solowe wariacje
Klik! - O czym piszę gdzie indziej - okolice książek
piątek, 21 sierpnia 2026
niedziela, 9 listopada 2025
Ptasi taniec i energia ludowych rytmów
Przyjechali ze Szkocji. Specjalizują się w tańcu nowoczesnym. Scottish Dance Theatre powstał w 1986 roku w Dundee, a obecnie na jego czele stoi Joan Cleville. Zespół zdobywał liczne prestiżowe nagrody w dziedzinie tańca nowoczesnego. 8 listopada (wczoraj) wystąpił w Lublinie w ramach 29. Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca prezentując dwie choreografie: The Flock i Moving Cloud.
The Flock w choreografii Roser Lopez Espinosy to stosunkowo świeża realizacja, ponieważ brytyjska premiera miała miejsce w 2023 roku, choć już wcześniej, w 2017 roku postała wersja dla National Dance Production of Catalonia. Nawiązuje do idei ptasiej migracji i jedności ptaków w wędrującej pod niebem chmarze. Ptasi taniec szkockiego zespołu miał - według mnie - fantastyczne fragmenty obrazujące wzbijanie się w powietrze oraz synchronizację. Podobała mi się szczególnie część pierwsza, którą odebrałam jako przygotowanie do dalekiego lotu. Jednak chwilami miało się wrażenie, że można było urozmaicić te fragmenty, gdy tancerze po prostu biegają w kółko. Owszem, robią to razem, stadem, jak ptaki, ale samo bieganie mało ma z ptakami wspólnego. Brakowało pomysłu na więcej ptasich zachowań. W części drugiej na przykład tancerze pokazali niesamowitą giętkość ciała, elastyczność, jakby płynne przelewanie się - samo w sobie budzące podziw, ale - znowu - jaki to ma związek z ptakami? Przypominało to raczej jakieś podwodne stworzenia lub karkołomne zwisanie leniwca. Niemniej same akrobatyczne pozycje do podziwiania jak najbardziej.
Druga część występu w zupełnie innym klimacie. Do tradycyjnych szkockich melodii tanecznych nowoczesna choreografia, momentami komiczna. Trochę pastiszu, parodii, błazenady. Mimo wyrazistych solówek duży nacisk położony na zbiorowość, na taniec grupowy. Moving Cloud to pomysł i realizacja włoskiej choreografki Sofii Nappi. Taneczny spektakl ludzkiej chmury wydał mi się całościowo bardziej spójny niż poprzednie Stado, ale trzeba przyznać, że i muzyka była bardziej jednorodna, a całość krótsza. Widzowie byli zachwyceni żywiołowością, dynamizmem, energią. Mimo wszystko, porównując wrażenia z obu tańców, więcej nowatorskich pomysłów widziałam w pierwszym, w The Flock. Więcej zaskoczeń, wzruszeń, niezwykłych rozwiązań. Taniec drugi, Moving Cloud bardziej ludyczny, jak występ igrców ku uciesze ulicznej gawiedzi.
The Flock - trailer
sobota, 25 października 2025
Tak mi smutno...
Poznałam ją najpierw jako autorkę teatralnych i operowych scenografii. Później zaczęłyśmy korespondować, dzielić się artystycznymi zainteresowaniami, szczególnie muzyką. Poznałam jej malarstwo. Całkiem niedawno w Dwójce słuchałam audycji z jej udziałem i z tej okazji pogratulowałam jej w e-mailu. Podziękowała i nawet planowałyśmy spotkanie. Niestety, już do niego nie dojdzie.
W nocy z 23 na 24 października zmarła Jadwiga Maria Jarosiewicz. Urodzona w Przemyślu, do końca związana byłą z Podkarpaciem, często wystawiając prace m.in w Rzeszowie. Mieszkała w Warszawie w dzielnicy Wawer po prawej stronie Wisły. Zrealizowała ponad sto projektów scenograficznych do oper i spektakli teatralnych. Ale nie chcę pisać o tym, co można przeczytać Wikipedii. Chcę napisać, że osobiście zapraszała mnie na premierę Bajadery w 2004 roku, do której zaprojektowała scenografię i przepiękne kostiumy. O tym, że kiedy wraz z obsadą baletu wyjechała na zagraniczne tournée, dzieliła się później wrażeniami z podróży. O tym, że gdy nieraz dzwoniłam do niej, przez telefon było słychać szczekanie jej ukochanych psów. O tym, że opowiadałyśmy sobie o sposobach na ciekawe aranżacje kwiatowe w ogrodzie. O tym, że obie lubiłyśmy kolor niebieski.
W sezonie 2025/2026 Opera Narodowa Teatr Wielki wznawia Bajaderę - na przełomie marca i kwietnia 2026 roku zaplanowano sześć przedstawień. Jadwiga już tego nie zobaczy.
O swoich psach tak mówiła: Ich stała obecność w moim życiu i pracowni znajduje odzwierciedlenie w mojej twórczości - są na większości moich prac...
Na zawsze zapamiętam jej wspaniałe obrazy z kwiatami, martwą naturą i portrety.
poniedziałek, 24 lutego 2025
Van Gogh na scenie
Za życia sprzedał tylko jeden obraz, a dziś jego dzieła osiągają rekordowe ceny. Słoneczniki - którąkolwiek wersję - kojarzy każdy. Van Gogh inspiruje malarzy, reżyserów, kompozytorów, choreografów. Przed dziesięcioma laty pisałam o multimedialnej wystawie Van Gogh Alive. Już wtedy nowatorskie sposoby przedstawienia obrazów, ich ożywienie i deformacja, wzbudzały oburzenie krytyków sztuki i zachwyt przeciętnego widza. Parafrazując Wyspiańskiego można by powiedzieć: Van Gogh patrzy na mnie ogromny, bo patrzył z tego swojego Autoportretu z zabandażowanym uchem (Autoportret z odciętym uchem). Cóż więc mogliby powiedzieć jedni i drudzy o najnowszym spektaklu baletowym w choreografii Viktora Davydiuka, w którym plamy barwne z obrazów Van Gogha pulsują, przenikają się, wylewają na scenę, nabrzmiewają w abstrakcyjne wzory?
Spektakl Van Gogh z muzyką Gabriela Kaczmarka językiem muzyki, tańca i płynnych animacji wykorzystujących obrazy opowiada o tragicznym losie genialnego artysty, którego przeznaczeniem była samotność za życia i pośmiertne zwycięstwo. Całość złożona z dwunastu symbolicznych scen z prologiem prowadzi widza przez etapy duchowego rozwoju artysty aż po mrok śmierci. Każdy etap ilustrowany jest animacjami ożywionych obrazów lub najczęściej ich fragmentów, na tle których obserwujemy coraz bardziej zagubionego w świecie Van Gogha (w jego roli Mykoła Vorivodin, absolwent Kijowskiej Ukraińskiej Akademii Tańca).
Nieduży zespół tancerzy, w sumie osiem osób plus postać główna, w choreograficznych układach łączącym klasykę z tańcem nowoczesnym oddziałuje wizualnie, ale wywołuje też silne emocje. W połączeniu z muzyką, w tym solowymi partiami skrzypiec granymi na żywo na scenie (skrzypaczka Paulina Matusiak), porusza głębokie pokłady emocji. patrząc zaś na efekty animacji obrazów ma się wrażenie, z ok to patrzmy na świat oczami malarza, widzimy niebo i gwiazdy tak, jak one je widział, zanim namalował; widzimy eksplozję barw pejzaży w Arles i rozumiemy, skąd ta słynna żółć Van Gogha, która weszła do palety odcieni; widzimy rozkwitające i przekwitające słoneczniki i wiemy, co go zainspirowało. I na koniec symboliczna scena na tle ożywionych ptaków z obrazu Pole pszenicy z krukami. Viktor Davydiuk przyznaje, że od tego obrazu zaczęło się zgłębianie przez niego życiorysu Van Gogha, stając się zaczątkiem inspiracji, która doprowadziła do powstania baletu.
W scenie końcowej po dramatycznej śmierci malarza dochodzi do symbolicznego gestu nieśmiertelności dzieł Van Gogha. Tancerze wyjmują jakby z niego, z jego ciała chusteczki w różnych kolorach znanych z jego dzieł. Następnie wchodzą miedzy widownię i rozdają wybranym widzom. I do mnie taka chusteczka trafiła. Ma kolor niebieski.
Van Gogh. Widowisko baletowe
22 lutego, Filharmonia Lubelska
choreografia Viktor Davydiuk
muzyka Gabriel Kaczmarek
niedziela, 21 kwietnia 2024
czwartek, 8 lutego 2024
Żywioł i piękno
Ogień i dynamika; żywiołowe tempo i akrobatyka; panowie tańczący na pointach i posągowe panie płynące po scenie; precyzja i wdzięk; trzask kindżałów i iskry lecące spod ostrzy; transowa muzyka i genialna gitara basowa... - to tylko pierwsze i najbardziej powierzchowne wrażenia z ich wstępu. Szczęśliwy splot okoliczności sprawił, że udało mi się wreszcie zobaczyć na żywo taneczne show Narodowego Baletu Gruzji Sukhishvili. Oglądałam wcześniej różne nagrania, ale na żadnym nie widziałam, że w tańcu przedstawiającym walkę autentycznie w starciu pomiędzy tancerzami lecą iskry. Dopiero na żywo można zobaczyć, że ostrza są prawdziwe, a kindżały ze stopu metali, który błyszczy jak srebro. W przerwie występu w foyer można było nawet taki kindżał wraz ozdobną wytłaczaną pochwą i skórzanym paskiem sobie kupić.
Krótkie nagrania na YouTube z reguły koncentrują się na najbardziej widowiskowych elementach występu, w którym tancerze popisują się skomplikowanymi i akrobatycznymi solówkami. Widowiskowym elementem tańca są skomplikowane kroki, niezwykle szybkie tempo oraz wykorzystywanie kolan na równi ze stopami jako podstawy tanecznych figur. Są to najczęściej fragmenty tańca CDO, Abraguli czy Chandżluri. Jednak cały dwugodzinny występ ma swoją wewnętrzną kompozycję i przechodzi od nastroju do nastroju, od dynamiki tańców wojennych Khorumi do lirycznych par tanecznych, taneczno-akrobatycznego odwzorowania polowania oraz mitycznego tańca Samaja, w którym w trzech odsłonach przedstawiana jest Królowa Tamara jako nieskazitelna dziewica, troskliwa matka i potężna władczyni.
Tancerzom Narodowego Baletu Gruzji towarzyszy oryginalna i egzotyczna orkiestra, właściwie ośmioosobowy zespół, którego muzyka nie tylko stanowi tło dla tańców, ale jest sama w sobie odrębnym artystycznym show. Muzycy mieli swoje samodzielne wystąpienie bez tancerzy. Popisywali się zwłaszcza perkusiści grający na jakichś oryginalnych bębnach. Poza tym są dwa akordeony i różne flety. Niemniej wrażenie robiła szczególnie gitara basowa. Coś niesamowitego. Tam, gdzie nie chodziło tylko o tempo i widowiskowość, basy tworzyły nastrój tajemnicy i pierwotnej opowieści o dziejach narodu. Najpierw zwróciłam uwagę na rolę basu w tańcu, w którym występowały same kobiety. Był to taniec kobiet. Ale jakich! Z jednej strony płynność i delikatność ruchów, uniwersalna kobiecość i łagodność. Z drugiej strony była w tym ukryta siła i posągowa determinacja. Czuje się, że te kobiety, gdyby zabrakło mężczyzn, którzy poszli gdzieś na wojnę, same gotowe są stawić czoła wrogom i nie poddadzą się bez walki. Choreografia połączyła tutaj kobiecą opiekuńczość i delikatność z siłą i odwagą. Był też taniec całej grupy mężczyzn i kobiet w specyficznych strojach z długimi rękawami zwisającymi poniżej dłoni
Przepiękny jest także taniec weselny Simdi, w którym wiele par tworzy symetryczne i precyzyjne figury choreograficzne. Jak w zasadzie we wszystkich rodzajach tańca, ważną rolę odgrywa precyzja ruchów, podkreślana oryginalnymi kolorowymi strojami. Trzy rodzaje tanecznych układów: taniec grupowy, w parach i solo przeplatają się, tworząc niezwykły muzyczno-wizualny egzotyczny ruchomy fresk kulturowy. Poszczególne tańce bowiem obrazują kulturę różnych regionów i ludów Gruzji.
W lutym Narodowy Balet Gruzji jest na tournee w Polsce w różnych miastach od południa Polski aż do Pomorza. Dzięki temu nie musiałam jechać bardzo daleko, żeby ich zobaczyć. każdy ich występ kończy się owacją na stojąco. Swego czasu pobili rekord w La Scali, gdzie kurtynę po ich występie podnoszono 14 razy. I na koniec ciekawostka o pochodzeniu nazwy. Sukhishwili pochodzi od nazwiska założyciela Iliko Suchiszwili i jego żony Nino Ramiszwili, którzy byli pierwszymi tancerzami i choreografami zespołu liczącego początkowo ok. 35 tancerzy. Od 1945 roku zespół otrzymał nazwę Narodowego Baletu Gruzji. Do dzisiaj prowadzą go potomkowie pierwszych założycieli, będący trzecim pokoleniem rodu Sukhishvili. Na koniec wyszli ukłonić się przed publicznością razem z tancerzami.
Najpierw bardzo krótki skrót popisów solistów
sobota, 15 kwietnia 2023
Sto lat awangardy i nadal na scenie
O żywotności awangardy sprzed stu lat, z początku XX wieku, świadczy jej nieustanne inspirowanie twórców współczesnych. Od "Panien z Avinion" Picassa (1907), przez słynne skandalizujące wówczas (1913 r.) "Święto wiosny" Igora Strawińskiego w choreografii Wacława Niżyńskiego, po "Fontannę" (1917) i "Monę Lisę z wąsami" (1919) Marcela Duchampa. Wiele z awangardowych pomysłów okazało się zbyt efemeryczne, żeby przetrwały dłużej, jak dadaistyczne formy poetyckie, ale czas zweryfikował, kto z reformatorów sztuki pozostał gigantem inspiracji. Jest nim na pewno Picasso.
O baletowej wersji "Rodziny akrobatów", zrealizowanej na podstawie cyklu obrazów Picassa, pisałam już TUTAJ. Pablo Picasso miał też niebagatelny udział w innym projekcie baletowym, zrealizowanym przez czołową ekipę awangardowych artystów. W 1917 roku Leonid Miasin zadebiutował jako choreograf widowiska "Parada" z muzyką Erika Satie skomponowaną do poematu Jeana Cocteau. Do zaprojektowania kostiumów zaproszono właśnie Picassa. Powstał balet uznawany za przeciwieństwo "Guerniki" - radosny, absurdalny i antywojenny.
Po stu latach od tamtego wydarzenia, z okazji pięćdziesiątej rocznicy śmierci artysty, zainicjowano projekt Picasso celebration, w ramach którego powstał cykl ośmiu form choreograficznych Picasso dance. Picasso zmarł 8 kwietnia 1973 roku, w pięćdziesiątą rocznicę jego śmierci ośmioro choreografów stworzyło współczesne wersje baletowe inspirowane twórczością malarza. Jest wśród nich także nawiązanie do słynnej "Parady", a w zasadzie kurtyny "Parade" namalowanej przez Picassa do spektaklu baletowego przed stu laty. Obraz ma wymiary 16,40 m na 10,50 m i jest największym obrazem w dorobku artysty. Współczesną choreografię stworzył Diego Tortelli.
Kostiumy tancerek nie przypominają tych zaprojektowanych przez Picassa sto lat temu, ale efekt połączenia awangardowej muzyki z nowoczesnymi pomysłami choreograficznymi jest niezwykle fascynujący. Zaledwie dziewięć minut tańca, ale ileż w nim napięcia, ile emocji i odniesień. Spośród całego ośmioodcinkowego cyklu ten pomysł i ten taniec wywarł na mnie największe wrażenie. W odcinku między 2,30 a 4 minutami dosłownie czuję ciarki.
Diego Tortelli; Parade do obejrzenia na Arte
środa, 7 grudnia 2022
Picasso w tańcu - to trzeba zobaczyć
Nie to, żeby nagle pojawiły się odkrywcze nagrania tańczącego Picassa, ale postacie z jego obrazów owszem, nabrały życia i tanecznego rytmu. Kader Belarbi specjalizuje się w ożywianiu malarskiego świata i nadawaniu im choreograficznego ruchu. Nie inaczej jest w "Les Saltinbanques", balecie inspirowanym cyklem obrazów z okresu różowego, w którym Picasso sportretował postacie cyrkowych akrobatów. Oglądamy Arlekina, Błazna, Linoskoczka, Tancerkę, Kolombinę, Zapaśników, Treserkę i szereg innych postaci niemal żywcem przeniesionych z malarskich wizerunków. To, co na obrazach zostało zatrzymane w bezruchu, w choreografii ponownie nabiera rozmachu i wigoru. Belarbi nie ogranicza się bynajmniej ściśle do postaci cyrkowców, czerpie z malarstwa Picassa znacznie szerzej. Podobnie jak autorka kostiumów, która na głowę tancerki zakłada maskę charakterystycznej dla malarza podwójnej twarzy.
W nowej ubiegłorocznej realizacji, dłuższej o pół godziny, doskonałą muzykę opracował na nowo Sergio Tomassi, który sam też występuje na scenie jako wędrujący z cyrkową rodziną akordeonista. Znacznie dokładniejsze wobec malarskiego pierwowzoru kostiumy zaprojektowała Coralie Leguevaque. Oczywiście na największą uwagę zasługuje sam choreograf i jego niezrównane pomysły. Spotykamy na scenie opowiedziane tańcem historie z życia cyrkowców: miłości, zauroczenia, zawody, rozczarowania, smutek i samotność. Podczas całego spektaklu razem z bohaterami widz przeżywa chwile wzruszenia, zabawy, bywa świadkiem kłótni i perypetii. Balet oszałamia zmiennością emocji, ale i kalejdoskopową kolorystyką i muzyką.
Całość można zobaczyć na kanale arte i polecam każdemu pełen wrażeń jesienno-zimowy wieczór. A tu zajawka - egzotyczna dosyć, ale jeden ze śmieszniejszych fragmentów.
sobota, 22 stycznia 2022
Requiem i konie
Moją uwagę przyciągnęło nazwisko Minkowskiego. Mam płyty z nagraniami pod jego batutą, oglądałam koncerty, oglądałam opery... To na występ założonego przez niego zespołu Les Musiciens du Louvre potrafiłam w okropnym deszczu zaraz po pracy pojechać do Krakowa na jeden niezapomniany wieczór. To on potrafił przerwać koncert, bo skrzypiało coś w organach i dopiero po zabiegach stroiciela orkiestra powróciła do grania. Lubię jego dynamiczne a zarazem medytacyjne interpretacje Bacha i Mozarta. Wiem, że mogę się też po nim spodziewać poczucia humoru, które pozwala na wydobycie z muzyki niecodziennych smaczków. Marc Minkowski to postać barwna i oryginalna. Ale konie? Konie na scenie? W balecie? W dodatku do "Requiem" Mozarta?
Bartabas, w przeciwieństwie do Minkowskiego, był dla mnie postacią kompletnie nieznaną. A okazuje się, że znany francuski reżyser i trener koni, który opracowuje konne choreografie do filmów, spektakli i koncertów muzycznych. Podobno jeden z najlepszych na świecie. Wymyślił konny teatr i założył Narodową Akademię Jeździecką Wersalu (Akademie Equestre Nationale du Domaine de Versailles). Ze współpracy Minkowskiego i jego orkiestry z Bartabasem powstał niezwykły spektakl. Konny balet do "Requiem" Mozarta wystawiony podczas Tygodnia Mozartowskiego w Salzburgu w 2017 roku.
Co ciekawe, spektakl został wystawiony w Felsenreitschule, czyli dawnej szkole jeździeckiej, która została przekształcona w teatr. Orkiestra i chór rozmieszczeni zostali w kamiennych arkadach, z których niegdyś widzowie oglądali pokazy sztuki jeździeckiej. Dyrygent nieco na ukos przed nimi, ale oddzielony sceną wysypaną piaskiem, po której poruszali się jeźdźcy. Koni było osiem rasy Lusitano, wszystkie przepięknej kremowej barwy z symbolicznymi czarnymi akcentami kostiumowymi: czarne skarpetki powyżej pęcin, czarne płaszcze przykrywające głowę i szyję. Dwa konie miały większy czarny płaszcza sięgający przez grzbiet aż do zadu. Wszystkie miały czarną kokarda przewiązany ogon u nasady. W podobnym tonie jednolite stroje jeźdźców z dominującym kolorem czarnym. Obcisła czarna góra zakrywająca tułów i szerokie długie czarne szarawary.
Na samym początku pojawia się samotny jeździec na jedynym czarnym koniu. To sam Bartabas otwiera całość. Czarny koń, już bez jeźdźca pojawi się jeszcze raz, przed "Lacrimosa" jako zapowiedź tej części "Requiem", którą Mozart zdążył sam dokończyć przed śmiercią.
Czy najpiękniejsze, nawet najbardziej zróżnicowane, wymyślne i zsynchronizowane kroki koni pasują do powagi i głębi muzyki Mozarta? W zasadzie nie ma tutaj za wiele owych skomplikowanych form i typów końskiego chodu pokazywanego choćby podczas zawodów w ujeżdżaniu. Bartabas ograniczył się do kilku podstawowych zmiennych rytmów końskiego chodu i układów synchronicznych. Dosyć nieduża scena wymagała precyzji, co szczególnie było ważne, gdy jeźdźcy krzyżowali się w lekkim kłusie, tworząc różne figury, koła i skosy. Wspomniane już wyżej "Lacrimosa" przedstawione zostało na koniach stojących nieruchomo przodem do orkiestry. To jeźdźcy na nich prezentowali ekspresyjny balet symbolizujący moment śmierci artysty.
Marc Minkowski jeszcze raz mnie zaskoczył. Nie wiedziałam, że jest miłośnikiem koni i to do tego stopnia, że podejmie się dyrygowania konnym baletem. Mozarta można słuchać bez końca. Jego muzyka wciąż się nie starzeje. Konie należą chyba do jednych z najpiękniejszych zwierząt na świecie i wielu podziwia ich grację. Dwóch miłośników muzyki i koni wpadło więc na pomysł, żeby to połączyć.
Króciutka zapowiedź
sobota, 30 stycznia 2021
Wirtuoz daf
Po pierwsze, nie miałam pojęcia, że istnieje taki instrument jak bęben daf. Po drugie, nie przypuszczałam, że grając na jednym instrumencie, można sprawiać wrażenie niemal całej orkiestry. Po trzecie, nie sądziłam, że dźwiękami bębna można wywołać burzę. Chociaż to ostatnie akurat nie powinno mnie dziwić, ponieważ jak kiedyś na pewnym artystycznym zgrupowaniu bawiliśmy się kijami deszczowymi, później lało przez dwa tygodnie non stop. Zapewne Krzysztof Pastor też coś wie na ten temat, ponieważ do roli starego Prospera w balecie "Burza" zaangażował wirtuoza bębna daf, którym wywoływał burze, na szczęście tylko na scenie.
Teatr Wielki Opera Narodowa udostępnił na trzy dni nagranie baletowej wersji "Burzy" w choreografii Krzysztofa Pastora i dzięki temu wspomniane wyżej trzy białe plamy mojej niewiedzy zostały zapełnione. Nad tym, że Pastor robi przepiękne choreografie, rozwodzić się nie będę, pisałam już wiele razy. Stała ekipa solistów Polskiego Baletu Narodowego również nie wymaga rekomendacji. Oglądać ich to czysta przyjemność. Vladimira Yaroshenkę trzeba było tylko nieco oprószyć siwizną, żeby w roli młodego Prospera przynajmniej udawał, że jest ojcem Yuki Ebihary tańczącej jako Miranda. Jako niespodziewany na wyspie gość Ferdynand partnerował jej Maksim Woitiul. Mocną partię otrzymał tym razem Paweł Koncewoj jako Kaliban. On i Yaroshenko jako antagoniści pokazali w tańcu opowieść o wewnętrznej przemianie a zarazem dynamizm najsilniejszych emocji. I eteryczny, wirujący Patryk Walczak jako Ariel. Tu poleciał, tam zawirował, gdzie indziej przywołał fale, najpierw podsłuchał jak Kaliban ze Stephano i Trinkulem knują spisek, później próbuje powstrzymać gniew Prospera. Zaskakujący element jego kostiumu to jakaś taka kryza z bażancich piór. Ale do twarzy mu w tym było.
No właśnie, te fale. Bo przecież rzecz na wyspie się dzieje, przed laty burza wyrzuca na brzeg Propsera z Mirandą, a później Ferdynanda i spółkę. Otóż fale morskie, poza tym, że pojawiały się w tle jako animacja, również zostały zatańczone i tu jestem pod ogromnym wrażeniem. Grupa baletowa w zbiorowym tańcu żywiołowo "wpływała" na scenę unosząc na sobie rozbitków. W kolejnych odsłonach kostium tancerzy-fal różnił się kolorem. W scenie najdawniejszych wspomnień - niemal cała tresć rozgrywa się bowiem jako wspomnienie starego Prospera - długie spódnice falujących tancerzy są niebieskie, a w następnych czerwone i czarne. Wirowanie ciał, gwałtowne wyrzuty rąk, falujące wygięcia tułowia i te spódnice dawały w efekcie migotliwy obraz morskich fal. Bardzo mi się to podobało.
Scenom morskiej burzy, a było ich trzy, towarzyszył bęben daf. W zasadzie pełnił on rolę czarodziejskiej różdżki, za pomocą której Prospero niejako burzą kierował, a tancerze tańczyli w rytm bębna. Oczywiście była też cała orkiestra, balet został ułożony do kompilacji muzyki między innymi Tallisa i Purcella, ale bęben, trzeba przyznać, był hipnotyzujący.
Daf jest bębnem obręczowym używanym w irańskiej muzyce tradycyjnej. Ma pojedynczą membranę a z tylnej strony dookoła obręczy metalowe kółeczka, dlatego potrząsanie nim wywołuje zwielokrotnienie brzmienia i można uzyskiwać różne efekty dźwiękowe. Oczywiście w tym celu trzeba być nie lada wirtuozem, jak pochodzący z Iranu Abbas Bakhtiari.
niedziela, 3 stycznia 2021
Od Sasa do lasa, czyli muzyczne świętowanie
Nie można jeździć osobiście, nie można być na miejscu i oklaskiwać z widowni. Można za to skakać po streamingowych kanałach i być wszędzie niemal jednocześnie. No, prawie. Kto by pomyślał, że będę zapping uprawiać? Zwłaszcza nie mając telewizora? Klaskałam przed monitorem. Zawsze to jakaś namiastka oglądania na żywo.
Sylwestrowy wieczór ozpoczęłam o godz. 18:00 w Katowicach od koncertu NOSPR złożonego z tanecznych motywów i arii. Była "Księżniczka czardasza" Kalmana, "Tańce słowiańskie" Dvořaka, "Wesoła wdówka" Lehara, Offenbach a także Verdi i Puccini. Jako solistka Ewa Tracz, laureatka I miejsca w kategorii śpiewu w Międzynarodowym Konkursie Muzycznym im. Karola Szymanowskiego w 2018 roku, o czym pisałam tutaj na blogu wóczas na gorąco. Już wtedy, a nawet wcześniej, bo to nie były jej pierwsze konkursowe sukcesy, pisano o niej, że gdy śpiewa, pękają żyrandole. Na szczęście moje lampki choinkowe przetrwały, chociaż dyrygent Bassem Akiki tak wywijał batutą i wychylał się poza monitor, że o mało nie zaczepił o moją choinkę.
O godz. 20:00 z Filharmonii Narodowej w Warszawie leciały przeboje Straussowskie przeplatane muzyką polską. Kilka kawałków wydobytych z niepamięci, przynajmniej mojej, odświeżąjących, jak "Walc Róże Południa" Johanna Straussa syna naprawdę mnie zachwyciło. I tak sobie pomyślałam jednocześnie o tych "różach" pięknie grających w orkiestrze, jak pani z fletem w pięknej błękitnej sukni. Klan Straussów ma swoje stałe miesjce w noworocznym koncercie wiedeńskim, a my mamy przecież świetne taneczne kawałki kompozytorów polskich. Toteż i "Polonez" Statkowskiego był, i "Walc w starym stylu" Szpilmana, oczywiście Chopina "Polonez A-dur" zupełnie nie do tańczenia także. Po każdym utworze dyrygent Boreyko się kłaniał, orkiestra także, tylko na widowni cisza. To było smutne. Muzycy jednak wiedzą, że ich słuchamy, dlatego nawet bis był. I to jaki! Mazur z "Halki". Nogi same niosły do muzyki.
W tym samym czasie operowy mix Mozarta i Rossiniego prezentował Teatr Wielki Opera Narodowa i wypadało się rozdwoić, co niezbyt mi się udało. Powetowałam sobie 1 i 2 stycznia oglądając z TWON dwuczęściową Galę Polskiego Baletu Narodowego. Wystąpili najlepsi soliści, których pamiętam z tylu baletów oglądanych na żywo: Yuka Ebihara, Maksim Woitiul, Vladimir Yaroshenko, Chinara Elizade, Patryk Walczak, Paweł Koncewoj, Dawid Trzensimiech oraz kilkoro nowych, jeszcze mi nieznanych. Baletowe popisy z "Don Kichota", "Korsarza", "Śpiącej królewny" oraz przebojowe "Bolero" z arabeskową choreografią Krzysztofa Pastora - uczta dla oczu i uszu. Odezwały się wspomnienia, ale tancerze mimo braku publiczności, pokazali pełnię zaangażowania i umiejętności. Yuka Ebihara chyba wcale kości nie ma, takie karkołomne figury buduje. Kiedy Woitiul do muzyki Kurta Weilla tańczył, w pewnym momencie myślalam, że nogę złamał, a to tylko pomysły choreograficzne Krzysztofa Pastora.
Część tych streamingów dostępna jest bardzo krótko, balety do dzisiaj, 3 stycznia, tak samo koncert NOSPR, gala Mozart i Rossini z TWON do 6 stycznia, dlatego nie zamieszczam linków, gdyż za chwilę nie będą aktualne. Ale jeszcze dziś obejrzę po raz drugi fragmenty Gali Baletowej, na operowy koncert znajdę czas wkrótce. Czas świąteczny jeszcze trwa! I powiem, że w tym roku w ogóle nie słuchałam transmisji Noworocznego Koncertu z Wiednia. I wcale nie żałuję. Nasze operowe, filharmoniczne i baletowe propozycje są o wiele ciekawsze.
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
Chopin taneczny
Podczas piątego przedstawienia w sezonie 27 kwietnia obsada była nieco inna niż w dniu premiery, lecz chyba bardziej zgodna z moimi osobistymi preferencjami. Podziwiałam tych tancerzy, których chciałam zobaczyć. W części pierwszej do Koncertu e-moll w pierwszej parze solistów wystąpili Yuka Ebihara i Patryk Walczak. Yuka Ebihara należy od lat do czołowych tancerek, zajmując pozycję niekwestionowanej primabaleriny. Temu drugiemu przyglądam się natomiast od kilku sezonów podziwiając niesamowity rozwój tancerza i spektakularne występy. W drugiej parze solistów wystąpili Chinara Alizade, którą oglądałam po raz pierwszy, i Dawid Trzensimiech, dający już wcześniej się poznać jako tancerz o niezwykłych umiejętnościach. W części drugiej wieczoru do Koncertu f-moll w głównej parze solistów wystąpiła ponownie Yuka Ebihara, a partnerował jej również znany od lat Vladimir Yaroshenko. Z kolei w drugiej parze debiutująca w tej roli Maria Żuk oraz nagrodzony niedawno Baletową Perłą Kristof Szabo, o którym pisałam w marcu tego roku. Ogromnie się cieszę, że mogłam na żywo oglądać jego występ. Uważam, że podobnie jak w przypadku Patryka Walczaka czy Dawida Trzensimiecha, warto śledzić jego karierę, obserwując postępy. Już teraz zwrócił moją uwagę elegancją tańca oraz naturalną elastycznością ciała.
W całości przedstawienia biorą też udział inni tancerze i cały zespół baletowy. Zwłaszcza w części drugiej do Koncertu f-moll na wzrokowy odbiór scen wpływało skontrastowanie kolorystyczne trzech grup, a nawet czterech. Zdecydowanie czytelnym grupom tancerzy białych i czerwonych przewodziły wspomniane dwie pary solistów. Trzecią grupą byli ubrani całkowicie na czarno Niszczyciele z solistą Carlosem Martinem Perezem, który nieodparcie kojarzył mi się z postacią Mefista. Ostatnia czwarta grupa nazwana Utracjuszami pojawiła się dopiero w zakończeniu w kostiumach złotych. Finałowy taniec w kolorach białym, czerwonym, czarnym i złotym całego zespołu baletowego iskrzył feerią barwnych rozbłysków.
Poza tańcem oczywiście na oklaski zasługuje wykonawca obu koncertów fortepianowych Krzysztof Jabłoński grający na żywo z orkiestrą. Rzadko się zdarza, aby w muzyce baletowej czy operowej tak ogromną rolę odgrywał solista na fortepianie. Kiedyś, kilka lat temu, mieliśmy okazję oglądać choreograficzne pomysły do muzyki Bacha. Także Mozart inspirował wielokrotnie choreografów, chociażby Kyliana czy także Krzysztofa Pastora w "Casanovie w Warszawie". Trochę to taki nowy rodzaj muzycznego doświadczenia, muzycznego odbioru: słuchać i oglądać zarazem, mimo że pierwotnie są to kompozycje instrumentalne.
niedziela, 24 marca 2019
Fizyka i taniec
Bez obawy, to będzie łatwe.
Wystarczy obejrzeć.
Pod linkami są zdjęcia:
Kristof Szabo
Dawid Trzensimiech
Dawid Trzensimiech i Yuka Ebihara
Osiel Gouneo
Sylvie Guillem
Sylvie Guillem po raz drugi
A może takie coś
A w końcu może być i tak :-)
poniedziałek, 18 marca 2019
Perła pierwsza
A tutaj miał 18 lat
A to sprzed dwóch lat, ponad milion wyświetleń:
poniedziałek, 6 lutego 2017
Kiedy w 1765 r. Casanova był w Warszawie...
Epizod ten znany z pamiętników samego Casanovy stał się podstawą libretta Pawła Chynowskiego do baletu Krzysztofa Pastora Casanova w Warszawie. Od czasu premiery (28 maja 2015 r.) minęło trochę czasu, w głównych tanecznych rolach nie zobaczyłam więc z obsady premierowej Vladimira Yaroshenki jako Casanovy w pojedynku z Maksimem Woitiulem jako hrabią Branickim. I chyba tego choreograficznego pojedynku dwóch najlepszych solistów trochę mi szkoda. Niemniej w nagrodę zobaczyłam nowego tancerza solistę występującego w Polskim Balecie Narodowym, Dawida Trzensimiecha (ależ ma trudne nazwisko) i on właśnie wystąpił w roli tytułowej. Jako hrabia Branicki rywalizował z nim Paweł Koncewoj. Obaj doskonale widoczni i skontrastowani na scenie poprzez od początku do końca jednakowe kostiumy: biały Casanovy i czarny Branickiego. Z bielą postaci Casanovy związany jest jeszcze inny aspekt, można powiedzieć, dramaturgiczny. Król Stanisław August również występuje całkowicie w bieli. Dodatkowo wyróżniają go jednak błyszczący ozdobny haft fraka i niebieska szarfa. Gianni Quaranta, autor scenografii i kostiumów, przyznaje, że chodziło mu w ten sposób o zasygnalizowanie, że Casanova jako genialny oszust nawet strojem naśladującym króla próbował zyskać przychylność i względy królewskiego dworu. Podstawowym zaś chwytem scenicznej przestrzeni zastosowanym przez włoskiego scenografa było wprowadzenie teatru w teatrze: my, współcześni widzowie, oglądamy zakulisowe intrygi powstającego pierwszego w Polsce królewskiego baletu, obserwujemy próby i rywalizację między primabalerinami, a w kulminacyjnym momencie mamy przedstawienie baletowe realizowane dla warszawskiej publiczności i w obecności królewskiego dworu. Tancerze mają z jednej strony widzów ówczesnych siedzących w głębi sceny, a po przeciwnej stronie nas, widzów współczesnych. To też pomysł Quaranty, który zamierzał w ten sposób pokazać, jak w XVIII wieku odbywały się operowe i baletowe spektakle.
Tutaj też mieliśmy elementy operowe, ponieważ balet w całości opiera się na muzyce Mozarta, w tym kilku arii śpiewanych (Katarzyna Trylnik, sopran) na żywo na scenie. Muzyka w sumie dobrana bardzo pomysłowo, różnorodna, z młodzieńczych oper Mozarta: Mitrydates, Idomeneo, Lucio Silla, kilka utworów innego rodzaju, mniej znanych też. Spektakularna scena przyjęcia Casanovy do loży masońskiej została zbudowana do masońskiej muzyki Mozarta: Adagio i Fuga c-moll. O ile w całości balet ma wiele elementów tańca klasycznego, to w tej scenie Krzysztof Pastor nadał mu wiele cech współczesnych, zachwycających skomplikowanym układem i symboliką. Baaardzo mi się podobało :-) Kristóf Szabó, również nowy tancerz w PBN, jako hrabia Moszyński, Wielki Mistrz Loży był świetny. Uwagę zwracał od początku do końca także Patryk Walczak, we wszystkich scenach, kiedy Casanova pojawia się ze swoim przyjacielem Campionim. Rewelacyjne zgranie tanecznego duetu, świetne układy.
Jeśli chodzi o tancerki i te wszystkie XVIII-wieczne baletnice: Mlle Gattai, Mme Binetti, Mlle Casacci... miałam trudności, żeby je rozróżnić ;-) Domyślam się tylko, że skoro tańczono scenę sądu Parysa, jedna była Herą, druga Ateną, a trzecia Afrodytą :-) Pierwszy raz oglądałam Chinarę Alizade, Dagmarę Dryl czy Maię Kageyamę, więc jeszcze mi ich twarze się nie opatrzyły. Może następnym razem, jak będę miała nowe okulary.
Balet Casanova w Warszawie jest ciekawy ze względu na historyczne tło autentycznych przygód bohatera w Polsce, możliwość podpatrzenia jak to z tym pierwszym teatrem polskim było, zasmakowania atmosfery dworskiego życia na początku ery stanisławowskiej, no i oczywiście pomysłowość naszego najlepszego choreografa, który stworzył kolejne autorskie dzieło ku uciesze wielbicieli baletu. To balet rozrywkowy, bez ukrytych podtekstów do wielkiej historii, pełni funkcje taką, jaką pełniły występy tancerzy w XVIII wieku. Do tego przyjemna muzyka, zakończona w scenie ostatniej Koncertem fortepianowym C-dur, przepiękną częścią 2. Andante, do której już nieraz układano choreografię, jak choćby słynny Petite Mort Kyliana. Nic nie poradzę, że kiedy usłyszałam pierwsze takty, skojarzył mi się tamten balet i podświadomie porównywałam, ile z "Kyliana" pojawi się w choreografii Pastora. Mimo różnic nie udało się uciec od skojarzeń: taniec podzielony został na odrębne duety Casanovy z kolejnymi tancerkami przewijającymi się w jego sennym widzeniu. Oniryczna, wizyjna scena zamyka balet, nie ujawniając dalszych losów bohatera. Ale cóż, dalsze losy nie rozgrywały się już w Warszawie.
A tak w ogóle balet jest komiczny. Kiedy Casanova przynosi Annie Binetti królewski kontrakt na występy, przy okazji odnawiając znajomość z tancerką, wkrótce pojawia się też Branicki z wielkim bukietem róż. Nie mając drogi ucieczki Casanova, ostrzeżony przez Campioniego o nadchodzącym rywalu, chowa się z nim do łóżka. Branicki oczywiście wywęszył obecność obcego mężczyzny w buduarze Binetti i mimo jej rozpaczliwych protestów przeszukuje pokój, odkrywając na koniec ukrytą pod narzutą parę amantów :-) Z kolei podczas ostatecznej konfrontacji w teatrze Branicki trzasnął Casanovę w twarz, ale ponieważ na prawdziwy pojedynek wyzywa się tylko rękawicą, przyjaciel (nie wiem, któryś z hrabiów) podaje mu ją i dopiero tą rękawicą uderzył rywala po raz drugi. Na to Casanova prosi Campioniego o pożyczenie rękawicy i z kolei on oddaje policzek Branickiemu. No i tak to sobie po męsku nawymyślali ;-) Potem był bardzo malowniczy pojedynek i tu chwała Pastorowi i tancerzom, bo pomiędzy typowe szybkie sztychy zostały wstawione sceny jak w zwolnionym tempie na filmie. Świetnie wyszło!
Casanova w Warszawie
Choreografia - Krzysztof Pastor
Koncepcja muzyczna i dyrygent - Jakub Chrenowicz
Libretto - Paweł Chynowski
Scenografia i kostiumy - Gianni Quaranta
Oglądałam 27 stycznia 2017 r.
Adagio i Fuga do sceny w loży masońskiej
czwartek, 15 września 2016
Lepiej nie wiedzieć
W sezonie 2016/2017 w październiku TWON przypomni Bajaderę z Maksimem Woitiulem świętującym 20-lecie baletowej kariery. Również w październiku polska literatura spotyka się z polską muzyką w premierze (21 X) Goplany Władysława Żeleńskiego (ojca Tadeusza Boya-Żeleńskiego). A potem to już na przemian raz balet, raz opera, czasem koncert. Ubiegłoroczna premiera baletu Krzysztofa Pastora Burza na motywach Szekspira oraz rzecz nowa Chopiniana/Bolero/Chroma (25 listopada), w którym Pastor też ma swój choreograficzny udział. A skoro o balecie mowa, to w karnawałowym czasie będzie można obejrzeć Casanovę w Warszawie naszego najlepszego choreografa oraz powtórzą Don Kichota.
Ale my do polskości wracajmy: Straszny dwór Moniuszki w długi weekend listopadowy to znacznie lepsza propozycja świętowania niż dęte przemowy lokalnych polityków. A w marcu nasz eksportowy śpiewak międzynarodowej sławy - Piotr Beczała - przyjedzie z recitalem (10 marca 2017). Może wreszcie uda mi się kupić bilet na Cud mniemany Bogusławskiego, ale jak patrzę, znowu w środku tygodnia, więc odpada możliwość przyjazdu.
Mozart będzie eksploatowany w Czarodziejskim flecie, chyba wolałabym się komediowo nastroić na Turku we Włoszech Rossiniego, chociaż patrząc na współczesną scenografię, mam wątpliwości.To może Orfeusz i Eurydyka Glucka w Operze Krakowskiej z całkowicie żeńską obsadą, bo przecież Orfeusz śpiewa altem. I uwaga, uwaga, nasz kolejny eksportowy międzynarodowy śpiewak - Mariusz Kwiecień w popisowej od wystąpienia w Metropolitan Opera partii Malatesty. To będzie początek grudnia - pytanie: w którym z czterech przedstawień wystąpi Kwiecień? Obsada jest bowiem podwójna. Ot, zagwozdka.
A tymczasem 8 października zaczyna się sezon transmisji z Metropolitan Opera. Na początek Tristan i Izolda Richarda Wagnera. Dyryguje Sir Simon Rattle. Reżyseruje - Uwaga! - Mariusz Treliński. Czy to zachęta do słuchania i oglądania? Zależy dla kogo ;-) Mnie bardziej intryguje Kawaler z różą z Renee Fleming i Eliną Garancą, ale to dopiero w maju 2017, dużo czasu jeszcze.
A wcześniej będzie mnóstwo atrakcji do wyboru. Czasem lepiej nie wiedzieć, żeby nie popaść w frustrację z powodu niemożności pogodzenia wszystkiego, co by się chciało zobaczyć i usłyszeć. Pozostaje pytanie zasadnicze: czy będą w 2017 r. Misteria Paschalia???
A tego Gościa to ja słucham od ponad 30. lat :-D Klasyka polskiej muzyki elektronicznej. Jak ktoś napisał w komentarzu: Jarre klęka ;-)
I na żywo z koncertu:
niedziela, 3 maja 2015
Tak tańczyła...
... mając lat 50:
.... w wieku 61 lat:
... w wieku 79 lat:
Maja Plisiecka - 1925 - 2015, zmarła 2 maja
niedziela, 19 kwietnia 2015
Nie śmiejcie się z marzeń
Don Kichot Mariusa Petipy do muzyki Ludwiga Minkusa to klasyczny balet popisowy. Niewyszukana akacja służy prezentacji porywających tanecznych solówek i pas de deux. Zróżnicowana, dynamiczna o mocno hiszpańskich rytmach muzyka wprowadza do tańca wartkość, której nie posiada akcja, oparta raczej na komicznych gagach i luźnej kompozycji.
Najnowsza realizacja Don Kichota w Operze Narodowej ma kilka różnych wersji obsadowych, dających możliwości pokazania się wielu tancerzom od najlepszej strony. Swoją drogą, gdy się ogląda Vladimira Yaroshenkę w partii torreadora Espady, a Maksima Woitiula w bolero, to aż chciałoby się na zasadzie rywalizacji zobaczyć także odwrotnie, bo nie wiadomo, który zachwyca bardziej.
Vladimir Yaroshenko jako Espada
Natomiast wczoraj w partii Basilia popisywał się skokami, piruetami, poczuciem humoru (scena z pozorowanym samobójstwem) oraz techniką podnoszenia tancerki i utrzymania jej jedną ręką Paweł Koncewoj. I tu się zdumiałam, bo dotąd nie oglądałam go w takiej trudnej i popisowej roli. Jako Kitri partnerowała mu z wręcz eteryczną lekkością Yuka Ebihara.
Nie opowiem całego na poły śmiesznego, na poły wzruszającego libretta Don Kichota. Mniej więcej zgadza się to przecież z treścią powieści, która jest pretekstem do pokazania całej gamy spektakularnych baletowych popisów. Ale jest w nim też dużo humoru i baśniowy sen bohatera, w którym świat staje się piękniejszy niż w rzeczywistości.
Cóż dodać? Don Kichot to nie jest balet do opowiadania, tylko do zachwycania się ;-) Bardzo ładnie zrobiona zapowiedź warszawskiego spektaklu:
A tu już kompilacja fragmentów:
Rozmarzyłam się na niemal trzy godziny :-)
środa, 11 lutego 2015
Zabawy weneckie w Zamku Królewskim
Andre Campra (1660 - 1774), syn chirurga i skrzypka amatora, przez wiele lat pełnił funkcję maitre de musique w kościołach w Arles, Tuluzie, a następnie Notre Dame w Paryżu. Komponuje dzieła o charakterze religijnym: motety, polifoniczne msze, Requiem. Jednocześnie pociąga go opera i muzyczny dramat. Przez pewien czas pełni funkcję głównego muzyka na dworze księcia Conti. Pod koniec życia powraca do komponowania dzieł religijnych. Ostatecznie jednak dla rozwoju europejskiej muzyki zasłużył się jako twórca oryginalnego gatunku opery-baletu. Już pierwsza z nich - L`Europe Galante (1697) przyniosła mu, chociaż anonimowo, spory sukces. Jednak największe powodzenie przyniosły Les fetes venitiennes (Fety weneckie czy inaczej Zabawy weneckie, 1710), które już w roku premiery miały co najmniej 50 przedstawień.
Opera-balet to utwór o charakterze swobodnym, żartobliwym, wesołym, z elementami parodii. Nie ma tutaj charakterystycznej dla poważnej opery koturnowości i patosu. W Zabawach weneckich Campra sparodiował słynne arie z oper znanych i wystawianych ówcześnie autorów, jak Lully`ego czy Destouchesa. Najbardziej widowiskowa jest scena burzy, również zapożyczona z "hitów" osiemnastowiecznej opery paryskiej. Zabawy weneckie, jak i inne opery-balety, składają się z luźnych scen, które w dowolny sposób można wybierać i przestawiać. Sam kompozytor zmieniał ich zestaw nawet już po premierze, dopisywał kolejne.
Spośród dziewięciu części młodzi artyści z Gdańska wybrali sześć. Król Karnawał - zabawny w tej partii Kamil Skrouba - zaprasza całe towarzystwo do zabawy, a sekunduje mu rozwibrowane sopranowe Szaleństwo - Magdalena Nanowska. Nikt nie słucha Rozsądku, a szkoda, ponieważ Katarzyna Okońska w tej partii oraz kreująca w kolejnej scenie postać piastunki Nerine dysponowała wspaniałym i porywającym głosem. Nauczyciel Muzyki - Michał Grabczuk - uwodzi Leonorę (Anna Bienias) spod opiekuńczych skrzydeł Nerine, Amor - Maria Malinowska- śpiewa pochwałę nowych obyczajów, porzucone kochanki, ukrywając początkowo tożsamość za weneckimi maskami, demaskują Leandra (Piotr Wierzchnicki), gdy tymczasem inni adepci sztuki miłości: Gracz (Mikołaj Zgódka) i Gondolier (Mirosław Małecki) w popisowych ariach zachęcają do zdobywania kobiecych serc. Końcową scenę po burzy na Placu św. Marka wypełnia pełen entuzjazmu chór wzywający wszystkich do korzystania z uroków życia i miłości póki czas.
Jak na utwór kompozytora, który zmarł, jakby nie było, w Wersalu, Sala Wielka Zamku Królewskiego w Warszawie to miejsce bardzo odpowiednie. I ja tam byłam, świetnie się bawiłam, tegoroczny karnawał zaliczyłam. Młodzi muzycy grali i śpiewali radośnie i z werwą, bawiąc się przy tym niezgorzej, śpiewacy wzruszali świeżością i energią, a kostiumy z epoki pozwalały wyobraźni przenieść się w przeszłość karnawałowych zamkowych zabaw, niekoniecznie zresztą tylko weneckich. Czegóż chcieć więcej?
A tak wystawiano Les fetes venitiennes w paryskiej Opera Comique
niedziela, 25 stycznia 2015
Pina Bausch
Pina (Philippine) Bausch - 1940 - 2009. Nie zdążyłam być na żywo na jej balecie. Nie tylko ja nie zdążyłam. Wim Wenders postanowił nakręcić o niej film, rozpoczęli pracę razem, ale skończył bez niej - zmarła nieoczekiwanie w kilka dni po zdiagnozowaniu raka. Film Wendersa Pina, zrealizowany w 3D, ukończony ostatecznie w 2011 r., nominowany był do Oscara w kategorii pełnometrażowych filmów dokumentalnych.
Pina Bausch należała do tych tancerek i choreografów, którzy rewolucjonizują klasyczny taniec baletowy, jak Niżyński, Bejart czy Kylian. Przynajmniej ja tak ją widzę. W jej tańcu jest tradycja klasycznego baletu, ale jest też nowoczesność naznaczona dużym ładunkiem emocji wyrażanej poprzez ciało tancerza. Nadmiar owej emocjonalności bez technicznego zaplecza byłby nie do zniesienia. I pewnie czasami rzeczywiście realizacje Piny Bausch są trudne w odbiorze. Nie podzielam zachwytu nad jej Świętem wiosny Strawińskiego. Tutaj zdecydowanie pierwotna wersja Niżyńskiego nigdy potem nie została pokonana. Przez nikogo. Nawet przez Bejarta, którego choreografię postawiłabym na drugim miejscu. Oczywiście nie widziałam wszystkich dokonanych przez wielu choreografów interpretacji. Piszę o tych kilku, które znam. Ale są też takie pomysły Bausch, które zachwyciły mnie od razu. Nawet jeśli nie w całości, to choćby w jakiejś szczególnie mocnej, przejmującej scenie. Jak ten fragment Orfeusza i Eurydyki z muzyką i librettem na podstawie opery Glucka. Mimo że to balet, a więc teoretycznie sztuka bezsłowna, niemieckojęzyczna wersja libretta, wykonywana przez równoległą tancerzom obsadę śpiewaków, towarzyszy choreograficznym obrazom. Scena druga rozgrywa się w Hadesie z dramatycznym dialogiem Orfeusza ze strażnikami świata zmarłych i tańcem wśród cieni i larw Tartaru. Przyznam, że niewidome cienie zmarłych w dramatycznym, na pozór chaotycznym tańcu, kiedy obijają się od ściany do ściany z wyrzuconymi w przód rękoma, z rozwijanymi nićmi (symbol przerwanego życia? a może niewoli śmierci?) trzymającymi ich jakby na uwięzi, wywarły na mnie wstrząsające wrażenie. I piękne, estetycznie wysublimowane zakończenie, gdy jakby w zwolnionym tempie "wiosłujące" ręce niewidomych larw żegnają oddalającego się Orfeusza.


