poniedziałek, 16 września 2019

Ależ one śpiewały!

      Same kobiety w obsadzie. Jakby nie było, Vivaldi napisał "Judytę triumfującą" dla wychowanek Ospedale della Pieta w Wenecji, toteż dysponował tylko głosami żeńskimi. Trzeba jednak przyznać, że były to głosy wspaniale wyćwiczone, bo dla kogo innego mógł Rudy Ksiądz tworzyć tak karkołomne czasami arie, jakie znamy z wielu jego oper. "Judyta triumfująca" nie jest operą, lecz oratorium skomponowanym do libretta Giacomo Cassettiego w roku 1716. Zarówno partie wokalne, jak instrumentalne wykonywały wychowanki Ospedale, a w warstwiue instrumentalnej kompozytor pozwolił sobie na niespotykaną różnorodność i pomysłowość. Wprowadził na przykład cztery teorby, dwa flety, dwa klarnety, dwie trąbki, mandolinę i nawet chalumeau. W obsadzie wokalnej zaś główne partie wykonują: 
Judyta - mezzosopran
Holofernes - kontralt
Bagoas (Vagaus) - sługa Holofernesa - sopran
Abra - służąca Judyty - sopran
Ozjasz (Ozajasz) - prorok - kontralt
       W najnowszej realizacji przygotowanej przez Giovanniego Antoniniego podczas Wratislavii Cantans śpiewały: Sonia Prina jako Judyta, Julia Leżniewa jako Bagoas, Mary-Ellen Nesi - Holofernes, Rafaella Milanesi - Abra oraz Francesca Ascioti jako Ozajasz  z towarzyszeniem zespołu Il Giardino Armonico. Uczta dla uszu, o czym mogły świadczyć chociażby co rusz słyszalne gromkie brawa w trakcie występu po spektakularnych ariach. 
      Sonię Prinę od lat podziwiam za całokształt. Niesamowity głos, fantastyczna technika. O Julii Leżniewej pisałam już kilka lat temu. Dość powiedzieć, że to jedyny sopran, jakiego słucham z prawdziwą przyjemnością. Rafaellę Milanesi kojarzę z transmisji, zapewne było to pod dyrygentem Ottavio Dantonem lub Minkowskim, w tej chwili raczej nie pamiętam, bym słyszała ją na żywo. Z powyższej obsady nie znałam Mary-Ellen Nesi i Ascioti. Ta pierwsza urodzona w Kanadzie ma pochodzenie greckie i faktycznie na zdjęciach prezentuje klasyczną grecką urodę. Z kolei Ascioti to stosunkowo młoda śpiewaczka i jeszcze nie mam wyrobionego zdania. Gdzieś tam przewijało mi się jej nazwisko przy Mozarcie. I oto panie spotkały się na jednej scenie z Vivaldim i Judytą, która bezpardonowo rozprawiła się z wrogiem ojczyzny. Starotestamentowa opowieść jest drastyczna; trudno sobie wyobrazić odcięcie głowy dokonane kobiecymi rękoma. No ale temat jak najbardziej prowokujący do różnych muzycznych (i malarskich, ileż to dzieł powstało ukazujących wnętrze namiotu Holofernesa) rozwiązań. Antonio Vivaldi wypróbował różne kombinacje instrumentalno-wokalne, które w piątkowy wieczór transmisyjny zabrzmiały rewelacyjnie. Instrumenty dęte naśladują marsz wojska, wojenne okrzyki, całą wojenną zawieruchę. Tło muzyczne oddaje emocje, desperację i determinację głownej bohaterki. Dlatego jest to takie dynamiczne i wpadające w ucho. A w obsadzie same kobiety zaśpiewały i to jak! Ręce rwały się do oklasków. Z widowni słychać było okrzyki podziwu. Tylko skąd wytrzasnąć nagrania? To znaczy cała "Judyta triumfująca" jest do wysłuchania, lecz w innej obsadzie, niestety! 

      Coś niecoś posłuchać trzeba. Na przykład wojenny chór.



Sonia Prina w arii Judyty "Agitata infida flatu":



A jak śpiewa Julia? No cóż, tylko słuchać (nagrania nie są z "Judyty", bo nie znalazłam):



czwartek, 12 września 2019

Dwóch panów z Lublina

     Lubelski duet Jarząbek-Jurkiewicz powstał w 2014 roku rozpoczynając estradowe życie piosenkami Jaromira Nohavicy śpiewanymi w polskich przekładach, lecz z autorskimi aranżacjami. Adam Jarząbek śpiewa i gra na gitarze, Jarosław Jurkiewicz towarzyszy mu również na gitarze. Obecnie duet wydał już dwie płyty z piosenkami czeskiego barda: "Lublin - Ostrava 0:30" i "Grzebienie" ze wzbogaconym instrumentarium, w którym obok gitar pojawiają się wiolonczela, saksofon, instrumenty perkusyjne, kontrabas. Duet konsekwentnie rozbudowuje repertuar piosenek Nohavicy, wykonując je w rockowo-jazzowych aranżacjach, przefiltrowane przez własne emocje.
      Nie słyszałam dotąd o duecie, więc skusił mnie plakat informujący o koncercie w muzeum. Koncert składał się z piosenek Jaromira Nohavicy,  Jacka Kaczmarskiego i Boba Dylana. Swoją drogą od czasu przyznania Dylanowi Nobla wszyscy wykonujący jego songi mogą z dumą głosić, że śpiewają noblistę. Był więc protest song noblisty z 1969 roku, były ballady późniejsze. Przy utworach Jacka Kaczmarskiego ciarki chodziły po plecach, ponieważ ich nieprzypadkowy wybór stał się gorzką lekcją polskiej historii: "Ballada wrześniowa" o 17 września 1939 roku,  "Jałta", "Prośba".  Z repertuaru Nohavicy panowie wybrali piosenki przejmujące i poetyckie zarazem: "O poezję wołam", "Gdy wcielali nas do armii", "To, co wymówione" i bardzo, bardzo poetyckie "Sarajewo".                 
      Cóż dodać? Panowie opowiadali o niektórych tekstach, budowali tło komentarzem, osobistą refleksją, dowcipnymi dialogami, strojeniem gitar :-) Jurkiewicz w niektórych tekstach włączał się do śpiewu, ale jego mocną stroną są gitarowe solówki, przy których długa grzywka malowniczo zasłaniała mu pół twarzy. Adam Jarząbek udanie modulował głos, nadając mu chropawość i ostrość, ale okazało się, że potrafi śpiewać też lirycznie i ciepło. Jestem pod wrażeniem występu i sposobu przearanżowania oryginalnych piosenek. Z reguły nie lubię przeróbek, ale tym razem zdecydowanie je zaakceptowałam. Ostrość niektórych tekstów, wynikająca zresztą z tematu, została zaprezentowana w sposób przejmujący, ale nie przeszarżowany. To wielka sztuka.
       Z ciekawostek: Adam Jarząbek jest podróżnikiem i przewodnikiem turystycznym, Jarosław Jurkiewicz zaś doktorem filozofii i wykładowcą na UMCS w Lublinie. 

Piosenka Jacka Kaczmarskiego



A tak śpiewają "Sarajewo" Nohavicy (nagranie amatorskie, na żywo z koncertu):



poniedziałek, 2 września 2019

Pan Harfista

      I wcale nie Xavier de Maistre ani Remy van Kesteren. Tamtych panów już słyszałam i widziałam na własne uszy i oczy. Toteż czas najwyższy poszukać kolejnego.
      Sylvain Blassel urodził się we Francji w 1976 roku. W 1998 roku ukończył z wyróżnieniem Conservatoire National Superieur de Musique Lyon, gdzie dzisiaj sam jest nauczycielem gry na harfie. Jest instrumentalistą oraz dyrygentem, natomiast jako muzyk orkiestrowy współpracował między innymi z Filharmonią Luksemburską, Filharmonią Berlińską, Filharmonią Monte Carlo oraz oczywiście Filharmonią i Operą w Lyonie. Jego pasją jest odnawianie starych harf, których ma w kolekcji dwadzieścia za każdym razem dopasowując najwłaściwszą do określonego repertuaru. Z tego względu ściśle współpracuje także z Muzykami z Grenoble ( Les Musiciens de Louvre-Grenoble), którzy grają na historycznych instrumentach. Równolegle z działalnością orkiestrową Sylvain Blassel rozwija karierę solową, czego efektem są płyty. Ostatnia z Wariacjami Goldbergowskimi Bacha uzyskała wysokie oceny krytyków i wzbudziła zachwyty melomanów.  Sylvain Blassel sam też komponuje oraz dokonuje transkrypcji na harfę kompozycji Beethovena, Haydna, Liszta i innych autorów. Zapytany o to, co lub kto go inspiruje, odpowiedział, że litera "B", czyli Bach, Beethoven, Brahms, Berg, Bartok, Boulez... Jest dumny ze swojego francuskiego prawa jazdy, a relaksuje się prasując koszule. Za niezbędne wyposażenie harfisty w podróży uważa klucz do strojenia instrumentu oraz monety do automatu z kawą. Początkującym harfistom i harfistkom poleca zaopatrzyć się przede wszystkim w nożyczki do obcinania paznokci. A tak na serio lubi miasta z wieloma drzewami, zielenią i ptakakmi, a jego amrzeniem jest wystąpić kiedyś z recitalem w całkowitych ciemnościach. Niestety, słuchacze raczej mu na to nie pozwolą. Chcą nie tylko słuchać, ale i patrzeć na perfekcyjne opanowanie insrtrumentu, podziwiając doskonałą technikę.
     No i najważniejsze - Pan Harfista za niecały miesiąc będzie grał w Polsce na La Folle Journee. No więc tak, oczywiście, kupiłam bilety :-))) Chociaż nie będzie to jego występ solowy.



czwartek, 29 sierpnia 2019

Fiasko

    Przekonałam się, że japoński zdecydowanie nie jest dla mnie. Jakiś Japończyk grał koncert na trabkę jakiegoś czeskiego kompozytora. Po chwili okazało się, że Japończyk, owszem, ale dyrygował, a grał ktoś inny, natomiast orkiestra była z Kiusiu. To już coś, jakiś punkt zaczepienia  jest. Trzeba tylko znaleźć nagrania orkiestry, dyrygenta, czeskiego kompozytora i trębacza. Bułka z masłem. Orkiestra się znalazła: Kyushu Symphony Orchestra w Fukuoka. Dyrygent? Ależ oni mieli kilku dyrygentów. Obecny absolutnie nie wchodzi w grę, ponieważ nazwisko, nawet na moje europejskie ucho zupełnie nie takie. Pozostało dwóch podobnie brzmiących. Najpierw myślałam, że Kazuyoshi Akiyama, lecz jakoś nie pasowały  nagrania. Potem na tapetę wszedł Heiichiro Ohyama (konia z rzędem temu, kto wykaże różnicę w wymowie obu nazwisk, dla mnie brzmiały jendakowo, stąd dylemat). Nagrania, owszem, są, ale zupełnie inne niż szukałam. W ogóle lista płyt orkiestry jakoś urywa się - przynajmniej w angielskiej transkrypcji, a na japoński to ja się zdecydownaie nie porywałam - na skromnym wyborze. Z poszukiwanego repertuaru nic, zero, null, pusto. Czyli z tej strony niczego nie udało się ustalić. To może solista? No jest, nawet szybko udało się namierzyć: Charles Schlueter - amerykański wirtuoz trąbki. I jest jego płyta nagrana z japońską orkiestrą, uwaga! uwaga! pod dyrygentem Akiyamą. Czyli jednak  ten pierwszy. Mało tego, są nazwiska kompozytorów. Haydn, wiadomo, kto, tym razem mnie nie interesuje. Tartini  był Włochem, pozostaje dwóch: Neruda i Hummel. Hummla trudno uważać za Czecha, choć urodził się w dzisiejszej Bratysławie, ale uważany jest za kompozytora austriackiego. Niemniej skomponował Koncert E-dur na trąbkę, o który rozbija się rzecz cała. Jakkolwiek by się można było spierać o to, czy Bratysława była swego czasu czeska czy też w momencie urodzin Hummla węgierska, nie da się  jednak uznać, że Hummel jest kompozytorem zapomnianym, a o takim była mowa we wstępie audycji. Tak więc zostaje jedno nazwisko: Johann Baptist Georg Neruda (w oryginale Jan  Křtitel Jiři Neruda), 1708 -1780,  faktycznie czeski i faktycznie mało znany. No i napisał koncert na trabkę w wysokim rejestrze. Uff! Szukamy nagrania: Koncert E-dur na trabkę w wysokim rejstrze. No jest, ale nie w wykonaniu Schluetera, i nie z japońską orkiestrą. Poddaję się. Fiasko. Jakby co, płyta jest dostępna w Amazonie za jedyne 10 dolarów ;-)

Tak więc posiłkujemy się ułamkami. Tak gra sobie Schlueter:



A chodziło o ten koncert Nerudy - tu w innym wykonaniu:

niedziela, 18 sierpnia 2019

Na Jagiellońskim Szlaku

    Tegorocznym hasłem przewodnim Jarmarku Jagiellońskiego w Lublinie było pszczelarstwo. Świadczyły o tym kramy z miodami, wyrobami woskowymi, prezentacja ulików, ramek z żywymi pszczołami, filmy dla dzieci i dokumentalne przyrodnicze oraz muzyka. Oczywiście jak co roku na 159. kramach z kilku krajów (Słowacji, Litwy, Ukrainy, Węgier oraz rzecz jasna Polski) znaleźć można było dobra wszelakie. Od wspomnianych miodów i wosku, przez wycinanki, wyszywanki, plecionki, ceramikę, hafty, wiklinę po wyroby kowalskie i instrumenty muzyczne. Kolory cieszyły oko, dźwięki zapadały w uszy. Grała i śpiewała kapela góralska, obok kapela podwórkowa, jeszcze dalej wywijano krakowiaka, a na Krakowskim Przedmieściu koncertowały dwie bandurzystki z Litwy.



     Zaopatrzona, a jakże, w mapę rozstawionych na kilku ulicach kramów oraz okolicznościowe pocztówki z motywem pszczół, wędrowałam to tu to tam, wracając po kilka razy do tych samych miejsc. Bo, jak zauważył jeden z ludowych rzeźbiarzy, kupi pani czy nie, mogę trochę poopowiadać. Jednakże kupiłam. Kolejne skorupy, czyli filiżanki z węgierskiej ceramiki, koszyczek i podstawkę wyplatane z kukurydzianej słomy, chyba ze Słowacji, bursztynową broszkę z Litwy, igielnik z haftem łowickim i parę innych drobiazgów. Ale najważniejsza jest płyta. O czym poniżej.
     Trys Keturiose to litewski żeński zespół ludowego śpiewu sutartines. Starodawna technika śpiewu polegająca na wzajemnym dostrajaniu się, dopasowywaniu tempa, głosu, rytmu. Dlatego śpiewaczki w trakcie koncertu stoją w kręgu i patrzą na siebie. Wyraźnie widać jak jedna drugiej podaje niejako na oddechu głos, melodię, rytm, słowa. A druga rzecz istotna to tematyka - zespół wystąpił z koncertem rytualnych pieśni pszczół i płyta, z którą panie przyjechały zwiera składa się z takich pieśni. W trakcie koncertu śpiewaczki stały w kręgu wokół jednej z nich, jakby królowej matki, w innej pieśni tańczyły po dwie chwytając się na przemian pod ręce, co również może się kojarzyć i z tańcem pszczół i ich nieustanną współpracą. Piękne głębokie głosy nastrajały medytacyjnie, całość miała charakter przemyślanego rytuału, toteż nie przerywano go oklaskami. Publiczność zachowała się wzorowo i oklaskami nagrodziła zespół dopiero po zakończeniu. Kupienie płyty było naturalną konsekwencją. Słyszałam różne pieśni obrzędowe i rytualne, ale nigdy o pszczołach. A przecież człowiek i pszczoły współpracują od tysiącleci. Piękna rzecz, piękna muzyka, piękne pieśni. Zapamiętam tegoroczny jarmark jako pszczelarski.


     Po litewsku "bitela" znaczy pszczoła - śpiewaczki wykonują pieśni w języku tradycyjnym, tekst i znaczenie słów może się różnić od współczesnego.


niedziela, 11 sierpnia 2019

Objawienie

     Długaśne palce, grzywa na czoło i tak wygrywa się konkurs. 29 czerwca tego roku Alexandre Kantorow zdobył I miejsce i Grand Prix XVI Międzynarodowego Konkursu im. Piotra Czajkowskiego. Konkurs odbywa się co cztery lata w kilku kategoriach: fortepianu, skrzypiec, wiolonczeli, śpiewu, instrumenty dęte oraz instrumenty dęte drewniane. Kategorie fortepianu i skrzypiec są najstarsze i najbardziej prestiżowe, wzbudzają najwięcej emocji.  Poza przyznaniem I miejsca w każdej kategorii przyznawany jest jeden dla wszystkich tytuł Grand Prix. Jak mówił uczestnik tegorocznego jury Piotr Paleczny, dotąd tylko jeden pianista - Danił Trifonow je zdobył i w tym roku jako drugi 22-letni pianista z Francji rosyjskiego pochodzenia Alexandre Kantorow. Podobno był objawieniem, podobno jury było jednomyślne, podobno jest fenomenalny. Wszystkie "podobno" składają się na początek pewnej i niezwykłej kariery. Niespełna półtora miesiąca po zwycięstwie w Konkursie Czajkowskiego - 3 sierpnia Kantorow wystąpił w Polsce na Międzynarodowym Festiwalu Chopinowskim w Dusznikach Zdroju.
   
     Kantorow w finale Konkursu Czajkowskiego



Wcześniejsze nagranie Saint-Saënsa

niedziela, 28 lipca 2019

Śpiewać każdy może?

    "Wlazł kotek na płotek" może i tak, ale Wagnera? Włączam ja sobie radyjko w piątek późnym wieczorem, a tu znajoma muzyka. Coś jakby... Wagner? No tak, Wagner. Przecież to już Festiwal Wagnerowski w Bayreuth się zaczął. Mój słuch, a i pamięć muzyczna  mają wiele braków, ale to akurat rozpoznaję od pierwszych taktów, choć rzecz ma się ku końcowi - III akt. Motyw przewodni w "Lohengrinie" jest tak charakterystyczny, nacechowany smutkiem, żalem, tęsknotą, że zapadł mi w duszę, że pamiętam i rozpoznaję. Motyw łabędzia? Tajemnicy Lohengrina? Przeznaczenia? Tylko CO śpiewa tenor? Akurat trafiłam na arię tenora, więc tytułowego Lohengrina. Nie mogę rozpoznać, co on tam męczy. Końcówka dramatu jest charakterystyczna, najważniejsze jest "In fernem Land" - pożegnalna aria bohatera, który zdradza swoje imię. Czyżby to było TO? Ależ to do niczego niepodobne! Muzyka ta, słowa te, ale śpiew?... Moją  konsternację potwierdziły komentarze prowadzących audycję po zakończeniu transmisji. Źle ustawiony głos, śpiew wysilony, na granicy jakiejś desperackiej histerii. Wagnera nie może  śpiewać każdy.  Słyszalny w transmisji na zakończenie gorący aplauz nic nie znaczy. Może to dla dyrygenta - pod batutą Thielemanna przynajmniej Wagner był Wagnerem - może dla reżysera - nie mam podglądu na scenę, więc nie widzę - może dla pozostałych wykonawców. A może owacja ulgi, że wreszcie się skończyło ;-)
     Pozostaje poczekać aż Lohengrina ponownie - po ubiegłorocznym debiucie - zaśpiewa Piotr Beczała, będzie czego posłuchać. A i Tomasz Konieczny jako Telramund już się sprawdził. Mam nadzieję, że transmisja będzie.
     W oczekiwaniu na pełniejszego Wagnera - w muzyce i śpiewie - piosenka zgoła inna. Ostatnio nocami dla odpoczynku i ukojenia słucham fado. Muzyka na bezsenność.


środa, 24 lipca 2019

Letnie granie

      BBC Proms rozpoczęte. To się zaczęło szaleństwo muzyki. Na początek szalał ten skrzypek:




Joshua Bell i jego słynne ( i drogie!) skrzypce:



Dlaczego na koncertach najczęściej najciekawsze są bisy? Zagadka dla psychologów? Badaczy kultury? Tak było i 19 lipca, gdy na bis Joshua Bell wraz z dwiema osobami z orkiestry zgarał Cavatinę Dvořáka. Tu można posłuchać i obejrzeć.

wtorek, 16 lipca 2019

Jasnogórskich nieznajomości ciąg dalszy

       Tym razem naprawdę będzie o Nieznajomym. Nie wiem nic! Tyle tylko, że nazywał się Jan Tomasz... Żebrowski, a jakże! Boć przecie był synem wspomnianego poprzednio Marcina Józefa, Noster in Claro Monte Concertus Maestro - jak go nazywano. W każdym razie, skoro ojciec działał zawodowo w kapeli jasnogórskiej, syn naturalną koleją rzeczy pierwsze muzyczne arkana zgłębiał zapewne pod okiem ojca, śpiewając w kapeli jako dyszkantysta, czyli po prostu wysokim głosem chłopięcym w tym samym czasie, w latach 1748 - 1752. Co było dalej, nie wiadomo. Ba, nie wiadomo nawet w sumie, kiedy Jan Tomasz Żebro - bo tak się podpisywał  - się urodził. Jedyna jego kompozycja znana jest z rękopiśmiennego autografu z 1793 roku - jest to oratorium  Christiani poenitentes ad Sepulchrum Domini ( Chrześcijanie pokutnicy u Grobu Pańskiego). Medytacyjna kompozycja pasyjna złożona z różnych fragmentów ze Starego i Nowego Testamentu, rozpisana na głosy solowe i chór. I tu kończy się cała wiedza na temat Nieznajomego. Nie ma nawet na JouTube nagrań. Dysponuję płytą z serii Jasnogórska Muzyka Dawna. Musica Claromontana. To mój nabytek z ostatniego pobytu na Jasnej Górze. 
       W obsadzie głosów i instrumentarium wyłapałam dwie ciekawostki. Po pierwsze, w partii solowej występuje kontratenor altowy Piotr Olech, którego słyszałam kiedys na żywo, a wśród instrumentalistów uwaga!uwaga! Vaclav Luks (sic!), założyciel i dyrygent znakomitego czeskiego zespołu barokowego Collegium 1704. Aż sprawdzałam w jego biografii, z jakiej okazji mógł znaleźć się w obsadzie wykonawczej oratorium Żebrowskiego. Otóż wśród licznych muzycznych umiejętności Vaclav Luks jest znakomitym waltornistą z umiejętnością gry na naturalnym rogu (cor solo). A właśnie naturalne rogi, aż dwa, umieścił Jan Tomasz Żebrowski w instrumentacji swojego oratorium. Vaclav Luks jest jednym z bardziej znanych wirtuozów rogu, grał bowiem na nim w Akademie für Alte Musik Berlin. I tak to sobie wyjaśniłam zagadkę, co robi czeski dyrygent i specjalista od baroku w nagraniu polskiego XVIII-wiecznego oratorium.
     Niestety, nagrań Jana Tomasza Żebrowskiego nie ma, więc w zastępstwie:

Piotr Olech śpiewa Wacława z Szamotuł



PS Ciekawostki ze  świata. Podczas święta narodwego Francji, 14 lipca na Polu Marsowym wystąpiło dwoje Polaków: Aleksandra Kurzak i Jakub Józef Orliński. Aleksandra Kurzak wraz z mężem Robertem Alagną śpiewała między innymi arię "Usta milczą, dusza śpiewa"z operetki "Wesoła wdówka" Lehara. Śpiewali po polsku, choć polszczyznę Roberta Alagny, prywatnie męża Aleksandry Kurzak, trudno było mi zrozumieć. Kiedyś w wywiadzie tenor przyznał, że uczy się naszego języka, to znaczy języka swojej żony. Swoją córeczkę również uczą od początku języka polskiego, jako ojczystego i Roberto Alagna uczy się właściwie razem z nią ;-) Z kolei Orliński śpiewał arię Vivaldiego Vedro con mio diletto. 

wtorek, 9 lipca 2019

Jasnogórska szkoła muzyczna - Marcin Józef Żebrowski

     Skoro mogła działać Szkoła Notre Dame, równie dobrze pod koniec XVI wieku mogła powstać Kapela Ojców Paulinów na Jasnej Górze działająca z górą ponad 350 lat.  Co prawda, szkoła paryska powstała wcześniej, ale obie przecież,  z dzisiejszej perspektywy, reprezentują muzykę dawną, często na nowo odkrywaną po stuleciach zapomnienia. Jasnogórskim kompozytorem odkrywanym ponownie i to tak dokładnie dopiero w XXI wieku jest Marcin Józef Żebrowski. Już z samym imieniem i nazwiskiem są kłopty, ponieważ podpisywał się różnie (Martino Giuseppe, Joseph, Carolo, a nawet Melchioro a nazwisko zapisywał też Ziebrowski, Żebro, Zebro), a za tym idzie zagadka lat życia. Działał w XVIII wieku, wiadomo, że w latach 1748 - 1765 był członkiem jasnogórskiej kapeli. Potem zionie czarna dziura, a koło 1780 roku być może znowu wrócił na Jasną Górę. Istniały przypuszczenia, że żył w latach 1702 - 1770, lecz daty te później wielokrotnie podważano ze względu na to, że pojawiły się na skutek utożsamienia kompozytora Żebrowskiego z zakonnikiem paulinem o tym samym nazwisku. Tymczasem Marcin Józef Żebrowski był świeckim członkiem kapeli, kompozytorem i śpiewakiem (bas). Mało tego, był także cenionym skrzypkiem -  Remigiusz Pośpiech kompozytora Żebrowskiego utożsamia z wybitnym skrzypkiem Żebro,  który wystąpił 8 maja 1768 roku w koncercie urodzinowym króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. A skoro tak, mamy dokładną datę jego śmierci -  8 czerwca 1792 roku - ponieważ datę tę podaje w jednym z listów żona muzyka Maria Elisabeth Żebro. Niestety, 1710 rok tylko hipotetycznie przyjmuje się jako datę urodzin.
      Jeszcze większym zaskoczeniem - obok muzyki, której posłuchamy - jest fakt, że kompozycje Żebrowskiego znajdują się w zbiorach zagranicznych, były drukowane w Europie, a więc nie był tylko naszym lokalnym artystą. Znano go i publikowano, zapewne też grano. Zbiór sześciu sonat wydrukowanych w wydawnictwie Johanna Juliusa Hummla w Amsterdamie z 1757 roku znajduje się w bibliotece w King`s College w Cambridge. Przy czym wydawnictwo Hummla specjalizowało się w publikowaniu  dzieł instrumentalnych najwybitniejszych kompozytorów drugiej połowy XVIII wieku, co świadczy - jak zauważa Piotr Wilk - o pozycji Żebrowskiego i wysokiej ocenie jego twórczości przez współczesnych. Prawdopodobnie w 1758 r. ukazała się w nim także Sinfonia Es, której rękopiśmienne odpisy można odnaleźć w bibliotekach w Lund, Sztokholmie i Berlinie. Z kolei rękopis innego dzieła, tzw. concerto grosso z 1748 roku odkryto niedawno w Londynie w British Library. Najwięcej kompozycji, około trzydziestu, znajduje się jednak w zbiorach na Jasnej Górze, gdzie Żebrowski tworzył przez większą część życia. Stopniowo są one - obok innych dzieł jasnogórskich kompozytorów - stopniowo nagrywane i wydawane w ramach serii Jasnogórska Muzyka Dawna. Musica Claromontana w wykonaniu powołanego w 2000 roku Zespołu Muzyki Dawnej Kapela Jasnogórska pod kierownictwem Jana Tomasza Adamusa. Seria liczy już ponad 60 płyt, a Marcin Józef Żebrowski znajduje się na kilku samodzielnie i w połączeniu z innymi kompozytorami. 
     Badacze zwracają uwagę na wykorzystanie przez Żebrowskiego sekcji instrumentów dętych. Szczególnie jest to widoczne w niezwykłych kompozycjach zwanych pro processione, co do których nie wiadomo, na jaką okazję były tworzone. Najprawdopodobniej są to krótkie utwory towarzyszące uroczystemu wejściu do bazyliki, a ich bliźniacze odpowiedniki (utwory występują parami jako 1 i 2) na wyjście po zakończonej mszy. Beata Stróżyńska zauważa, że podobne utwory instrumentalne komponował tylko austriacko-niemieckiego pochodzenia Joseph Riepel (1708 - 1782), są więc jakimś ewenementem na tle epoki. Żebrowski innowacyjnie obsadzał w tych krótkich utworach właśnie sekcję dętą, najczęściej były to dwa oboje, dwie trąbki clarina, dwa rogi oraz dwoje skrzypiec i basso continuo. W sposobie instrumentowania trąbki typu clarino można mówić o wirtuozowskim jej wykorzystaniu wyprzedzającym technikę tamtego czasu. Niestety, to, o czym w tej chwili piszę, pozostanie tylko w formie teoretycznej, bo nie znalazłam nagrań pro processione na YouTube. Chociaż w Sinfonii trąbkę słychać.


wtorek, 2 lipca 2019

Dźwięki ekstremalne

      Zamieszczam to nagranie, ponieważ muzyka jest iście filmowa. Można by do niej napisać scenariusz i nakręcić film. I to bardzo sensacyjny film, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji, niespodzianek, zaskakujących scen. Albo podłożyć pod nią gotowe nagrania na zasadzie kontrastu -  im bardziej zwyczajne, codzienne, tym lepiej - byłoby zabawniej. Nawet widzę niektóre sceny, jakie by to mogły być.
      Tak naprawdę jednak zamieszczam to nagranie, ponieważ wczoraj zmarł jego autor.
Bogusław Schaeffer miał 90 lat. Najpierw poznałam go jako autora dwutomowej książki "Kompozytorzy XX wieku", bo przecież pierwsza moja miłość to książki - nie mogło więc być inaczej. Później poznałam Schaeffera jako dramaturga, oglądając "Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego" w wykonaniu Jana Peszka. Dopiero na końcu poznałam Schaeffera jako kompozytora. I ta ostatnia dziedzina pozostaje do poznawania na długie lata i dla pokoleń - ponad 500 kompozycji. W biografii Schaeffera najbardziej zaskakuje mnie to, że pracę dyplomową z muzykologii napisał o Lutosławskim. Chociaż... czy to znowu takie zaskakujące?

wtorek, 25 czerwca 2019

Chóry i nie tylko

    Tegoroczne Konfrontacje Chóralne "Tobie śpiewamy Ojczyzno" zabrzmiały nieoczekiwanie. Poza głównym organizatorem, Chórem Męskim Ziemi Biłgorajskiej "Echo", wystąpiły: Chór "Fletnia Pana" z Włodawy i Chór Męski "Hasło" z Bazyliki Mariackiej w Krakowie. Na koniec zaś pojawiła się niespodzianka, a właściwie czterech niespodzianków: Kwartet Męski "Wyszywanka" z Tarnopola na Ukrainie, którego wcześniej w programie nie było.
     Chór "Echo" jako gospodarz i organizator wydarzenia zadbał o uczczenie Roku Stanisława Moniuszki i zaśpiewał dwa jego utwory: "Modlitwę" z opery "Flis"  i jedną z pieśni.  Chór "Echo" powstał w 1961 roku, a od 1987 roku jest organizatorem corocznych Konfrontacji Chóralnych, na które zaprasza zespoły z kraju i ościennej zagranicy. Nieco młodszy wśród prezentujących się był Chór "Fletnia Pana" z Włodawy założony w 1978 roku. W przeciwieństwie do Chóru "Echo", który w założeniu jest regionalny (co wynika z nazwy), "Fletnia Pana" jest chórem parafialnym i w jego repertuarze dominują pieśni religijne, w tym kompozycje takich kompozytorów, jak Sarzyński, Gomółka czy nawet Messa di Gloria Pucciniego. Z kolei trzeci występujący zespół, Chór Męski "Hasło" im. dra Henryka Jordana z Bazyliki Mariackiej w Krakowie obchodzi w tym roku 130. rocznicę powstania. Założony przez swego patrona Henryka Jordana w 1889 roku stopniowo wzbogacał swój repertuar, w którym pojawiają się nazwiska kompozytorów: Palestrina, Brahms, Wacław z Szamotuł, Gomółka, Gounod, Nowowiejski, Lutosławski. Na Konfrontacjach usłyszeliśmy rzeczy całkiem nieznane, między innymi pieśni w języku włoskim i po łacinie.


 
        Prawdziwą furorę jednak zrobił ukraiński kwartet "Wyszywanka" (Вишиванka) - czterech panów z klasycznym wykształceniem muzycznym: Anatolij Oronowskij  - pierwszy tenor, Andrij Hołodryha - drugi tenor, Petro Iwanonkiw - baryton i Jurij Kochanskij - bas. Panowie wystąpili w tradycyjnych ukraińskich haftowanych koszulach, ale bo też impreza była plenerowa. Natomiast na nagranich widzimy  ich w galowym stroju scenicznym,  ponieważ to inne okoliczności były. Tymczasem sama nazwa "wyszywanka" jest określeniem tejże ukraińskiej haftowanej koszuli, a hafty  są różne w zależności od regionu, toteż panowie mieli też różne. I tutaj się zżymam na lokalne media internetowe, które nie raczyły sfotografować śpiewaków, a liczyłam, że pożyczę od nich profesjonalne zdjęcia, więc sama ich nie robiłam, nie mam zresztą odpowiedniego sprzętu.
     Panowie zaśpiewali, a jakże  pieśni różne. Wcześniej śpiewali w kościele, więc było i religijnie i cerkiewnie trochę. Ale później dali popis ukraińskiej duszy: była dumka o nieszczęśliwej miłości i były oczywiście po polsku zaśpiewane "Hej, sokoły".  Zresztą, nie śpiewali sami, cała publiczność się włączyła. Panowie mają bardzo ładną polską wymowę. Mówią też swobodnie po polsku ze sceny, gdy trzeba. Nie wiem, czy wszyscy, ale drugi tenor na pewno (ten najwyższy). Jak widać i słychać na nagraniach, mają w repertuarze wiele polskich pieśni i często w Polsce występują. No to sobie posłuchajmy:



      Panowie przyjechali z Tarnopola - odezwały się wspomnienia. W Tarnopolu nocowałam podczas pewnej wakacyjnej podróży. A na studiach przeżywałam koszmary z "Zarysem logiki" Kazimierza Ajdukiewicza - profesora filozofii z Tarnopola pochodzącego.  W Tarnoplu urodzili się także Mieczysław Stryjewski czy Kornel Filipowicz, ale Ajdukiewicz otwiera listę wybitnych tranopolan, toteż niewątpliwie należy mu się poczesne miejsce w moich wspomnieniach studenckich zmagań z logiką ;-) 

czwartek, 13 czerwca 2019

Oczyszczająca moc śmiechu

     Cóż robić, gdy otaczający nas świat nie napawa optymizmem?  Włączymy telewizję - ponuro i głupio; zajrzymy do Internetu - katastroficznie; otworzymy gazetę - nic ciekawego lub błahostki ze ścianek. A na ulicy pośpiech, nerwówka, irytacja. I upał! Najgorszy ten upał. Gdzieś schować się trzeba. Gdzieś odnaleźć utraconą pogodę ducha. Gdzieś wskrzesić wiarę w dobro i poezję. Gdy w publicznej narracji przeważają pretensje, gniew, rywalizacja i pogarda, gdzie znaleźć oczyszczającą moc bezinteresownej radości życia? Mimo wszystko należy docenić współczesną technikę, bo dzięki niej możemy wyruszyć w podróż do Teatru Licedei i Slava`s Snowshow. 
     Teatr Licedei powstał w 1968 roku w ówczesnym Leningradzie.  Założył go Sława Połunin (właściwie Wiaczesław Iwanowicz Połunin) -  klaun. Teatr skupiał klaunów i mimów, a przedstawienia przygotowywał jako spektakle bez słow. No może z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę. Połunin podobno zainspirował się Chaplinem, ale do szkoły aktorskiej go nie przyjęto z powodu nieprawidłowej wymowy. Został więc klaunem i mimem. Założył teatr, a po upadku Związku Radzieckiego rozpoczął karierę solową, tworząc między innymi znany w całym świecie i wielokrotnie nagradzany spektakl Slava`s Snowshow. 
      Zaletą teatru mimów jest fakt, że posługuje się uniwersalnym językiem gestów i emocji. Nie potrzeba tłumaczy. Spektakle Teatru Licidei przemawiają wyrazistym makijażem mimów, groteskowymi strojami, karykaturalną grą aktorską i niepowtarzalną poetycką atmosferą. Licedei przez lata wystawiało bardzo różne spektakle, typowo komediowe, kabaretowe, satyryczne, ale wyróżnia je szczególny rys karykatury ośmieszający różne typowe ludzkie zachowania, śmieszności wyłuskane z codziennego życia. Z kolei występy i spektakularne pomysły Slawy Polunina, obok wpisanej sine qua non śmieszności, emanują poetycką aurą. Wspomniany Snowshow bazuje na wspomnieniach i dziecięcej wyobraźni. Klauni robią to, co chcielibyśmy sami zrobić, gdybyśmy się nie obawiali, że narazimy na szwank powagę swojej dorosłości. Dlatego mimowie wciągają do zabawy widzów, obsypują ich śnieznym confetti, wysyłają nad głowami widzów ogromne balonowe kule śnieżne, zasnuwają białą pajęczyną, wyczarowując baśniowy świat nie tylko na scenie, ale i i na widowni.
     Rozpoznawalnym znakiem mimów Teatru Licedei są wyraziste stroje. Postacie w zielonych płaszczach, z wielkimi uszastymi czapami, ogromne buty i niesamowity absurdalny makijaż tworzy postacie z pogranicza baśni, snu i koszmaru, ze świata dziecięcej wyobraźni. Nieoficjalny hymn Licedei "Blue Canary" zdecydowanie poprawia humor.




Druga wersja:



A teraz popis Slavy Polunina - skecz "Ptaszki":




Oraz co może się dziać podczas przedstawienia:





Radosny dodatek:

piątek, 7 czerwca 2019

I co się okazuje?

    Nie byłoby muzyki Moniuszki bez polskiej poezji romantycznej. Dowodzi tego w sposób obrazowy projekt Witolda Mysyrowicza, który w formie kolorowych obrazów w stylu plakatów zilustrował 48 kompozycji Stanisława Moniuszki. Poza najsłynniejszymi operami, są wśród nich mniej znane pieśni, suity baletowych, poematy muzyczne, kantaty. 

       TUTAJ można obejrzeć plakaty wirtualnie, a naocznie obecnie są prezentowane na wystawie 
Stanisław Moniuszko (1819 - 1872) - natchniony duchem polskich pieśni ludowych otwartej w Wojewódzkiej Bibliotece im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie. Królują utwory Adama Mickiewicza, np. "Pani Twardowska", "Trzech Budrysów", "Świetezianka", "Czaty", z "Sonetów krymskich" moniuszko skomponował kantatę, a z "Dziadów cz. II" muzycnze sceny liryczne na głosy solo, chór mieszany i orkiestrę. Powtarza się także nazwisko "lirnika wioskowego", czyli Władysława Syrokomli, po którego utwory kompozytor sięgał kilkakrotnie. Jak można się zorientować, kompozytor miał szerokie rozeznanie w ówczesnej liryce polskiej, ponieważ wyszukiwał utwory rżnych autorów. Oprócz wspominnaych takzę Czeczota (słynna "Prząśniczka"), Kraszewskiego, Zacharasiewicza, Zabłockiego, Bielawskiego czy Fredry. Obok autorów polskich interesowały go także teksty Goethego  czy "Monte Christo" Dumasa. Moniuszko naprawdę dużo czytał i był - jak to się mówi - na bieżąco.
      Na wystawie można zobaczyć też autentyczne plakaty i kostiumy z powojennych realizacji oper Moniuszki, ilustrowany szczegółowy biogram kompozytora, liczne wydawnictwa teatralne, nutowe, książki poświęcone kompozytorowi lub jego poszczególnym dziełom. Jest seria ciekawych pocztówkowych zdjęć z tużpowojennych spektakli operowych, recenzje. Z ciekawostek informacje, które w natłoku wydarzeń jubileuszowych giną, jak np. "Halka" wyreżyserowana przez Grażynę Szapołowską w Operze Wrocławskiej w ubiegłym roku. 
      Dopełnieniem wystawy będzie12 czerwca  konferencja naukowa "Od dźwięku do słów. Rola Moniuszki w literaturze i kulturze polskiej XIX i XX wieku" raz 13 czerwca koncert podwójny: Moniuszko na jazzowo i w rytmie samby oraz najpiękniejsze pieśni i arie. Słowem, Moniuszko we wszelkich możliwych odsłonach. 


niedziela, 2 czerwca 2019

Muzyka na Wniebowstąpienie

     Genialny kompozytor przez 60 lat był organistą w kościele św. Trójcy w Paryżu. A przy okazji stworzył niezwykłe dzieła, ucząc się od najlepszych, - jak mawiał - od ptaków - Olivier Eugene Charles Prosper Messiaen (1908 - 1992) O ile mogę dać upust przypuszczeniom, imię Prosper pojawiło się jako wyraz literackich upodobań rodziców: ojciec Oliviera przełożył wszystkie dramaty Szekspira na język francuski, a matka była poetką. Dziecko okazało się niezwykłe od wczesnych lat. Na fortepianie nauczył się grać sam w wieku pięciu lat, do konserwatorium wstąpił w wieku lat jedenastu. Można powiedzieć, że czego się podjął, okazywał się w tym najlepszy. Jako nastolatek zdobywał nagrody w dziedzinie kompozycji, harmonii i fugi. Nie został lingwistą jak ojciec, ale rozróżniał i umiał zapisywać śpiew tysiąca ptaków. Nie został poetą jak matka, ale komponował niezwykłe poematy. Jednym z nich jest czteroczęściowe "L`Ascension" (Wniebowstąpienie) (1932 - 33), określane przez kompozytora jako "4 medytacje na orkiestrę".  

Część IV - "Modlitwa Chrystusa wstępującego do Ojca"



I ten sam fragment w wykonaniu organowym Oliviera Latry`ego - organisty z Notre Dame



wtorek, 28 maja 2019

To było wcześniej - zapiski z kalendarza

     Nie tak dawno

      Jesienią ubiegłego roku ukazała się pierwsza płyta z serii "Melodie na Psałterz Polski" z kompozycjami Mikołaja Gomółki w wykonaniu Chóru Polskiego Radia i solistów pod kierownictwem artystycznym Agnieszki Budzińskiej-Bennett. Przepiękna rzecz do słuchania. W zasadzie nie ma co pisać, tylko od razu należy posłuchać.




     Bardzo niedawno

      Psalmy Gomółki na festiwalu Actus Humanus w Gdańsku podczas Wielkiego Tygodnia wykonywał także zespół Monodia Polska pod przewodnictwem Adama Struga. A poniżej pieśń wielkopostna "Dobranoc, Jezu kochany", którą śpiewa się także podczas nocnego czuwania w moim kościele parfialnym na wsi. W śpiewnikach tekst składa sie z dziewięciu zwrotek (plus długi refren po każdej z nich), ale podejrzewam, że w "mojej" parafii znają więcej, bo jak zaczną w Wielką Sobotę przed północą, to kończą prawie nad ranem przed Rezurekcją ;-)



     I tak pomiędzy

      "Czarodziejska góra" zoperowana ;-)
Nie udało mi się dotąd wysłuchać i obejrzeć całej opery z muzyką Pawła Mykietyna i librettem Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk. Trochę się tej całościowej konfrontacji obawiam, bo chociaż znam przepiękne kawałki muzyki Mykietyna, jednak mam trudności z odbiorem innych bardziej awangardowych kompozycji. Ale kiedy usłyszałam "Lament Hansa" - absolutnie się w tym zakochałam. "Lament" umieścił na swojej płycie "Polish Love Story" Szymon Komasa, wykonawca partii Hansa w operze Mykietyna. I oczywiście nigdzie nie ma dostępnego nagrania! - jest tylko na płycie. Więc w zamian nagranie rozmowy z Szymonem Komasą w Dwójce:

sobota, 18 maja 2019

Organy Notre Dame

Jak wygląda prawie 8 tysięcy piszczałek od środka?
Czym są piszczałki harmoniczne? Kto je zbudował?
Kogo nazywa się "Molierem organów" i dlaczego?
Ile metrów ma najwyższa piszczałka?
Przy której piszczałce można ogłuchnąć, gdyby stać przy niej w czasie grania na niej?
Na jakiej wysokości znajduje się najwyższe piętro organów? 
I co wspólnego z organami w Notre Dame ma Rolls-Royce?

O tym wszystkim opowiada Olivier Latry - główny organista Notre Dame - oprowadzając po niewidocznych zakamarkach paryskiej katedry.

Organy Notre Dame- film


niedziela, 12 maja 2019

Jedni śpiewali, drudzy grali

      Najpierw słuchałam, potem słuchałam i oglądałam. Słuchanie ma tę przewagę, że wrażenia wzrokowe nie mącą dźwięku. Oczywiście pod warunkiem, że dźwięk dochodzi bez problemów. A z tym też bywa różnie. Co innego się słyszy na żywo, co innego w transmisji, a co innego przez słuchawki, chociaż wykonanie to samo. Gdy się słucha, jak ci wszyscy obcokrajowcy starają się śpiewać po polsku, ile pracy włożyli w opanownaie polskiej artykulacji, nie można wyjść z podziwu. A gdy jeszcze jeden z drugim mówi, że ten polski, którego kompletnie nie rozumie, jest pięknym językiem, to jak ich nie polubić? A niektórzy starali się jeszcze bardziej. Cody Quattlebaum na występ założył szlafrok i udawał, że jest Miecznikiem. Slavka Zamecnikova dała małe przedstawienie w arii Hanny ze "Strasznego dworu". Piotr Buszewski był słodki, a Monika Buczkowska miała eteryczną sukienkę. Gdyby posłuchać całego finału tylko jako koncertu, można dać się co rusz zaskakiwać. Kalejdoskop głosów, arii, czasem jakichś takich mało znanych, wygrzebanych skądś. Donizettiego "Książę Alba"? Co to takiego? Czy gdzieś to w ogóle wystawiają? 
       Kiedy jednak weźmie się pod uwagę, że to konkurs, człowiek zaczyna porównywać, a często porównać się nie da. Jak wybierać między arią z kurantem Stefana ze "Strasznego dworu" a songiem Roksany z "Króla Rogera"? Głosy różne, melodyka inna, konwencje nieporównywalne. Albo taką arię Konstancji z Figarem?! Każdy wykonawca miał swój mistrzowski moment. Tym trudniejszy wybór. Zapewne jurorzy biorą pod uwagę także wszechstronność, ale skoro uczestnicy wybrali na konkurs to, co umieją najlepiej lub/i to, co pokazuje ich możliwości, całość stała na wysokim poziomie. Czy oni są przyszłością opery? Czas pokaże.  A tymczasem wyniki:

1 nagroda - Maria Motołygina z Rosji, sopran - głos potężny, stratosferyczny, świetnie panuje nad odddechem,  prawdziwa diva
2 nagroda - Slavka Zamecnikova ze Słowacji, sopran - energetyczna, teatralna bardzo
3 nagroda - Long Long, tenor, Chiny - bezbłędna polszczyzna, choć języka nie zna wcale, arię Stefana zaśpiewał wzruszająco; no popłakałam się;  bardzo elegancki
4 nagroda - Rusłana Koval z Ukrainy, sopran - aria Królowej Nocy to był majstersztyk! nawet sukienkę miała czarną
5 nagroda - Gihoon Kim, baryton, Korea Południowa - ma w głosie co najmniej dwa głosy, śpiewa jak dwóch albo trzech razem ;-) jego głos przypomina mi kogoś, jeszcze nie wiem, kogo... 
6 nagroda - Piotr Buszewski, polski tenor - przystojny, sam się wzruszył, gdy śpiewał Stefana

       Poza tym mnóstwo nagród dodatkowych, pozaregulaminowych, od sponsorów, orkiestr, mediów. Dwie z nich były nagrodami za najlepszą interpretację arii Moniuszki ufundowaną przez Piotra Beczałę i za najlepsze wykonanie utworu Moniuszki Towarzystwa Miłośników Muzyki Moniuszki - obie zgarnął Long Long  za tę arię z kurantem :-) 



      Ustawiłam tak, żeby włączała sie od razu aria Stefana - najpierw prowadzący zapowiada. Warto posłuchać. Ciarki na plecach i łzy w oczach. Śpiewa jakby znał polski, a pomyśleć, że w ogóle nie rozumie języka. Ale doskonale rozumie, co śpiewa!   

A teraz, proszę Państwa, Number One: ta aria wygrała!



      PS Do wszystkich nagród dodałabym jeszcze jedną - dla prowadzącego :-) On czyta jakby śpiewał. Niesamowity głos. Świetnie to słychać przez słuchawki.

czwartek, 9 maja 2019

Sto pięknych głosów

     Może nie całkiem sto, ale na liście uczestników zakwalifikowanych do X Międzynarodowego Konkursu Wokalnego  im. Stanisława Moniuszki naliczyłam sto pięć nazwisk. Chyba nie wszyscy dojechali, bo ostatecznie śpiewało około osiemdziesięciu uczestników. W pierwszym etapie po dwa utwory, w tym jednym była pieśń  polskiego kompozytora XIX lub XX wieku. Był oczywiście Moniuszko i jego "Śpiewnik domowy", ale także i inni: Paderewski, Weinberg, Karłowicz, Chopin... Kontratenor z Wenezueli wybrał na przykład "Prząśniczkę" Moniuszki,  ponieważ mu się podobała muzyka, a na miejscu w Warszawie przekonał się, że jest to tak popularny utwór, że wszyscy go znają. Niektórzy śpiewali pięknie po polsku, oczywiście nie znając wcale języka. Piotr Kamiński nawet zauważył w pewnym momencie, że dykcja zagranicznych wykonawców bywała lepsza niż Polaków. Generalnie jednak komentatorzy radiowi: Dorota Kozińska i Piotr Kamiński nie czepiali się nadmiernie i o każdym wykonawcy potrafili powiedzieć wiele pozytywnych uwag. Słowem przegląd wspaniałych, unikatowych głosów.  Przed każdym ogromne możliwości śpiewaczej kariery. Wielu już dziś występuje na operowych scenach, a wszystkimi można zapewnić obsadę niejednej opery. Słuchając jednego, drugiego, kolejną śpiewaczkę sopranową, tenora, barytona miało się wrażenie, że każda kolejna osoba to nowe objawienie. Ja bym na pewno nie potrafiła wybrać czterdziestu do II etapu. Pewnie dlatego nie zasiadam w jury, bez skrępowania zanurzając się w bezkrytycznym podziwie ;-) A co mi szkodzi, skoro tak pięknie śpiewają. Mogę się zasłuchać, mogę się wzruszać (bo jak się nie wzruszać, gdy rosyjska śpiewaczka wybiera Chopina "Leci liście z drzewa" specjalnie ze względu na polską historię), mogę wstrzymywać oddech, mogę w myślach dopasowywać operowe partie do poszczególnych głosów, mogę podziwiać pracę nad opanowaniem trudnej polszczyzny. Obawiam się tylko, czy uda mi się te sto nazwisk zapamiętać!
       Tak było w etapie pierwszym. W dwa dni! No, trzeba przyznać, że jury miało ogrom pracy. W etapie drugim już tylko (?) czterdziestu pogłębiło swoją autoprezentację. Tym razem przesłuchania transmitowano od razu na żywo. Co prawda w godzinach, kiedy byłam w pracy, ale na YouTube od razu można odsłuchać. Kolejne dwa dni maratonu. Dla jurorów. Mnie przy tym nie było, więc się nie stresowałam ;-) Na przykład o katastrofie śpiewaczki podczas pierwszego etapu dowiedziałam się dopiero późnym wieczorem drugiego dnia przesłuchań. Banalne, okazało się, że zapomniała tekstu.  Dwa razy zaczynała ten sam utwór i dwa razy utknęła w tym samym momencie.  I za trzecim razem dośpiewała do końca całkiem nieźle. Gdybym tam była, chyba bym nie mogła z nerwów usiedzieć. A ona skończyła swój występ mimo wszystko.
     W etapie drugim każdy prezentował zestaw  trzech utworów, dwie arie operowe i pieśń, najczęściej z jakiegoś cyklu, w sumie występ trwał kilkanaście minut. Uczestnicy więc owszem, śpiewali, ale i grali daną postać. Jedni mocniej, inni powściągliwiej.  Nie jestem pewna czy taka konwencja mi odpowiada, bo jakoś tak nie ma całego tła, innych postaci, scenografii.  Są arie, które można traktować jak niemal odrębne całościowe utwory, ale są takie, które bez  całego kontekstu muzyczno-scenicznego tracą na wyrazistości. Mnie się sens czasem gubił. No ale jakoś tych śpiewaków trzeba ocenić, poddać próbom wszechstronnych umiejętności.  Mimo zredukowania liczby uczestników do czterdziestu nadal nie byłabym w stanie sklasyfikować ich umiejętności. Prawie przy każdej kolejnej osobie dochodziłam do wniosku, że słucham przyszłego laureata czy laureatkę. No, może przy barytonie Benjaminie Russellu pomyślałam nieco inaczej: "On wygra!" Ale później pojawił się tenor i wrażenie takie samo. Słowem, gdyby ode mnie zależało, pewnie przyznałabym dziesięć pierwszych miejsc. Tymczasem do finału zakwalifikowano tylko czternastu śpiewaków. Może aż czternastu, bo regulaminowo przewidywano tylko dwunastu finalistów.
       Uuuu, mój "laureat" przepadł :-(  A już szykowałam szampana. No cóż, w sobotę wieczorem będziemy słuchać finalistów, w tym czworga Polaków. Koncert w pełnej oprawie, z orkiestrą, jednym ciągiem wszyscy, a później ogłoszenie wyników. Przyznano już pierwsze nagrody: za interpretację polskiej pieśni, za wykonanie pieśni Weinberga, dla najlepszego pianisty towarzyszącego śpiewakom i dla najlepszego uczestnika II etapu, który nie został zakwalifikowany do finału. Trzy pierwsze z wymienionych zdobyli Polacy, ostatnią zaś baryton z Ukrainy Yuriy Hadzetskyy (język na tej pisowni można połamać!). Nagrodzeni Polacy: Jan Żądło, baryton (bardzo fajnie śpiewał w "Cudzie mniemanym" w TWON, co można jeszcze obejrzeć TUTAJ) , za wykonanie pieśni Mieczysława Weinberga; Alina Adamski, sopran, za wykonanie pieśni polskiej XX/XXI wieku; Aleksander Chodacki dla najlepszego pianisty. Alina Adamski będzie również śpiewała w finale oraz Piotr Buszewski, tenor, Hubert Zapiór, baryton i Monika Buczkowska, sopran. Ponadto dwoje śpiewaków z Chin i po jednym z Ukrainy, USA, Korei Południowej, Rosji, Słowacji, Szwajcarii, Brazylii i jedna uczesrtniczka rosyjsko-izraelska. Głosowo wygląda to nastepująco: 5 sopranów, 3 tenorów,  2 mezzosoprany, 2 barytony, 2 bas-barytony. Nie zakwalifikował się żaden kontratenor. Wolałabym odwrotny układ między sopranami a barytonami, ale cóż, nie jestem w jury.

poniedziałek, 6 maja 2019

Moniuszko hodie et semper

      W roku jubileuszowym 200-lecia urodzin Stanisław Moniuszko jest i będzie jeszcze mocno obecny.  Jak dotąd po serii wielu programów, audycji, koncertów, realizacji mniej znanych Moniuszkowskich oper wczoraj nastąpił koncertowy dzień kulminacyjny zakończony inauguracją X Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Stanisława Moniuszki. Można było słuchać, oglądać, dać się zaskoczyć -  o tym za chwilę - i podziwiać. Kto ma czas,  może obejrzeć teraz lub jeszcze raz:



      Ale po kolei. Z wysłuchanych tu i ówdzie programów o Moniuszce wynoszę smutną refleksję, że tak naprawdę  bardzo mało o nim powszechnie wiemy.  Dlatego bardzo podobało mi się zdanie Waldemara Dąbrowskiego na rozpoczęcie koncertu, który swoje wystąpienie zakończył: "Zadaniem Roku Jubileuszowego jest dzieło rozpoznać, osobę docenić". Osobę Stanisława Moniuszki oczywiście, autora nie tylko "Strasznego dworu" i "Halki", ale ponad  300 pieśni, operetek i kompozycji baletowych, operowych jednoaktówek, muzyki kameralnej i sakralnej. Z zachowanego dorobku wyłania się osobowość wręcz tytaniczna. Na wzór innego tytana pióra tego czasu Józefa Ignacego Kraszewskiego. I chociaż ostatecznie Kraszewski nie spełnił nigdy prośby Moniuszki o napisanie libretta, kompozytor sięgał po jego utwory. 
      Gatunek romantycznej pieśni z towarzyszeniem fortepianu to dla wielu śpiewaków sprawdzian umiejętności interpretacji i wokalnej techniki. Kilka dni temu na okoliczność pieśni w swoim repertuarze szeroko wypowiadał się jeden z najsłynniejszych i największych współczesnych śpiewaków Christian Gerhaher. A na marginesie dowiedziałam się, że Gerhager jest dyplomowanym lekarzem, ukończył studia medyczne, które podjął - jako łatwiejsze (!) - po przerwaniu studiów filozoficznych; ostetcznie jednak i tak został śpiewakiem, zresztą wbrew radzie mentora Dietricha Dieskaua, który zauważywszy, że Gerhaher często opuszcza zajęcia, radził mu śpiewaniem zajmować się amatorsko, a skoncentrować na medycynie właśnie; stało się odwrotnie - z pożytkiem dla muzyki. Koniec dygresji ;-)
     Podczas Moniuszkowskiego Konkursu Wokalnego uczestnicy będą śpiewali oczywiście arie i pieśni patrona konkursu. Z wielkim dyskomfortem - jak stwierdził przewodniczący tegorocznego jury Peter Mario Katona z Covent Garden - zagranicznych jurorów, dla których język polski jest niezrozumiały. Nie napiszę, co sobie pomyślałam na ten temat. Ogromne brawa zebrali wszyscy wykonawcy, przede wszystkim laureaci poprzednich edycji konkursu, jak Rafał Bartmiński, Ewa Tracz, Adam Palka, Urszula Kryger, Olga Busuioc i inni. Nie wiedziałam, że Jakub Józef Orliński był zdobywcą II nagrody w poprzedniej edycji Konkursu w 2016 roku (konkurs odbywa się co trzy lata).  I kiedy zaśpiewał "Łzę", wstrzymałam oddech. To było piękne! A kiedy w drugiej części koncertu inauguracyjnego południowokoreański śpiewak Konu Kim zaśpiewał "Znasz-li ten kraj", szczęka mi opadła. Słuchać Koreańczyka jak śpiewa Mickiewicza z muzyką Moniuszki - rewelacja! I w żadnej francuskiej wersji, jak to napisano w programie. Piękną polszczyzną! A to jego ""A z wierzchu skał..." - cudowne :-) No popłakałam się. Podpowiadam - na załączonym nagraniu Konu Kim śpiewa od 1:54:45. Jego polszczyzna to jedno. A osobna sprawa to wspaniała orkiestracja pieśni wykonana przez Rafała Kłoczko. W całym koncercie orkiestracja charakterystyczna dla każdej pieśni, piękna, ogromnie nastrojowa, wzruszająca. Przepiękne flety (chyba) we wspomnianej wyżej "Łzie", ale też cudowna i zabawna orkiestra w "Niepewności" do słów Mickiewcza oczywiście. Śpiewał Orliński. Ogromne brawa za instrumentację! 
        Tego wszystkiego można wysłuchać w załączonym wyżej filmiku. W środku jest długa przerwa, ale można ją przesunąć myszką i słuchać dalej od razu. 
    Tutaj zaś chciałam jeszcze o innych odkrytych, odkrywanych przeze mnie, bo dotąd mi nieznanych dziełach Moniuszki wspomnieć. Skąd miałam znać, skoro nie grają, a przynajmniej rzadko na scenach. W Roku Jubileuszu zaczyna się wystawiać, grać, śpiewać i tańczyć. Nawet wcześniej, bo w ubiegłym chyba roku pojawiły się "Widma" do tekstu "Dziadów cz. II".  Jakiś czas temu słuchałam "Parii" - podobały mi się fragmenty, obsada głosów. Teraz w ostatnim tygodniu Dwójka przypomniała dwie jednoaktówki: "Flisa" i "Verbum nobile".  We "Flisie" świetna obsada: Katarzyna Trylnik, Artur Ruciński i inni. Oczywiście to stare nagrania,  2009 i 2014 rok, ale nie znałam.  Słuchając tak jednego po drugim, doszłam do wniosku, że w sumie Moniuszko komponował bardzo ładne chóry :-) Jest w nich jakaś witalność, energia zbiorowości, ludowa nuta. Bradzo, bardzo ciekawe. 

PS Dowcip :-)))
Podczas transmisji wczorajszego koncertu z Teatru Wielkiego Opery Narodowej po wystąpieniu Adama Palki śpiewającego "Ten zegar stary" na internetowym czacie ktoś zapytał w komentarzu czy "The Haunted Manor" to dzieło Szekspira ;-)
     

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Chopin taneczny

       Najnowszy dwuczęściowy balet do muzyki Fryderyka Chopina opracowany został do dwóch jego koncertów fortepianowych. Choreografię do Koncertu e-moll przygotował Liam Scarlett, do Koncertu f-moll zaś Krzystof Pastor. Całość pod wspólnym tytułem "Nasz Chopin" miała prapremierę 17 listopada 2018 roku wpisując się w obchody stulecia odzyskania niepodległości.
      Podczas piątego przedstawienia w sezonie 27 kwietnia obsada była nieco inna niż w dniu premiery, lecz chyba bardziej zgodna z moimi osobistymi preferencjami. Podziwiałam tych tancerzy, których chciałam zobaczyć. W części pierwszej do Koncertu e-moll w pierwszej parze solistów wystąpili Yuka Ebihara i Patryk Walczak. Yuka Ebihara należy od lat do czołowych tancerek, zajmując pozycję niekwestionowanej primabaleriny. Temu drugiemu przyglądam się natomiast od kilku sezonów podziwiając niesamowity rozwój tancerza i spektakularne występy. W drugiej parze solistów wystąpili Chinara Alizade, którą oglądałam po raz pierwszy, i Dawid Trzensimiech, dający już wcześniej się poznać jako tancerz o niezwykłych umiejętnościach. W części drugiej wieczoru do Koncertu f-moll w głównej parze solistów wystąpiła ponownie Yuka Ebihara, a partnerował jej również znany od lat Vladimir Yaroshenko. Z kolei w drugiej parze debiutująca w tej roli Maria Żuk oraz nagrodzony niedawno Baletową Perłą Kristof Szabo, o którym pisałam w marcu tego roku. Ogromnie się cieszę, że mogłam na żywo oglądać jego występ. Uważam, że podobnie jak w przypadku Patryka Walczaka czy Dawida Trzensimiecha, warto śledzić jego karierę, obserwując postępy. Już teraz zwrócił moją uwagę elegancją tańca oraz naturalną elastycznością ciała. 
      W całości przedstawienia biorą też udział inni tancerze i cały zespół baletowy. Zwłaszcza w części drugiej do Koncertu f-moll na wzrokowy odbiór scen wpływało skontrastowanie kolorystyczne trzech grup, a nawet czterech. Zdecydowanie czytelnym grupom tancerzy białych i czerwonych przewodziły wspomniane dwie pary solistów. Trzecią grupą byli ubrani całkowicie na czarno Niszczyciele z solistą Carlosem Martinem Perezem, który nieodparcie kojarzył mi się z postacią Mefista. Ostatnia czwarta grupa nazwana Utracjuszami pojawiła się dopiero w zakończeniu w kostiumach złotych. Finałowy taniec w kolorach białym, czerwonym, czarnym i złotym całego zespołu baletowego iskrzył feerią barwnych rozbłysków.
       Poza tańcem oczywiście na oklaski zasługuje wykonawca obu koncertów fortepianowych Krzysztof Jabłoński grający na żywo z orkiestrą. Rzadko się zdarza, aby w muzyce baletowej czy operowej tak ogromną rolę odgrywał solista na fortepianie. Kiedyś, kilka lat temu, mieliśmy okazję oglądać choreograficzne pomysły do muzyki Bacha. Także Mozart inspirował wielokrotnie choreografów, chociażby Kyliana  czy także Krzysztofa Pastora w "Casanovie w Warszawie". Trochę to taki nowy rodzaj muzycznego doświadczenia, muzycznego odbioru: słuchać i oglądać zarazem, mimo że pierwotnie są to kompozycje instrumentalne. 
   

czwartek, 18 kwietnia 2019

Misterium Męki Pańskiej

Misterium Męki Pańskiej odbyło się jak powinno
pod gołym niebem na placu targowym 
tłumy szły za Jezusem 
tłumy stały i patrzyły
a Piotr stał i grzał się przy ognisku
ogień trzaskał złowieszczo
iskry strzelały wysoko 
w szpic niewidzialnej katedry
parskały konie na uwięzi
dudniły tarcze rzymskich żołnierzy
w purpurowym płaszczu Król
z wiechciem w ręce i koronie cierniowej
niewidoczny za kurtyną wzniesionych pięści
"Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!"
a Piłat bał się narazić i bolała go głowa
skazany na samotność z wiernym psem
u stóp namiestnikowskiego tronu
czekał na Mistrza autora jedynej Księgi 
aby go uwolnił od katorgi wspomnień
o brzasku grób był pusty
tłum się rozproszył 
zajęty swoimi przyziemnymi troskami
czy sklepy będą otwarte?
gdzie kupić najlepszą rybę?
jak załatać dziurawe sieci?
co lepsze dla dziecka: smartfon czy hulajnoga?
dogasały ogniska w popiele
tylko słońce jednakowo wschodzi
na dobrymi i złymi


Louis Vierne (1870 - 1937) - niewidomy organista w Notre Dame zmarł podczas nabożeństwa grając na organach

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Requiem dla katedry


Takiej katedry już nie zobaczycie:



Gra Olivier Latry - obecny tytularny organista katedry Notre Dame w Paryżu:




poniedziałek, 8 kwietnia 2019

O, nowa płyta

A nie wiedziałam, tymczasem jest nowa płyta Philippe`a Jaroussky`ego "Ombra mai fu".




Ale dlaczego "Ombra mai fu", skoro to Haendla, a  na płycie są arie Cavallego? Okazuje się, że Cavalli też ma taką arię. Właściwie to w całości znam tylko jego "Artemisię".  Tymczasem tego jest znacznie, znacznie więcej. Ale Cavalli nie należy do kompozytorów często granych, jego opery nie są tak popularne jak Haendla. Ba, nie są właściwie obecne na operowych scenach. A tu mamy płytę w całości poświęconą jego twórczości. Bardzo ciekawe.

niedziela, 31 marca 2019

Beczała bisuje w Wiedniu

      Jako Cavaradossi ze słynnym "E lucevan le stelle". Pięknie! Po raz pierwszy w tej partii. Zaśpiewał raz, a oklaski nie milkły, słychać  było "Bis! Bis!".  Zastanawiałam się: zaśpiewa czy nie? No i był bis. W poniższym nagraniu głos jest trochę przytłumiony, to ktoś z widowni nagrywał, jakby z daleka, w transmisji było znacznie lepiej, głos się niósł środkiem i po całości.

E lucevan le stelle,
Ed olezzava la terra
Stridea l'uscio dell'orto
E un passo sfiorava la rena.
Entrava ella fragrante,
Mi cadea fra la braccia.
O dolci baci, o languide carezze,
Mentr'io fremente le belle forme disciogliea dai veli!
Svanì per sempre il sogno mio d'amore.
L'ora è fuggita, e muoio disperato!
E muoio disperato! E non ho amato mai tanto la vita!
Tanto la vita!



W bardziej wyśrodkowanym nagraniu brzmiało tak (to chyba próba, bo jeszcze malowniczej charakteryzacji nie ma):

     

A ja jeszcze dodatkowo podziwiałam orkiestrę.  Na filmiku poniżej widać na końcu, jak Marco Armiliato bez  oszczędzania się wyeksploatował: jest cały mokry.

poniedziałek, 18 marca 2019

Perła pierwsza

      Polska scena baletowa ma swoje nagrody. 16 marca po raz pierwszy wyłoniono laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Perły Tańca. Wśród laureatów sześciu kategorii znalazł się Kristóf Szabó, 24-letni tancerz Polskiego Baletu Narodowego. Urodzony na Węgrzech tancerz od dzieciństwa mieszka w Polsce i tutaj zdobywał taneczne szlify. Tańca baletowego zaczął uczyć się późno, bo w wieku 16 lat, a wcześniej  zajmował się innymi tanecznymi gatunkami, zaczynając od tańca towarzyskiego. Nie przeszkodziło mu to szybko nadrobić zaległości w klasyce i osiągnąć prawdziwe wyżyny akrobatyki i lekkości. Tańczył między innymi jako Tchnienie we wznowionym w 2018 r. balecie Krzysztofa Pastora "I przejdą deszcze...", za co zdobył wspaniałe recenzje. Szabó jest niesamowicie elegancki i fantastycznie skoczny, co można obejrzeć choćby na archiwalnych zdjęciach na stronie Teatru Wielkiego Opery Narodowej. A jeszcze lepiej po prostu oglądając występy.




A tutaj miał 18 lat



A to sprzed dwóch lat, ponad milion wyświetleń:

niedziela, 3 marca 2019

9 razy wysokie c

      Donizetti, jak wiadomo, był kompozytorem płodnym, ale nawet według ówczesnych standardów żył zdecydowanie krótko, niespełna 51 lat (1797 - 1848). Lista jego oper liczy ok. 70 pozycji, licząc zaś, że ich komponowanie autor rozpoczął od "Pigmaliona" w 1816 roku, wypada po 2-3 opery rocznie. Przy czym Donizetti ma też w dorobku inne kompozycje: kwartety smyczkowe, utwory fortepianowe, msze, tak więc jego twórczość faktycznie powstawała  w rejestrze wysokiego c, podobnie jak słynna aria Tonia "Pour mon âme fille" z "Córki pułku". 
      Nowojorska Metropolitan Opera zaprezentowała "Córkę pułku" w nowej obsadzie z Javierem Camareną w partii Tonia. Dla meksykańskiego tenora nie jest to pierwsze wykonanie tej partii, a ponieważ wyśpiewanie dziewięciu c przez tenora zawsze wzbudza aplauz, podobno ma już na koncie więcej bisów niż wcześniejszy rekordzista Luciano Pavarotti. I chciaż w MET z zasady się nie bisuje, widzowie nie omieszkali głośno wyrazić swoje oczekiwania, a Camarena je spełnił. Można tylko mieć nadzieję, że osiągnięcie dziewięciu c dwa razy pod rząd podczas każdego wystąpienia nie skończy się źle dla głosu śpiewaka. Ostatecznie czego nie robi się dla sławy i publiczności, a bohater Tonio śpiewa przecież o poświęceniu: dla swojej ukochanej jest gotowy wstąpić do wojska i iść na wojnę. Nie znam innego przypadku, żeby wstąpienie w kamasze wywoływało tak wielką entuzjastyczną radość. Wystarczy popatrzeć;-) Podejrzewam jednak, że po zakończeniu arii pełny uśmiech na twarzy śpiewaka jest uśmiechem Camareny-tenora szczęśliwego, że udało mu się zaśpiewać pełnym głosem. W pewnym momencie omiata wzrokiem widownię jakby pytał: "To co, śpiewamy jeszcze raz?" I zaśpiewał. 

Tu śpiewa po raz pierwszy, zgodnie z partyturą:



Tu mamy końcóweczkę pierwszego wykonania i bezsłowne (to znaczy publiczność woła, Camarena tylko słucha ;-) porozumiewanie się z publicznością w kwestii bisu oraz bis:




I może ta wersja, z tekstem, głos nie do podrobienia:-)

piątek, 22 lutego 2019

"Szamaje"

      W mojej ulubionej stacji bez przerwy tylko "Szamaje" i "Szamaje". Szamaje sam, Szamaje z Sol Gabettą, Szamaje z orkiestrą. No więc niech będzie: Bertrand Chamayou, rocznik 1981. ( Swoją droga myślałam, że Bertrand był tylko jeden na świecie: Bertrand Russell. Filozof, a poza tym hrabia. W dodatku brytyjski.) Chamayou jest Francuzem. Z profilu przypomina naszego Piotra Anderszewskiego. (Mam nadzieję, że fan(k)i Anderszewskiego tutaj nie zaglądają, bo mnie zabiją.) W każdym razie pianista. A z najciekawszych ciekawostek - otrzymał francuski Order Sztuk i Listów, też nie wiedziałam, że taki order istnieje. Ależ bo też tłumaczenie było zbyt dosłowne. Nie Order Sztuk i Listów, tylko Order Sztuki i Literatury. A to zupełnie co innego. Spośród Polaków, którzy otrzymali również ten order można wymienić Krystynę Jandę, Andrzeja Seweryna, Piotra Kamińskiego, Wojciecha Młynarskiego, Beatę Tyszkiewicz, Jerzego Radziwiłłowicza czy Elżbietę Sikorę. A tenże order przyznaje się w trzech klasach: najwyższy to Komandor, następnie Oficer i Kawaler. No więc mamy też Polaków odznaczonych Komandorskim Orderem Sztuki i Literatury: Magdalena Abakanowicz, Maja Komorowska, Daniel Olbrychski, Krzysztof Penderecki, Krzysztof Zanussi i jeszcze kilka osób, w sumie 15. A wracając do "Szamaje", posłuchajmy jak gra.

Tu sobie gra smutno. Sam na sam z Ravelem.



A tutaj z orkiestrą. 

sobota, 2 lutego 2019

Majonez na koncercie

       Wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie byłam na koncercie najstarszej polskiej orkiestry symfonicznej. Dopiero wczoraj udało mi się nadrobić ten żenujący brak w muzycznym obyciu.  Orkiestra Symfoniczna im. Karola Namysłowskiego (w skrócie "Namysłowiacy") powstała w 1881 roku jako Orkiestra Włościańska, gdyż założony i prowadzony przez Karola Namysłowskiego (1856 - 1925) w Chomęciskach zespół składał się z okolicznych włościan, czyli po prostu chłopów. Namysłowski po ukończeniu Instytutu Muzycznego w klasie skrzypiec i trąbki po paru latach rozwijania muzycznej kariery w Warszawie powrócił do rodzinnej miejscowości i tutaj nie tylko zgromadził wokół siebie utalentowanych wiejskich muzyków, ale z czasem swoją Orkiestrę Włościańską wprowadził na sale koncertowe Petersburga, Moskwy, Wiednia czy Pragi. Dzisiaj jej skład tworzą klasycznie wykształceni muzycy i pochodzenie społeczne nie stanowi wyróżnika, toteż od 2008 roku nosi nazwę Orkiestra Symfoniczna im. Karola Namysłowskiego z siedzibą w Zamościu, a dokładniej w zabytkowej bramie lwowskiej wchodzącej w skład dawnych murów obronnych okalających zamojską Starówkę. Bramy lwowskie są dwie, starsza doczepiona jest do bastionu VII, a nowa z lat 20. XIX wieku posiada za sobą budynek, który dziś jest siedzibą i salą koncertową orkiestry. Zabytkowość obiektu sprawia, że jest kameralny, niski, a części dla publiczności oraz podium dla muzyków właściwie są prawie jednakowej powierzchni. Widzowie z pierwszego rzędu mają muzyków na wyciągnięcie ręki, no, powiedzmy na długość smyczka, zwłaszcza wiolonczeli.
       Koncert Swing, swing, swing składał się, jak na czas karnawałowy przystało, z wielkich przebojów ery swingu i musicali. Wierzę dyrygentowi i konferansjerowi zarazem - Tadeuszowi Wicherkowi - że to naprawdę były największe przeboje, bo sama znawczynią musicali nie jestem (no przecież nie można znać się na wszystkim!) Przynajmniej wiedziałam, o kim mowa, gdy zapowiadano piosenki czy kompozycje intrumentalne Cole Portera, Duke`a Ellingtona, Glenna Millera, Freda Astaire`a, Franka Sinatry i Marilyn Monroe. Nawet dwie piosenki kojarzę: "Deszczową piosenkę" i "Diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny". Znałam nawet więcej, tylko kompletnie tytułów nie rozpoznaję. Bo przepraszam, ale gdyby te tytuły były klasycznie jak arie w operach po włosku, to dałoby się zapamiętać, ale ten barbarzyński angielski jest nie do zapamiętania. I chociaż jako "Frank Sinatra" wystąpił Jarosław Kozielski, a w postać "Marilyn Monroe" wczuła się jej piosenkami Sylwia Przetak, to przecież śpiewali w języku oryginału.
       A dla mnie i tak najcudowniejsza była orkiestra (poza "Deszczową piosenką" oczywiście!) Zdecydowanie wolę symfoniczne wersje, nawet jeśli mają to być oskarowe hity, jak rozmowa doktora Dolittle ze zwierzętami. Na nic przeboje i popularność musicali, gdyby nie ... kontrabasy. One robią wszystko: tło, smaczki, tajemniczość, gębię i magię. O, właśnie, fundament!


   
 Ale wróćmy do tematu. No nie mogłam sobie pośpieewaaać. Wolałam się zasłuchać. W kontrabasach też, aczkolwiek na koniec maestro Wicherek przedstawił ziomala grającego na perkusji. Nazywał się Gienek Krupa (Gene Krupa), był dziewiątym dzieckiem swoich rodziców i wprowadził do studia nagraniowego współczesną wersję perkusji. Tak więc mamy swój polski wkład w muzykę swingu, jazzu i historię rozwoju nagrań płytowych.



      Nie, no znowu nie to! Fragment instrumentalnych wariacji w "Sing, sing, sing" oczywiście był, a jakże, ale piosenki miały być przede wszystkim. Więc Sinatra.



     Nie, tego też nie było. Niech to... Moja znajomość musicali kuleje strasznie. Ale to BYŁO! Gene Kelly w deszczu:


To znaczy śpiewał Jarosław Kozielski, a deszcz padał, gdy wracałyśmy po koncercie. WracaLIśmy, bo był jeszcze majonez. Prawdziwy, w słoiczku, nieodkręcany, w torebce. Objechał z nami na koncert i z powrotem. I czemuś ta torebka była taka ciężka. Ale wyjaśniam - to nie była moja torebka! Ja wożę książki ;-)

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Na urodziny

Nie wiedziałam, że był w młodości taki przystojny!



Alexander Liebreich twierdzi, że był poetą muzyki.
Żeby się z tą opinią zgodzić lub z nią polemizować, trzeba spełnić trzy warunki: znać się na poezji,   znać się na muzyce i znać się na matematyce ;-)

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Chóralna jedność w różnorodności

      Ekumeniczny Koncert Kolęd i Pieśni Bożonarodzeniowych w ramach Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan zgromadził 20 stycznia w Filharmonii Lubelskiej pełną salę. Była to okazja do posłuchania kolęd i pieśni liturgicznych z kręgu trzech chrześcijańskich tradycji: prawosławnej, protestanckiej (luterańskiej) i katolickiej.
      Jako pierwszy wystąpił Chór Katedry Prawosławnej Przemienienia Pańskiego w Lublinie pod kierunkiem ks. Andrzeja Boubleja, kantora katedry. Chór w osiemnastoosobowym składzie zaśpiewał pięć pieśni w oryginalnych językach: po rosyjsku, po polsku, ukraińsku, białorusku i w liturgicznym języku cerkiewnosłowiańskim. Na nagraniu poniżej na początku i w środku występu śpiewa dokładnie ten sam solista, którego słuchaliśmy w niedzielę. Jak powiedziała prowadząca cały koncert prof. Teresa Księska-Falger, jest to tzw. wysoki bas charakterystyczny dla prawosławno-cerkiewnego śpiewu. Poniżej nagranie z innego, wcześniejszego występu chóru, w którym dominowały pieśni cerkiewne. Natomiast w niedzielę w repertuarze znalazła się między innymi polska kolęda "Lulajże, Jezuniu".

\

      Następnie zaprezentował się Chór Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Świętej Trójcy w Lublinie pod kierunkiem dra Adama Załęskiego, który jest także znakomitym organistą, a zawodowo znanym w Lublinie adwokatem. Na zakończenie koncertu Załęski zagrał na organach do wspólnego odśpiewania przez wszystkie chóry i publiczność polskiej kolędy "Bóg się rodzi". Chór pod jego kierunkiem działa już dwunasty rok i często koncertuje prezentując pieśni różnych kręgów chrześcijaństwa, od samego początku też występuje w koncertach towarzyszących Tygodniowi Modlitw o Jedność Chrześcijan, tym bardziej, że skupia chórzystów różnych wyznań. Niestety, nie udało mi się znaleźć nagrania.
     Trzeci najliczniejszy i zarazem najmłodszy Archidiecezjalny Chór Chłopięco-Męski Pueri Cantores Lublinienses  wystąpił w niemal 60-osobowym składzie. Chór powołany dekretem arcybiskupa Stanisława Budzika w 2015 roku prężnie się rozwija i koncertuje nie tylko w Lublinie. Pisałam już o nim półtora roku temu z okazji Lubelskiej Nocy Kultury, podczas której miałam okazję słuchać i oglądać występ pod kierunkiem niezwykle malowniczego dyrygenta. Attila Honti sam jest postacią nietuzinkową. Urodzony w Debreczynie na Węgrzech, kształcił się muzycznie w Lublinie w klasie fortepianu i organów, tutaj też ukończył seminarium duchowne, nie porzucając bynajmniej kariery muzycznej. Jak się okazuje, jest nie tylko organistą, czego dał dowód nagrywając płytę na zabytkowych organach w Kazimierzu nad Wisłą, ale i kontratenorem. Ukończył też podyplomowe studia z dyrygentury w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy (uczelnię tę ukończył między innymi Rafał Blechacz). Honti ma bardzo wyrazistą gestykulację, a jego płynne ruchy rąk sprawiają wrażenie jakby niewidzialnymi nićmi tkał misterny kilim. A poza tym nie rozumiem jak można być tak chudym jak wykrzyknik!



wtorek, 15 stycznia 2019

Marianne Crebassa

       Marianne Crebassa jest nowym Orfeuszem w operze Glucka wystawionej w Opera Comique w Paryżu (wrzesień 2018). Już kilka lat temu ktoś zwrócił uwagę na jej wielkie możliwości i słuchałam, jak śpiewa, dlatego nie zdziwiłam się wcale. Raczej zdziwiłam się, dlaczego tak późno. Dopiero w pełnej wersji scenicznej słychać i widać jej ogromny potencjał dramatyczny.
      "Orfeusz i Eurydyka" Willibalda Glucka funkcjonuje w dwóch wersjach językowych: włoskiej i francuskiej, których premiery dzieli 12 lat: 1762 - premiera włoska, 1774 - premiera francuska. Piękna baśń operowa skomponowana na mitologicznych motywach do libretta Ranierego de Calzabigi (wersja włoska) zapisała się w powszechnym odbiorze przede wszystkim tym, że Eurydyka  wbrew mitycznemu pierwowzorowi ostatecznie zostaje Orfeuszowi zwrócona i cała rzecz kończy się szczęśliwie. Ale w czasach współczesnych nie widziałam tej optymistycznej wersji. Opera Comique również zaprezentowała zakończenie zgodne z mitem: Eurydyka umiera, a Orfeusz pozostaje w rozpaczy. A nie, owszem, w 2011 roku Capella Cracoviensis wystawiła wersję z Amorem przywracającym Eurydykę do życia. Mniejsza z tym, akurat Aurelien Bory wyreżyserował dla Opera Comique spektakl ascetyczny i ciekawy jednocześnie, z rzeczywistością na pograniczu jawy, snu, marzeń i wspomnień. Wykorzystanie tła jako lustra czy ekranu, na którym wyświetlano widok sceny z góry, dodatkowo nadawało wiele walorów plastycznych, tak jakby ktoś obserwował wszystko z boskiej perspektywy, a było to ciekawe, gdyż warstwa choreograficzna naprawdę zachwycała precyzją i malowniczością opartą na symetrii i kontraście bieli i czerni.
       Ale i tak najważniejsza była warstwa muzyczna, w której orkiestra pod batutą Raphaela Pichona pokazała mistrzostwo, a Marianne Crebassa głosowo i aktorsko owszem, owszem, bardzo przekonująca, wręcz wspaniała

Tak śpiewa końcową arię z I aktu na swojej pierwszej płycie:




A tutaj można obejrzeć zamieszczoną na platformie stacji arte całą operę z jej udziałem:

"Orfeusz i Eurydyka" Opera Comique 2018, Paryż 

Nagranie będzie dostępne do 17 marca 2019 roku.