sobota, 28 grudnia 2019

Muzyk odzyskany

    Nazywał się Tadeusz Sielanka i... właściwie niczego więcej pewnego nie wiadomo. Na jego nazwisko natknął się w archiwach Biblioteki Publicznej w Delhi klarnecista Wacław Zimpel w 2016 roku. O samej postaci niczego więcej nie zapisano, za to zamieszczono obok nazwiska zapisy nutowe kompozycji przypominających polskie mazurki. Jedynym - jak dotąd - źródłem nikłych informacji są wspomnienia Witolda Glińskiego, uciekiniera z Gułagu, który w 1941 roku pieszo z kilkoma towarzyszami dotarł do północnych Indii. Jednym z owych towarzyszy był Tadeusz Sielanka, muzyk ludowy, skrzypek pochodzący z okolic Sochaczewa. Nazwisko Sielanki pojawia się także w powieści Sławomira Rawicza "Długi marsz" zdemaskowanej jako plagiat po śmierci jej autora. Rawicz prawdopodobnie pożyczył całą historię i nazwiska od Glińskiego. Także autentyczność wspomnień samego Glińskiego była wielokrotnie podważana. W całym zamieszaniu jedno jest pewne: nazwisko Tadeusza Sielanki widnieje w zapisach indyjskiej szkoły muzyki klasycznej i tańca Gandarva Mahavidyalaya założonej w 1939 roku. No i są nuty. A skoro są nuty, jest muzyka. Znaleźli się ludzie, którzy tę muzykę postanowili przywrócić światu. Radical Polish Ansambl - sześcioro skrzypków oraz perkusista - nagrał płytę, na której obok nowatorskich poszukiwań rodem z pradawnych rytmów pojawiają się mazurki Tadeusza Sielanki. Wyszła muzyka transowa. Niesamowite brzmienie podszyte daleką egzotyczną wędrówką przez kraje i czasy. Niby ludowo, a jakże nowocześnie.
I tu sobie posłuchamy:

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Gloria in excelsis Deo!

  Najpierw anielskie przesłanie:



Już w średniowieczu w Anglii śpiewano Dzieciątku "Lulilulilaj":


A najlepiej  posłuchać całej Messe de Minuit pour Noel Charpentiera z1694 roku:

sobota, 21 grudnia 2019

Polska książka, polskie opery, polscy kompozytorzy

    Słuchałam, słuchałam i nie rozumiałam. Nic dziwnego. Libretto napisane zostało w kilku językach, w  tym tak egzotycznych, jak aztecki czy akadyjski obok starogreckiego czy łaciny.  Już, już wydawało się, że zaczynam rozumieć, gdy pojawiał się jakiś staro-cerkiewno-słowiański na przykład. Ależ mieszanka! A wszystko to w operze "Ahat ili. Siostra bogów" z librettem Olgi Tokarczuk na podstawie jej powieści "Anna In w grobowcach świata".  
      "Anna In" (2006 r.) to  powieść, w której Tokarczuk rekonstruuje i nowatorsko przetwarza pradawny sumeryjski mit. Opowieść sprzed ponad czterech tysięcy lat umieszcza w scenerii współczesnego postapokaliptycznego miasta. W realizacji operowej muzykę skomponował Aleksander Nowak, "specjalista" od oper tworzonych na kanwie współczesnej literatury, bo i do jego "Space opery" (2015)  libretto pisał Georgi Gospodinow, a w roku 2019 powstał "Drach. Dramma per musica" z librettem Szczepana Twardocha na podstawie jego śląskiej sagi. "Ahat ili" powstała pomiędzy wspomnianymi kompozycjami - w roku ubiegłym. 
       Ponoblowska popularność Olgi Tokarczuk chyba sprawiła, że wczoraj zaprezentowano kolejne wykonanie z obsadą w większości powtórzoną z krakowskiej premiery sprzed roku. Można było posłuchać Joanny Freszel (sopran) w partii Inanny, Ewy Biegas (sopran) jako jej siostry bliźniaczki Ereszkigal, Urszuli Kryger (mezzosopran) w partii Ninszubur oraz panów: Jana Jakuba Monowida (kontratenor), Sebastiana Szumskiego (baryton), Bartłomieja Misiudę (baryton) i Szymona Kobylińskiego (bas). No i przy tej okazji wsłuchuję się w muzykę Nowaka, który przebojem wkroczył w świat współczesnej polskiej opery, co tylko świadczy, że opera jako gatunek wciąz żyje, ma się dobrze i absolutnie nie jest formą skostniałą. 
     A dla odmiany coś tradycyjnego - Theater an der Wien wystawił 15 grudnia "Halkę". Tak, tak, "Halkę" naszego Moniuszki, i to po polsku, z Piotrem Beczałą w partii Jontka i Tomaszem Koniecznym jako Januszem. Reżyserował Mariusz Treliński, a scenografię projektował Boris Kudlička od wilu lat współpracujący z Teatrem Wielkim Operą Narodową w Warszawie. Mimo że w partii Halki wystapiła amerykańska śpiewaczka Corinne Winters, polskich akcentów było więcj, gdyż całość prowadził Łukasz Borowicz, a w choreografii wystąpili polscy tancerze. Rzecz była transmitowana w czwartek (19.12), ale dzisiaj wieczorem jeszcze raz można będzie usłyszeć w Dwójce retransmisję z 17 grudnia. 

Korekta! Dwójka retransmituje właśnie (19:55) premierę "Halki" z 15. grudnia!

niedziela, 15 grudnia 2019

Śpiewy wschodniosłowiańskie

      "Wołyńskie Dzwony" śpiewają od 1997 roku. Wtedy bowiem powstał Chór Parafii Prawosławnej Wszystkich Świętych Ziemi Wołyńskiej w Łucku pod dyrekcją Marii Fedosiuk-Wisłockiej. Dyrygentka jest także nauczycielką w  Wołyńskiej Państwowej Szkole Kultury i Sztuki im. Strawińskiego. Jej ulubionym instrumentem jest bandura - ukraiński strunowy instrument ludowy, który po raz pierwszy na żywo miałam okazję zobaczyć i posłuchać podczas tegorocznego Jarmarku Jagiellońskiego w Lublinie.

       Matka pani Marii również śpiewała w chórze, tak więc tradycje muzyczne wyniosła z domu. Uważa, że śpiew jest formą modlitwy, toteż chórzyści powinni dysponować nie tylko pięknym i szkolonym głosem, ale też prezentować określoną formację duchową, która pozwoli im w pełni oddać ducha utworów. W ciągu dwudziestu lat działalnosci chór wielokrotnie przyjeżdżał do Polski. Śpiewał także w innych krajach: na Słowacji, w Niemczech czy Białorusi uczestnicząc w nabożeństwach, festiwalach, konkursach i przeglądach, jak na przykład kolęd wykonywanych w różnych kościołach chrześcijańskich. W 2012 roku Maria Fedosiuk-Wisłocka otrzymała Order św. Marii Magdaleny przyznawany przez metropolitę Polskiego Kościoła Prawosławnego, ordynariusza diecezji warszawsko-bielskiej i całej Polski.
       "Wołyńskie Dzwony" po raz kolejny zawitały w okresie przedświątecznym, aby wprowadzić w nastrój bożonarodzeniowy. Inspirujące zestawienie pieśni ukraińskich oraz kolęd polskich w wykonaniu Chóru "Cantate Deo" uświadamia, że mieszkając na pograniczu, czerpiemy z wielu źródeł kultury. "Cantate Deo" to chór z ponadtrzydziestoletnią tradycją, reaktywowany w 1987 roku w parafii św. Marii Magdaleny w Biłgoraju po kierownictwem tamtejszego organisty Ireneusza Pietrzniaka.  Poza oprawą świąt i nabożeństw chór występuje w przeglądach, koncertach, także świeckich, występował między innymi podczas ogólnopolskich dożynek. 
      W dzisiejszym koncercie kolęd i pastorałek wschodniosłowiańskich chóry zaprezentowały rzeczywiście "tutejsze" tradycyjne śpiewy. Żadnego ogólnoświatowego hitu, nawet "Cichej nocy" nie było. I bardzo dobrze! Stare tradycyjne polskie pastorałki z Bartoszem, który idzie do stajenki, niosąc  barana w podzięce za Narodziny Boga, rytmiczne i radosne "Hejże ino dyna, dyna, narodził się Bóg Dziecina" oraz kilka zupełnie mi nieznanych, nie wiem, skąd wytrzaśniętych. W przepastnych zasobach polskiej tradycji znajduje się tyle nieznanych pieśni, że jest w czym wybierać. A chór zaprezentował się i monogłosowo, i wielogłosowo, i z przepięknymi interwałami, i z zupełnie świeżym spojrzeniem na tradycyjne kolędowanie. 
         "Wołyńskie Dzwony" w piętnastoosobowym składzie zaprosiły do cerkiewnej medytacji o tajemnicy Narodzenia: "Tak rano, raneńko, radujsja zemłeńko, bo Chrystos narodywsja" (coś w ten deseń szło...). Tutaj słychać, że głosy zostały dobrane, bowiem członkowie chóru to niezupełnie amatorzy, lecz wykładowcy i studenci łuckich szkół artystycznych. Solistka, wypisz wymaluj z twarzy jak Honorata z "Czterech pancernych" zachwycała operową modulacją, ale mnie urzekła inna, nie podano jej nazwiska, o pięknym, dźwięcznym głosie jak ukraińskie stepy. 

Tak śpiewały Wołyńskie Dzwony w czerwcu tego roku w Lublinie:



       Panie ubrane były w stroje ludowe, każda w inny. Na początku wydawało mi się, że to zbyt pstrokato, ale później poszukałam co nieco i okazuje się, że to są stroje z różnych regionów Ukrainy. Niektóre miały spódnice w paski, inne haftowane w kwiaty. Wspólnym akcentem byłychusty na głowach, jednak w różny sposób zawiązane. W stroju regionalnym wystapiłą także dyrygentka. 
Coś podobnego jak poniżej, ale nawet więcej kolorowości miały na sobie dzisiaj. 



I tym akcentem weszłam  już w czas bezpośrednich przygotowań do Bożego Narodzenia.

niedziela, 1 grudnia 2019

Chorały i ligawki adwentowe

     "Wstawajcie, psubraty, już czas na roraty!" - wzywali legacze na starodawnych ludowych instrumentach. Ligawki na polskich terenach mają ponoć tysiąc lat. Znane na Mazowszu i Podlasiu, z czasem pojawiły się na Warmii, Mazurach i Lubelszczyźnie. Ligawka pierwotnie była instrumentem pasterskim, pomagała kontaktować się pasterzom na oddalonych pastwiskach. Jej donośny dźwięk  niósł się daleko i odstraszał dzikie zwierzęta, np. wilki.
     Ligawka to instrument dęty drewniany w formie wygiętego rogu, najczęściej ma długość około metra. W XIX wieku upowszechniło się używanie ligawek w okresie Adwentu jako wezwania do religijnego czuwania i oczekiwania na narodziny Boga. Pod dźwięk porannego wezwania i dla łatwiejszego zapamiętania melodii podkładano krótkie wierszowane wierszyki, jak to zacytowane na początku wpisu lub "Ad-wentu, ad-wentu czteeeeryy nieeeedziele".



     

    A kiedy ligawka już wszystkich obudzi, czas zaśpiewać na przykład adwentowy chorał.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Eksperymenty, suplementy ...

Nowa płyta Jakuba Józefa Orlińskiego w duecie z Natalią Kawałek. Haendlowska - arie i duety operowe.



Połączenie nowoczesnego jazzu z muzyką barokową na dawnych instrumentach - Leszek Możdżer z zespołem Holland Baroque



I pomyśleć, że tego gościa ze skrzypcami kiedyś ze szkoły muzycznej wyrzucono - Adam Bałdych



Na porannne przebudzenie (albo wieczorne uspokojenie):

poniedziałek, 11 listopada 2019

Polska muzyka niepolskich kompozytorów

      6 lipca 1915 roku w Queen`s Hall w Londynie orkiestrę poprowadził sam kompozytor - Edward Elgar, a wykonano jego nową kompozycję "Preludium symfoniczne Polonia".  Prace nad utworem Elgar podjął pod wpływem namowy Emila Młynarskiego, który zasugerował mu stworzenie utoworu zbudowanego na motywach muzyki polskiej. Młynarski wpadł na ten pomysł, ponieważ usłyszał hymn na cześć Belgii skomponowany właśnie przez Elgara. Elgarowi  spodobał się pomysł i powstało dzieło, w którym słychać motywy "Warszawianki z 1905 roku", "Z dymem pożarów", "Nokturnu g-moll" Chopina, "Fantazji Polskiej" Paderewskiego i "Mazurka Dąbrowskiego", który w zakończeniu wybrzmiewa najpierw nieco refleksyjnym obliczem,  a następnie symfonicznym rozmachem. Postać Ignacego Paderewskiego i motywy z jego "Fantazji" nie są przypadkowe, gdyż panowie się przyjaźnili.


 
     Istnieje też inna "Polonia" zgoła zupełnie innego kompozytora - Richarda Wagnera. Uwertura na orkiestrę została przez niego skomponowana w 1836 roku i podobnie jak późniejszy kompozytor angielski, Wagner wplótł w kompozycję liczne motywy z polskich utworów, od "Bogurodzicy" poczynając, przez "Witaj, majowa jutrzenko", pieśni powstańcze, po "Mazurka Dąbrowskiego".  W 1832 roku młody Wagner w Lipsku był świadkiem wielkiego exodusu powstańców listopadowych i wówczas też spotkał się z polską muzyką wykonywaną podczas obchodów uroczystości trzeciomajowych. To wtedy zapadła mu w pamięć pieśń "Witaj, majowa jutrzenko" którą wplótł do swojej kompoozycji ukończonej dopiero w roku 1836.

wtorek, 5 listopada 2019

Rok Moniuszkowski wciąż trwa


      Na Lubelszczyźnie Moniuszko jeździ z pieśniami. Chociaż to może raczej muzycy Filharmonii Lubelskiej i młodzi wokaliści z Programu Młodych Talentów Akademii Operowej i Konkursu Moniuszkowskiego jeżdżą z panem Moniuszką i jego utworami. Lubelski program rozpoczął się dwoma koncertami 30 sierpnia w Kaplicy Pałacowej Muzeum Zamoyskich w Kozłówce i 31 sierpnia w Sali Operowej Centrum Spotkania Kultur w Lublinie, a zakończony zostanie 16 listopada w Rejowcu. Przez prawie trzy miesiące małe ośrodki kulury na Lubelszczyźnie rozbrzmiewają "Prząśniczką", "Czarami", "Tęsknotą", wierszami Mickiewicza, Chodźki, Czeczota, Syrokomli, Lenartowicza oraz najsłynniejszymi ariami operowymi naszego narodowego kompozytora. 
     W jedenastu miastach woj. lubelskiego  znajdują się ulice im. Stanisława Moniuszki. Czy to akurat te, w których zaplanowane zostały koncerty, nie wiem, ale mieszkańcy mają święto przez cały czas obchodów 200. rocznicy urodzin patrona ulicy. 


niedziela, 27 października 2019

Co to w ogóle jest??!

     Opery miałam słuchać, a właściwie różnych arii. Operowo miało być po prostu z tej okazji, że 25 października po raz pierwszy obchodziliśmy Światowy Dzień Opery. Dzień wybrany nieprzypadkowo, gdyż przypada nań rocznica urodzin Bizeta (1838) i Johanna Straussa (syna, 1828). Inicjatywa została podjęta we współpracy Opera Europa, Opera Latinoamerica i Opera America.


Więc  owszem, najpierw przypomnienie "Verbum nobile" Moniuszki. Poza tym w wolnych pasmach radioopery pojawiły się głosy Aleksandry Kurzak - z pierwszej solowej płyty "Gioia!" i ostatniej "Puccini in Love" z ubiegłego roku z ariami w duecie z Robertem Alagną - oraz Piotra Beczały w repertuarze Moniuszkowskim, wzruszajaca aria z kurantem czy "Szumią jodły na gór szczycie". Piękne głosy, bezbłędna dykcja, wspaniała muzyka.
       I nagle coś takiego! Że co??? Cziłała?? Piesek będzie szczekał operowo? Z podkładem elektronicznym? Czilea??? Co to za instrument? Kto za tym stoi? Okazało się, że chodzi o coś takiego:


      Mówiąc krótko, arie operowe w wersji ambientowej. Wyszła tego cała seria. Słowo daję, padłam. On tam śpiewa "Vincero!" - "Zwyciężę! Wygram!", a nie jakiś usypiacz do poduszki! Nessun dorma znaczy "nikt nie śpi"!! Na litość Monteverdiego, co to w ogóle jest??? Kto na to pozwolił? Zresztą, co tu gadać, jak zauważył jeden z komentatorów pod klipem: "Straciłem wiarę w ludzkość". 



A tak brzmi oryginał w wykonaniu mistrzowskim:




środa, 16 października 2019

Gramofony 2019

       Przyznano Gramophone Awards 2019 w dziesięciu kategoriach regulaminowych i siedmiu specjalnych. Pośród laureatów odnajduję takich, których kojarzę, takich, których słuchałam na żywo, takich, których słucham z nagrań oraz takich, którymi jestem zachwycona od dłuższego lub krótszego czasu, a przede wszystkim polski akcent, bowiem nagrodę w kategorii Młody Artysta Roku otrzymał Jakub Józef Orliński. Polski młody kontratenor zdobywa kolejne laury i wzbudza zachwyty barwą głosu i techniką śpiewu. Piszą o nim, że jest "jednym z najbardziej czarujących artystów operowych świata". Pisałam o nim już i zamieszczałam nagrania, postaram się nie powtarzać, znajdując coś nowego.


   
       Debiutancka płyta Orlińskiego "Anima sacra" była też nominowana w kategorii nagrania recitalowego, ale też i konkurencja była mocna, bowiem wygrał Philippe Jaroussky płytą "Ombra mai fu" z ariami Cavallego. O płycie tej pisałam już w kwietniu - TUTAJ
       Inny znajomy wśród tegorocznych nagrodzonych to także Christian Gerhaher - genialny baryton otrzymał laury w kategorii Solowe Nagranie Wokalne za płytę z wczesnymi pieśniami Schumanna "Frage". Gerhaher wspólnie z pianistą Geroldem Huberem zamierza w ciągu dwóch lat nagrać wszystkie pieśni kompozytora. "Frage" rozpoczyna ten cykl.


   
Z ciekawostek o Gerhaherze przypomnę, że jest dyplomowanym lekarzem, a początkowo studiował filozofię, jednakże ta dziedzina okazała się za trudna i zdecydował się na medycynę. Równocześnie studiował wokalistykę w konserwatorium, co sprawiało, że i tu i tam opuszczał wiele zajęć. Ostatecznie zdobył dyplom z medycyny, ale karierę zrobił muzyczną.
      Kolejny znajomy i już tutaj na blogu goszczący to Bertrand Chamayou uhonorowany za Nagranie Roku za Koncert fortepianowy nr 2 i 5 Saint-Saënsa. O fenomenie Chamayou pisałam również na początku bieżącego roku - TUTAJ 
      Jest jeszcze kilkoro innych "znajomych", ale absolutnym zaskoczeniem było odnalezienie wśród laureatów Ensemble Masques, o których pisałam zaledwie wczoraj w poprzednim poście, zdając relację z koncertu wysłuchanego podczas Szalonych Dni Muzyki. Było to moje pierwsze spotkanie na żywo z tym zespołem, a  nawet pierwsze w ogóle. Czy zatem kupując bilet miałam nosa, żeby wybrać akurat muzyków, którzy dwa tygodnie później zdobędą laury za nagranie w kategorii Muzyka Chóralna? (Jestem pod absolutnym wrażeniem swojej intuicji) Na płycie "Buxtehude: Abendmusiken" zespół towarzyszy śpiewakom z Vox Luminis razem prezentując pięć kantat i trzy sonaty triowe organisty z Lubeki. I to jest piękna  wieczorna muzyka.



      I na koniec Dama Muzyki - Emma Kirkby uhonorowana za całokształt twórczości, w której znajduje doskonały kształt muzyka dawna od średniowiecznych sekwencji Hildegardy z Bingen, przez renesansowe madrygały, po barokowe kantaty.

   

wtorek, 15 października 2019

Wielkie tournée

     Hasło "Kartki z podróży" zobowiązuje, toteż na ostatni koncert podczas Szalonych Dni Muzyki wybrałam "Wielkie tournée" w wykonaniu Ensemble Masques z Kanady specjalizującego się w muzyce baroku. Zespół powstał w 1996 roku w Montrealu skupiając iście międzynarodową obsadę instrumentalistów pod kierunkiem klawesynisty Olivera Fortina. Obok niego wystąpili: Sophie Gent - skrzypce, Tuomo Suni - skrzypce, Benjamin Lescoat - skrzypce, Melissande Corriveau - wiolonczela, Maria Vahervuo - kontrabas (rzadko  można spotkać kobietę grającą na kontrabasie). Nazwa "masques" nawiązuje do tradycji elżbietańskich spektakli maskowych będących połączeniem teatru, poezji, muzyki i tańca. Obsada muzyczna koncertu została więc wzmocniona aktorem Konradem Darochą, który cytując oryginalne relacje siedemnasto- i osiemnastowiecznych podróżników, wprowadzał w klimat kolejnych utworów. Na koncert złożyły się bowiem kompozycje wybitnych twórców baroku: Purcella, Marais`a, Corrette`a, Rameau, Vivladiego, Telemanna, Corellego, nawet Monteverdiego, aby zakończyć nieśmiertelnym Bachem. Było trochę powagi, wiele śmiechu i sporo zabawy. Muzycy wczuwali się w groteskowy niekiedy tok narracji, dołączając do aktora symboliczną zmianą kostiumu (marynarka na głowie klawesynisty udająca mnisi kaptur) czy przerażającą miną przekupki (w tej roli pani z kontrabasem). W każdym razie nie było całkiem poważnie, a raczej wesoło, bo jednym z haseł Szalonych Dni Muzyki jest także odczarowanie muzyki klasycznej jako nudnej i żądającej postawy nabożnego podziwu w pozie serio. Tymczasem może być inaczej. Podziw jak najbardziej jest wskazany, ale i na zabawę jest miejsce, na śmiech i żarty. Niejaki Michel Corrette (1707 - 1795) skomponował przecież Koncerty komiczne. Epoka baroku nie znała pojęcia prawa autorskiego w dzisiejszym rozumieniu. Powszechną praktyką były wszelkiego rodzaju zapożyczenia, wariacje, parodie, transkrypcje, które zresztą były powszechnie rozpoznawane. W koncercie Les Sauvages Corette twórczo wykorzystuje "taniec dzikich" z Les Indes galantes Rameau. Początkowe takty dają złudzenie, że słuchamy oryginalnej kompozycji Rameau, ale już po chwili odzywają się wariacje, przetworzenia, uzupełnienia. Utwór ma nieco żartobliwy charakter, ociera się o parodię, ale nie zanadto. W zasadzie można go uznać za wariację. Trudność sprawia jedynie własna wyobraźnia słuchacza, który mając w pamięci dzieło oryginalne, nie może sprzed oczu usunąć zapamiętanych obrazów i choreografii, z czym i ja miałam niejakie problemy co rusz przywołując się podczas koncertu do porządku.

Corrette - wariacja Les Sauvages



A tu fragment oryginalnej kompozycji Rameau z muzycznym motywem przewodnim:

poniedziałek, 7 października 2019

Polscy kompozytorzy XX wieku

     Nie, wcale nie będzie o Pendereckim, Góreckim, Kilarze ani nawet Szymańskim czy Mykietynie. Muzycy z Wajnberg Trio w składzie Piotr Sałajczyk (fortepian), Szymon Krzeszowiec (skrzypce), Arkadiusz Dobrowolski (wiolonczela) zagrali polską muzykę XX wieku z najnowszej płyty, ale nie były to kompozycje żadnego z wyżej wymienioncyh tuzów. Bilet na kameralny koncert w ramach Szalonych Dni Muzyki kupiłam dlatego, że chciałam panów kameralistów wreszcie posłuchać i zobaczyć na żywo.
      Płyta Wajnberg Trio skomponowana została wokół kluczowego słowa "trio" właśnie: trzech muzyków w zespole gra trzy utwory trzech polskich kompozytorów: Mieczysława Wajnberga (1919 - 1996), Aleksandra Tansmana (1897 - 1986) i Andrzeja Czajkowskiego (1935 - 1982).  Jest to muzyka nowoczesna i osadzona w tradycji zarazem, gęsta od emocji, ukrytych wątków, znaczeń i wariacji. Wymaga absolutnego skupienia i wirtuozerii. O sile wykonawstwa zaprezentowanego przez Wajnberg Trio niech świadczy fakt, że mimo wyrwania się na początku do oklasków przez nieświadomą część publiczności między częściami utworu Tansmana, skupienie muzyków udzieliło się wszystkim i w końcu nikt już koncertu nie przerywał w nieodpowiednim momencie. W absolutnej ciszy wybrzmiały wszystkie cztery części kompozycji Tansmana, a następnie również cztery części utworu Wajnberga. Ja zaś podziwiałam skrzypka Szymona Krzeszowca za perfekcyjne panowanie nad dźwiękiem. I chyba dzięki skrzypcom i ich dialogowi z fortepianem i wiolonczelą najbardziej mogłam objąć percepcją całość konstrukcji tych niełatwych utworów. Faktycznie, jak można przeczytać w komentarzu do płyty, gęsto tam od skomplikownaych, trudnych emocji wynikających z bogatych życiorysów kompozytorów.
      Mieczysław Wajnberg w 1939 roku uciekł na wschód i osiadł najpierw w Mińsku, potem w Taszkiencie, ostatecznie zamieszkał w Moskwie, gdzie zaprzyjaźnił się z Szostakowiczem. Najbardziej znane operowe dzieło Wajnberga,  opera "Pasażerka", wynika z osobistych przeżyć kompozytora, którego rodzice i siostra zginęli w obozie w Trawnikach. Nadanie radzieckiego obywatelstwa i pozwolenie na ukończenie studiów muzycznych oraz rosnąca popualrność jego utworów nie uchroniła kompozytora przed stalinowskimi czystkami, w wyniku których znalazł się w sowieckim więzieniu. Tylko śmierć Stalina uchroniła go przed gorszym losem i wkrótce wyszedł na wolność.
     Aleksander Tansman już samo nazwisko ma tak egzotyczne, że kojarzy się z dalekimi krajami. Biografią i twórczością prawdziwie czuł się obywatelem świata. Od wczesnych lat świetnie władający językiem francuskim od 1919 roku na stałe zamieszkał w Paryżu, drugą wojnę światową spędzając w Stanach Zjednoczonych. Jeszcze przed wojną zyskał sławę jako kompozytor, podejmując np. wielkie tournee dookoła świata. Grał między innymi w Japonii i Indiach, osobiście poznał Mahatmę Gandhiego i cesarza Hirohito, który nadał mu tytuł samuraja i dożywotnie prawo do pogrzebu na koszt państwa japońskiego. O światowych koneksjach Tansmana świadczą kontakty i przyjaźnie między innymi z Ravelem, Gidem, Chaplinem, Gershwinem, Einsteinem, Carpentierem czy Tomaszem Mannem. Jego muzykę wykonywano na całym świecie, więc naprawdę nie ma sensu tutaj wymieniać, gdzie i przez kogo. O skali popularności może świadczyć to, że został nawet bohaterem powieści. W sztuce kompozytorskiej opowiadał się między innymi za pozbawieniem muzyki wpływów pozamuzycznych, czyli malarskich,  literackich czy filozoficznych. Na plan pierwszy wysuwają się czynniki immanentne, konstrukcja, dyscyplina formalna. I rzeczywiście tak było słychać w zaprezentowanym Triu na fortepian, skrzypce i wiolonczelę. Wyraźnie dostrzegalne symetrie, błyskotliwe wykorzystanie techniki pizzicato, wariacje fortepianowe wywołują wrażenie komplikacji, ale i zabawy muzyczną materią.
     Andrzej Czajkowski naprawdę nazywał się Robert Andrzej Krauthammer, a nazwisko Czajkowski przyjął w czasie wojny uciekając z warszawskiego getta i po wojnie już przy nim pozostał. Zasłynął jako fenomenalny pianista, studiował między innymi w Konserwatorium Narodowym w Paryżu. Początkowo rozwijał karierę pianisty, zdobywał laury w konkursach pianistycznych, ale z czasem ograniczył liczbę recitali na rzecz pracy kompozytorskiej. Od 1960 r. zamieszkał w Londynie. Jedyną operę  skomponował do dramatu Szekspira "Kupiec wenecki". Zmarł w wieku 46 lat na raka, w testamencie przeznaczając swoje ciało do badań medycznych, jednakże czaszkę oddał Royal Shakespeare Company z przeznaczeniem na rekwizyt teatralny (ostatecznie bowiem, do jakiej niby czaszki ma głosić swój monolog Hamlet podczas spektakli, do gumowej???)
      Oto trzech kompozytorów, o których na ogół się nie wie. A przecież Tansman był pierwszym polskim kompozytorem nominowanym do Oskara za muzykę filmową, Czajkowski koncertował nawet w Nowej Zelandii, a miłośnicy kina powinni kojarzyć Wajnberga z filmem "Lecą żurawie", do którego skomponował muzykę.
      I tym akcentem pora zakończyć wpis, który miał być krótki, a jakoś się niepostrzeżenie rozrósł.

Poniżej Scherzo: Allegro vivace Tansmana z popisowymi skrzypcowymi pizzicati i fajerwerkami fortepianowymi:



Oraz III część kompozycji Wajnberga, piękne, wzruszające, niepokojące Poem:Moderato - Adagio:

wtorek, 1 października 2019

poniedziałek, 30 września 2019

Wrażenia z dalekich podróży

     Dziesiąte Szalone Dni Muzyki (27 - 29 września) upłynęły pod hasłem "Kartki z podróży", toteż muzyka wędrowała w różne strony świata. A dokładniej, muzyka przywędrowała różnymi środkami lokomocji, o czym informowały nazwy koncertowych sal: Transatlantyk, Gondola, Orient Express, Omnibus i Nautilus. Zdecydowałam się na podróż przy delikatnym plusku wioseł, z pieśnią niosącą się nad falami, niespieszną gondolą pośród kanałów niekoniecznie tylko Wenecji. Jednakże stamtąd wyruszył kondukt po śmierci Wagnera zmarłego 13 lutego 1883 roku właśnie w Wenecji. Żałobną podróż do "Krainy mroku i czułości", jak zatytułowano koncert,  prowadził Ferenc Liszt  utworem "La lugubre gondola" pisanym jeszcze w 1882 roku, ale już z przeczuciem śmierci autora "Parsifala".  Dopełniając owo przeczucie stojące u genezy "La Lugubre" zabrzmiało "Am Grabe Richard Wagners" skomponowane w maju 1883 r.  W drugim utworze Liszta w składzie instrumentów pojawia się harfa, a ja przecież ze względu na harfistę wybrałam się w całą tę podróż.
     Harfista Sylvain Blassel wystąpił dwa razy. Nie, wróć, to ja go słuchałam dwa razy: w piątek wystąpił z Kwartetem Phosopus. To wtedy płynęliśmy gondolą za trumną Wagnera. A w sobotę dołączyli do nich kolejni muzycy: oboista, flecista, klarnecista, perkusiści i sopran - Elodie Hache - w koncercie "Pieśni świata", na które złożyły się trzy wiersze w języku japońskim Igora Strawińskiego, pieśni ludowe Luciano Berio i "Quatre poemes hindous" Maurice Delage. Słowem, niezła mała orkiestra wyszła, nawet dyrygent całość prowadził odstąpiwszy po pierwszym utworze od fortepianu. Przed koncertem zrobiłam zdjęcie perkusyjnemu instrumentarium: dzwonki rurowe, tamburyny, blaszaki i wielka patelnia!


   

Już samo zestawienie znanych europejskich kompozytorów z całkiem nowymi nazwiskami stanowiło nie lata wyzwanie dla mojej pamięci. O takim Delage w życiu nie słyszałam, a okazuje się, że był uczniem Ravela. Tym bardziej nie znam jego utworów. Nie wiem, skąd i z czym kojarzy mi się nazwisko Luciano Berio, bo oczywiście jego twórczości nie znam. 
        Egzotycznie też było na "orientalnym Liszcie", podczas którego grały takie instrumenty, jak: kanun, darbuka, ud. Tłumaczaąc obrazowo na język polski, były to: kanun - rodzaj instrumentu strunowego z Bliskiego Wschodu, coś jakby cytra; kładzie się na kolanach i szarpie za struny; darbuka - rodzaj bębna o kształcie kielicha; ud - całkiem wygląda jak lutnia. Darbuka i kanun czekały na występ ustawione na dywaniku:


Instrumenty te były potrzebne do "Rapsodii rumuńskiej" oraz "Rapsodii węgierskiej"Liszta, "Rumuńskich tańców ludowych" Bartoka, jakiejś pieśni ormiańskiej, a także pieśni egipskiej, z  której rzecz jasna nie zrozumiałam ani słowa. W ogóle zabrzmiało to bardzo egzotyczne i wzbudziło niemały aplauz publiczności. Na darbuce i kanunie grał tunezyjski instrumentalista Nidhal Jaoua. Z kolei na wiolonczeli i śpiewając towarzyszyła francusko-ormiańska wiolonczelistka i sopranistka Astrig Siranossian - to ona śpiewała pieśń ormiańską.



     Jak widać i słychać, gondola popłynęła od Wenecji aż po góry Kaukazu, prawie jak arka Noego, tylko zamiast zwierząt niosła muzykę i pieśni. 
Na koniec pierwszej części relacji Serenada C-dur Roussela - jeden z utworów wiodących do Krainy Czułości. 


 Ciąg dalszy relacji wkrótce.

wtorek, 24 września 2019

Czytanie o muzyce

         Czytanie, tak jak pisanie o muzyce, mija się z celem. Na szczęście, zanim dotarłam do tekstów, najpierw usłyszałam dźwięki. Nowe, niezwykłe, czy fascynujące? Czas pokaże. W każdym razie kompozytorzy już się wzięli za ich okiełznanie. Byłoby mi łatwiej opisać rzecz całą, gdybym była na koncercie osobiście, ale nie byłam. Słuchałam tylko transmisji z koncertu inaugurującego Warszawską Jesień. Słuchałam dźwięków nowego instrumentu wykorzystanego w III Koncercie fortepianowym Zygmunta Krauzego i na podstawie komentarza prowadzących próbowałam wyobrazić sobie kształt veme. 
        Veme (La Veme) to nowy instrument perkusyjny blaszany wymyślony i skonstruowany w 2014 roku we Francji. W grudniu 2014 roku zostało zaprezentowanych sześć prototypów różniących się, jak się zdaje, wielkością centralnej blachy. Instrumenty są duże i, mówiąc szczerze, wyglądem nie zachwycają, chociaż konstruktorzy twierdzą, że szukali optymalnych rozwiązań zarówno dla dźwięku, jak i wizualnych wrażeń estetycznych. Nazwa instrumentu została utworzona ze skrótu Vallee Europeenne des Materiaux et de l`Energie (Europejska Dolina Materiałów i Energii Lotaryngii), gdzie został skonstruowany. Poza tym wskazuje ona na fakt, że przy konstrukcji wykorzystano nie tylko koncepcję dźwiękową pomysłodawcy, wynalazcy, puzonisty i kompozytora Dominique Delahoche, ale także wysoko wyspecjalizowaną technologię. 
          Usłyszałam więc najpierw dziwną nazwę, że to (czy gramatyka nazwy już ustalona?) veme będzie można usłyszeć podczas koncertu i specjalnie w tym celu zostały cztery sztuki sprowadzone z Francji. Bo na razie są tylko te, masowa produkcja się nie zaczęła. Prototypy znajdują się w posiadaniu Orchestre National de Lorraine, której członkiem jest konstruktor Dominique Delahoche. Nie wiem, czy procedura uznania konstrukcji za pełnoprawne instrumenty symfoniczne została już zakończona. Proces ich powstawania wskazuje natomiast, że będą dosyć drogie. Jednakże organizatorzy Warszawskiej Jesieni sprowadzili te instrumenty specjalnie na koncert inauguracyjny 20 września, podczas którego veme zabrzmiało po raz pierwszy w Polsce w prawykonaniu III Koncertu fortepianowego "Okruchy pamięci" Zygmunta Krauzego. Kompozycja została zamówiona specjalnie na Warszawską Jesień przez Filharmonię Narodową i L`Orchestre National de Metz. 
       No i cóż. Pisania i czytania byłoby na tyle. Opisania utworu muzycznego w całości się nie podejmuję. Poza tym próbowałam się skupić na wyłapaniu dźwięku veme i chyba dużo innych elementów utworu mi umknęło po drodze.  Nagrania jeszcze nie ma, żeby posłuchać spokojnie i uważnie. Z nagraniami samego veme również kłopot, ale veme ma nawet swoją stronę internetową


No piękne to one nie są ;-)

poniedziałek, 16 września 2019

Ależ one śpiewały!

      Same kobiety w obsadzie. Jakby nie było, Vivaldi napisał "Judytę triumfującą" dla wychowanek Ospedale della Pieta w Wenecji, toteż dysponował tylko głosami żeńskimi. Trzeba jednak przyznać, że były to głosy wspaniale wyćwiczone, bo dla kogo innego mógł Rudy Ksiądz tworzyć tak karkołomne czasami arie, jakie znamy z wielu jego oper. "Judyta triumfująca" nie jest operą, lecz oratorium skomponowanym do libretta Giacomo Cassettiego w roku 1716. Zarówno partie wokalne, jak instrumentalne wykonywały wychowanki Ospedale, a w warstwiue instrumentalnej kompozytor pozwolił sobie na niespotykaną różnorodność i pomysłowość. Wprowadził na przykład cztery teorby, dwa flety, dwa klarnety, dwie trąbki, mandolinę i nawet chalumeau. W obsadzie wokalnej zaś główne partie wykonują: 
Judyta - mezzosopran
Holofernes - kontralt
Bagoas (Vagaus) - sługa Holofernesa - sopran
Abra - służąca Judyty - sopran
Ozjasz (Ozajasz) - prorok - kontralt
       W najnowszej realizacji przygotowanej przez Giovanniego Antoniniego podczas Wratislavii Cantans śpiewały: Sonia Prina jako Judyta, Julia Leżniewa jako Bagoas, Mary-Ellen Nesi - Holofernes, Rafaella Milanesi - Abra oraz Francesca Ascioti jako Ozajasz  z towarzyszeniem zespołu Il Giardino Armonico. Uczta dla uszu, o czym mogły świadczyć chociażby co rusz słyszalne gromkie brawa w trakcie występu po spektakularnych ariach. 
      Sonię Prinę od lat podziwiam za całokształt. Niesamowity głos, fantastyczna technika. O Julii Leżniewej pisałam już kilka lat temu. Dość powiedzieć, że to jedyny sopran, jakiego słucham z prawdziwą przyjemnością. Rafaellę Milanesi kojarzę z transmisji, zapewne było to pod dyrygentem Ottavio Dantonem lub Minkowskim, w tej chwili raczej nie pamiętam, bym słyszała ją na żywo. Z powyższej obsady nie znałam Mary-Ellen Nesi i Ascioti. Ta pierwsza urodzona w Kanadzie ma pochodzenie greckie i faktycznie na zdjęciach prezentuje klasyczną grecką urodę. Z kolei Ascioti to stosunkowo młoda śpiewaczka i jeszcze nie mam wyrobionego zdania. Gdzieś tam przewijało mi się jej nazwisko przy Mozarcie. I oto panie spotkały się na jednej scenie z Vivaldim i Judytą, która bezpardonowo rozprawiła się z wrogiem ojczyzny. Starotestamentowa opowieść jest drastyczna; trudno sobie wyobrazić odcięcie głowy dokonane kobiecymi rękoma. No ale temat jak najbardziej prowokujący do różnych muzycznych (i malarskich, ileż to dzieł powstało ukazujących wnętrze namiotu Holofernesa) rozwiązań. Antonio Vivaldi wypróbował różne kombinacje instrumentalno-wokalne, które w piątkowy wieczór transmisyjny zabrzmiały rewelacyjnie. Instrumenty dęte naśladują marsz wojska, wojenne okrzyki, całą wojenną zawieruchę. Tło muzyczne oddaje emocje, desperację i determinację głownej bohaterki. Dlatego jest to takie dynamiczne i wpadające w ucho. A w obsadzie same kobiety zaśpiewały i to jak! Ręce rwały się do oklasków. Z widowni słychać było okrzyki podziwu. Tylko skąd wytrzasnąć nagrania? To znaczy cała "Judyta triumfująca" jest do wysłuchania, lecz w innej obsadzie, niestety! 

      Coś niecoś posłuchać trzeba. Na przykład wojenny chór.



Sonia Prina w arii Judyty "Agitata infida flatu":



A jak śpiewa Julia? No cóż, tylko słuchać (nagrania nie są z "Judyty", bo nie znalazłam):



czwartek, 12 września 2019

Dwóch panów z Lublina

     Lubelski duet Jarząbek-Jurkiewicz powstał w 2014 roku rozpoczynając estradowe życie piosenkami Jaromira Nohavicy śpiewanymi w polskich przekładach, lecz z autorskimi aranżacjami. Adam Jarząbek śpiewa i gra na gitarze, Jarosław Jurkiewicz towarzyszy mu również na gitarze. Obecnie duet wydał już dwie płyty z piosenkami czeskiego barda: "Lublin - Ostrava 0:30" i "Grzebienie" ze wzbogaconym instrumentarium, w którym obok gitar pojawiają się wiolonczela, saksofon, instrumenty perkusyjne, kontrabas. Duet konsekwentnie rozbudowuje repertuar piosenek Nohavicy, wykonując je w rockowo-jazzowych aranżacjach, przefiltrowane przez własne emocje.
      Nie słyszałam dotąd o duecie, więc skusił mnie plakat informujący o koncercie w muzeum. Koncert składał się z piosenek Jaromira Nohavicy,  Jacka Kaczmarskiego i Boba Dylana. Swoją drogą od czasu przyznania Dylanowi Nobla wszyscy wykonujący jego songi mogą z dumą głosić, że śpiewają noblistę. Był więc protest song noblisty z 1969 roku, były ballady późniejsze. Przy utworach Jacka Kaczmarskiego ciarki chodziły po plecach, ponieważ ich nieprzypadkowy wybór stał się gorzką lekcją polskiej historii: "Ballada wrześniowa" o 17 września 1939 roku,  "Jałta", "Prośba".  Z repertuaru Nohavicy panowie wybrali piosenki przejmujące i poetyckie zarazem: "O poezję wołam", "Gdy wcielali nas do armii", "To, co wymówione" i bardzo, bardzo poetyckie "Sarajewo".                 
      Cóż dodać? Panowie opowiadali o niektórych tekstach, budowali tło komentarzem, osobistą refleksją, dowcipnymi dialogami, strojeniem gitar :-) Jurkiewicz w niektórych tekstach włączał się do śpiewu, ale jego mocną stroną są gitarowe solówki, przy których długa grzywka malowniczo zasłaniała mu pół twarzy. Adam Jarząbek udanie modulował głos, nadając mu chropawość i ostrość, ale okazało się, że potrafi śpiewać też lirycznie i ciepło. Jestem pod wrażeniem występu i sposobu przearanżowania oryginalnych piosenek. Z reguły nie lubię przeróbek, ale tym razem zdecydowanie je zaakceptowałam. Ostrość niektórych tekstów, wynikająca zresztą z tematu, została zaprezentowana w sposób przejmujący, ale nie przeszarżowany. To wielka sztuka.
       Z ciekawostek: Adam Jarząbek jest podróżnikiem i przewodnikiem turystycznym, Jarosław Jurkiewicz zaś doktorem filozofii i wykładowcą na UMCS w Lublinie. 

Piosenka Jacka Kaczmarskiego



A tak śpiewają "Sarajewo" Nohavicy (nagranie amatorskie, na żywo z koncertu):



poniedziałek, 2 września 2019

Pan Harfista

      I wcale nie Xavier de Maistre ani Remy van Kesteren. Tamtych panów już słyszałam i widziałam na własne uszy i oczy. Toteż czas najwyższy poszukać kolejnego.
      Sylvain Blassel urodził się we Francji w 1976 roku. W 1998 roku ukończył z wyróżnieniem Conservatoire National Superieur de Musique Lyon, gdzie dzisiaj sam jest nauczycielem gry na harfie. Jest instrumentalistą oraz dyrygentem, natomiast jako muzyk orkiestrowy współpracował między innymi z Filharmonią Luksemburską, Filharmonią Berlińską, Filharmonią Monte Carlo oraz oczywiście Filharmonią i Operą w Lyonie. Jego pasją jest odnawianie starych harf, których ma w kolekcji dwadzieścia za każdym razem dopasowując najwłaściwszą do określonego repertuaru. Z tego względu ściśle współpracuje także z Muzykami z Grenoble ( Les Musiciens de Louvre-Grenoble), którzy grają na historycznych instrumentach. Równolegle z działalnością orkiestrową Sylvain Blassel rozwija karierę solową, czego efektem są płyty. Ostatnia z Wariacjami Goldbergowskimi Bacha uzyskała wysokie oceny krytyków i wzbudziła zachwyty melomanów.  Sylvain Blassel sam też komponuje oraz dokonuje transkrypcji na harfę kompozycji Beethovena, Haydna, Liszta i innych autorów. Zapytany o to, co lub kto go inspiruje, odpowiedział, że litera "B", czyli Bach, Beethoven, Brahms, Berg, Bartok, Boulez... Jest dumny ze swojego francuskiego prawa jazdy, a relaksuje się prasując koszule. Za niezbędne wyposażenie harfisty w podróży uważa klucz do strojenia instrumentu oraz monety do automatu z kawą. Początkującym harfistom i harfistkom poleca zaopatrzyć się przede wszystkim w nożyczki do obcinania paznokci. A tak na serio lubi miasta z wieloma drzewami, zielenią i ptakakmi, a jego amrzeniem jest wystąpić kiedyś z recitalem w całkowitych ciemnościach. Niestety, słuchacze raczej mu na to nie pozwolą. Chcą nie tylko słuchać, ale i patrzeć na perfekcyjne opanowanie insrtrumentu, podziwiając doskonałą technikę.
     No i najważniejsze - Pan Harfista za niecały miesiąc będzie grał w Polsce na La Folle Journee. No więc tak, oczywiście, kupiłam bilety :-))) Chociaż nie będzie to jego występ solowy.



czwartek, 29 sierpnia 2019

Fiasko

    Przekonałam się, że japoński zdecydowanie nie jest dla mnie. Jakiś Japończyk grał koncert na trabkę jakiegoś czeskiego kompozytora. Po chwili okazało się, że Japończyk, owszem, ale dyrygował, a grał ktoś inny, natomiast orkiestra była z Kiusiu. To już coś, jakiś punkt zaczepienia  jest. Trzeba tylko znaleźć nagrania orkiestry, dyrygenta, czeskiego kompozytora i trębacza. Bułka z masłem. Orkiestra się znalazła: Kyushu Symphony Orchestra w Fukuoka. Dyrygent? Ależ oni mieli kilku dyrygentów. Obecny absolutnie nie wchodzi w grę, ponieważ nazwisko, nawet na moje europejskie ucho zupełnie nie takie. Pozostało dwóch podobnie brzmiących. Najpierw myślałam, że Kazuyoshi Akiyama, lecz jakoś nie pasowały  nagrania. Potem na tapetę wszedł Heiichiro Ohyama (konia z rzędem temu, kto wykaże różnicę w wymowie obu nazwisk, dla mnie brzmiały jendakowo, stąd dylemat). Nagrania, owszem, są, ale zupełnie inne niż szukałam. W ogóle lista płyt orkiestry jakoś urywa się - przynajmniej w angielskiej transkrypcji, a na japoński to ja się zdecydownaie nie porywałam - na skromnym wyborze. Z poszukiwanego repertuaru nic, zero, null, pusto. Czyli z tej strony niczego nie udało się ustalić. To może solista? No jest, nawet szybko udało się namierzyć: Charles Schlueter - amerykański wirtuoz trąbki. I jest jego płyta nagrana z japońską orkiestrą, uwaga! uwaga! pod dyrygentem Akiyamą. Czyli jednak  ten pierwszy. Mało tego, są nazwiska kompozytorów. Haydn, wiadomo, kto, tym razem mnie nie interesuje. Tartini  był Włochem, pozostaje dwóch: Neruda i Hummel. Hummla trudno uważać za Czecha, choć urodził się w dzisiejszej Bratysławie, ale uważany jest za kompozytora austriackiego. Niemniej skomponował Koncert E-dur na trąbkę, o który rozbija się rzecz cała. Jakkolwiek by się można było spierać o to, czy Bratysława była swego czasu czeska czy też w momencie urodzin Hummla węgierska, nie da się  jednak uznać, że Hummel jest kompozytorem zapomnianym, a o takim była mowa we wstępie audycji. Tak więc zostaje jedno nazwisko: Johann Baptist Georg Neruda (w oryginale Jan  Křtitel Jiři Neruda), 1708 -1780,  faktycznie czeski i faktycznie mało znany. No i napisał koncert na trabkę w wysokim rejestrze. Uff! Szukamy nagrania: Koncert E-dur na trabkę w wysokim rejstrze. No jest, ale nie w wykonaniu Schluetera, i nie z japońską orkiestrą. Poddaję się. Fiasko. Jakby co, płyta jest dostępna w Amazonie za jedyne 10 dolarów ;-)

Tak więc posiłkujemy się ułamkami. Tak gra sobie Schlueter:



A chodziło o ten koncert Nerudy - tu w innym wykonaniu:

niedziela, 18 sierpnia 2019

Na Jagiellońskim Szlaku

    Tegorocznym hasłem przewodnim Jarmarku Jagiellońskiego w Lublinie było pszczelarstwo. Świadczyły o tym kramy z miodami, wyrobami woskowymi, prezentacja ulików, ramek z żywymi pszczołami, filmy dla dzieci i dokumentalne przyrodnicze oraz muzyka. Oczywiście jak co roku na 159. kramach z kilku krajów (Słowacji, Litwy, Ukrainy, Węgier oraz rzecz jasna Polski) znaleźć można było dobra wszelakie. Od wspomnianych miodów i wosku, przez wycinanki, wyszywanki, plecionki, ceramikę, hafty, wiklinę po wyroby kowalskie i instrumenty muzyczne. Kolory cieszyły oko, dźwięki zapadały w uszy. Grała i śpiewała kapela góralska, obok kapela podwórkowa, jeszcze dalej wywijano krakowiaka, a na Krakowskim Przedmieściu koncertowały dwie bandurzystki z Litwy.



     Zaopatrzona, a jakże, w mapę rozstawionych na kilku ulicach kramów oraz okolicznościowe pocztówki z motywem pszczół, wędrowałam to tu to tam, wracając po kilka razy do tych samych miejsc. Bo, jak zauważył jeden z ludowych rzeźbiarzy, kupi pani czy nie, mogę trochę poopowiadać. Jednakże kupiłam. Kolejne skorupy, czyli filiżanki z węgierskiej ceramiki, koszyczek i podstawkę wyplatane z kukurydzianej słomy, chyba ze Słowacji, bursztynową broszkę z Litwy, igielnik z haftem łowickim i parę innych drobiazgów. Ale najważniejsza jest płyta. O czym poniżej.
     Trys Keturiose to litewski żeński zespół ludowego śpiewu sutartines. Starodawna technika śpiewu polegająca na wzajemnym dostrajaniu się, dopasowywaniu tempa, głosu, rytmu. Dlatego śpiewaczki w trakcie koncertu stoją w kręgu i patrzą na siebie. Wyraźnie widać jak jedna drugiej podaje niejako na oddechu głos, melodię, rytm, słowa. A druga rzecz istotna to tematyka - zespół wystąpił z koncertem rytualnych pieśni pszczół i płyta, z którą panie przyjechały zwiera składa się z takich pieśni. W trakcie koncertu śpiewaczki stały w kręgu wokół jednej z nich, jakby królowej matki, w innej pieśni tańczyły po dwie chwytając się na przemian pod ręce, co również może się kojarzyć i z tańcem pszczół i ich nieustanną współpracą. Piękne głębokie głosy nastrajały medytacyjnie, całość miała charakter przemyślanego rytuału, toteż nie przerywano go oklaskami. Publiczność zachowała się wzorowo i oklaskami nagrodziła zespół dopiero po zakończeniu. Kupienie płyty było naturalną konsekwencją. Słyszałam różne pieśni obrzędowe i rytualne, ale nigdy o pszczołach. A przecież człowiek i pszczoły współpracują od tysiącleci. Piękna rzecz, piękna muzyka, piękne pieśni. Zapamiętam tegoroczny jarmark jako pszczelarski.


     Po litewsku "bitela" znaczy pszczoła - śpiewaczki wykonują pieśni w języku tradycyjnym, tekst i znaczenie słów może się różnić od współczesnego.


niedziela, 11 sierpnia 2019

Objawienie

     Długaśne palce, grzywa na czoło i tak wygrywa się konkurs. 29 czerwca tego roku Alexandre Kantorow zdobył I miejsce i Grand Prix XVI Międzynarodowego Konkursu im. Piotra Czajkowskiego. Konkurs odbywa się co cztery lata w kilku kategoriach: fortepianu, skrzypiec, wiolonczeli, śpiewu, instrumenty dęte oraz instrumenty dęte drewniane. Kategorie fortepianu i skrzypiec są najstarsze i najbardziej prestiżowe, wzbudzają najwięcej emocji.  Poza przyznaniem I miejsca w każdej kategorii przyznawany jest jeden dla wszystkich tytuł Grand Prix. Jak mówił uczestnik tegorocznego jury Piotr Paleczny, dotąd tylko jeden pianista - Danił Trifonow je zdobył i w tym roku jako drugi 22-letni pianista z Francji rosyjskiego pochodzenia Alexandre Kantorow. Podobno był objawieniem, podobno jury było jednomyślne, podobno jest fenomenalny. Wszystkie "podobno" składają się na początek pewnej i niezwykłej kariery. Niespełna półtora miesiąca po zwycięstwie w Konkursie Czajkowskiego - 3 sierpnia Kantorow wystąpił w Polsce na Międzynarodowym Festiwalu Chopinowskim w Dusznikach Zdroju.
   
     Kantorow w finale Konkursu Czajkowskiego



Wcześniejsze nagranie Saint-Saënsa

niedziela, 28 lipca 2019

Śpiewać każdy może?

    "Wlazł kotek na płotek" może i tak, ale Wagnera? Włączam ja sobie radyjko w piątek późnym wieczorem, a tu znajoma muzyka. Coś jakby... Wagner? No tak, Wagner. Przecież to już Festiwal Wagnerowski w Bayreuth się zaczął. Mój słuch, a i pamięć muzyczna  mają wiele braków, ale to akurat rozpoznaję od pierwszych taktów, choć rzecz ma się ku końcowi - III akt. Motyw przewodni w "Lohengrinie" jest tak charakterystyczny, nacechowany smutkiem, żalem, tęsknotą, że zapadł mi w duszę, że pamiętam i rozpoznaję. Motyw łabędzia? Tajemnicy Lohengrina? Przeznaczenia? Tylko CO śpiewa tenor? Akurat trafiłam na arię tenora, więc tytułowego Lohengrina. Nie mogę rozpoznać, co on tam męczy. Końcówka dramatu jest charakterystyczna, najważniejsze jest "In fernem Land" - pożegnalna aria bohatera, który zdradza swoje imię. Czyżby to było TO? Ależ to do niczego niepodobne! Muzyka ta, słowa te, ale śpiew?... Moją  konsternację potwierdziły komentarze prowadzących audycję po zakończeniu transmisji. Źle ustawiony głos, śpiew wysilony, na granicy jakiejś desperackiej histerii. Wagnera nie może  śpiewać każdy.  Słyszalny w transmisji na zakończenie gorący aplauz nic nie znaczy. Może to dla dyrygenta - pod batutą Thielemanna przynajmniej Wagner był Wagnerem - może dla reżysera - nie mam podglądu na scenę, więc nie widzę - może dla pozostałych wykonawców. A może owacja ulgi, że wreszcie się skończyło ;-)
     Pozostaje poczekać aż Lohengrina ponownie - po ubiegłorocznym debiucie - zaśpiewa Piotr Beczała, będzie czego posłuchać. A i Tomasz Konieczny jako Telramund już się sprawdził. Mam nadzieję, że transmisja będzie.
     W oczekiwaniu na pełniejszego Wagnera - w muzyce i śpiewie - piosenka zgoła inna. Ostatnio nocami dla odpoczynku i ukojenia słucham fado. Muzyka na bezsenność.


środa, 24 lipca 2019

Letnie granie

      BBC Proms rozpoczęte. To się zaczęło szaleństwo muzyki. Na początek szalał ten skrzypek:




Joshua Bell i jego słynne ( i drogie!) skrzypce:



Dlaczego na koncertach najczęściej najciekawsze są bisy? Zagadka dla psychologów? Badaczy kultury? Tak było i 19 lipca, gdy na bis Joshua Bell wraz z dwiema osobami z orkiestry zgarał Cavatinę Dvořáka. Tu można posłuchać i obejrzeć.

wtorek, 16 lipca 2019

Jasnogórskich nieznajomości ciąg dalszy

       Tym razem naprawdę będzie o Nieznajomym. Nie wiem nic! Tyle tylko, że nazywał się Jan Tomasz... Żebrowski, a jakże! Boć przecie był synem wspomnianego poprzednio Marcina Józefa, Noster in Claro Monte Concertus Maestro - jak go nazywano. W każdym razie, skoro ojciec działał zawodowo w kapeli jasnogórskiej, syn naturalną koleją rzeczy pierwsze muzyczne arkana zgłębiał zapewne pod okiem ojca, śpiewając w kapeli jako dyszkantysta, czyli po prostu wysokim głosem chłopięcym w tym samym czasie, w latach 1748 - 1752. Co było dalej, nie wiadomo. Ba, nie wiadomo nawet w sumie, kiedy Jan Tomasz Żebro - bo tak się podpisywał  - się urodził. Jedyna jego kompozycja znana jest z rękopiśmiennego autografu z 1793 roku - jest to oratorium  Christiani poenitentes ad Sepulchrum Domini ( Chrześcijanie pokutnicy u Grobu Pańskiego). Medytacyjna kompozycja pasyjna złożona z różnych fragmentów ze Starego i Nowego Testamentu, rozpisana na głosy solowe i chór. I tu kończy się cała wiedza na temat Nieznajomego. Nie ma nawet na JouTube nagrań. Dysponuję płytą z serii Jasnogórska Muzyka Dawna. Musica Claromontana. To mój nabytek z ostatniego pobytu na Jasnej Górze. 
       W obsadzie głosów i instrumentarium wyłapałam dwie ciekawostki. Po pierwsze, w partii solowej występuje kontratenor altowy Piotr Olech, którego słyszałam kiedys na żywo, a wśród instrumentalistów uwaga!uwaga! Vaclav Luks (sic!), założyciel i dyrygent znakomitego czeskiego zespołu barokowego Collegium 1704. Aż sprawdzałam w jego biografii, z jakiej okazji mógł znaleźć się w obsadzie wykonawczej oratorium Żebrowskiego. Otóż wśród licznych muzycznych umiejętności Vaclav Luks jest znakomitym waltornistą z umiejętnością gry na naturalnym rogu (cor solo). A właśnie naturalne rogi, aż dwa, umieścił Jan Tomasz Żebrowski w instrumentacji swojego oratorium. Vaclav Luks jest jednym z bardziej znanych wirtuozów rogu, grał bowiem na nim w Akademie für Alte Musik Berlin. I tak to sobie wyjaśniłam zagadkę, co robi czeski dyrygent i specjalista od baroku w nagraniu polskiego XVIII-wiecznego oratorium.
     Niestety, nagrań Jana Tomasza Żebrowskiego nie ma, więc w zastępstwie:

Piotr Olech śpiewa Wacława z Szamotuł



PS Ciekawostki ze  świata. Podczas święta narodwego Francji, 14 lipca na Polu Marsowym wystąpiło dwoje Polaków: Aleksandra Kurzak i Jakub Józef Orliński. Aleksandra Kurzak wraz z mężem Robertem Alagną śpiewała między innymi arię "Usta milczą, dusza śpiewa"z operetki "Wesoła wdówka" Lehara. Śpiewali po polsku, choć polszczyznę Roberta Alagny, prywatnie męża Aleksandry Kurzak, trudno było mi zrozumieć. Kiedyś w wywiadzie tenor przyznał, że uczy się naszego języka, to znaczy języka swojej żony. Swoją córeczkę również uczą od początku języka polskiego, jako ojczystego i Roberto Alagna uczy się właściwie razem z nią ;-) Z kolei Orliński śpiewał arię Vivaldiego Vedro con mio diletto. 

wtorek, 9 lipca 2019

Jasnogórska szkoła muzyczna - Marcin Józef Żebrowski

     Skoro mogła działać Szkoła Notre Dame, równie dobrze pod koniec XVI wieku mogła powstać Kapela Ojców Paulinów na Jasnej Górze działająca z górą ponad 350 lat.  Co prawda, szkoła paryska powstała wcześniej, ale obie przecież,  z dzisiejszej perspektywy, reprezentują muzykę dawną, często na nowo odkrywaną po stuleciach zapomnienia. Jasnogórskim kompozytorem odkrywanym ponownie i to tak dokładnie dopiero w XXI wieku jest Marcin Józef Żebrowski. Już z samym imieniem i nazwiskiem są kłopty, ponieważ podpisywał się różnie (Martino Giuseppe, Joseph, Carolo, a nawet Melchioro a nazwisko zapisywał też Ziebrowski, Żebro, Zebro), a za tym idzie zagadka lat życia. Działał w XVIII wieku, wiadomo, że w latach 1748 - 1765 był członkiem jasnogórskiej kapeli. Potem zionie czarna dziura, a koło 1780 roku być może znowu wrócił na Jasną Górę. Istniały przypuszczenia, że żył w latach 1702 - 1770, lecz daty te później wielokrotnie podważano ze względu na to, że pojawiły się na skutek utożsamienia kompozytora Żebrowskiego z zakonnikiem paulinem o tym samym nazwisku. Tymczasem Marcin Józef Żebrowski był świeckim członkiem kapeli, kompozytorem i śpiewakiem (bas). Mało tego, był także cenionym skrzypkiem -  Remigiusz Pośpiech kompozytora Żebrowskiego utożsamia z wybitnym skrzypkiem Żebro,  który wystąpił 8 maja 1768 roku w koncercie urodzinowym króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. A skoro tak, mamy dokładną datę jego śmierci -  8 czerwca 1792 roku - ponieważ datę tę podaje w jednym z listów żona muzyka Maria Elisabeth Żebro. Niestety, 1710 rok tylko hipotetycznie przyjmuje się jako datę urodzin.
      Jeszcze większym zaskoczeniem - obok muzyki, której posłuchamy - jest fakt, że kompozycje Żebrowskiego znajdują się w zbiorach zagranicznych, były drukowane w Europie, a więc nie był tylko naszym lokalnym artystą. Znano go i publikowano, zapewne też grano. Zbiór sześciu sonat wydrukowanych w wydawnictwie Johanna Juliusa Hummla w Amsterdamie z 1757 roku znajduje się w bibliotece w King`s College w Cambridge. Przy czym wydawnictwo Hummla specjalizowało się w publikowaniu  dzieł instrumentalnych najwybitniejszych kompozytorów drugiej połowy XVIII wieku, co świadczy - jak zauważa Piotr Wilk - o pozycji Żebrowskiego i wysokiej ocenie jego twórczości przez współczesnych. Prawdopodobnie w 1758 r. ukazała się w nim także Sinfonia Es, której rękopiśmienne odpisy można odnaleźć w bibliotekach w Lund, Sztokholmie i Berlinie. Z kolei rękopis innego dzieła, tzw. concerto grosso z 1748 roku odkryto niedawno w Londynie w British Library. Najwięcej kompozycji, około trzydziestu, znajduje się jednak w zbiorach na Jasnej Górze, gdzie Żebrowski tworzył przez większą część życia. Stopniowo są one - obok innych dzieł jasnogórskich kompozytorów - stopniowo nagrywane i wydawane w ramach serii Jasnogórska Muzyka Dawna. Musica Claromontana w wykonaniu powołanego w 2000 roku Zespołu Muzyki Dawnej Kapela Jasnogórska pod kierownictwem Jana Tomasza Adamusa. Seria liczy już ponad 60 płyt, a Marcin Józef Żebrowski znajduje się na kilku samodzielnie i w połączeniu z innymi kompozytorami. 
     Badacze zwracają uwagę na wykorzystanie przez Żebrowskiego sekcji instrumentów dętych. Szczególnie jest to widoczne w niezwykłych kompozycjach zwanych pro processione, co do których nie wiadomo, na jaką okazję były tworzone. Najprawdopodobniej są to krótkie utwory towarzyszące uroczystemu wejściu do bazyliki, a ich bliźniacze odpowiedniki (utwory występują parami jako 1 i 2) na wyjście po zakończonej mszy. Beata Stróżyńska zauważa, że podobne utwory instrumentalne komponował tylko austriacko-niemieckiego pochodzenia Joseph Riepel (1708 - 1782), są więc jakimś ewenementem na tle epoki. Żebrowski innowacyjnie obsadzał w tych krótkich utworach właśnie sekcję dętą, najczęściej były to dwa oboje, dwie trąbki clarina, dwa rogi oraz dwoje skrzypiec i basso continuo. W sposobie instrumentowania trąbki typu clarino można mówić o wirtuozowskim jej wykorzystaniu wyprzedzającym technikę tamtego czasu. Niestety, to, o czym w tej chwili piszę, pozostanie tylko w formie teoretycznej, bo nie znalazłam nagrań pro processione na YouTube. Chociaż w Sinfonii trąbkę słychać.


wtorek, 2 lipca 2019

Dźwięki ekstremalne

      Zamieszczam to nagranie, ponieważ muzyka jest iście filmowa. Można by do niej napisać scenariusz i nakręcić film. I to bardzo sensacyjny film, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji, niespodzianek, zaskakujących scen. Albo podłożyć pod nią gotowe nagrania na zasadzie kontrastu -  im bardziej zwyczajne, codzienne, tym lepiej - byłoby zabawniej. Nawet widzę niektóre sceny, jakie by to mogły być.
      Tak naprawdę jednak zamieszczam to nagranie, ponieważ wczoraj zmarł jego autor.
Bogusław Schaeffer miał 90 lat. Najpierw poznałam go jako autora dwutomowej książki "Kompozytorzy XX wieku", bo przecież pierwsza moja miłość to książki - nie mogło więc być inaczej. Później poznałam Schaeffera jako dramaturga, oglądając "Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego" w wykonaniu Jana Peszka. Dopiero na końcu poznałam Schaeffera jako kompozytora. I ta ostatnia dziedzina pozostaje do poznawania na długie lata i dla pokoleń - ponad 500 kompozycji. W biografii Schaeffera najbardziej zaskakuje mnie to, że pracę dyplomową z muzykologii napisał o Lutosławskim. Chociaż... czy to znowu takie zaskakujące?

wtorek, 25 czerwca 2019

Chóry i nie tylko

    Tegoroczne Konfrontacje Chóralne "Tobie śpiewamy Ojczyzno" zabrzmiały nieoczekiwanie. Poza głównym organizatorem, Chórem Męskim Ziemi Biłgorajskiej "Echo", wystąpiły: Chór "Fletnia Pana" z Włodawy i Chór Męski "Hasło" z Bazyliki Mariackiej w Krakowie. Na koniec zaś pojawiła się niespodzianka, a właściwie czterech niespodzianków: Kwartet Męski "Wyszywanka" z Tarnopola na Ukrainie, którego wcześniej w programie nie było.
     Chór "Echo" jako gospodarz i organizator wydarzenia zadbał o uczczenie Roku Stanisława Moniuszki i zaśpiewał dwa jego utwory: "Modlitwę" z opery "Flis"  i jedną z pieśni.  Chór "Echo" powstał w 1961 roku, a od 1987 roku jest organizatorem corocznych Konfrontacji Chóralnych, na które zaprasza zespoły z kraju i ościennej zagranicy. Nieco młodszy wśród prezentujących się był Chór "Fletnia Pana" z Włodawy założony w 1978 roku. W przeciwieństwie do Chóru "Echo", który w założeniu jest regionalny (co wynika z nazwy), "Fletnia Pana" jest chórem parafialnym i w jego repertuarze dominują pieśni religijne, w tym kompozycje takich kompozytorów, jak Sarzyński, Gomółka czy nawet Messa di Gloria Pucciniego. Z kolei trzeci występujący zespół, Chór Męski "Hasło" im. dra Henryka Jordana z Bazyliki Mariackiej w Krakowie obchodzi w tym roku 130. rocznicę powstania. Założony przez swego patrona Henryka Jordana w 1889 roku stopniowo wzbogacał swój repertuar, w którym pojawiają się nazwiska kompozytorów: Palestrina, Brahms, Wacław z Szamotuł, Gomółka, Gounod, Nowowiejski, Lutosławski. Na Konfrontacjach usłyszeliśmy rzeczy całkiem nieznane, między innymi pieśni w języku włoskim i po łacinie.


 
        Prawdziwą furorę jednak zrobił ukraiński kwartet "Wyszywanka" (Вишиванka) - czterech panów z klasycznym wykształceniem muzycznym: Anatolij Oronowskij  - pierwszy tenor, Andrij Hołodryha - drugi tenor, Petro Iwanonkiw - baryton i Jurij Kochanskij - bas. Panowie wystąpili w tradycyjnych ukraińskich haftowanych koszulach, ale bo też impreza była plenerowa. Natomiast na nagranich widzimy  ich w galowym stroju scenicznym,  ponieważ to inne okoliczności były. Tymczasem sama nazwa "wyszywanka" jest określeniem tejże ukraińskiej haftowanej koszuli, a hafty  są różne w zależności od regionu, toteż panowie mieli też różne. I tutaj się zżymam na lokalne media internetowe, które nie raczyły sfotografować śpiewaków, a liczyłam, że pożyczę od nich profesjonalne zdjęcia, więc sama ich nie robiłam, nie mam zresztą odpowiedniego sprzętu.
     Panowie zaśpiewali, a jakże  pieśni różne. Wcześniej śpiewali w kościele, więc było i religijnie i cerkiewnie trochę. Ale później dali popis ukraińskiej duszy: była dumka o nieszczęśliwej miłości i były oczywiście po polsku zaśpiewane "Hej, sokoły".  Zresztą, nie śpiewali sami, cała publiczność się włączyła. Panowie mają bardzo ładną polską wymowę. Mówią też swobodnie po polsku ze sceny, gdy trzeba. Nie wiem, czy wszyscy, ale drugi tenor na pewno (ten najwyższy). Jak widać i słychać na nagraniach, mają w repertuarze wiele polskich pieśni i często w Polsce występują. No to sobie posłuchajmy:



      Panowie przyjechali z Tarnopola - odezwały się wspomnienia. W Tarnopolu nocowałam podczas pewnej wakacyjnej podróży. A na studiach przeżywałam koszmary z "Zarysem logiki" Kazimierza Ajdukiewicza - profesora filozofii z Tarnopola pochodzącego.  W Tarnoplu urodzili się także Mieczysław Stryjewski czy Kornel Filipowicz, ale Ajdukiewicz otwiera listę wybitnych tranopolan, toteż niewątpliwie należy mu się poczesne miejsce w moich wspomnieniach studenckich zmagań z logiką ;-) 

czwartek, 13 czerwca 2019

Oczyszczająca moc śmiechu

     Cóż robić, gdy otaczający nas świat nie napawa optymizmem?  Włączymy telewizję - ponuro i głupio; zajrzymy do Internetu - katastroficznie; otworzymy gazetę - nic ciekawego lub błahostki ze ścianek. A na ulicy pośpiech, nerwówka, irytacja. I upał! Najgorszy ten upał. Gdzieś schować się trzeba. Gdzieś odnaleźć utraconą pogodę ducha. Gdzieś wskrzesić wiarę w dobro i poezję. Gdy w publicznej narracji przeważają pretensje, gniew, rywalizacja i pogarda, gdzie znaleźć oczyszczającą moc bezinteresownej radości życia? Mimo wszystko należy docenić współczesną technikę, bo dzięki niej możemy wyruszyć w podróż do Teatru Licedei i Slava`s Snowshow. 
     Teatr Licedei powstał w 1968 roku w ówczesnym Leningradzie.  Założył go Sława Połunin (właściwie Wiaczesław Iwanowicz Połunin) -  klaun. Teatr skupiał klaunów i mimów, a przedstawienia przygotowywał jako spektakle bez słow. No może z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę. Połunin podobno zainspirował się Chaplinem, ale do szkoły aktorskiej go nie przyjęto z powodu nieprawidłowej wymowy. Został więc klaunem i mimem. Założył teatr, a po upadku Związku Radzieckiego rozpoczął karierę solową, tworząc między innymi znany w całym świecie i wielokrotnie nagradzany spektakl Slava`s Snowshow. 
      Zaletą teatru mimów jest fakt, że posługuje się uniwersalnym językiem gestów i emocji. Nie potrzeba tłumaczy. Spektakle Teatru Licidei przemawiają wyrazistym makijażem mimów, groteskowymi strojami, karykaturalną grą aktorską i niepowtarzalną poetycką atmosferą. Licedei przez lata wystawiało bardzo różne spektakle, typowo komediowe, kabaretowe, satyryczne, ale wyróżnia je szczególny rys karykatury ośmieszający różne typowe ludzkie zachowania, śmieszności wyłuskane z codziennego życia. Z kolei występy i spektakularne pomysły Slawy Polunina, obok wpisanej sine qua non śmieszności, emanują poetycką aurą. Wspomniany Snowshow bazuje na wspomnieniach i dziecięcej wyobraźni. Klauni robią to, co chcielibyśmy sami zrobić, gdybyśmy się nie obawiali, że narazimy na szwank powagę swojej dorosłości. Dlatego mimowie wciągają do zabawy widzów, obsypują ich śnieznym confetti, wysyłają nad głowami widzów ogromne balonowe kule śnieżne, zasnuwają białą pajęczyną, wyczarowując baśniowy świat nie tylko na scenie, ale i i na widowni.
     Rozpoznawalnym znakiem mimów Teatru Licedei są wyraziste stroje. Postacie w zielonych płaszczach, z wielkimi uszastymi czapami, ogromne buty i niesamowity absurdalny makijaż tworzy postacie z pogranicza baśni, snu i koszmaru, ze świata dziecięcej wyobraźni. Nieoficjalny hymn Licedei "Blue Canary" zdecydowanie poprawia humor.




Druga wersja:



A teraz popis Slavy Polunina - skecz "Ptaszki":




Oraz co może się dziać podczas przedstawienia:





Radosny dodatek:

piątek, 7 czerwca 2019

I co się okazuje?

    Nie byłoby muzyki Moniuszki bez polskiej poezji romantycznej. Dowodzi tego w sposób obrazowy projekt Witolda Mysyrowicza, który w formie kolorowych obrazów w stylu plakatów zilustrował 48 kompozycji Stanisława Moniuszki. Poza najsłynniejszymi operami, są wśród nich mniej znane pieśni, suity baletowych, poematy muzyczne, kantaty. 

       TUTAJ można obejrzeć plakaty wirtualnie, a naocznie obecnie są prezentowane na wystawie 
Stanisław Moniuszko (1819 - 1872) - natchniony duchem polskich pieśni ludowych otwartej w Wojewódzkiej Bibliotece im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie. Królują utwory Adama Mickiewicza, np. "Pani Twardowska", "Trzech Budrysów", "Świetezianka", "Czaty", z "Sonetów krymskich" moniuszko skomponował kantatę, a z "Dziadów cz. II" muzycnze sceny liryczne na głosy solo, chór mieszany i orkiestrę. Powtarza się także nazwisko "lirnika wioskowego", czyli Władysława Syrokomli, po którego utwory kompozytor sięgał kilkakrotnie. Jak można się zorientować, kompozytor miał szerokie rozeznanie w ówczesnej liryce polskiej, ponieważ wyszukiwał utwory rżnych autorów. Oprócz wspominnaych takzę Czeczota (słynna "Prząśniczka"), Kraszewskiego, Zacharasiewicza, Zabłockiego, Bielawskiego czy Fredry. Obok autorów polskich interesowały go także teksty Goethego  czy "Monte Christo" Dumasa. Moniuszko naprawdę dużo czytał i był - jak to się mówi - na bieżąco.
      Na wystawie można zobaczyć też autentyczne plakaty i kostiumy z powojennych realizacji oper Moniuszki, ilustrowany szczegółowy biogram kompozytora, liczne wydawnictwa teatralne, nutowe, książki poświęcone kompozytorowi lub jego poszczególnym dziełom. Jest seria ciekawych pocztówkowych zdjęć z tużpowojennych spektakli operowych, recenzje. Z ciekawostek informacje, które w natłoku wydarzeń jubileuszowych giną, jak np. "Halka" wyreżyserowana przez Grażynę Szapołowską w Operze Wrocławskiej w ubiegłym roku. 
      Dopełnieniem wystawy będzie12 czerwca  konferencja naukowa "Od dźwięku do słów. Rola Moniuszki w literaturze i kulturze polskiej XIX i XX wieku" raz 13 czerwca koncert podwójny: Moniuszko na jazzowo i w rytmie samby oraz najpiękniejsze pieśni i arie. Słowem, Moniuszko we wszelkich możliwych odsłonach. 


niedziela, 2 czerwca 2019

Muzyka na Wniebowstąpienie

     Genialny kompozytor przez 60 lat był organistą w kościele św. Trójcy w Paryżu. A przy okazji stworzył niezwykłe dzieła, ucząc się od najlepszych, - jak mawiał - od ptaków - Olivier Eugene Charles Prosper Messiaen (1908 - 1992) O ile mogę dać upust przypuszczeniom, imię Prosper pojawiło się jako wyraz literackich upodobań rodziców: ojciec Oliviera przełożył wszystkie dramaty Szekspira na język francuski, a matka była poetką. Dziecko okazało się niezwykłe od wczesnych lat. Na fortepianie nauczył się grać sam w wieku pięciu lat, do konserwatorium wstąpił w wieku lat jedenastu. Można powiedzieć, że czego się podjął, okazywał się w tym najlepszy. Jako nastolatek zdobywał nagrody w dziedzinie kompozycji, harmonii i fugi. Nie został lingwistą jak ojciec, ale rozróżniał i umiał zapisywać śpiew tysiąca ptaków. Nie został poetą jak matka, ale komponował niezwykłe poematy. Jednym z nich jest czteroczęściowe "L`Ascension" (Wniebowstąpienie) (1932 - 33), określane przez kompozytora jako "4 medytacje na orkiestrę".  

Część IV - "Modlitwa Chrystusa wstępującego do Ojca"



I ten sam fragment w wykonaniu organowym Oliviera Latry`ego - organisty z Notre Dame



wtorek, 28 maja 2019

To było wcześniej - zapiski z kalendarza

     Nie tak dawno

      Jesienią ubiegłego roku ukazała się pierwsza płyta z serii "Melodie na Psałterz Polski" z kompozycjami Mikołaja Gomółki w wykonaniu Chóru Polskiego Radia i solistów pod kierownictwem artystycznym Agnieszki Budzińskiej-Bennett. Przepiękna rzecz do słuchania. W zasadzie nie ma co pisać, tylko od razu należy posłuchać.




     Bardzo niedawno

      Psalmy Gomółki na festiwalu Actus Humanus w Gdańsku podczas Wielkiego Tygodnia wykonywał także zespół Monodia Polska pod przewodnictwem Adama Struga. A poniżej pieśń wielkopostna "Dobranoc, Jezu kochany", którą śpiewa się także podczas nocnego czuwania w moim kościele parfialnym na wsi. W śpiewnikach tekst składa sie z dziewięciu zwrotek (plus długi refren po każdej z nich), ale podejrzewam, że w "mojej" parafii znają więcej, bo jak zaczną w Wielką Sobotę przed północą, to kończą prawie nad ranem przed Rezurekcją ;-)



     I tak pomiędzy

      "Czarodziejska góra" zoperowana ;-)
Nie udało mi się dotąd wysłuchać i obejrzeć całej opery z muzyką Pawła Mykietyna i librettem Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk. Trochę się tej całościowej konfrontacji obawiam, bo chociaż znam przepiękne kawałki muzyki Mykietyna, jednak mam trudności z odbiorem innych bardziej awangardowych kompozycji. Ale kiedy usłyszałam "Lament Hansa" - absolutnie się w tym zakochałam. "Lament" umieścił na swojej płycie "Polish Love Story" Szymon Komasa, wykonawca partii Hansa w operze Mykietyna. I oczywiście nigdzie nie ma dostępnego nagrania! - jest tylko na płycie. Więc w zamian nagranie rozmowy z Szymonem Komasą w Dwójce:

sobota, 18 maja 2019

Organy Notre Dame

Jak wygląda prawie 8 tysięcy piszczałek od środka?
Czym są piszczałki harmoniczne? Kto je zbudował?
Kogo nazywa się "Molierem organów" i dlaczego?
Ile metrów ma najwyższa piszczałka?
Przy której piszczałce można ogłuchnąć, gdyby stać przy niej w czasie grania na niej?
Na jakiej wysokości znajduje się najwyższe piętro organów? 
I co wspólnego z organami w Notre Dame ma Rolls-Royce?

O tym wszystkim opowiada Olivier Latry - główny organista Notre Dame - oprowadzając po niewidocznych zakamarkach paryskiej katedry.

Organy Notre Dame- film


niedziela, 12 maja 2019

Jedni śpiewali, drudzy grali

      Najpierw słuchałam, potem słuchałam i oglądałam. Słuchanie ma tę przewagę, że wrażenia wzrokowe nie mącą dźwięku. Oczywiście pod warunkiem, że dźwięk dochodzi bez problemów. A z tym też bywa różnie. Co innego się słyszy na żywo, co innego w transmisji, a co innego przez słuchawki, chociaż wykonanie to samo. Gdy się słucha, jak ci wszyscy obcokrajowcy starają się śpiewać po polsku, ile pracy włożyli w opanownaie polskiej artykulacji, nie można wyjść z podziwu. A gdy jeszcze jeden z drugim mówi, że ten polski, którego kompletnie nie rozumie, jest pięknym językiem, to jak ich nie polubić? A niektórzy starali się jeszcze bardziej. Cody Quattlebaum na występ założył szlafrok i udawał, że jest Miecznikiem. Slavka Zamecnikova dała małe przedstawienie w arii Hanny ze "Strasznego dworu". Piotr Buszewski był słodki, a Monika Buczkowska miała eteryczną sukienkę. Gdyby posłuchać całego finału tylko jako koncertu, można dać się co rusz zaskakiwać. Kalejdoskop głosów, arii, czasem jakichś takich mało znanych, wygrzebanych skądś. Donizettiego "Książę Alba"? Co to takiego? Czy gdzieś to w ogóle wystawiają? 
       Kiedy jednak weźmie się pod uwagę, że to konkurs, człowiek zaczyna porównywać, a często porównać się nie da. Jak wybierać między arią z kurantem Stefana ze "Strasznego dworu" a songiem Roksany z "Króla Rogera"? Głosy różne, melodyka inna, konwencje nieporównywalne. Albo taką arię Konstancji z Figarem?! Każdy wykonawca miał swój mistrzowski moment. Tym trudniejszy wybór. Zapewne jurorzy biorą pod uwagę także wszechstronność, ale skoro uczestnicy wybrali na konkurs to, co umieją najlepiej lub/i to, co pokazuje ich możliwości, całość stała na wysokim poziomie. Czy oni są przyszłością opery? Czas pokaże.  A tymczasem wyniki:

1 nagroda - Maria Motołygina z Rosji, sopran - głos potężny, stratosferyczny, świetnie panuje nad odddechem,  prawdziwa diva
2 nagroda - Slavka Zamecnikova ze Słowacji, sopran - energetyczna, teatralna bardzo
3 nagroda - Long Long, tenor, Chiny - bezbłędna polszczyzna, choć języka nie zna wcale, arię Stefana zaśpiewał wzruszająco; no popłakałam się;  bardzo elegancki
4 nagroda - Rusłana Koval z Ukrainy, sopran - aria Królowej Nocy to był majstersztyk! nawet sukienkę miała czarną
5 nagroda - Gihoon Kim, baryton, Korea Południowa - ma w głosie co najmniej dwa głosy, śpiewa jak dwóch albo trzech razem ;-) jego głos przypomina mi kogoś, jeszcze nie wiem, kogo... 
6 nagroda - Piotr Buszewski, polski tenor - przystojny, sam się wzruszył, gdy śpiewał Stefana

       Poza tym mnóstwo nagród dodatkowych, pozaregulaminowych, od sponsorów, orkiestr, mediów. Dwie z nich były nagrodami za najlepszą interpretację arii Moniuszki ufundowaną przez Piotra Beczałę i za najlepsze wykonanie utworu Moniuszki Towarzystwa Miłośników Muzyki Moniuszki - obie zgarnął Long Long  za tę arię z kurantem :-) 



      Ustawiłam tak, żeby włączała sie od razu aria Stefana - najpierw prowadzący zapowiada. Warto posłuchać. Ciarki na plecach i łzy w oczach. Śpiewa jakby znał polski, a pomyśleć, że w ogóle nie rozumie języka. Ale doskonale rozumie, co śpiewa!   

A teraz, proszę Państwa, Number One: ta aria wygrała!



      PS Do wszystkich nagród dodałabym jeszcze jedną - dla prowadzącego :-) On czyta jakby śpiewał. Niesamowity głos. Świetnie to słychać przez słuchawki.