznawców domowego minimalizmu. Jego uniwersalność i nowoczesność nie zestarzała się ani trochę. Pod koniec życia Eileen, po latach zapomnienia, zyskała ponowną sławę. Obecnie jej projekty uznawane są za ikonę modernizmu i stylu Art Deco. Za fotel Dragon (1922), a właściwie Serpent z fantazyjnymi drewnianymi oparciami na aukcji w 2011 roku zapłacono niemal 22 mln euro. Inną rozpoznawalną marką Eileen Gray jest fotel Bibendum, którego współczesne wersje można kupić za kwotę w granicach od 5000 do 9000 tys zł. 
        Na koniec rozwiązanie zagadki nazewnictwa. E - jak Eileen, 10 - numer litery J w alfabecie - jak Jean, 2 - numer w alfabecie litery B - jak Badovici, 7 - numer litery G - jak Gray, czyli E1027. Jean Badovici był przez pewien czas partnerem życiowym i współprojektantem willi na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie razem mieszkali.
            
          
stolik E1027
fotel Bibendum
fotel Serpent (Dragon Chair)

piątek, 13 listopada 2015

Banalna historia

       Żyjemy w kulturze powtórek, trudno dzisiaj w literaturze, teatrze czy operze znaleźć całkiem nowe opowieści. Na pozór tęsknimy i pożądamy nowości, ale czy historie, które przydarzają się ludziom nie są te same od tysięcy lat? Miłość i nienawiść, zaufanie i rozczarowanie, poszukiwanie wolności i udawanie jej, gdy w rzeczywistości ulegamy zniewoleniu, pożądanie i odrzucenie, marzenia sztuce i poszukiwanie prawdy - wszystko to już było. A kultura na co dzień wciąż korzysta z zasobów wielkich tematów ludzkości. Dlatego gdy cokolwiek się dzisiaj ogląda, pierwsza myśl to zarazem pytanie: Gdzie ja już to widziałam? Albo: Aha, to zupełnie tak jak było w... i tu dowolny tytuł, dowolna historia znanych nam od tysięcy lat bohaterów. Trudno współczesnym twórcom uciec od klisz, dlatego też często odwołują się do pastiszu, puszczając do odbiorców oko: Wiecie, to już było, ale popatrzcie, jaką śmieszną postać obsadziliśmy w tej roli. 
        Mamy więc antykwariusza Adama (w tej roli Wojciech Błach) tęskniącego za miłością, odkąd żona wyjechawszy do Londynu na kontrakt zostawiła go dla żonatego Hindusa z trójką dzieci. Zapija tęsknotę gorzką żołądkową i w stanie upojenia dzwoni na wybierane kolejno sekstelefony, ale za każdym razem po wysłuchaniu cennika lub warunków przerywa połączenie. W gruncie rzeczy nie szuka okazjonalnego seksu, tylko prawdziwego uczucia. Telefony, jak chat i e-maile w filmie Masz wiadomość (1998) Nory Ephron, są namiastką prawdziwych międzyludzkich kontaktów. Tak samo też jak w przypadku filmowych bohaterów, znajomość nawiązana przypadkowo, przenosi się do świata realnego i nabiera tempa. I chociaż film jest tylko komedią romantyczną, to w spektaklu Miłość z dostawą do domu w reżyserii Olafa Olszewskiego wątki absurdalne, jak 7 zł plus VAT za telefoniczną usługę erotyczną, nadają przygodzie bohatera wymiar groteskowy.
         Kiedy Adam jednak zamawia dziewczynę na telefon, gdyż jako jedyna umiała dokończyć cytowany przez niego wiersz Tetmajera Lubię, kiedy kobieta..., początkowo chce jej się jak najszybciej pozbyć. Splot okoliczności sprawia, że dziewczyna nazywana przez niego Anną Kareniną, przydaje mu się bardzo w dokuczaniu byłej żonie, która nagle wróciwszy z Londynu, zamierza odbudować zerwane małżeństwo. "Anna Karenina", w zasadzie Monika (Gizella Bortel), zostaje w jego mieszkaniu na dłużej, Adam płaci jej za wprowadzenie się do niego i codzienne udawanie związku rzekomo rozpoczętego pół roku wcześniej, gdy tak naprawdę niczego o sobie nawzajem nie wiedzą. Musimy wymyślić swoją własną historię - mówi Monika, gdy była żona Adama, Hanna (rewelacyjna Anna Korcz), wzięła ich na spytki, dociekając początków ich znajomości. Czy gdzieś już nie oglądaliśmy podobnej historii? Oczywiście - Pretty woman (1990) z Richardem Gere i Julią Roberts, analogia tym bardziej uprawniona, że zakończenie jest niemal identyczne: mimo rozstania bohaterowie odnajdują się wiedzeni prawdziwym uczuciem. Mało tego, strój Moniki, czarno-czerwony gorset pod narzuconym na wierzch płaszczem oraz bardzo długie czarne buty, które zdejmuje zostając u Adama na noc, jako żywo przypominają strój Vivian, kiedy Edward Lewis (Gere) widzi ją po raz pierwszy i zabiera do siebie. O ile jednak Julia Roberts jako Vivian prezentowała sympatyczną nieporadność w wielkim świecie finansjery, do którego wprowadzał ją Edward, o tyle Monika mając za sponsora nie rekina biznesu, tylko skromnego antykwariusza, świadomie robi z siebie słodką idiotkę specjalizującą się we wprowadzaniu wszystkich w zażenowanie.
         Nie da się uciec od porównań podziwiając Annę Korcz jako byłą żonę, która po powrocie jako porzucona kochanka, próbuje desperacko odbudować swoje małżeństwo. Walczy o uczucie męża nawet wtedy, gdy zamieszkała z nimi Monika, a razem z nią malujący jej portret niespełniony artysta Antoine (Zdzisław Wardejn). Doprowadzona do ostateczności posuwa się do próby przekupienia i sfałszowania zeznań. Jej zabiegi o odzyskanie uczuć męża przypominałyby Maggie z Kotki na gorącym blaszanym dachu, gdyby nie czający się w tle Hindus, do którego wróci jednak, zostawiając Adama po raz drugi. 
        Jest jeszcze domorosły Pigmalion, czyli Antoine, były główny księgowy firmy drobiarskiej, który na emeryturze odkrył w sobie powołanie i talent malarski. Jego modelką jest początkowo Monika, pozująca jako Polska do obrazu przygotowywanego na konkurs. Traktuje ją jak muzę, jak Galateę, której daje nowe życie na swoim płótnie. Przed rozstaniem zaś proponuje jej cmentarne "małżeństwo" - wspólny grobowiec, który już wykupił. Kiedy Antoine wprowadza się wraz z Moniką do mieszkania Adama, obserwując krzątanie się perfekcyjnej Hanny, wpada na pomysł, że Polskę powinna uosabiać właśnie ona z rurą odkurzacza w dłoni i fartuchem zakładanym do sprzątania. Szukając zaś idei polskości, odkrywa prawdę, że nieodłącznym jej składnikiem jest posiadanie wroga,  na którego wybiera... czerwonego gipsowego krasnala. I tu się spektakl aktorom posypał. Dosłownie. Gdy bowiem Wojciech Błach ostatkiem silnej woli, niemal zakrywając usta zapytał: Od kiedy gnębią nas krasnale?, Zdzisław Wardejn dostał takiego ataku śmiechu, że nie był w stanie wypowiedzieć swojej kwestii. A że śmiech jest zaraźliwy, to i innych opanowały siłą powstrzymywane drgawki. Wardejn próbował opanować się i powiedzieć swoją kwestię, ale mu się nie udawało wydobyć głosu, dopiero za trzecim razem z wyraźnym trudem, przerywając wpół słowa dla zaczerpnięcia tchu wyartykułował To metafora - co było ulubionym powiedzonkiem granej przez niego postaci - i czym prędzej wyszedł za kulisy. 
        Zdarzyło mi się widzieć pomyłki aktorów spowodowane przestawieniem krzesła, które nagle stanęło na drodze, interwencje w sprawie zbyt mocno zawiązanych sznurówek, tekst zawieszony w powietrzu nie wiadomo: dla efektu czy przez zapomnienie, ale takiej głupawki jeszcze nie widziałam. I z całego spektaklu była to niewątpliwie najbardziej komiczna scena :-)))

Miłość z dostawą do domu, reż. Olaf Olszewski, występują: Anna Korcz, Gizella Bortel, Wojciech Błach, Zdzisław Wardejn. Teatr IMKA. Premiera 30 października 2013r.

czwartek, 29 października 2015

Słuchając i patrząc

        Siedziałam w drewnianej ławce przy kolumnie obłożonej niebieskim marmurem. Na wprost nad złotym baldachimem Ołtarz Wniebowzięcia z barokowym rozmachem wzlatywał na rękach aniołów pod niebo. Bardzo pracowici to aniołowie. Jeden ułożył się pod niebieską chmurą unoszącą Wniebowziętą, z boku inny wyciągniętą ręką jakby podtrzymywał Ją za skraj szaty, aby nie zachwiała się na tym lotnym rydwanie, trzeci nie bardzo zdecydowany, co robić, na razie unosi głowę w zachwyceniu. Małe pucułowate putta przysiadły za (na?) ramieniu Matki Boga. Prezbiterium jako najstarsza część Bazyliki zachowało gdzieniegdzie ślady pierwotnego gotyckiego stylu. Po pożarze jednak całość odbudowana w wieku XVII oszałamia barokową dynamiką. Jeden rzut oka wystarcza, aby wszechobecny barok rozpoznać w draperiach szat, w ekstatycznych twarzach świętych, w stiukowych dekoracjach. Wzrok błądzi po różnokolorowych marmurach, dziwiąc się opalizującym błękitom przełamanym odcieniem zieleni i szarości, spomiędzy których przebijają żółcie, a w zależności od rodzaju światła i kąta patrzenia pojawia się kolor różowy. Nad marmurowym portalem przejściowym do Kaplicy jedyny w tym kompleksie akt kobiecy - nawróconej jawnogrzesznicy Marii Magdaleny, z której boku wyrasta, jak z Drzewa Jessego, ulistnione Drzewo Krzyża. Nie wiem, czy gdziekolwiek indziej znajdziemy podobne wyobrażenie Ukrzyżowanego. Płaskorzeźba została odkryta i odsłonięta w wyniku prac renowacyjnych. Pozłacane zwieńczenia kolumn, liściaste zdobienia wokół fresków, wijące się ślimacznice, pierzaste akanty napełniają wnętrze blaskiem nieziemskiego światła. W Kaplicy Świętych Relikwii krzyżują się pionowe linie marmuru niebieskiego z poziomą bryłą zielonej mensy i wspartego na niej różowego ołtarza. W kaplicy Denhoffów wszechobecny czarny marmur sprzyja oderwaniu się od spraw tego świata i zanurzeniu w kontemplacji życia św. Pawła Pustelnika. I z powrotem w bazylice, odpoczywając w drewnianej ławce szukam wzrokiem śladów rokoka. Są: skomplikowane rocaille wysoko na sklepieniach, pucułowate putta z malutkimi skrzydełkami. Jeden z typowych wzorów: pucułowata główka w lokach, dwa skrzydełka, reszty ciała brak. Beztroskie, radosne, w zachwycie wylegują się na różowych chmurkach. Tymczasem przez otwarte dwa portale dobiegał z Kaplicy Cudownego Obrazu Akatyst w wykonaniu męskiego chóru. Profanując święty obrzęd zastanawiałam się, gdzie i z jakim wykonaniem kupić płytę z nagraniem ;-)

Może tak:


Albo chór mieszany:


Albo ortodoksyjnie

czwartek, 22 października 2015

No i pojechał po bandzie!

       Koncert laureatów poprzedzony dwugodzinnymi oficjalnymi przemówieniami vipów to prawdziwy sprawdzian wytrzymałości dla artysty. Jeżeli wytrzyma i potem jeszcze dobrze zagra - znaczy, że może zacząć zawodową karierę. Jak nie da rady, bo wcześniej zaśnie i na środku sceny spadnie z krzesła, musi zacząć ćwiczyć... na siłowni ;-) Nieobecność Szyszkina na wręczeniu nagród i tychże przemowach może być więc całkiem zrozumiała, choć oficjalnie podano, że był chory. Dlaczego mam podejrzenia, że to tylko wykręt?... Reszta stawiła się w komplecie i pokazała klasę. Nie tylko przetrzymali oratorskie "armaty w kwiatach". Pokazali, że nagrody słusznie im się należały a nawet stać ich na więcej. Eric Lu tak się rozmedytował, że z preludium "Deszczowego" zrobił się delikatny wiosenny kapuśniaczek. Ale to wykonanie wciągnęło, wessało jak czarna kosmiczna dziura w niesamowita aurę tak zbieżną z tym, co mamy obecnie za oknami. Hamelin triumfował po jak zawsze rozmarzonej Kate. Po przerwie w ostatniej części prawie pięciogodzinnego  (!) koncertu (przypominam - dwie godziny zajęła część oficjalna, podziękowania, prezentacje sponsorów i kto się dorwał do mikrofonu, wygłaszał mowę) wystąpił tryumfator XVII Konkursu im. Fryderyka Chopina - Seong-Jin Cho. Jego występ to cały osobny koncert - finałowy Koncert e-moll op. 11. Musiałam się przekonać, czy te opinie, że gra jak komputer, bez jednego błędu, jak doskonały robot, że to absolutna perfekcyjna technika, ale czy jeszcze człowieczeństwo, głoszą prawdę. Wysłuchałam, obejrzałam - w efekcie słuchawki mi się popruły. Przy pełnej kontroli i skupieniu ileż tam było energii, ile dynamizmu, ile wewnętrznej siły! Momentami miałam ciary na plecach. Cho jest już w pełni świadomym i ukształtowanym pianistą. O ile w zmaganiach konkursowych zadaniem maestro Kaspszyka i orkiestry było życzliwe towarzyszenie solistom w celu wydobycia z nich tego, co umieją najlepiej, o tyle tym razem miałam wrażenie, że jest to w pełni profesjonalna współpraca dwóch mistrzów: pianisty i dyrygenta prowadzącego orkiestrę. Żywiołowość wykonania chyba chwilami porywała Seong-Jina, ale się kontrolował, łapał za rękę, żeby nie przesadzić. Niemniej w trzeciej części, w finale widać było i słychać, że stać go na wiele. No i pokazał to, gdy po owacji na stojąco wyszedł zagrać bis. Dochodzi północ, chłopak siedział w tej Filharmonii od godziny dziewiętnastej, za nim trzy tygodnie pełnych napięcia konkursowych przesłuchań, rywalizacji, panowania nad stresem i co gra na bis? Lekką etiudę, walc minutowy? A gdzie tam?! Polonez As-dur, za wykonanie którego dostał zresztą nagrodę specjalną. Czuł się niejako zobligowany zagrać go jeszcze raz , na pożegnanie. I to jak zagrał! Nieźle pojechał po bandzie. Skąd on jeszcze wytrzasnął tyle siły? Nie pokazał takiej brawury w trakcie trwania konkursu. Widać więc, jak strasznie musiał kontrolować emocje wcześniej, gdy teraz pozwolił sobie na taką erupcję. Ciary miałam już wcześniej, więc teraz włosy chyba stanęły mi dęba. No i wtedy właśnie słuchawki się popruły czarnymi płatkami spadając na podłogę. Jak panowie z DG dotrzymają słowa i wydadzą tę pierwszą jego płytę, a ma być za dwa, trzy tygodnie, jestem ciekawa, co na niej będzie, ale i tak ją kupię. Najbardziej rozbroiła mnie jego wypowiedź, że nie zamierza już nigdy w życiu startować w żadnych konkursach. 

portret pianisty 

No właśnie, co ja tam będę pisać po próżnicy. Jest występ głównego laureata z wczorajszego nocnego koncertu. Miłego słuchania i niezwykłych wrażeń życzę.

Seong-Jin Cho podczas koncertu laureatów - 21 października 2015, Filharmonia Narodowa

środa, 21 października 2015

Werdykt

I miejsce, Złoty Medal oraz nagroda specjalna za najlepsze wykonanie poloneza- Seong-Jin Cho, 21 lat, Korea Południowa; (na konferencji prasowej wyznał, że jego idolem jest Rafał Blechacz)
II miejsce, Srebrny Medal oraz nagroda Krystiana Zimermana za najlepsze wykonanie sonaty -  Charles Richard-Hamelin, 26 lat, Kanada
III miejsce, brązowy medal oraz nagroda specjalna za najlepsze wykonanie mazurków - Kate Liu, 21 lat,  (urodzona w Singapurze) USA
IV miejsce - Eric Lu, w grudniu skończy 18 lat, USA
V miejsce - Yike (Tony) Yang, w grudniu skończy 17 lat, Kanada
VI miejsce - Dmitrij Szyszkin, 23 lata, Rosja

Wyróżnienia:
Aljosza Jurinić, 26 lat, Chorwacja
Aimi Kobayashi, 20 lat, Japonia
Szymon Nehring, 20 lat, Polska
Georgijs Osokins, 20 lat, Łotwa

poniedziałek, 19 października 2015

Koncert do zapamiętania

      Dżizas! To było świetne! :-D Dzisiejszy występ Szymona Nehringa w finale Konkursu Chopinowskiego :-) Paleta odcieni, arsenał możliwości, cała gama emocji: to się skupiał, to uśmiechał, to robił marsowe miny, albo... tańczył krakowiaka na siedząco przed fortepianem. Razem z solistą pięknie uśmiechał się maestro Kaspszyk, a orkiestra poniosła muzykę od fortepianu w głąb i w dal. Się Chopina niby zna, się Chopina słucha, a miałam łzy w oczach. Naprawdę nie wiem, kto wygra, jest co najmniej kilkoro wspaniałych finalistów, każdy na swój sposób, ale w wykonaniu Nehringa była taka polskość, słowiańskość, taka swojskość, jakby człowiek powrócił właśnie z dalekiej podróży do znajomych, a dawno niewidzianych stron. Dlatego wzruszenie. A Szymon się uśmiechał. I Kaspszyk też, odwracając w jego kierunku głowę. A orkiestrę niosły smyczki i klarnety. Myślę, że słuchaczy też poniosły :-) A jury, kto wie, co usłyszało? ;-)

poniedziałek, 12 października 2015

Przeczytałam

       Z opóźnieniem piszę, niestety. Autorka wybaczy. Mam wielki dylemat z książeczką Jadwigi Śmigiery Zwariowałam. Dostałam niespodziewanie, bez uprzedzenia. Szok, zaskoczenie, ale i satysfakcja: bo przewidziałam tę publikację podskórną intuicją, która czasami się sprawdza. A kiedy się sprawdzi, niedowierzanie bywa jeszcze większe. Zrazu przeczytałam za jednym zamachem pierwszą część Dawno temu otwieraną pięknym portretem Matki, co wynika z treści, aczkolwiek zdjęcia nie są podpisane. Opowieści znane, czytane wcześniej na blogu, tutaj poukładane zgodnie ze skalą uczuć Autorki. 
        Czytanie przerwałam. Następna część traktuje o podróżach. To jest ten mój dylemat: przejście od osobistych, ciepłych wspomnień o najbliższych do reportażowych z natury rzeczy relacji podróżniczych. Co prawda, Jadwiga traktuje wiele odwiedzanych miejsc, zwłaszcza ukochane miasteczko Kazimierz nad Wisłą czy Tatry z wielką czułością, lecz za każdym razem obok własnych odczuć jest w tych opisach sporo celnych obserwacji, obyczajowych scenek, zabawnych wydarzeń, a także erudycyjnych informacji. Absolutnie nie zgadzam się z przekonaniem, że książkę Jadwigi Śmigiery można czytać jednym tchem, mimo że ma skromne rozmiary. Przeciwnie, należy ją sobie podzielić przynajmniej na cztery etapy zgodnie z częściami wyodrębnionymi przez Autorkę i dozować powoli, smakując nastroje, podziwiając wrażliwość, może nawet zazdroszcząc trochę celności spostrzeżeń i bogactwa przeżyć. 
         Podział na cztery części uwarunkowany został czasem, wspomnieniami i naturalnym biegiem życia: Dawno temu, Kilka moich podróży, Teraz, Szczerbaty i Pytalski, czyli moje wnuki. Najpierw wspomnienia z dzieciństwa, portrety, właściwie migawki nieżyjących już bliskich: matki Zofii, babci Broni, babci Marysi i... drzewa w łazienkowskim parku. Część druga to czas nieco późniejszy, czas podróży, zwiedzania, smakowania świata, spotkań z ludźmi i historią. W części trzeciej krótkie bardzo zapisy zmagań z własną pamięcią, emocjami przechowywanymi od dzieciństwa, jak we fragmencie pod tytułem Nic czy Nie chciałam. Są takie spotkania z dniem dzisiejszym, które właściwie są jednocześnie pożegnaniem, rozstaniem i taki charakter mają rozdziały w  tej części. Może to być rozstanie z synem, który podjął decyzję o wyprowadzeniu się z rodzinnego domu i rozpoczęciu życia na własny rachunek (Wyfrunął), pożegnanie wiekowej i schorowanej suczki (Jej portret), czy bolesne pożegnanie z matką, o której pamięć pozostanie w smaku pierogów, których Jadwiga nie nauczyła się robić (Nie chciałam). W części ostatniej Autorka kreśli portrety dwóch swoich wnuków, Szczerbatego i Pytalskiego, portrety pełne ciepłego humoru, będącego zasługą opisującej ich babci, jak i samych bohaterów opowiadań. Zabieg trzecioosobowej narracji wprowadza ironiczny dystans do opisu zmagań babci Jadwigi z inteligentnymi wnukami.  A dzieci potrafią zadawać dociekliwe pytania i drążyć kwestie z wprawą detektywa, jak Pytalski drążący problem śmierci babci. Od takich pytań uciec nie można.
         Jedną z zalet publikacji są zdjęcia z archiwum Autorki. Te starsze, widać, że zniszczone nieco, może nieostre, i te nowsze, z odwiedzanych miejsc. Rzucone od niechcenia to tu, to tam, są naturalnym dopełnieniem tekstu, mieszczą się w skali ewokowanych przez narrację emocji. Nie przeszkadza mi to, że są nieostre czy nie nazbyt duże. Ich roli nie odbieram jako fotograficznej dokumentacji, lecz jako inny sposób wyrażania uczuć. Zdjęcia są wizualnym komentarzem tworzącym, a raczej dopełniającym nastrój zapisany w tekście. Poddałam się temu nastrojowi i mam tutaj swoje ulubione fotografie, jak początkowy portret, mała dziewczynka przy drzewie, akcesoria do yerba mate, kazimierzowski rynek widziany z Góry Trzech Krzyży czy ostatnie z Autorką spoglądającą na daleką panoramę gór.
         Skala tematów zaproponowanych w niewielkiej w sumie książeczce jest ogromna i to też jest zarazem jej mankament. Wywołuje w czytelniku pewne rozchwianie. Trudno jest bowiem bez spłycenia emocjonalnego odbioru przejść od wspomnień dalece intymnych o najbliższych do, skądinąd wspaniałego, reportażu z miesięcznego pobytu w Argentynie. Tekst ten uważam za najbardziej klarowny i reprezentatywny dla zobrazowania pisarstwa Jadwigi Śmigiery. Reportażowy styl, celne obserwacje, syntetyczne obrazki z ulicy, ze spotkań i rozmów, a obok jedno, dwa zdania o swojej tęsknocie do synka tworzą swoisty rozpoznawalny dla Autorki mikroklimat. I w tym momencie najbardziej mnie złości asekuracyjny tytuł książeczki Zwariowałam, z którym nie mogę się pogodzić.  Geneza tytułu, jak wyjaśnia Jadwiga, jest całkowicie pozatekstowa. Uważam, że taki tytuł jest dopuszczalny tylko w przypadku tekstów pisanych do szuflady, dla rodziny, domowej kroniki bądź ... powieści typu Obłęd Krzysztonia. Tutaj jednak nie mamy do czynienia z żadnym tego typu przypadkiem. Rozumiem, że autor może i ma prawo się uprzeć, bo tak czuje, bo wydaje mu się, że tak trzeba, ale od tego jest wydawnictwo, żeby w nietrafione pomysły autorskie ingerować, żeby zasugerować lepsze rozwiązanie. Niestety, tutaj wydawnictwo się nie popisało, dopuszczając do kuriozalnego tytułu, nie mającego nic wspólnego z treścią. Mało tego, Autorka miała prawo obawiać się reakcji czytelników na swój książkowy debiut, ale zgoda na ten tytuł oznacza, że wydawnictwo też się asekuruje i nie wierzy w wartość swojej własnej publikacji. Tak być nie może, tak być nie powinno.
          Na pewno warto dokładniej zrobić też korektę, która szwankuje w paru miejscach. Nie będę się nad tym rozwodzić, inni już to zrobili, a swoją drogą nie sądzę, że jest to akurat największa wada. Jest nią coś innego, co wynika z układu treści i tematyki. Nie jestem zwolenniczką mieszania w jednej publikacji tak różnorodnej tematyki i, co za tym idzie, form wypowiedzi. Jak wspomniałam, mamy tu sprawnie i obrazowo poprowadzone reportaże podróżnicze, ale mamy też pełne ciepła, niemal baśniowe wspomnienia, jak Stokrotka. Sprawia to pewne trudności w odbiorze. Domyślam się, że zostało to podyktowane poniekąd osobistym wyborem Jadwigi, zapewne chciała zamieścić te teksty, które traktują o osobach dla niej najważniejszych, ale z drugiej strony jest to efekt przeniesienia, niestety zbyt mechanicznego, tekstów pisanych na blogu. Skutkiem tego pojawia się na przykład charakterystyczny zwrot do stałych czytelników: Moja, ale czy mam prawo ją tak nazywać, oceńcie sami. Poza blogiem zdanie to nie ma wielkiego sensu, tym bardziej, że jedyne tego typu (o ile czegoś nie przegapiłam). Oczywiście w różnych formach epickich już od Homera poczynając istnieje coś takiego jak ujawnienie się narratora i nawiązywanie kontaktu z czytelnikiem, niemniej zachodzi różnica czy jest to czytelnik uniwersalny, bezimienny, czy też trochę już znany, od którego oczekujemy informacji zwrotnej, jak właśnie czytelnicy komentujący wpisy na blogu.
           Książka rządzi się innymi prawami. Jeśli miał to być niejako blog w formie drukowanej, to wypadało zachować też inne jego wyróżniki: blogową kolejność tekstów bez "książkowego" podziału na autorsko przemyślane rozdziały, być może nawet ciekawym efektem byłoby wykorzystanie w publikacji pewnej liczby komentarzy wraz z odpowiedziami na nie. Zdaję sobie sprawę, że przygotowanie takiej książki wymagałoby większej pracy redakcyjnej. Być może właśnie tak należałby zrobić. Wydać nie jedną, a co najmniej dwa odrębne, w zupełnie innym charakterze, tomy: tom wspomnień osobistych i reportażowy tom podróżniczy.  A Jadwigę Śmigierę stać na to na pewno, bo ma o czym pisać. Największa trudność, przed jaką stoi, to nadmiar tematów, wrażeń, wspomnień, nadmiar wiedzy i pasji podróżniczej, nadmiar obserwacji i zachwytów. Ale wierzę, że sobie poradzi, bo chciałabym przeczytać te kolejne dwa tomy ;-)
           
Jadwiga Śmigiera, Zwariowałam. Wydawnictwo Literackie Białe Pióro. Warszawa 2015
         

wtorek, 6 października 2015

Eskapady Kresowe

       Pod takim hasłem odbył się I Zamojski Festiwal Podróży. Pierwszy i od razu trzydniowy (2-4 października) z zaplanowaną na dzień ostatni wycieczką do Lwowa. Od razu przyznaję się: nie pojechałam. Na festiwal zresztą dotarłam przypadkowo, ale skoro już zdarzyło mi się zawitać do Hetmańskiego Grodu, nie omieszkałam poszukać atrakcyjnego sposobu spędzenia czasu. 
       Festiwal został zorganizowany w nowoczesnym Centrum Kultury Filmowej, działającym dopiero od pięciu lat, a dotąd nie miałam okazji poznać tego gmachu, więc była to dodatkowa motywacja, żeby przemaszerować przez całe miasto. Przy wejściu witano wszystkich gości, w foyer kręcili się fotograficy i filmowcy, wchodząc zaś do wybranej na miejsce pokazów i prelekcji sali kinowej, mijało się fotograficzną wystawę z wyprawy na Kilimandżaro. 
        Zanim jednak autor zdjęć i uczestnik wyprawy przeprowadził nas bezpiecznie do samego krateru Kilimandżaro, poznaliśmy aspekty turystycznego rozwoju Zamościa, zobrazowany w liczbach, zrealizowanych projektach oraz zmianie logo miasta. Otóż nowe logo składa się z zarysu murów obronnych,w które wpisano hasło "Zamość - Twierdza otwarta". 
        Wróćmy jednak do sedna festiwalowego programu. Rozpisany na trzy dni dostarczyć mógł ciekawych prelekcji i pokazów dla wszelkiej maści amatorów podróży.


Wśród zaproszonych prelegentów:

Leszek Cichy - himalaista, Jacek Wnuk - fotograf i podróżnik, pasjonat fotografii czarno-białej, Jacek Podkościelny - zamojski podróżnik, Piotr Szalony Korczak - autor najbardziej ekstremalnych dróg wspinaczkowych w Polsce, człowiek posługujący się kilkoma charakterystycznymi pseudonimami, jak Szalony, Narwaniec czy Emil Kaczadze, Ryszard Pawłowski - alpinista i himalaista, pięciokrotny zdobywca Mount Everestu, wspinał się między innymi z Jerzym Kukuczką podczas jego ostatniej wyprawy, Aleksandra Dzik - alpinistka, zdobywczyni tytułu Śnieżnej Pantery, Marek Marcola - wieloletni podróżnik z zamiłowania, zwiedził wszystkie sześć kontynentów. 
        Ograniczony czas, jakim dysponowałam, pozwolił mi na wysłuchanie tylko początków festiwalowych relacji, w tym dla mnie zapewne i tak najciekawszej ze względów kulturowych, fotograficznej opowieści Jacka Wnuka z podróży przez Karpaty Wschodnie. Relacji z wyprawy towarzyszyła projekcja fotograficznej dokumentacji: od polskich Bieszczadów Wschodnich, przez ukraińskie Gorgany, Świdowiec, po Czarnohorę, Huculszczyznę oraz końcowy etap w rumuńskiej krainie Maramuresz, którą prelegent określił trzema słowami: tajemnica, kultura, lud. Jacek Wnuk barwnie opowiadał o napotkanych ludziach, Łemkach, Bojkach i Hucułach. Widzieliśmy zdjęcia przepięknej panoramicznej przestrzeni Czarnohory, zimowe huculskie chaty, drogi rozjeżdżone saniami, wschody i zachody słońca na odludziu. Efektem wyprawy jest czarno-biały album Karpaty Wschodnie. 
         Jakże odmiennie na tej dwukolorowej z odcieniami szarości przestrzeni tak bliskiej nam kulturowo, historycznie rodzimej, swojskiej i domowej, wypadają kolorowe, jak z fotoshopa, zdjęcia z Tanzanii i wyprawy na Kilimandżaro udokumentowanej przez Jacka Podkościelnego. Uderzył mnie na nich czerwony kolor ziemi. Przyszła mi do głowy zdumiewająca refleksja: jakiż to Czarny Kontynent, skoro ziemia jest czerwona?... To już te słonie uchwycone na spacerze zdawały się być bardziej czarne. Liczna rodzinka lwów idąca drogą przez sawannę natomiast ewidentnie zajęta tylko swoimi sprawami maszerowała w sobie tylko znanym celu.  
       










        Skoro to I Festiwal, można mieć nadzieję, że będą następne. Liczę na to. Zwłaszcza więcej kresowości w tych relacjach poproszę. Bo do Afryki nie bardzo mnie ciągnie, a z całego świata - tamta strona (...) z mgieł jesiennych przez ścierniska, w badylach, perzu, kłębem pnączy szept jakiś się przeciska i w samo serce, w krew się sączy.

poniedziałek, 28 września 2015

Trzy książki na krzyż

      1. Książka wywiad z Dorotą Masłowską to pierwsza rzecz tej autorki przeczytana przeze mnie w całości. Dodam, że przeczytana bez przymusu, z własnej i nieprzymuszonej woli. Oczywiście rozumiem, że Wojna polsko-ruska to kwestia odświeżającego podejścia do języka, dostrzeżenia jego żywotności, bujnego pulsowania w mowie potocznej określonego środowiska, ale cóż z tego, to absolutnie nie mój język. Podziwiając autorkę za fenomenalny słuch językowy, nie potrafię wykrzesać z siebie ani grama entuzjazmu dla jej bohaterów i opisanego świata. Paw królowej zaś... nie mam pojęcia, o czym to jest :-( Recenzje czytałam, fragmenty czytałam, to pewnie błąd, powinnam przeczytać całość. Ale fragmenty były niestrawne, więc obawiałam się o stan swego układu trawiennego po ewentualnym skonsumowaniu całości. O Kotach też czytałam z trzeciej ręki, ale i słyszałam z drugich ust. Pozytywnie. Czyli jest ta Masłowska, pisarka młoda, wierzę, że utalentowana, ba, czytałam jej felietony w Przekroju. Nie powiem, błyskotliwe, czasami wręcz erudycyjne, na tle strasznie nagle obniżającego się poziomu tygodnika jej teksty emanowały świeżością. Niestety, przestałam Przekrój czytać. Były jakieś dwie sztuki teatralne, dwa dramaty, nie natrafiłam dotąd. Na prowincji nie grają. I teraz ten monstrualny wywiad z napuszonym tytułem Dusza światowa. Kto takie tytuły dzisiaj nadaje nie narażając się na śmieszność? A no właśnie! Sprawdziłam i przeczytałam. Z satysfakcją. Książka klarownie ułożona, podzielona na rozdziały tematyczne, wokół których krąży rozmowa. Wiele razy łapałam się na myśli: "Mądra dziewczyna, ma rację" - protekcjonalne to trochę z mojej strony, prawda, ale cóż, należy do pokolenia pisarzy, na których się już nie wychowywałam, więc różnica wieku mi na to pozwala. Niemniej byłam ciekawa warsztatu, podejścia do roli pisarza, do literatury, łączenia teorii pisania z praktycznym wykonaniem. Podoba mi się, że Masłowska do swoich książek nie dorabia wielkiej ani w ogóle żadnej ideologii. Znajduje, wymyśla, odkrywa temat, temat ją frapuje, zaczyna pisać. Bo przyznaje, że łatwiej jej pisać niż mówić. Z dystansem opowiada o sobie z czasów początku wielkiej sławy po debiutanckiej Wojnie. Ale, w przeciwieństwie do innych, których nazwisk tutaj nie wymienię, żeby ich bez potrzeby nie promować, nie poszła w celebryty, nie stała się sławą medialną, pozostała pisarką i to, nawet jeśli jej twórczość nie za bardzo mi odpowiada, stanowi o prawdziwości talentu. Duszę światową naprawdę polecam każdemu, nawet jeśli - jak ja - nie trawi powieści Masłowskiej. Bo to jest rzecz napisana normalnym językiem, a rozmawia się o różnych sprawach, o świecie, podróżach, o pracy,  o pisaniu, o genezie literatury i źródłach literackiej fikcji, która tak bardzo przypomina rzeczywistość. Może nawet przeczytam te Koty? Opinię słyszałam wyważoną i pozytywną od osoby w moim wieku, mającą w dorobku tysiące przeczytanych książek, to wzbudza zaufanie. Choć podskórnie obawiam się, że ten wywiad jest jak dotąd najlepszym jej utworem ;-)
       2. Marek Kondrat czytający Mistrza i Małgorzatę? Pierwszy odruch: super! będę słuchać. A potem, konsternacja. Co on czyta, to nie tak leciało! Przecież znam, mam na półce, sięgam po biały tom BN. No niby się zgadza, a jednak nie zgadza. Pierwsze polskie tłumaczenie Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego w nowym wydaniu, z jakimiś zmianami w leksyce. Głos Kondrata kompletnie nie pasuje do Patriarszych Prudów ani do ulicy Sadowej, a już na pewno nie do procuratora Judei. Woland z głosem Marka Kondrata?! On brzmi jak wojak Szwejk a nie najbardziej inteligentny szatan w dziejach literatury. Nie, zdecydowanie to nie był dobry wybór. Nie słucham. Wolę sama jeszcze raz przeczytać.
       3. Uwaga, uwaga! PARNICKI w radiu! To znaczy jego książka :-) Przemysław Bluszcz (nie znam) czyta wczesną powieść Teodora Parnickiego Trzy minuty po trzeciej. Polityka, sensacja, szpiedzy i te sprawy. Pytanie: dlaczego akurat tę??! Rozumiem, że trudno byłoby zachęcić masowego czytelnika/słuchacza do cierpliwego słuchania zawiłej składni wynurzeń bohaterów Zabij Kleopatrę czy rozważać za tokiem narracji istnienie lub nieistnienie bohaterki Słowa i ciała, ale takie Srebrne orły są stosunkowo proste do przebrnięcia. No tak, kwestia promocji wydawnictwa (ukazało się nowe wydanie powieści), nieważne dla kogo ;-) Godzina audycji tylko dla bezrobotnych: za kwadrans dziesiąta. Na szczęście można odsłuchać nagranie, co właśnie czynię. Początek operowy: bohater właśnie wyszedł z budynku opery po Tannhäuserze Wagnera. Słucham - pan Bluszcz czyta o wiele lepiej niż Kondrat, zwłaszcza podkładanie głosu pod Japończyka wychodzi mu świetnie ;-) 
  

niedziela, 13 września 2015

Tintinnabuli

       Najbardziej uduchowiony i mistyczny współczesny kompozytor, uważający słowo za sferę sacrum, dlatego niechętnie bierze udział w rozmowie, wypowiadając się poprzez muzykę. A jego muzyka jest czymś więcej niż tylko kompozycją: jest przekraczaniem granicy między materią a metafizyką, między mową a milczeniem, między widzeniem a kontemplacją. Kompozytor, którego się kocha albo nienawidzi, a jego muzykę uwielbia, albo jej nie znosi. 
       Arvo Pärt, kompozytor estoński, 11 września obchodził 80 urodziny. Mistyczne rejony jego kompozycji wymagają pełnego skupienia, oderwania od doczesnych spraw tego świata. Trudno byłoby słuchać delikatnego dzwoneczka w hałasie, pośpiechu i tłumie współczesnego megalopolis. Jeśli o jakiejkolwiek muzyce można by było powiedzieć, że wyłania się z ciszy, jest nią właśnie twórczość Arvo Pärta. Czerpie z tradycji chorału, renesansowej polifonii, tworząc własny niepowtarzalny styl o swoistej rytmice medytacyjnego zanurzenia. Modlitwa jest naturalną formą kompozycji Pärta, który przed laty przeszedł na prawosławie. Tematyka jego utworów dotyka uniwersalnych spraw człowieczej kondycji w perspektywie kosmicznego przeznaczenia. Za Lament Adama w 2014 r. otrzymał nagrodę Grammy w kategorii muzyki chóralnej. Za najwybitniejsze dzieło wielu uważa Pasję według św. Jana, mnie jednak zachwycają utwory z początków drogi ku własnej koncepcji muzycznej przez samego kompozytora nazwanej tintinnabuli: wielkie, fantastyczne i przejmujące dzieło Cantus in memoriam Benjamin Britten oraz Spigel im Spigel.

Na początek filmik z Jubilatem:
Spigel im Spigel
 Cantus in memoriam Benjamin Britten
Hołd kompozytora dla kompozytora

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rzeczy bezcenne

     Von Neumann w imieniu profesora Norberta Wienera pokazał czek z wpisaną jedynką: 
- Może pan dopisać tyle zer, ile uzna za stosowne - powiedział do Stefana Banacha.  Ten odpowiedział: 
- To za mała suma, żeby opuścić Polskę... za mała. 

31 sierpnia minęła 70 rocznica  śmierci Stefana Banacha 

piątek, 21 sierpnia 2015

Śmierć jak muśnięcie klawiszy

      Taniec Błogosławionych Duchów z opery Orfeusz i Eurydyka Glucka w transkrypcji Giovanniego Scambatiego na fortepian gra Nelson Freire

środa, 19 sierpnia 2015

Tak pięknie mówił o miłości...

... do muzyki Chopina. I zagrał oba jego Koncerty fortepianowe na otwarcie tegorocznego festiwalu Chopin i Jego Europa. Nikolai Lugansky jest dla mnie tym współczesnym pianistą, który gra niezwykle elegancko i poetycko zarazem. Oczywiście nie chcę go porównywać z innymi, równie eleganckimi i niezrównanymi wirtuozami, jak choćby Zimerman, który w pewnych aspektach jest absolutnie bezkonkurencyjny, ale polubiłam go z wolna, przekonywał mnie do siebie kolejnymi interpretacjami. Najlepiej wychodzi mu muzyka rosyjska, co zrozumiałe (płakałam, kiedy grał II Koncert fortepianowy Rachmaninowa), niemniej w każdym calu i w każdej minucie jego występy dla słuchacza są przeżyciem niezwykłym. Planowałam być na jego koncercie 15 sierpnia. Nie byłam, niestety. Palny bywają takie nietrwałe. 

Lugansky w dwójkowym wywiadzie (trzeba kliknąć na zielony kwadracik ze strzałką)

http://www.polskieradio.pl/8/4597/Artykul/1489581,Nikolai-Lugansky-mowisz-fortepian-myslisz-Chopin
(nie wiem, dlaczego link nie jest aktywny, próbowałam kilka razy i nic, trzeba samemu skopiowac i wpisać do wyszukiwarki)

Oraz inna, wcześniejsza odsłona jego miłości do Chopina, z fragmentami wywiadu:

                   
PS Przypomniałam sobie, że w myślach nadałam mu inne imię, Mikołaj do niego nie pasuje ;-)

środa, 12 sierpnia 2015

Ionesco

      Tak, po dniu 35-stopniowego upału poszłam na Lekcję Ionesco. Masochizm, prawda? Ale ja jestem aktualnie w okresie zadręczania się. Tegoroczna realizacja Teatru Mazowieckiego w obsadzie: Karolina Gorczyca, Wojciech Kalarus, Jadwiga Jankowska-Cieślak jeździ właśnie po kraju. Zaczęło się tak, że dwie babki w rzędzie przede mną gapiące się w swoje kolorowo świecące smartfony nie zauważyły, że Wojciech Kalarus wszedł na scenę w roli Profesora. Dopiero gdy Jadwiga Jankowska-Cieślak (Służąca) wrzasnęła, że idzie otwierać drzwi, smartfony zgasły. A po otworzeniu drzwi na scenę weszła w jasnej sukience Karolina Gorczyca, czyli Uczennica. 
       Spektakl odarty z faszystowskich pozatekstowych odniesień jest być może jeszcze bardziej absurdalny niż oryginał. Zarazem jednak krok po kroku odsłania się przed widzem przejmująca aktualność, straszna współczesność agresywno-pasywnych, dominująco-poddańczych, prowokacyjno-manipulatorskich relacji. Zastanawiające, że właściwie nie wiadomo, kto tu jest agresorem, a kto ofiarą. Co prawda Uczennica zostaje zamordowana przez Profesora, ale sytuacja nie jest taka czysta. Dręczą się wszyscy nawzajem. Profesor zadręcza Uczennicę pseudonaukowym bełkotem filologicznym o językach neohiszpańskich, ale można mu też współczuć, gdy czuje się przygnieciony głupotą Uczennicy, która nie jest w stanie pojąć prostego odejmowania. A przecież przyszła tutaj w celu zgłębiania wiedzy do doktoratu! Ambicje Uczennicy są wyraźnie na wyrost, znacznie lepiej wychodzi jej taniec flamenco. Profesor tworzy absurdalne teorie naukowe, ale chyba tylko po to, by ukryć rosnące pożądanie i agresję. 
        Wszystko jest takie wieloznaczne, choć absurdalne. Karolina Gorczyca i Wojciech Kalarus znakomicie niuansują postacie nie pozwalając widzowi na jednoznaczną ocenę bohaterów. Ale laur mistrzostwa należy się Jankowskiej-Cieślak, chociaż jej rola jest niejako poboczna. Pamiętajmy jednak, że niema rola Starego Wiarusa w interpretacji Ludwika Solskiego przeszła do legendy i historii teatru. Jankowska-Cieślak najpierw wchodzi jako niezbyt rozgarnięta służąca, pokrzywiona, schylona, opryskliwa, by w kolejnych odsłonach, wejściach stać się ni to duchem opiekuńczym Profesora, niemal gderliwą niańką, ni jego powiernicą, a na koniec wspólniczką jego mrocznych perwersji. Aktorstwo pierwsza klasa! Każdym wejściem przykuwała uwagę podnosząc napięcie. Bez niej spektakl byłby choreograficznym popisem siadania na fotelu, obracania się na stołku, wchodzenia na stół, przewracania mebli, biegania po scenie w wykonaniu dwojga pozostałych aktorów. 
        W sumie, gdyby zapytać, o czym jest właściwie tekst sztuki, nie umiem powiedzieć. Ale aktorstwo znakomite. Trochę to paradoks, ale tyle tylko mogę z siebie wykrzesać.
       
       

środa, 29 lipca 2015

Krople rosy na płatkach róż

        27 lipca w wieku 84. lat zmarł Ivan Moravec, czeski pianista, niezrównany wykonawca muzyki Chopina. Najpiękniej grał Nokturny. Jego delikatne interpretacje wprowadzają w stan zadumania. Świat i jego sprawy zwalniają tempo, człowiek przestaje się spieszyć. Nie sprawdzałam, ale jestem przekonana, że nawet serce zaczyna wolniej bić, dostrajając się do muzycznego rytmu. Nie będąc nigdy na jego koncercie na żywo, mogę sobie tylko wyobrażać, jakby w zwolnionym tempie (jego Nokturn Des-dur jest prawie minutę dłuższy niż w wykonaniu innych pianistów), jak kolejne dźwięki spływają spod dłoni pianisty zatrzymując się jak krople rosy na płatkach róż. Tak słyszę, tak widzę, tak czuję. Podobne wrażenia mam czasami słuchając Nelsona Freire, obecnie już 70-letniego pianisty brazylijskiego. Może to właśnie jest sedno doskonałej interpretacji: wiek i doświadczenie, upływ czasu, który pozwala artyście usunąć się w cień, wydobywając na światło samą muzykę. Mając 70, 75 i 80 lat nie potrzebuje się już czegokolwiek udowadniać, pokazywać swoją osobowość. Można z dystansem patrzeć na swoje życie i zagrać bez żadnego konkretnego celu. Ot, jak delikatny deszcz osiadający kroplami na płatkach róż. Nic więcej. Nic mniej.

Fryderyk Chopin, Nokturn Des-dur, op. 27 nr 2 - gra Ivan Moravec, miał wtedy 75 lat


piątek, 24 lipca 2015

Może zaśpiewać poezję?

Dawny wywiad; zawsze wart przypominania:

Muzyka uszczęśliwia

No to poezja. Verlaine: Spleen



Nie, nie podoba mi się. To jest lepsze, takie słodko zadumane;-)

poniedziałek, 20 lipca 2015

Taka muzyka chodzi za mną


        To miała być ta aria. Wciąż nie mogę znaleźć właściwego wykonania. Może kiedyś... może mam za mało czasu na szukanie. Ale jest i to niezłe. 
         Jedna z moich ulubionych oper: Ariodante (1735)  Haendla.  Ginewra oskarżona o spowodowanie samobójczej śmierci ukochanego, Ariodanta, odtrącona przez ojca, zostaje skazana na śmierć. Ale to nie śmierć własna jest dla niej najbardziej przerażająca, lecz bezpodstawne oskarżenie, za którym stoi potworna intryga jednego z najbardziej ohydnych operowych bohaterów, Polinessa.

Il mio crudel martroro
crescer non puo di piu,
morte, dove sei tu,
che ancor non moro?

Vieni, de` mali miei,
no, che il peggior non sei,
ma sei ristoro.
___________________________
Jakże wielkie moje umęczenie (udręczenie?)
 (chyba najlepiej byłoby: mój okrutny losie...)
nic nie może być gorszego,
śmierci, gdzie jesteś,
że wciąż nie umieram?

Przyjdź,  w moim bólu
nie jesteś najgorsza, 
jesteś wybawieniem.

Mój okrutny...

Cudowna instrumentacja, instrumenty w służbie emocji, wielkiego dramatu duszy. A jednak muzyka mimo to niesie ukojenie.




PS Ariodante żyje :-) Ma do zaśpiewania jedne z najpiękniejszych arii w dziejach opery. Wszystko się wyjaśni. 

sobota, 18 lipca 2015

Koniec epoki

     14 lipca, w święto narodowe Francji  kto śpiewa w Dwójce? Rozpoznaję, aczkolwiek z niepewnością: Jaroussky?  Jakżeby inaczej, tylko tej płyty jeszcze nie mam, więc nieosłuchana. A zaraz potem, oooo! znam ten głos.  Piotr Beczała? Świetnie, doprawdy świetnie! Tak, to Beczała. Aria z Białej damy Eugene Scribe`a do muzyki Francois Adriena Boieldieu :-) A potem słuchamy  koncertu Saint-Saensa z Gautierem Capuconem jako wiolonczelistą.  Gautier to młodsza połowa arcyzdolnego muzycznego rodzeństwa: starszy brat Renaud jest skrzypkiem. 
      15 lipca wieczór o Alanie Curtisie, który zmarł tego dnia we Florencji.  Amerykanin z pochodzenia, Europejczyk z wyboru, klawesynista z talentu,  zakochany w muzyce barokowej, czego dowodem założona przez niego orkiestra Il Complesso Barocco. Kończy się pewna epoka odkryć w muzyce dawnej. Jakiś Haendel, jakiś Rameau, jakiś Bach. Teraz już inni będą nam ich odkrywali. Inaczej. 
       

sobota, 11 lipca 2015

Raport z nieistnienia

       Jak we środę, 8 lipca, Kroke dali koncert na oficjalną inaugurację Festiwalu  Etnokraków, to chyba... kupię ich płytę. Co jeden utwór, to lepszy i wprost wessało mnie w słuchanie. Część z tych rzeczy znałam, ale zabrzmiały jakoś inaczej, jak nowe. Naprawdę kawał dobrej, nawet bardzo dobrej muzyki. I nawet niezbyt chętnie nastawiłam się na słuchanie kolejnych muzyków, tym razem egzotycznych, z Indii. Nie chciałam psuć sobie wrażenia. Bo że teraz będzie to całkiem coś innego, było do przewidzenia. Mimo wszystko pewien zwyczaj prezentowania utworów,  określone ramy czasowe poszczególnych utworów, to jest nam znane, podobne w całej zachodniej kulturze. A tam, na Dalekim i Środkowym Wschodzie czas mierzy się całkiem inaczej. Toteż gdy wyszło dwóch: Zakir Hussain i Rakesh Chaurasia, nie należało się dziwić, że jak ten drugi zaczął dmuchać w te swoje flety, to wstęp trwał i trwał, i trwał ponad 15 minut. Wtedy dołączył ten pierwszy na tabli, czyli dwóch indyjskich bębnach. I co? Myślałby kto, że będzie jeden utwór, potem drugi i trzeci. Nic z tego. Przerwa była  coś dopiero po godzinie. Co prawda kilkanaście razy były momenty, w których wydawało się, że własnie skończyli, zrywały się oklaski, a tu następny wściekły rytm i flecik ;-) W pewnym momencie wydawało się, że oni tak specjalnie robią, aż się widzowie zaczęli śmiać ze swoich omyłek. W końcu naprawdę była przerwa, a po niej bis. Czym on się różnił od utworu prezentowanego w koncercie głównym, trudno mi powiedzieć, ale był krótszy ;-) O Zakirze Hussainie do dziś na okrągło mówią w radiu: że genialny, że rewelacyjny, że niesamowity i mistrz. Słuchałam z nim wywiadu. Jedno zapamiętałam. Gdy ojciec zaczął go uczyć gry na tabli, jego dzień zaczynał się o trzeciej nad ranem. Pod okiem ojca uczył się rytmu, jeszcze nie grania, tylko poprzez śpiew, głos, recytowanie. Potem szedł do szkoły, a po powrocie powtarzał to, czego uczył się rano z ojcem. To się nazywa droga do mistrzostwa!
        Za to wczoraj znowu czekałam właściwie na występy Polaków: Adam Strug, Kwadrofonik i Pianohooligan, czyli Piotr Orzechowski. Tak czekałam, że w końcu Adama Struga przegapiłam, czego przeboleć nie mogę. Potem była Maria Kalaniemi z Finladndii, a ja czekałam znowu na Pianohooligana i kiedy już nastroił ten swój fortepian to... prawie mnie uśpił. Piano to było bez wątpienia, ale hooligana za grosz :-( No cóż,  spodziewałam się chyba większego szaleństwa ;-) Taki niewyrobiony ze mnie słuchacz niestety. 

Kroke




Zakir Hussain i Rakesh Chaurasia

sobota, 4 lipca 2015

Przestrzenie lata

        Usłyszałam piosenkę. Jak zwykle w radiu. Wchodzę do pokoju, padam na łóżko, a radio gra. W środku jakiejś audycji, ni w pięć, ni w dziesięć zaczyna się śpiew. Zapominam, gdzie jestem, bo głos przenosi mnie bardzo daleko, w jakieś stepy, co pod konia pędem łkał. Nie rozumiem słów, a widzę ogromną przestrzeń, czuję wiatr, jakaś tęsknota i żal. Wspomnienia z pastwiska. Tak, to nie żart. Próbuje oswoić nieznany mi głos i śpiew, więc szukam, szukam, może to z Vincenza, może huculskie konie, może połoniny, może malarstwo Nikifora, może nie tak dawno oglądany na wystawie fotografii świat Bojków...... Coś w ten deseń. Dlaczego to? Nie wiem, nie wiem, po prostu w tę stronę to leci. Nie znam pieśniarki, nie rozumiem słów. Nie mogę tego tak zostawić. Tego konia z pędzącym Farysem ;-) No to teraz czas na poszukiwania. Po zakończeniu audycji nie przypomnieli mi niczego, ani nazwiska, ani tytułu. Tylko jeden trop: pieśniarka współpracowała z polskim zespołem KROKE. czy to wystarczy?
         Wystarczyło. Szukałam półtorej godziny tej jednej pieśni. No tak, rzeczywiście stepy, tylko trochę dalsze. Z Mongolii. Urna Chahar Tugchi - pieśniarka mongolskich stepów. Z rodziny mongolskich pasterzy. Samorodek. Śpiewać uczyła ją babcia. Potem studiowała muzykę już bardziej profesjonalnie, ale ogromna przestrzeń nomadów pozostała. W głosie i w pieśni. Zakochałam się w tym śpiewie. 

       Urna Chahar Tughi - pieśniarka mongolskich stepów




A tutaj jest naprawdę niesamowita, można posłuchać, jak wieloma głosami Urna potrafi śpiewać. 

 
 Na koniec coś na dobre sny. Śliczne. i rzecz szczególna, kojarzy m się z piosenkami w stylu fado, z zupełnie drugiej strony euroazjatyckiego kontynentu ;-) Bo wrażliwość jest chyba podobna.