Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzając. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzając. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lipca 2025

Borowina i siarka

        Uzdrowisko Horyniec borowiną stoi, o czym wiedzą bywalcy sanatoriów z całej Polski.  Niemal wszyscy przyjeżdżają wytaplać się w czarnym ciepłym błocku. Ciepłym, ponieważ do zabiegów borowinę podgrzewa się do 40-42 stopni. Są rzecz jasna przeciwwskazania, kiedy borowiny stosować nie można, ale o tych tutaj pisać nie będziemy, gdyż - patrz zdanie pierwsze: Horyniec borowiną stoi. Właściwie nie sam Horyniec, lecz wioska nieopodal - Podemszczyzna. To tam wydobywana jest borowina do zabiegów leczniczych. 

         Złoża w Podemszczyźnie obejmujące 36 ha mają grubość do 2 - 2,5 m,  objętościowo ocenia się na 1000000 mᶾ (milion metrów sześciennych). Aktualnie eksploatuje się 18 ha. Są to największe złoża w Polsce. Ile wydobyto do tej pory, nie wiem, ale codziennie na zabiegi zużywa się od 3 do 4 ton. Dlaczego borowina leczy, trudno laikowi zrozumieć. Ważny jest skład organiczny, mineralny, chemiczny... Bowiem borowina to określony rodzaj wysoko przetworzonego torfu.  

         W przedwojennym informatorze zdrojowym, kiedy Horyniec należał do województwa lwowskiego,  podano skład tutejszej borowiny. 



        Borowina jest naturalnym peloidem organicznym (pelos - błoto) typu niskiego. Zawiera resztki roślinne. W wyniku próchnienia przez tysiące lat wytworzyły się czynne substancje humusowe mające działanie przeciwzapalne, przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne. Okłady z borowiny mają też działanie przeciwbólowe i rozkurczowe. "Czarne złoto" Horyńca-Zdroju (z Podemszczyzny) stwarza okazję do tzw. turystyki uzdrowiskowej, będącej ogólnoświatowym trendem polegającym na łączeniu leczenia z wypoczynkiem. Sprzyja on rozwojowi turystyki w małych i peryferyjnych czasami miejscowościach, a z kolei sanatoria wykorzystują go konstruując ofertę dla osób przyjeżdżających bez skierowania na zasadzie pełnopłatnego pobytu. Mieszczą się w nim wybrane zabiegi lecznicze - oczywiście ordynowane przez lekarza - a czas wolny kuracjusze mogą spędzać na poznawaniu atrakcji regionu. "Turystyka uzdrowiskowa staje się w szybkim tempie wyspecjalizowaną, odrębną formą turystyki zdrowotnej. Jej specyfika polega przede wszystkim na  celu i motywie wyjazdu do miejscowości uzdrowiskowej. Do najważniejszych powodów zalicza się tu m.in. poprawę zdrowia, odzyskanie sił witalnych, polepszenie samopoczucia, czyli ogólnie regenerację całego organizmu" - piszą autorzy opracowania Atrakcyjność i preferowanie wybranych form turystyki na obszarach wiejskich Polski Wschodniej - w badaniu opinii i wyborów turystów ("Wieś i Rolnictwo", nr 2/2022).

        Horyniec - Zdrój jest jednym z pięciu uzdrowisk na terenie województwa podkarpackiego pozostałe to: Iwonicz-Zdrój, Polańczyk, Rymanów-Zdrój oraz Latoszyn). Jego specyfiką są także wody siarczkowe i siarkowodorowe stosowane do kąpieli leczniczych. Wszystkim zabiegom ordynowanym kuracjuszom towarzyszy zalecenie picia leczniczych wód: źródlanej "Horynianki" i siarkowej z ujęcia "Róża".  Skład wody z "Róży" według przedwojennego informatora:



       Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego współczesne informatory i zamieszczone na stronie Uzdrowiska Horyniec liczne zakładki nie zawierają składu borowiny i wody. Można znaleźć setki informacji: o turnusach, o zabiegach, o cenach, układzie budynków, atrakcjach dodatkowych, kawiarniach, sali gimnastycznej i wielu zupełnie niepotrzebnych - jak np. ile modułów ma główny budynek uzdrowiskowy z częścią hotelowo-leczniczą - a rzeczy najważniejszej nie ma. A mnie interesuje roślinny skład borowiny, czyli botaniczny. Przeczytałam tylko w jakimś opracowaniu bardzo, bardzo pobieżnym, że na terenach tych w trzecio- czy czwartorzędzie rosła roślinność typu atlantyckiego. No i co dalej? Jakie rośliny wytworzyły tę niesamowita borowiną, którą dzisiaj możemy wykorzystywać?  
       
          Coś więcej można znaleźć o źródłach siarczkowych (oczywiście nie na stronach sanatorium, tylko gdzie indziej w publikacjach). Specyficzne horynieckie wody mineralne występują tylko w okolicach rzeczki Glinianiec. Znajdujące się wewnątrz ziemi skały złożone z iłów trzeciorzędowych nie dopuszczają do przenikania wód głębiej i te, które znajdują się pod trzeciorzędowymi skałami maja charakter artezyjski i to właśnie one tworzą horynieckie źródła. Złoża siarki związane są z wykształceniem się utworów ewaporatowych (cokolwiek to znaczy!) - są to gipsy, anhydryty i sole kamienne o niewielkiej miąższości. W Horyńcu znajduje się 14 źródeł wód mineralnych o charakterze trojakim: siarczkowo-wodorowym, wodorowo-węglanowym i wapienno-sodowym. Piłam wodę z "Róży", którą niektórzy kuracjusze nazywają śmierdziówką. No cóż, nazwa adekwatna. 

czwartek, 14 listopada 2024

Pocztówkowe Roztocze sprzed wieku

       W Zwierzyńcu na Roztoczu znajduje się uroczy kościółek na wodzie. Barokowa świątynia pod wezwaniem św. Jana Nepomucena została wzniesiona w połowie XVIII wieku z fundacji ordynata Tomasza Antoniego Zamoyskiego i jego żony Teresy z Michowskich na jednej z czterech wysp dużego stawu. Niegdyś podpływano do niego gondolą, później wybudowano most. Wewnątrz na uwagę zasługują polichromie Łukasza Smuglewicza. Kościół jest jednonawowy, lecz ma po bokach dwie kaplice: Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Bożej. Obecnie jest to kościół filialny, choć starszy od obecnego kościoła parafialnego. Stanowi jedną z największych atrakcji miasta i Roztocza. Przedwojenne pocztówki świadczą, że już sto lat temu kościółek był turystyczna atrakcją. 

                                       

Kościółek na wodzie w Zwierzyńcu - widok fasady z mostu, pocztówka sprzed 1945 roku

I pocztówka sprzed 1926 roku - widok kościółka z brzegu stawu

          Poniższa pocztówka  również przedwojenna przedstawia klasztor ss. Franciszkanek Misjonarek Maryi w Łabuniach pod Zamościem. Obiekt był pałacem wzniesionym przez Jana Jakuba Zamoyskiego w połowie XVIII wieku. Pałac był wielokrotnie remontowany i rozbudowywany, przechodził z rąk do rąk aż pod koniec wieku XIX kupił go Aleksander hrabia Szeptycki. I to właśnie Szeptyccy w 1922 roku przekazali pałac wraz z otaczającym go parkiem siostrom Franciszkankom. Ścianę frontową - jak widać na zdjęciu - zdobią wysokie kamienne dwubiegowe schody. Cały kompleks utrzymany jest w stylu rezydencji rokokowej w stylu francuskim. Także park z drugiej strony przypomina założenia regularnych parków francuskich z promieniście rozchodzącymi się alejami. 

Pałac w Łabuniach - pocztówka przedwojenna

Park  pałacowy w Łabuniach - pocztówka przedwojenna
 
         A tu mamy Zamość z początku XX wieku. Widok na Ratusz i zadrzewiony Rynek. 

Pocztówka z 1903 roku - Zamość

Tu jeszcze widok na Ratusz ze słynnymi schodami, na których zdjęcia robią sobie wszyscy turyści i młode pary. 


         Obecnie Rynek jest bezdrzewny, a jak było sto lat temu widać poniżej. Widok wzdłuż południowej pierzei Rynku Głównego otwiera się na dzwonnicę zamojskiej kolegiaty. Po prawej zaś widoczne drzewa parkowe zajmujące środek Rynku. 


Pocztówka z lat 1910 -1912 - Zamość

         Kamienice wokół Rynku należały do bogatych rodzin, szczególnie piękne były i są dzisiaj kamienice ormiańskie, niegdyś należące do ormiańskich kupców. Bogato zdobione, kolorowe, przyciągają wzrok misternymi zdobieniami. Ulica Ormiańska prowadzi do Rynku od strony wschodniej.


Kamienice ormiańskie w Zamościu - pocztówka z 1939 roku. Widocznymi podcieniami kamienic można obejść Rynek naokoło. Po drodze natrafić można na restauracje, sklepiki z pamiątkami, z rękodziełem i sztuka ludową, Muzeum Zamojskie, Galerię BWA i inne. 

Wyjaśnienia:
1. Skany pocztówek z zasobów Polony - domena publiczna. 
2. gdyby ktoś pytał, dlaczego te miejsca? 
a) w kościółku na wodzie w Zwierzyńcu ślub brali moi rodzice
b) pałac w Łabuniach i park odwiedzałam często przez pierwszych siedem lat życia
c) w Ratuszu zamojskim przechowywany jest mój akt urodzenia, mieszkałam w Zamościu przez krótki czas i pamiętam smak zupy grzybowej mojej cioci 

czwartek, 4 stycznia 2024

Przewodnik nowych miast polskich

       Na mapie Polski 1 stycznia 2024 roku pojawiły się 34 nowe miasta. Nowe, a niektóre jednak stare. W zasadzie miejscowości te były niegdyś miastami, czy to szlacheckimi czy prywatnymi, czasem krócej, czasem dłużej i właśnie odzyskały utracony na skutek zawirowań historycznych status miast. Na przykład Gąsawa w woj. kujawsko-pomorskim pojawia się w Złotej Bulli papieża Inocentego III w 1136 roku, a zasłynęła raczej dramatycznie jako miejsce zjazdu książąt dzielnicowych w 1227 r. w wyniku którego doszło do zamordowania księcia Leszka Białego. 

    Brody w woj. lubuskim zasłynęły w czasach saskich, gdy właścicielem był hrabia Henryk Brühl, minister Augusta III Sasa. Wikipedia podaje aż 21 tytułów i funkcji, które pełnił. W Brodach słynny minister, opisany w kilku utworach Józefa Ignacego Kraszewskiego, w tym jako główny bohater powieści "Brühl", wzniósł w latach 1741 - 1753 nowy barokowy pałac. 

    Czemierniki w woj. lubelskim były siedzibą rodu Firlejów, dzięki którym w XVII wieku powstał wspaniały pałac wybudowany według klasycznych kanonów. W późniejszym czasie Czemierniki podupadały, jednakże część majątku wraz z wianem żony, Marią Urszulą Radziwiłłówną, przeszła w ręce hrabiego Wincentego Krasińskiego, który z czasem odkupił także resztę majątku. W 1812 roku urodził się ich syn, Zygmunt Napoleon Stanisław Krasiński, późniejszy czwarty wieszcz romantyzmu. Wyremontowany pałac odziedziczyła córka Zygmunta, Maria Beatrix, po niej zaś majtek odziedziczył jej syn Karol Roger Zygmunt Raczyński. 

    Wśród nowych miast znalazł się Gielniów, skąd pochodził średniowieczny poeta i pieśniarz, błogosławiony katolicki zwany Władysławem z Gielniowa. W miejscowości znajduje się pomnik z jego postacią, a w miejscowym kościele znajduje się jego relikwiarz, a w głównym ołtarzu portret błogosławionego.  

    Z literaturą oraz postacią Jana Kochanowskiego ma związek miasto Przytyk w woj. mazowieckim założony przez Piotra z Podlodowa. Z rodu Podlodowskich pochodziła bowiem żona Jana Kochanowskiego, Dorota, z którą wziął ślub w 1570 roku i wówczas Prztyk stał się częścią majątku Kochanowskich. 

    Także Turobin w woj. lubelskim ma w swoich dziejach szacowne koneksje. Właścicielem Turobina był Dymitr z Goraja, z czasem zaś przeszedł w skład Ordynacji Zamojskiej. W XVI wieku działały tu zbór i szkoła braci polskich. XVI-wieczny kościół pw. św. Dominika znajduje się na Szlaku Renesansu Lubelskiego. Wewnątrz znajduje się także ołtarz główny w stylu  późnorenesansowym. W latach 1788 - 1790 proboszczem był Stanisław Staszic, wybitny oświeceniowy reformator szkolnictwa, założyciel szkolnictwa zawodowego.   

    Najstarszą miejscowością, której 1 stycznia nadano status miasta jest Żarnów w woj. łódzkim. Pierwsze wzmianki bowiem o Żarnowie pochodzą z 1065 roku. Jest to więc miejscowość niezwykle zabytkowa, której architektura sięga czasów romańskich, których świadectwem jest kościół św. Mikołaja z XII wieku. Mimo wielu zmian, przebudowywania i rozbudowywania, odnawiania nadal zachowały się częściowo romańskie cechy architektoniczne.

    Myślę, że ciekawa byłaby taka wycieczka po nowych miastach, które pojawiły się na mapie Polski. Każde z nich kryje mnóstwo historii, zabytków, historycznych i kulturowych wartości. Wszystkich jest aż 34, więc byłaby to wycieczka długa i obiecująca w odkrywanie nieznanych szlaków. 

Przypisywana Władysławowi z Gielniowa pieśń "Jezusa Judasz przedał..."

czwartek, 26 października 2023

W pewnym mieście o poranku

      Poranek był szary, zamglony. Na ulicach pusto. W takiej właśnie aurze objawia się prawdziwa atmosfera miasta. Na początek widok w dal ulicy, która niegdyś należała do najbardziej podejrzanych i niebezpiecznych. Dzisiaj pięknieje i gromadzi wzdłuż biegnącego w dół chodnika galerie sztuki, złotników i lokale z wyszukanym menu.


uliczka biegnąca w dół widziana z górnego jej początku

Ale nie pójdziemy tą ulicą, skręcimy przez ważną zabytkową bramę, gdzie pod stara kamienicą ukrywa się i czuwa nad wszystkim włodarz tego miasta - dostojnie wyglądający Koziołek.


Koziołek czuwa nad miastem

Kilka kroków dalej, zza rogu Bramowej wyłania się widok na plac i Trybunał


Wkraczamy w najbardziej turystyczny rejon pełen kawiarni i restauracji. Niestety, wszystko jeszcze zamknięte, ale już dziś nabieram ochoty na powrót zwłaszcza do kawiarni Święty Spokój, która przyciąga wzrok rozwieszonymi obok wejścia grafikami miejscowych artystów.



Jeszcze rzut oka w głąb Bramy Rybnej na ulicę Rybną


I na pożegnanie krótkiego pobytu rzut oka na afisz Teatru Andersena: zapraszają na spektakl "Na ziarnku grochu" 


Teraz można zgadywać, co to za miasto...


niedziela, 22 października 2023

Droga na Podlasie

       Płaskie widoki z rządkami dyń ułożonymi na polach. Przejazdy przez miasta o historycznych konotacjach: Kock, Radzyń Podlaski, Międzyrzec Podlaski, wreszcie Biała Podlaska. W Radzyniu z trzech stron oglądany pałac Potockich. I drugi pałac Potockich -  w remoncie - w Międzyrzecu Podlaskim. Przystanek mam jednak jeszcze dalej - pod pałacem Radziwiłłów w Białej Podlaskiej. Ale to nie wielkie magnackie rezydencje będą celem podróży, a skromniejsze dobra Kraszewskich. 

        Najpierw rodzinny grobowiec w Wisznicach, gdzie zapalamy znicze także na osobnym nagrobku matki pisarza. 

rodzinny grobowiec Kraszewskich w Wisznicach, chociaż samego pisarza tutaj nie ma, są pochowani jego krewni


nagrobek matki pisarza

Odwiedzamy jeszcze przyległe nagrobki, które udało się odrestaurować, między innymi jest tu pochowana siostra Tadeusza Kościuszki, który tutaj bywał. Pod stopami szeleszczą liście i toczą się jesienne kasztany. Kilka z nich zabieram na pamiątkę. 
      Jedziemy dalej, żeby wkrótce zobaczyć po prawej stronie w głębi za starodrzewiem biały pałac Kraszewskich. Obecnie siedziba Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego. Towarzystwo wysypuje się z autokaru i wolnym krokiem przechodzi przez bramę, po której dwóch stronach bieleją jakby minibaszty - czyżby stanowiska dla strażników? 


I dopiero za nimi pałac w pełnej krasie za olbrzymim kolistym trawnikiem.



Klasycystyczna forma zaprasza zbiegającymi w dwie strony schodami i kamiennymi dostojnymi dzwonami usadowionymi na murku. Zanim tam dojdziemy, mijamy parkowe drzewa. Olbrzymią Jagę - czeremchę z dziuplastymi wydrążeniami u samej nasady pnia.


Oraz inne formacje drzewne, które zapowiadają znajdujący się po drugiej stronie dworu park w stylu włoskim. 


Tymczasem gwar się wzmaga, pstrykają smartfony i aparaty fotograficzne, operator kamery umieścił się po prawej, mając wszystkich na widoku. Sień pałacyku się zapełnia, w korytarzykach zdejmujemy płaszcze i kurtki. W salce naprzeciwko wejścia ustawiono krzesła, salę boczną zajęli aktorzy na garderobę. Zanim zacznie się widowisko oglądamy eksponaty. Przedmioty codziennego użytku pisarza: fajkę, zegarek, tabakierkę, filiżankę... Odkrywamy talenty tego niepospolitego twórcy, który nie tylko pisał, ale i malował wybornie. 

Olejny obraz malowany przez Józefa Ignacego Kraszewskiego: "Krajobraz wołyński"


Talerz również przez niego malowany z podpisem widocznym po prawej stronie "Z Wołynia"

      Już, już wchodzą aktorzy, rozpoczyna się przedstawienie na poły baśniowe, na poły legendarne, ale z postacią historyczną w centrum: "O bialskim smoku". Smok był udawany i przebrany, a postacią historyczną był Radziwiłł "Panie Kochanku" urządzający burdy w swoim pałacu w Białej Podlaskiej. A tak naprawdę rzecz cała opowiadała o bialskich przekupkach, które sprzedawały jaja od koguta i niewiędnące kwiatki. 
        Główny bohater całego zamieszania, czyli sam Józef Ignacy Kraszewski -  w sędziwym już wieku będący, umknął do ciszy swojego parku i przysiadł z książką na ławeczce. 


Zdaje się całkowicie pogrążony w rozmyślaniach, w innym świecie. A może nasłuchuje rozmów z wnętrza pałacu? Może czeka aż ktoś podejmie trud i będzie kontynuował wielkie dzieło opisania ludzi, ich życia, emocji, marzeń i rozczarowań? 

21 października 2023 r. Romanów - Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego





poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Festiwale rozpięte w szerokiej przestrzeni

       Letnie miesiące obfitują w festiwale. Nawet podczas urlopowych wyjazdów w każdym regionie kraju można znaleźć ciekawe wydarzenia i wybrać coś z wielu propozycji. A wśród nich są też festiwale obejmujące zasięgiem więcej niż jedną miejscowość. Takie kulturalne kooperacje są coraz częstsze. 

        Festiwal Stolica Języka Polskiego pierwotnie odbywał się tylko w Szczebrzeszynie. Owszem, nadal Szczebrzeszyn stolicą pozostaje, lecz festiwalowe wydarzenia od kilku lat rozpoczynają się dzień wcześniej także w Zamościu. O limerykach, kryminałach, języku w polityce i publicystyce oraz wierszach Zbigniewa Herberta można było w tym roku posłuchać już 30 lipca na Rynku Wodnym i w Zamojskim Domu Kultury. Dzień zamojski zakończony został pokazem filmu "Dzień i noc" promującym Roztocze (o filmie pisałam TUTAJ). Kolejne festiwalowe dni od 31 lipca do 5 sierpnia odbywały się już tradycyjnie w Szczebrzeszynie. Dwa dość blisko położone miasta połączyła w tym festiwalu miłość do języka polskiego i literatury. 

       Od 2011 roku w drugiej połowie lipca odbywa się całkowicie wędrowny Festiwal Śladami Singera. Codziennie w innym mieście występują aktorzy, cyrkowcy, muzycy, opowiadacze historii. Co roku trasa jest planowana od nowa, a odwiedzane miejscowości łączy jedno: pisał o nich Izaak Bashevis Singer w swoich utworach. Podczas pierwszego festiwalu artyści odwiedzili pięć miejscowości: Lublin jako punkt stały, ponieważ inicjatorami festiwalu są artyści z Teatru NN, Biłgoraj, Józefów, Szczebrzeszyn i Tyszowce. W latach następnych w festiwalowy objazd włączano kolejne miasta: Bychawę, Chełm, Goraj, Janów Lubelski, Lubartów, Łęczną, Kock, Krasnobród, Krasnystaw, Kraśnik, Piaski, Stary Dzików. Czas festiwalu się wydłużył i w tym roku trwał od 15 do 29 lipca. W ramach festiwalu odbywają się pokazy filmowe, spektakle, koncerty, a pod patronatem Jaszy Mazura, bohatera powieści Singera "Sztukmistrz z Lublina", plenerowe widowiska akrobatyki, tańca i pokazy sztukmistrzów. Efekty są dosyć spektakularne, gdyż pokazy odbywają się już po zmroku z towarzyszeniem gry świateł i ogni. Codziennie ukazuje się też specjalna gazeta festiwalowa. Wstęp na wszystkie wydarzenia jest wolny. Jak widać, wydarzenia festiwalowe obejmują dość spory obszar Lubelszczyzny a artyści codziennie przemieszczają się od miejscowości do miejscowości. 

         Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera z kolei zaczyna się dosyć daleko od stolicy, bo właśnie w wymienionym już wyżej Biłgoraju, a potem przenosi się do stolicy z szeregiem wielodniowych atrakcji. Początkiem w tym roku był trzydniowy (11 - 13 sierpnia) Festiwal Kultur, a koniec nastąpi 5 września w Warszawie. Szczegółowy program znajduje się na stronie Fundacji Shalom. Biłgorajski Festiwal Kultur  rozpoczynający Festiwal Kultury Żydowskiej prezentuje kulturę polską i zaprzyjaźnionych zespołów z innych krajów. W tym roku były to zespoły  z  Ukrainy i Izraela. W finałowym koncercie niedzielnym można było obejrzeć tańce i posłuchać śpiewu Ludowego Zespołu Tańca Młodość z Czerwonogradu, grupy wokalnej Skrzydło łabędzia z Nowowołyńska, grupy wokalnej Vocalize z Afuli oraz polskiej Grupy Folklorystycznej Pokolenia. 

         Czerwonogród dawniej nosił nazwę Krystynopol na pamiątkę Krystyny z Lubomirskich Potockiej, żony Feliksa Kazimierza Potockiego, założyciela miasta. Ludowy Zespół Tańca Młodość istnieje od 1967 roku i ma na koncie wiele sukcesów, między innymi był zwycięzcą ogólnoukraińskiego festiwalu wokalno-choreograficznego w 2020 roku. Zespół na przełomie czerwca i lipca tego roku występował już w Polsce, między innymi w Warszawie.  W Biłgoraju na rozpoczęcie Festiwalu Singerowskiego zaprezentował najpiękniejsze ukraińskie tańce ludowe oraz humorystyczne taneczne scenki. Z Nowowłyńska przyjechały śpiewaczki zespołu Skrzydło łabędzia, aczkolwiek nieco dezorientujący był fakt, że w opisie zespół widnieje jako trio, a na scenie słuchaliśmy pięknych czterech żeńskich głosów. 

         Vocalize to żeński chór z Afuli, miasta w północnym Izraelu. Prowadzi go, pochodząca z ukraińskiego miasta Czerkasy, Inna Okun, która przeprowadziła się z rodziną do Izraela w 1990 r. Vocalize to tylko jeden z wielu muzycznych projektów chórmistrzyni, ale mający sukcesy. Chór zdobył między innymi III miejsce w Międzynarodowym Konkursie Chórów w Montserrat w 2018 r.  Wczoraj zaś w trakcie Festiwalu Kultur chór zaprezentował ludowe i religijne pieśni żydowskie, w tym "Hevenu shalom alechem". 

          A za kilka dni, od 18 sierpnia festiwal przenosi się do Warszawy zaczynając od spektakli w Teatrze Żydowskim, a później to już takie bogactwo wydarzeń, że trzeba sobie sprawdzić w programie na stronie Fundacji Shalom. 

środa, 2 sierpnia 2023

Z cyklu "nigdy tam nie byłam"

       Skoro tam nie byłam, nie bardzo pasuje etykieta "zwiedzając". Jednak będzie częściowo o tym, co można i czego nie można zobaczyć, więc związek ze zwiedzaniem jest. Podbudową zwiedzania będzie zaś archeologia. 

        Największe we Francji stanowisko prac wykopaliskowych znajduje się w Narbonie. W 2019 roku przy okazji przygotowywania placu pod budowę osiedla mieszkaniowego odkryto cmentarz z czasów rzymskiego imperium. Gdy Juliusz Cezar w 46 r. p.n.e. ogłosił koniec wojen galijskich, 6 tysięcy weteranów rzymskiego X legionu osiedliło się w Narbo Martius nad rzeką Aude. Była to pierwsza rzymska prowincja na terenie Galii. Jej początki sięgają II w. p.n.e. Na skutek ekspansji Rzymu na zachód powstają nowe kolonie, a stolicą nowej prowincji zostaje Narbo Martius, do której prowadzi kamienny siedemsetkilometrowy szlak łączący wszystkie kolejne powstałe miasta - Via Domitia. Przecina ona też Narbo Martius, a wokół jej osi tworzy się olbrzymie centrum handlowe i polityczne. O gospodarczej roli miasta leżącego na szlaku handlowym świadczą odkryte podziemne korytarze i pomieszczenia tworzące horreum - miejsce na skład towarów. Horreum ma powierzchnię ok. 2000 m2 i działało jak współczesna chłodnia. Podziemne i podwodne odkrycia świadczą o wielkim bogactwie miasta i jego świetności, której potwierdzeniem jest nazywanie go drugim Rzymem.

           Niestety, na powierzchni dzisiaj nie pozostało nic z dawnych rzymskich budowli. Nie ma świątyń, amfiteatru ani nawet malowniczych ruin. Dzisiejsza Narbona urzeka zabytkami średniowiecznymi z gotycką katedrą na czele. Natomiast rzymska historia odkrywana jest dzięki pracom archeologicznym. Dzięki nim wiadomo, że w Narbo Martius znajdowała się największa w Galii świątynia poświęcona Jowiszowi, Junonie i Minerwie. Miała wymiary 100 na 80 metrów i wysokości 35 metrów, otaczał ją ogromny plac - forum, a marmur do jej wzniesienia sprowadzano statkami z Carrary. Cały kompleks stanowił centrum polityczno-religijne. Na wzór rzymski wzniesiono też amfiteatr. Miasto miało też dzielnicę dla bogaczy, o czym świadczą również odkrycia archeologiczne, na podstawie których odczytano z resztek fundamentów wizerunek wspaniałej willi z portykami, a z setek pokruszonych kawałków odtworzono niezwykłe unikatowe freski przedstawiające Apolla, Nike i Oktawiana Augusta. 

            Kamienne inskrypcje z cmentarza, odtworzone freski, pokruszone fragmenty wyposażenia świątyni znajdują się obecnie w muzeum Narbony.  Tylko na tej podstawie można sobie wyobrazić, jakim bogactwem cieszyło się miasto w okresie rzymskim i jaką rolę odgrywało. Materiał wykopaliskowy wciąż poddawany jest badaniom. Na podstawie nagrobnych inskrypcji na przykład badacze odtwarzają system społeczny i przekrój społeczeństwa. Szczególnie wielu było fryzjerów, pojawiają się nagrobki kucharzy, kupców, sztukatorów. Dawniej miasto było też ważnym portem, o czym świadczą odkrycia podwodne. Niestety, stopniowe zamulenie laguny rzecznej wyłączyło port z funkcjonowania. Jednak archeologia podwodna ma swoje sukcesy i jeszcze niejedna niespodzianka może się pojawić. 

sobota, 22 lipca 2023

Trzeba przystanąć

        Ciągła gonitwa, pośpiech i wyścig z czasem. Pewien znajomy zauważył, że dawniej koniem orano pola, siano przewracano i zbierano ręcznie, żniwa trwały dwa, trzy tygodnie, a ludzie mieli czas wieczorem spotkać się, pogadać. Dzisiaj kombajny, wypasione traktory, wysoka mechanizacja, w jeden dzień można żniwa zrobić z kilku hektarów, a czasu nie ma na nic. Sztuka odpoczywania stała się... no właśnie, stała się sztuką, której trzeba się uczyć jak wysoko wyspecjalizowanej umiejętności. Tak samo jak w poprzednim poście, mogłabym użyć określenia, "duch prowincji" na oddanie istoty rzeczy: wolniej, uważniej, niespieszniej. Mniej gonitwy, więcej obserwacji i kontemplacji. Mniej rywalizacji i wyścigu, więcej radości. Mniej stresu, więcej spokoju. Mniej pretensji i niezadowolenia, że coś nie idzie po naszej myśli, więcej wdzięczności za każdy dzień. Mniej gadania, więcej podziwiania.

Kamienna róża przed Domem Zdrojowym  Horyńcu. A może to lotos? W środku otworek, pewnie kiedyś tryskała fontanna.
Tężnie w Horyńcu-Zdroju 
Tężnia w zbliżeniu
Fioletowy zachód słońca nad Horyńcem
Fontanna w parku Miejskim w Zamościu (trochę krzywo mi się zrobiło)
I takie drzewo w tym samym zamojskim parku (w tle z prawej ta sama fontanna)
Kapliczka przy drodze do Lasów Janowskich
I kapliczka w środku Lasów Janowskich

A tu trójkąt roztoczański, skąd pochodzą zdjęcia, z zaznaczonymi trzema miejscowościami: Horyniec, Zamość, Janów Lubelski

(mapka ze strony Wikipedii Autorstwa MaKa~commonswiki - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2816413)

poniedziałek, 17 lipca 2023

Duch prowincji

       Każda miejscowość pragnie czymś się wyróżniać. Choć może wypadałoby powiedzieć, że pragną tego  raczej mieszkańcy. A to oryginalna potrawa regionalna, a to strój haftowany, a to tradycje rzemieślnicze, pamięć o dawnych zawodach i tym podobne. Szperacze odnajdują dawno zapomniany przepis na zielone piwo, znawcy historii szczegółowo dokumentują związki miejscowości z jakąś znaną postacią, której stawia się ławeczkę w parku, badacze genealogii odkrywają, kto znany się urodził lub kogo pochowano na miejscowym cmentarzu. Odkrycia stają się elementem edukacji coraz szerszego grona mieszkańców, a z czasem atrakcją mającą przyciągnąć turystów. 

        Niektóre miejscowości mają długie tradycje regionalne. Uzdrowiskowy Nałęczów przez lata szczycił się Pałacem Małachowskich wzniesionym w latach 1771 - 1775. Jako ulubione miejsce autora "Lalki", która powstawała między innymi w pokojach na parterze, był Pałac także siedzibą do 2016 roku Muzeum Bolesława Prusa. Nałęczów miał też szczęście mocno zaistnieć w biografii Stefana Żeromskiego, gdzie pisarz miał niewielką chatkę, dzisiaj siedzibę muzeum jego imienia. na ślady obu pisarzy natknąć się można w wielu miejscach miasteczka. Mniej literacki jest Biłgoraj na skraju Puszczy Solskiej, ale i tu znajdziemy choćby ławeczkę z zasiadającym na niej Izaakiem Singerem, który tutaj przyjeżdżał do dziadków, a między drzewami Skweru Saskiego stoi pomnik Ignacego Krasickiego. Jemu bowiem Biłgoraj zawdzięcza wejście do polskiej literatury. Tradycyjną regionalna atrakcją Biłgoraja jest wszystko, co związane z sitarstwem jako dawnym zajęciem jego mieszkańców, którzy z sitami wędrowali do Besarabii oraz w głąb carskiego imperium. Stąd także sitarz na ławeczce przed miejscowym domem kultury oraz sita witające przyjeżdżających na rondzie wjazdowym do miasta. Rzemiosło i handel służyły rozwojowi Janowa Lubelskiego, wchodzącego w skład Ordynacji Zamojskiej. Dlatego dziś na Rynku stoją symboliczne rzeźby odnoszące się do garncarstwa, piwowarstwa, bednarstwa i sukiennictwa. Czasami nawet najmniejsze miejscowości pretendują do miana stolicy czegoś, jak Szczebrzeszyn, który  od 2016 roku co roku  staje się Stolicą Języka Polskiego, któremu, a jakże! patronują poustawiane w różnych miejscach postacie świerszczy i chrząszczy. 

         Nie łudźmy się jednak, że obejrzenie z zewnątrz jakiejkolwiek atrakcji ujawni nam w pełni ducha miejscowości. Duch ukrywa się w rzeczach na pozór nieatrakcyjnych i codziennych. Duch jest duchem rzeczy i ludzi, przemyka niewidoczny między drzewami. Siedzi na ławeczkach jak w Parku Zdrojowym w Horyńcu. Ławeczki mają obudowę, żeby siedzącym nie kapało na głowę, ale obudowy, no cóż, to szalony projekt Escherowskiego umysłu: asymetryczne, zwichrowane, oczy dostają oczopląsu. Patrzę z jednej strony, patrzę z drugiej, nijak nie wiem, jak to stoi. Podobnie jak nie mogę dociec, jakim sposobem tutejsi mieszkańcy korzystają z publicznej komunikacji. Widziałam autobusy, widziałam wsiadających i wysiadających ludzi, zwiedziłam trzy różne przystanki, ale na żadnym nie widziałam rozkładu jazdy. Tutejsi ludzie muszą mieć fenomenalną pamięć. Widać nie potrzebują rozkładów spisanych na tabliczkach. I pewnie dlatego na pytanie, gdzie mamy wysiąść, gdy przyjeżdżałam na turnus sanatoryjny, kierowca po prostu zawiózł nas - trzy nowe kuracjuszki - pod same drzwi Domu Zdrojowego. W atmosferze Horyńca unosi się duch dawnych właścicieli Ponińskich, dzięki którym zmodernizowano pałac, wzniesiono budynek teatralny, uruchomiono pierwsze uzdrowiskowe łazienki. Niemniej nad wszystkim unosi się także eklektyczny duch sanacji: solidnych stołów i kanap obitych suknem, luster w złoconych ramach, nastrojowych lamp, dźwięcznego fortepianu podczas wieczorów tanecznych i malarstwa Tamary Łempickiej. Cały zestaw przedwojennych akcesoriów w największej kawiarni Sanacja usytuowanej w Parku Zdrojowym. Obok zaś scena letnia i jedna z trzech - które widziałam - podświetlanych fontann, bo jakby nie było, fontanna znajduje się w herbie gminy Horyniec-Zdrój. 

jedna z podświetlanych fontann

herb gminy z fontanną


kawiarniany stolik w Sanacji


odbicie kanapy w lustrze


reprodukcje obrazów Tamary Łempickiej w kawiarni Sanacja


element wystroju wnętrza kawiarni Sanacja

piątek, 7 lipca 2023

Przy granicy

          Horyniec-Zdrój poza uzdrowiskami i sanatoriami, w których prym wiodą zabiegi borowinowe, ma swoje ciekawe miejsca i warte zobaczenia atrakcje. Początek lipca hucznie ogłosił Festiwal Borówki "Jagodniki", na który się zdążyłam załapać, przyjeżdżając akurat na trzeci dzień festiwalu. Wypieków z jagodami próbowałam, muzyka huczała do późna w nocy aż do Domu Zdrojowego. 

           Kolejne dni obfitowały w trasy. Udane i nieudane. Nie udała się wyprawa szlakiem "Za niwą".  Jest to ścieżka przyrodoznawcza, przez środek lasu. Odważnie skręciłam zgodnie ze strzałką, bez problemu na pniach wzdłuż ścieżki widziałam oznakowane drzewa, ale ścieżka była taka:


Zagubiona w wysokiej trawie. Na początek atrakcji przyrodniczych okazało się, że trzeba przejść przez stanowisko olchy czarnej. No i super, tylko że olcha rośnie na terenach podmokłych. Ścieżka zrobiła się jeszcze bardziej niewidoczna, a grunt stawał się coraz bardziej miękki, na poboczach pojawiały się mętne sadzawki, spod nóg wyskakiwały malutkie jaszczurki. 

nadal ścieżyna


piękne stanowisko olchy czarnej

Kiedy jednak w bagnisku został mi but i zrobiłam kolejny krok w samej skarpetce, uznałam, że dalej potrzebne są kalosze, których niestety na wyposażeniu nie miałam. Musiałam zawrócić. Na pocieszenie załączam mapkę całego szlaku.


O wiele lepiej szło mi się po kładkach Parku Zdrojowego. Kładki są niezbędne, ponieważ park jest podmokłym terenem z licznymi wodnymi strużkami.





  A środkiem płynie całkiem sympatyczny potoczek, nawet można powiedzieć, rzeczka - Glinianiec.

       
             Atrakcje przyrody to za mało na wypełnienie tygodniowego pobytu. W drodze do Werchraty, idąc upojną aleją lipową (nazywa się inaczej, ale tak silnie pachną teraz lipy, że taka nazwa jest adekwatna) mija się cmentarz, którego początki giną w pomroce dziejów, ale podobno powstał w XVIII wieku. Cechą charakterystyczną są pomniki z tzw. bruśnieńskiego kamienia. Sporo pomników z datami z połowy XIX wieku można zobaczyć blisko jednej z bram od strony ulicy. Znalazłam rok 1852 i 187.. któryś. Kamienne krzyże, pomniki, anioły, Matki Boskie... Stareńkie krzyże wciśnięte w ziemię po samą poprzeczną belkę...

      
     Ale od strony alei lipowej, jak ją nazwałam, cmentarz rozpoczyna się wysokim Pomnikiem Wolności z 1928 roku. Kolumnę wieńczy orzeł, a u jej stóp siedzi żołnierz.


    Cmentarz należy do tych tradycyjnych, zabytkowych. Mogiły pod drzewami, czasami wciśnięte w trawę. Przechylone kamienne nagrobki stoją rzędem po trzy, po cztery. Przez sam środek od strony szosy w głąb prowadzi wspaniała modrzewiowa aleja. W centrum z daleka widoczne jest mauzoleum książąt Ponińskich wybudowane w latach 1905 - 1912. Pochowany tu jest ostatni męski potomek rodu - Kalikst Michał Poniński zmarły w 1920 r.  
        Ponińscy herbu Łodzia pozostawili w Horyńcu wiele "pomników" historii. Główny pałac jest obecnie siedzibą Sanatorium '"Bajka",  a w budynku dawnego teatru dworskiego mieści się Gminny Dom Kultury. Tamte budynki już znam, więc teraz zmierzam  gdzie indziej. Idąc dalej w kierunku Werchraty, wspinam się na wzniesienie. szosa biegnie w górę. Liczę, że z jej szczytu wreszcie zobaczę franciszkański kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP.  Ale nie, nadal nic nie widać. Idę dalej aż do łagodnego łuku szosy. Gdyby nie żółta tablica informacyjna w kształcie krzyża oznajmująca, że tu jest kościół parafialny, w ogóle nie można by się zorientować o obecności szacownej budowli. Dookoła wszystko zasłaniają drzewa, a po obu stronach wejściowej bramy stoją potężne lipy. 
       Jednonawowy kościół o grubych dwumetrowych obronnych murach powstał z fundacji Piotra Telefusa w 1703 r. Wtedy rozpoczęto budowę, ale po śmierci pierwszego fundatora trwała jeszcze długo i dopiero staraniem Mikołaja i Salomei Stadnickich ukończono świątynię w latach 1757 - 1759, a w 1773 kościół został konsekrowany.  Utrzymany w stylu barokowym kościół jest jednonawowy. W ołtarzu głównym znajduje się rokokowa rzeźba Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia. Z dawnego wystroju zachował się na łuku tęczowym oryginalny fresk z 1758 r. i częściowo polichromia Jana Tabińskiego z 1893 r.  W czasie wojny kościół został splądrowany przez UPA. Wyposażenie wnętrza jest więc XX-wieczne, odnowione w latach powojennych. Jednak ciekawostką jest okalająca kościół i zespół klasztorny fosa, dzisiaj sucha, a kiedyś stanowiąca element obronny. Fosa zamieniona w wąwóz stanowi dodatkową atrakcję. 
        Niestety, kościoła i okolic nie mogę pokazać na zdjęciach, ponieważ wyczerpała mi się bateria w telefonie. Na zakończenie więc ostatnie zdjęcie - ze wzniesienia koło budynków sanatorium widać dalekie pagórki porośnięte lasami - to już Ukraina. 


Jestem blisko granicy. Piechotą można dojść do Radruża, gdzie znajduje się najstarsza drewniana cerkiew w regionie - tutaj już jest granica niemal po drugiej stronie drogi. Cerkiew pod wezwaniem św. Paraksewy powstała w XVI wieku i została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Cechą charakterystyczną dla budownictwa Wschodniego Roztocza są soboty - zadaszenie oparte na drewnianych słupach wokół cerkwi, co tworzy jakby podcienia. Interesująca jest też Wercharata, której właścicielem w XIX wieku był August Ignacy Franciszek Ksawery Józef hrabia Łoś herbu Dąbrowa. Z rodem Łosiów związana jest zaś częściowo historia mojej rodziny. Ale to już inna opowieść i nawet inne miejsce, bliżej Zamościa. Niemniej kręte drogi ciekawości zawiodły mnie do niewielkiego punktu informacji turystycznej, gdzie natknęłam się na książkę z tekstem o interesującej mnie gałęzi rodu Łosiów, z których Adam Andrzej Maria hrabia Łoś był właścicielem posiadłości pod Zamościem. Oczywiście nie mogłam jej nie kupić.