środa, 22 listopada 2017

No jak to tak?...

Miał dopiero 55 lat. Urodził się w Krasnojarsku na Syberii. Nagrał 40 płyt, śpiewał na największych operowych scenach świata. Wiele stron operowych podaje dzisiaj tę smutną wiadomość. W grudniu ubiegłego roku odwołał wszystkie swoje występy na kolejny sezon. I już nie wrócił na sceny. Przegrał walkę z guzem mózgu. Wielki współczesny baryton. Jednocześnie człowiek z dużym poczuciem humoru.  Pamiętam go z "Traviaty" z MET. W przerwie między aktami podeszły do niego za kulisy jego dzieci. Sympatyczne było spotkanie. Wielka szkoda. Zbyt wcześnie.




Nikt tak jak on nie śpiewał piosenek rosyjskich:-)





Piękne przeboje operetkowe też:




Inny duet, zabawny:-)




A ludzie płakali, gdy śpiewał:




A tutaj to dopiero się popłakali wszyscy. Ech, te rosyjskie pieśni!


sobota, 18 listopada 2017

Wizyta w Filharmonii Lubelskiej

       Brahms zabrzmiał zaskakująco, a Czajkowski zabawnie i potężnie. No bo skoro con fuoco na końcu, to jakże inaczej mogłoby być, a orkiestrą silną ręką dowodził Japończyk.  Dawno już nie byłam w Filharmonii Lubelskiej, więc na nowo uczyłam się niejako rozkładu foteli i dźwiękowego echa między ścianami. Na parterze słychać dobrze, nie wiem, jak na balkonach.
       I Koncert fortepianowy Brahmsa w wykonaniu Ignacego Lisieckiego wydał mi się dźwiękowo czytelny i sprawny technicznie bardzo, odczuwałam jednak niedosyt, jakby zabrakło odpowiedniej aury, atmosfery, refleksji. Być może jednak spodziewałam się zbyt wiele, ostatecznie przecież jest to koncert bardzo młodego jeszcze, zaledwie dwudziestoletniego kompozytora. Z drugiej strony było to dzieło już w samym zamierzeniu artystycznym odbiegające od ówczesnych kanonów fortepianowej wirtuozerii na rzecz ściślejszego wtopienia fortepianu w symfoniczną orkiestrę. Co nie oznacza bynajmniej, że błyskotliwych fajerwerków solowych nie ma wcale. Owszem, są i Lisiecki zaprezentował się w nich jako pianista wielce muzykalny i zdyscyplinowany. Wiele fragmentów podobało mi się bardzo, a przejście od drugiej do trzeciej części koncertu przebiegło efektownie i płynnie. Ścisła współpraca solisty z orkiestrą na pewno też wynikała z faktu, że Lisiecki obecnie studiuje dyrygenturę u Kena Takasekiego w Japonii. Obaj panowie znają się więc bardzo dobrze.
       Ken Takaseki, w młodości asystent Herberta von Karajana, a obecnie dyrygent orkiestry Filharmonii Tokijskiej, pełną gamę swoich umiejętności pokazał w drugiej części wczorajszego koncertu, w której poprowadził IV Symfonię f-moll Piotra Czajkowskiego. Czteroczęściowe potężne dzieło, mające wyrażać, według komentarza samego kompozytora, fatalne siły kierujące ludzkim życiem, odczucia smutku i przygnębienia, od których chce się uciec w poszukiwaniu szczęścia, przemówiło do mnie bardziej jako świadectwo artystycznych poszukiwań, żonglowania nastrojami i barwami. W tym przypadku moje odczucia rozmijały się z kompozytorską intencją. Być może za sprawą właśnie dyrygenta o silnej osobowości demiurga w sposób niemal namacalny i naoczny wydobywającego muzykę z nicości. Takaseki nawet sposobem dyrygowania podkreślał odmienność nastrojów czterech części symfonii. Po części drugiej zakończonej ekwilibrystyką obojową dyrygent w popularnym geście uniesionego kciuka docenił oboistę i odłożył batutę, gdyż całą część trzecią, Scherzo.Pizzicato ostinato dyrygował wyrafinowanymi aczkolwiek czytelnymi ruchami dłoni. Pizzicato skrzypiec, wiolonczel, kontrabasów było zabawne: jak skrzypce, to dyrygent w lewo, jak kontrabasy w ostinato z tym samym, to dyrygent w prawo, a dłonie nad głową w fajerwerkach palców, a jak ciszej, to dyrygent w kucki ;-) Muzyka i teatr w jednym. "Ćwierkanie" fletu wprowadzone malowniczym zawijasem lewej dłoni nad głową. Takaseki miał swoja wizję symfonii i ściśle ją realizował też twarda ręką, gdy było trzeba. W pewnym momencie, chyba w pierwszej części to było, wiolonczele przykryły dźwięk delikatnych dętych, zdecydowanym gestem nakazał ściszyć. I jeszcze kontrabasy się wyrwały raz na prowadzenie, wówczas też zareagował od razu. Ale po tym środkowym Scherzu, który odebrałam jako zabawę z ludowymi melodiami rosyjskimi, dyrygent złożył głęboki ukłon wszystkim smyczkom. N o i część czwarta Allego con fuoco obliczona chyba została na wytrzymałość ścian sal filharmonicznych, gdzie dzieło jest wykonywane. Potężna ludowa zabawa z przytupem. Ogniste zawijasy, pogonie, prześciganie się, zapamiętanie. Całkiem radosne zakończenie, ale.... główna nuta z części pierwszej, ta, która w intencji kompozytora miała nieść w sobie ideę fatum, odezwała się też tutaj w trąbce. Ale czy zapamiętani w tańcu ludzie ją usłyszą?

Tak brzmi pizzicato właśnie:-)


17 listopada
Filharmonia Lubelska im. Henryka Wieniawskiego

Johannes Brahms - I Koncert fortepianowy d-moll, op. 15 (1857)
Orkiestra Symfoniczna FL
na fortepianie Ignacy Lisiecki
dyrygent Ken Takaseki

Piotr Czajkowski - IV Symfonia f-moll, op. 36 (1877)
Orkiestra Symfoniczna FL
dyrygent Ken Takaseki

niedziela, 12 listopada 2017

Chopin wystartował

Powstało nowe radio - Radio Chopin, cyfrowe. Wystartowali wczoraj. Nadają cały czas - 24 godziny na dobę. Wszystko o Chopinie. Stąd do nieskończoności :-) I wszystko tam jest: o samym Chopinie, o festiwalach, konkursach, archiwum. Tylko słuchać.

TUTAJ - Radio Chopin 

Dodałam też na bocznej szpalcie.

A tak w ogóle miałam napisać o czym innym. W nagrodę za "polecenie" utworu do audycji Dwójka na życzenie przysłano mi płytę Da pacem. Echo Reformacji wydanej z okazji 500-lecia ruchu reformacyjnego zainicjowanego 95. tezami Lutra. Wiele zresztą wydarzeń towarzyszy rocznicy, płyta nagrana przez Capella de la Tore pod kierunkiem Kathariny Bäuml i Rias Kammerchor pod kierunkiem Floriana Helgatha jest tylko jednym z licznych przedsięwzięć rocznicowych. Zawiera utwory szesnastu renesansowych i wchodzących już  w epokę baroku kompozytorów. Od Girolamo Parabosco urodzonego w 1524 roku, przez młodszego o osiem lat Orlando di Lassa, Giovanniego Gabrielego,  Claudio Monteverdiego oczywiście, po najmłodszego w zestawieniu Heinricha Schütza (1585 - 1672). Nie znaczy to wcale, że wszyscy ci kompozytorzy byli członkami reformacyjnych kościołów. Orlando di Lasso na przykład był po prostu wybitnym humanistą, osobowością o typowo renesansowym, szerokim i wszechstronnym wykształceniu i kulturze a funkcję maestro di capella pełnił między innymi w kościele św. Jana na Lateranie. Claudio Monteverdi, prekursor opery, był katolickim księdzem. No cóż, w zasadzie przecież i Martin Luther zaczynał jako pobożny katolicki mnich. Toteż zestaw kompozycji prezentuje poprzez muzykę po prostu czasy kształtowania się Reformacji.  Większość utworów ma charakter religijny, głoszą pochwałę Boga lub są fragmentami większej sakralnej całości. Piękne, eleganckie wykonanie zaprasza do zadumy nad istotą boskości i człowieczeństwa. Wielka rocznica i wielka muzyka :-) 




niedziela, 5 listopada 2017

Paaadłaaam!!!

       Niczego nie napiszę. Tylko jedno: rondeau to to średniowieczne formy poezji francuskiej, zazwyczaj piętnastowersowych, o dosyć skomplikowanej budowie wersyfikacyjnej, w każdym  razie czytam i czytam i nie mogę ogarnąć, jak to pisano. Są zwrotki (różne), są rymy (różne), jest refren (wersy powtarzane na początku lub końcu zwrotek, choć nie wszystkich). Piszą, że to łatwe, a mnie gubi się rytm i logika. Dlatego może i w przypadku Jeana Rondeau zamiast się skupiać na muzyce podziwiam jego... fryzury ;-)

      Dawniejszą z płyty "Imagine":



I z nagrania:




A teraz, jak to mówili o Janie Kaczmarku: "Proszę Państwa, proszę nie regulować odbiorników,  on naprawdę tak wygląda" :-)


środa, 25 października 2017

Remy na harfie

      Remy ma... no ma dopiero 28 lat i zamierza (nie wiem, czy zamierza, ale wszystko robi w tym kierunku;-)) zdetronizować Xaviera. Dwaj panowie w świecie instrumentu kojarzonego z kobiecością i delikatnością, czyli harfą burzą stereotypy. Xavier de Maistre wydobył harfę z tła, z głębi orkiestry wyprowadził na miejsce centralne jako instrument solisty. Pod jego palcami słyszałam harfę niesamowicie skomplikowaną, medytacyjną, rytmiczną i tajemniczą zarazem, a przy tym o niezwykłych możliwościach mimetycznych. Gdyby wyłączyć wzrok, trudno od pierwszego dźwięku rozpoznać, że to harfa właśnie, a nie fortepian, ksylofon czy jakieś dzwonki. Jednak de Maistre trzyma się klasyki, wykonuje utwory na harfę skomponowane lub adaptuje klasykę fortepianową choćby, całe koncerty, na swój instrument.
       Remy Van Kesteren poszedł dalej. Harfa u niego może być nie tylko szemrzącym strumykiem. Bywa rockową gitarą, perkusją, fortepianem i nośnikiem emocji w jednym. Harfa - instrument bogów; "grajcie Panu na harfie, grajcie Mu na cytrze" śpiewał Psalmista, egipska płaskorzeźba z grobowca generała Amenemhaba XVI wieku p.n.e. przedstawia postać grającego harfisty, z kolei najwybitniejszy śpiewak faraona Amenhotepa nazywany był harfą boga Amona. Kiedyś instrument towarzyszący sakralnym pieśniom, z czasem zdominowany przez setkę innych w rozrastającej się orkiestrze symfonicznej, dzisiaj harfa wraca na swoje właściwe miejsce - znowu staje się instrumentem koncertowym: samodzielnie lub z towarzyszeniem orkiestry, a za sprawą nowatorskich zapędów Remiego Van Kesterena harfa współbrzmi nawet z elektroniką i mocnym brzmieniem. 
        Czy dojdzie do detronizacji w świecie muzyki i Remy zostanie obwołany księciem, królem i bogiem harfy? Jako jedyny klasyczny wykonawca brał udział w cyklu europejskich koncertów co roku organizowanych pod nazwą Night of the Proms (w 2012 r.). Miał wówczas 24 lata. Obecnie ma już na koncie solową płytę, zainicjował organizację holenderskiego festiwalu harfowego, współpracował z choreografami baletowymi, występował w popularnych programach telewizyjnych, promując harfę jako instrument wszechstronny.

       I oczywiście gra.

Występ na Night of the Proms:




Jeden z występów Remiego w telewizji holenderskiej:




I w koncercie klasycznym:




Znalazłam jeszcze więcej nagrań, ale się wszystkie nie zmieszczą. Poza tym jeszcze nie wiem, czy jestem gotowa na detronizację Xaviera! ;-)

niedziela, 22 października 2017

Deszczowy dzień i długi wieczór u wrót piekła

        Kiedy Michał Komar pisze o niemożliwym w literackiej koncepcji Josepha Conrada Singletonie, zapewne nie myślał o postaci Orfeusza (opera z 1607 roku) Monteverdiego. Kiedy jednak po lekturze w deszczowy dzień "Piekła Conrada" wieczorem słuchałam retransmisji opery z tegorocznej sierpniowej realizacji na festiwalu w Brugii, oba utwory wydały mi się całkiem kompatybilne, Zwłaszcza, że pośrodku oddzielało je, a może łączyło słuchowisko "Jądro ciemności" w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego. 
        "Moje wysiłki wydają się nie mieć żadnego związku z czymkolwiek w niebie, a wszystko, co pod niebem - jest tak samo nieuchwytne, jak kształty z mgły..." - pisał Conrad, a Monteverdi mógłby się pod tymi słowami podpisać, gdyby go czytał. Zrobił jednak coś innego. Stworzył operę z postacią bohatera próbującego osiągnąć, zdobyć, a może zawłaszczyć to, co niemożliwe. 
         Szczęśliwy Orfeusz po ślubie z Eurydyką powraca do swoich pieśni w przekonaniu, że ideał trwa wiecznie. Nie zastanawia się nad przemijaniem, bo nie podejmuje refleksji, podobnie jak Conradowski Singleton w samym istnieniu jest kwintesencją życia tu i teraz, bez patrzenia wstecz, bez namysłu o przyszłości. Zapewne podjęcie tej refleksji doprowadziłoby obu bohaterów do przerażającego okrzyku, na jaki zdobył się ostatecznie inny bohater Conrada, Kurtz: "Zgroza!". I owszem, Orfeusz porażony śmiercią ukochanej, staje u bram piekieł. W owej chwili pozostaje mu tylko jedno, wyłamać te wrota, przekroczyć je, stępić zęby śmierci, odwrócić nieubłagany los jedyną mocą, która posiada: doskonałością pieśni. Jakże wydają się śmieszne ludzkie nadzieje  wobec potęgi ciemności! Zgroza! O naiwności ludzka! To się nie mogło udać. 
         Podobnie więc jak Conrad swojego Singletona, Monteverdi konstruuje w operze bohatera niemożliwego, mówiąc językiem Camusa, absurdalnego. Przez chwilę toczy swój kamień przezwyciężając los, a przecież wiemy, że wtoczyć na szczyt nigdy mu się nie uda. Zaangażowanie olbrzymiej, jak na owe czasy, instrumentacji złożonej z wiol, klawesynów,  skrzypiec, organów, kornetów,  puzonów,  fletów, trąbek nasuwa przypuszczenie, że muzyka miała tu być ekwiwalentem scenerii, emocji, nastrojów i niedoścignionego ideału. Niedoścignionego, bo przecież Orfeusz nie odzyskuje swojej Eurydyki, a "wszystko, co pod niebem - jest tak samo nieuchwytne jak kształty z mgły"... Pamiętać należy, że świat pod niebem opisywany przez Conrada jest piekłem człowieka i przez człowieka stworzonym. Orfeusz próbujący śpiewem wedrzeć się do piekieł skazany jest na klęskę, ponieważ jego droga powinna prowadzić w stronę przeciwną: w stronę wyjścia. Owszem, wychodzi z podziemia, ale jego piekło idzie razem z nim. Nigdy z niego nie wyszedł. 
         

poniedziałek, 16 października 2017

Apolloni

         Jest ich czterech: Paweł Zalejski - skrzypce,  Bartosz Zachłod - skrzypce, Piotr Szumieł - altówka, Piotr Skweres - wiolonczela, czyli Apollon Musagete Quartett (AMQ). A dzisiejszy o nich odcinek jest już trzeci na moich blogach. Najpierw pisałam TUTAJ, a następnie TUTAJ, gdy do szeregu nagród przez nich zdobytych dołączył Paszport Polityki. Rozwijają się brawurowo i wspinają coraz wyżej. Kameralny zespół założony przez czterech polskich muzyków w Wiedniu w 2006 r. już dwa lata później (2008) zwyciężył w Międzynarodowym Konkursie Muzycznym ARD w Monachium, obecnie występuje w najbardziej znanych i prestiżowych salach koncertowych Europy i USA. Po nagraniach youtubowych i płytowych wreszcie usłyszałam ich na żywo podczas tegorocznych Szalonych Dni Muzyki i to w dwóch koncertach. W pierwszym zaprezentowali utwory Strawińskiego (Tango),  Szostakowicza (Polka),  Arenskiego (Kwartet smyczkowy nr 2 a-moll), Dvořaka (Walce) i Fresedo (Vida mia), a w drugim Kwartet smyczkowy Dvořaka,  tegoż ponownie  Walce oraz ponownie Polkę Szostakowicza oraz  Schulhoffa Alla Czeca z Pięciu utworów na kwartet smyczkowy. Jak widać, było coś nowego i były powtórki. Powtórki bynajmniej mi nie przeszkadzały, bo mogłabym w ogóle posłuchać dwa razy identycznego koncertu. Było jednak podobnie, choć całkiem inaczej.
         Dobór utworów krótszych miał związek z hasłem tegorocznych Szalonych Dni Muzyki - La Danse. Taneczne rytmy, taneczne pasaże, zabawne przeróbki, wirtuozowska precyzja. Ale to dwa dłuższe utwory, czyli kwartety Arenskiego i Dvořaka stanowiły clou obu koncertów. Można było się zasłuchać, napatrzeć na współpracę muzyków, wzruszyć pięknym brzmieniem. Podczas Kwartetu smyczkowego Arenskiego kilkakrotnie przemknęło mi przez głowę nie dające się odpędzić pytanie na jakich skrzypcach gra Paweł Zalejski, że TAK brzmią? I już wiem: to skrzypce Girolamo Amatiego z 1615 roku. Przepiękny dźwięk! A Paweł Zalejski potrafi fantastycznie na nich grać, wydobywając niesamowite niuanse, tak miękko, delikatnie i przejmująco. Dlatego oba kwartety w programie koncertów były wskazane choćby dla pokazania pełnej skali możliwości tak instrumentu, jak instrumentalisty. Podobnie zresztą jak w przypadku Piotra Skweresa grającego na wiolonczeli Gennaro Gagliano z 1741 roku. Z kolei koleżanka zachwycona była miękkością altówki. Chyba więc chodzi tu raczej nie o rywalizację między instrumentami, lecz o precyzyjne współbrzmienie. Na tym polega gra w kwartecie: czterej wirtuozi w harmonijnej symbiozie :-)
           
       Grają:

Polka Szostakowicza

       

Tango Strawińskiego





Grają i opowiadają




A TUTAJ wywiad w Polityce

I jeszcze jeden ciekawy kawałek



Na koniec chciałam zwrócić uwagę, że zawsze są tak identycznie ubrani, że nawet spinki do koszuli mają takie same. Wiolonczelista Piotr Skweres zapuścił taką długą grzywkę, że widać mu tylko połowę twarzy, nie wiem, jak on nuty czyta ;-) Oba ich koncerty należały do tych, po których nigdzie mi się nie spieszyło, chociaż, jak wspominałam poprzednio, koncerty są tak ułożone, że chcąc zdążyć trzeba czasem biec schodami w górę, schodami w  dół i po zakrętach, ale w tym wypadku specjalnie  zarezerwowałam sobie czas na spokojne dosłuchanie do końca. Wyczytałam, że w grudniu występują w Katowicach. Biletów już nie ma. 

piątek, 6 października 2017

Wszystkie dźwięki świata

      O tegorocznym laureacie literackiej Nagrody Nobla, a właściwie jednej jego książce TUTAJ 



      W tegorocznym programie Szalonych Dni Muzyki miotało mną od skrajności do skrajności. No bo tak: japońskie bębny, rosyjski balet, barokowy Rameau i kuplety Marina Maraisa, gruziński taniec z szablami, wiedeńskie walce i muzyka filmowa, kurpiowskie pieśni i tańce słowiańskie, polowanie na dokładkę w rytmie wiedeńskiego Straussa. Słowem, kołomyja (taniec ludowy z terenów Karpackich). Nie da się nawet zamieścić choćby próbek wszystkich odmian muzycznych, wariacji, opisać nastrojów (i strojów), oddać ducha wszystkich koncertów. Ale czego się nasłuchałam, to moje ;-)
      O muzyce filmowej Kilara pisałam w poprzednim poście. W koncercie umieszczono też ścieżki muzyczne polskich dobranocek: "Bolka i Lolka", "Koziołka Matołka" i "Reksia", w czym brały udział rzadko widziane w orkiestrach instrumenty, jak kije deszczowe, grzechotki, buki (baki z piszczącym końskim włosiem, grzechotki, dzwonki, piszczałki... No i chór Sinfonii Varsovii! ;-) To żart oczywiście, bowiem chór taki nie istnieje, ale w kulminacyjnym momencie ścieżki dźwiękowej do "Koziołka Matołka" wszyscy muzycy grający z użyciem innych części ciała niż usta chóralnie po koziemu zaśpiewali "beeeee". A następnie widownia chór ten znacznie wzmocniła ;-)
       Rozrywka ta nie przeszkodziła podziwiać porywających kompozycji Kilara ("Ziemia obiecana", "Pan Tadeusz", "Trędowata", "Zazdrość i medycyna", "Zemsta"), Lorenca ("Bandyta"), Kazaneckiego ("Noce i dnie") i Krzesimira Dębskiego ("Ogniem i mieczem"). Tym bardziej, że większości towarzyszyła para taneczna dodając ognia muzycznym tańcom. Najbardziej podobał mi się w łącznym orkiestrowym i tanecznym wykonaniu Mazur z "Zemsty", wykonany z wielkim ogniem, przytupem i rozmachem. Natomiast zestawienie Kilara z innymi, a zwłaszcza dwa polonezy: z "Pana Tadeusza" i "Ogniem i mieczem" Krzesimira Dębskiego wyraziście przechyliło sympatię w stronę kompozycji tego pierwszego. Miał on jakąś niesamowitą lekkość i zamaszystość, patrząc na orkiestrę można było wyłapać tyle niuansów, cieniowania melodii, nastroju, emocji. "Polonez Husarii" zaś wydał mi się przyciężki i zbyt patetyczny.
        Był to koncert zdecydowanie na wzruszenie się, natomiast przegląd przebojów Czajkowskiego to raczej historia baletu w pigułce, zwłaszcza że opatrzona syntetycznymi komentarzami dyrygenta Jose Maria Florêncio. Rozwalcowaliśmy się na widowni dokumentnie razem z łabędziami, kwiatami i krasnoludkami :-) I dlatego dla kontrastu następny koncert był w stylu tańców ludowych: oberki, krakowiaki, tańce rumuńskie, stylizacje ludowe Pendereckiego, Lutosławskiego, Bacewicz, Bartóka, słynne szable Chaczaturiana i Astor Piazzola. No, tutaj to sobie pozwolę rewoltę i muzyczną wstawkę, bo się okropnie rozmarzyłam. Generalnie Piazzoli nie lubię, nie porywa mnie, ale "Libertango" w aranżacji symfonicznej, ech! to wyjątek.



       Na "Barokowe szaleństwo" poszłam rozmarzona. A barok, jak to barok, wysublimowany się okazał, szaleństwa w wykonaniu Ricercar Consort pod kierunkiem Philippe`a Pierlota nie było, tylko o szaleństwie w pieśni w wykonaniu Hanny Bayodi-Hirt z towarzyszeniem violi da gamba, lutni z długą szyjką, czyli teorbą i fortepianem. Kilka rzeczy rzadko słyszanych, ja przynajmniej nie znałam, było bardzo pięknych. Jeśli pada hasło "barok", na myśl najpierw przychodzą Bach, Purcell, Vivaldi, Haendel, Lully, Rameau... A tu pojawił się szesnastowieczny jeszcze Diego Ortiz, mistrz violi Colombe oraz jego uczeń Marin Marais. Nie to, żeby całkiem nieznani, ale kiedyż ja mogłam ich słuchać? Nawet nie pamiętam. Muzyka Maraisa znana jest jednak choćby z filmu "Wszystkie poranki świata":



   
       No i po tej nastrojowej muzyce baroku zabrzmiał japoński bęben. Najpierw co prawda był Czajkowskiego Koncert skrzypcowy D-dur z solistką Aleną Baevą i samurajskim dyrygentem Eiji Oue, który tak spektakularnie dyrygował aż chwilami żałowałam, że solistka mu przeszkadza ;-) Co do bębna wielkiego i czternastu małych, jak wspomniałam poprzednio, była to kompozycja współczesnego japońskiego kompozytora i miała nawet partyturę wraz z instrumentacją na całą symfoniczną orkiestrę. Po Czajkowskim jednak wydawało się to krzykliwe i rwane, niemniej sama linia bębna/bębnów miała zadziwiająco czytelną melodię, choć bardzo patetyczną, bojową i heroiczną. No, taką samurajską po prostu.  Nic tu więcej nie napiszę, tylko dam ilustrację. Co prawda jest to inna kompozycja, ale tego samego kompozytora i gra ten sam solista - Eitetsu Hayashi. Dla chętnych zagadka: ile lat ma solista? Cały koncert trwał co najmniej pół godziny, a on tak walił cały czas ;-)



      Na koniec dzisiejszego przeglądu Kwadrofonik - jest to czteroosobowy zespół grający na dwóch fortepianach i szeregu dziwnych, wręcz dziwacznych instrumentach o charakterze perkusyjnym, bo to i dzwonki, i misy, i marimba, i elektronika, a fortepiany też niezbyt normalne, znaczy preparowane, bo czasem brzmią jak perkusja, jak organy, albo w ogóle nie wiadomo, który instrument akurat prowadzi linię melodyczną. Słowem, zespół eksperymentalny, choć muzyka klasyczna, bo grają Lutosławskiego, Bartóka czy Szymanowskiego, a w ogóle to tworzą i nagrody zdobywają za szeroko rozumianą muzykę folkową. W Szymanowskim inspirowanym pieśniami ludowymi stworzyli atmosferę nieziemską, coś pomiędzy Kolbergiem a kosmiczną muzyką sfer. O zespole słyszałam od dawna, lecz na żywo słyszałam ich po raz pierwszy. Mnie się podobało, wielu obecnym na widowni też, choć słyszałam też opinie sceptyczne. Nie da się ukryć, że wyobraźnię muzyczną prezentują niesamowitą. Jakby wchodziło się w świat muzycznej baśni. Gdybym miała porównać do czegoś znanego, to powiem tak: koncert był bardziej fantastyczny i łamiący ustalone prawa fizyki dźwięku niż "Alicja w Krainie Czarów" łamiąca prawa przestrzeni i czasu.  Muzyka mistyczna nawet, wymagane pełne skupienie, może zamknąć oczy i dać się wciągnąć w opowieść?


Mnie ten utwór mocno wzrusza. 

Czy to wszystko? Oczywiście, że nie, ale odcinek dzisiejszy zrobił się długi. O boskich Apollonach będzie następnym razem. Zasługują na całkiem osobny wpis :-)

poniedziałek, 2 października 2017

Taneczne Szalone Dni Muzyki w niespodziankach i anegdotach

       Zanim pozbieram i poukładam sobie wrażenia muzyczne z dziesięciu koncertów wysłuchanych w dwa dni, najpierw mniej poważna odsłona Szalonych Dni Muzyki La Danse w Teatrze Wielkim Operze Narodowej 29 IX - 1 X. Ósme w Warszawie, moje czwarte - w tym roku tematem przewodnim był taniec. Na początek wybrałam koncert pod hasłem "tańce z filmów polskich", który adekwatniej mógłby być zatytułowany: wszystkie tańce Kilara, ale nie czepiajmy się ;-)  Ostatecznie pomiędzy polonezem z "Pana Tadeusza", walcem z "Ziemi obiecanej" a mazurem z "Zemsty" polskiego mistrza muzyki filmowej mógł się zaplątać i taniec Eleny Michała Lorenca z "Bandyty".  Dla zmyłki w środku pojawiły się pozostawione wyobraźni słuchaczy taneczne wygibasy bohaterów z kreskówek: Bolka i Lolka, Koziołka Matołka i Reksia, ale najmłodsza widownia nie miała z tym najmniejszego problemu. Prawdziwym showmanem okazał się dyrygent Sebastian Perłowski, który zdmuchiwał z dłoni pocałunki w stronę widowni, orkiestry i tancerzy oraz dyrygował oklaskami widowni prawie jak w Wiedniu podczas noworocznego wykonania "Marsza Radetzkiego". 
      Dyrygenci w ogóle zasługują na osobną opowieść. Jurek Dybał dyrygujący Sinfoniettą Cracovią czy to w "Tańcach rumuńskich" Bartóka czy "Oberku" Grażyny Bacewicz i tak przed orkiestrą tańczył krakowiaka ;-) Gdybym nie znała "Tańca z szablami" Chaczaturiana, też myślałabym, że to krakowiak ;-) Albo taki José Maria Florêncio! Wychodzi przed orkiestrę, kłania się: nazwisko hiszpańskie, hiszpańska bródka (taka nieco podobna jak w znanym portrecie Ignacego Loyoli), bierze z pulpitu mikrofon i przemawia do publiczności... najczystszą polszczyzną! A potem popłynęły walce Piotra Czajkowskiego: z "Jeziora łabędziego", ze "Śpiącej królewny", z "Dziadka do orzechów", a na koniec dynamiczny taniec żołnierzy Rossiniego z "Wilhelma Tella". Bo co się okazało? Pan Florêncio nie jest wcale Hiszpanem, pochodzi z Brazylii, a od 1985 roku mieszka w Polsce. Co się natomiast może wydarzyć, gdy dyrygentem jest Japończyk? Jak to co? Na scenę wkroczy japoński obyczaj: dyrygent klęka i bije czołem z szacunkiem przed solistą, który również jako Japończyk robi dokładnie to samo przed dyrygentem. Tak to sobie cześć i honory po koncercie oddawali Eiji Oue - dyrygent i Eitetsu Hayashi - mistrz gry na japońskich bębnach taiko. 
      Bębny taiko, zwłaszcza ten największy, wielkości beczki do warzenia piwa, zagłuszyły na moment inne instrumenty i chyba nawet na ulicy było słuchać jak samurajowie szykują się do boju. Taiko to nawet nie jeden bęben, tylko cały zestaw w różnej wielkości. Mistrz Hayashi miał ich w sumie piętnaście. Tyle naliczyłam ze swojej loży na drugim balkonie. Grając, znaczy bębniąc, pomagał sobie czasami charakterystycznymi japońskimi okrzykami. Pewnie to były owe samurajskie wezwania do ataku. Zadziwiające, że w tym bębnieniu była jakaś melodia, symetria, niuanse mocy, siły uderzeń, ściszenia, złowrogie mruczenia, chwile wyciszenia i nagłe erupcje energii. Była w tym moc! Ale najdziwniejsze, że wbrew pozorom, był to utwór skomponowany przez współczesnego autora i Eitetsu Hayashi naprawdę grał, znaczy bębnił zgodnie z partyturą, on miał to wszystko zapisane!
      Na przeciwnym biegunie japońskich bębnów był polski zespół Kwadrofonik i to, co oni wyprawiali z ... no nie wiem, czy z Szymanowskim, czy raczej z instrumentarium. Czego tam nie było?! Wszystko było: dwa fortepiany tak spreparowane, że jak w jednym pianista grał niskie akordy, brzmiały jak perkusja; jakaś marimba, jakieś dzwonki o dźwiękach nieziemskich, prawdziwe dzwonki chyba z jakichś owiec pozdejmowane; indyjskie misy medytacyjne, to takie dzwony w kształcie miedzianych mis - uderza się w nie z boku i dźwięk niesie się podłogą, powietrzem aż drga na skórze (na szczęście były to takie mniejsze misy, nie z tych największych, bo drgania poszłyby przez cały budynek ;-). Były jeszcze jękliwe pociągnięcia po dzwonkach płaskich jak szklane jęki ("jęk szklany, płacz szklany a szyby w mgle mokną"). W sumie rzecz nie do opisania, ale czy to Szymanowski był, jako stało w programie?  W życiu bym nie rozpoznała!
      Zwiedzałam zakulisy. Istotą Szalonych Dni Muzyki - kto jeszcze nigdy nie był, niech żałuje! - są równoczesne koncerty w różnych dziwnych miejscach Opery Narodowej. Na głównej scenie oczywiście największe symfoniczne także, ale chodzi się wąskim korytarzem za kulisy głównej sceny, gdzie za dźwiękoszczelną kurtyną odbywają się koncerty bardziej kameralne. W tym samym czasie w salach redutowych występują kwartety, zespoły barokowe i inne cuda wianki. Przed Operą na placu stoi zaś namiot, gdzie każdy może - o ile zdoła się wcisnąć i znaleźć miejsce - posłuchać koncertów za darmo. Te w budynku są biletowane. A ceny! Horrendalne ;-): 12, 15 i 17 zł.
      Impreza zaczyna się w piątek po południu i trwa do późnego wieczora w niedzielę. W sumie 57 koncertów, ale odliczyć trzeba blok przeznaczony dla dzieci od 0-2, 2-5 i 6-11 lat. Więc nawet odliczając ten blok, pozostaje kilkadziesiąt interesujących koncertów, ciekawych twórców, muzycznych eksperymentów, ciekawostek i najpiękniejsza klasyka. Jak zdążyć na wszystko. Oczywiście nie da się! Między koncertami bywa 10 - 5 minut, a czasem wcale nie ma czasu na przejście i trzeba widzieć te tłumy z obłędem w oczach jak biegną z jednego koncertu na kolejny, z sali Kadryl do sali głównej ochrzczonej jako Mazur, a stamtąd za kulisy do Arabeski. Albo odwrotnie.  Oto jestem na wysokości Kadryla, stamtąd wypada mi biec, nie, lecieć nawet, wzlecieć piętro wyżej do loży na balkonie, ale żeby było ciekawiej - po przeciwnej stronie, czyli do loży lewej. No to obiegam całe foyer i wpadam wraz z gasnącymi światłami ;-) Tak samo z Arabeską: wypadłam wraz z oklaskami, nie ja jedna zresztą, biegniemy ciemnym wąskim korytarzem, puszczono nas jakimiś bocznymi drzwiami, przebiegamy scenę od strony wiszących wysoko żyrandoli, wpadamy na foyer na wysokości amfiteatru i teraz następuje rozproszenie: każdy skręca w stronę swojego miejsca, swojego wejścia do Mazura zgodnie z biletami. Ja obiegam dookoła, wbiegam piętro wyżej: loża E po lewej stronie :-) Uff!! Maestro Jacek Kaspszyk wychodzi dyrygować "Ognistym ptakiem" Strawińskiego.
      Tak więc myślę, że przed wyjazdem trzeba poćwiczyć bieg na setkę ;-) A co gdy ktoś się zgubi? Muzycy nie mają litości: Którędy do wyjścia? - zapytała pewna zgubiona dusza wyfraczonego członka orkiestry. A ten bez mrugnięcia okiem z całą powagą: - Jeśli chodzi o wyjście, to tędy  - i wskazuje ręką wprost na scenę ;-) Dla ochłonięcia emocji kubeczek gorącej czekolady na placu przed Operą. Spacerek wokół Foxtrota, znaczy namiotu, gdzie Młodzieżowa Orkiestra z Bytomia gra Polkę "Na polowaniu" Straussa. Dyrygent okazał się jednocześnie myśliwym i ustrzelił zwierza ;-)
        57 koncertów, w tym 10 osobnych dla dzieci, 47 dla dorosłych i wszystkich. Byłam na 10. To jest ponad 20%. W sobotę w Operze spędziłam 10 godzin, w niedzielę 7 godzin. Wypiłam półtora litra kawy i jedną zieloną herbatę. Kupiłam płytę, książkę i pamiątkowe gadżety. Poznałam nowe instrumenty, w tym wspomniany bęben taiko. Usłyszałam na żywo kilku wykonawców znanych dotąd tylko z radia lub nagrań. Wypróbowałam nowe miejsca na widowni. I zakochałam się w czterech Apollonach, ale o tym następnym razem ;-)
     

niedziela, 24 września 2017

To był koncert!

       W ostatniej chwili, rzutem na taśmę, dotarłam na koncert Mirosława Czyżykiewicza. Na czarno ubrany pan z siwą bródką wyczarowywał głosem i gitarą przejmujący, poruszający, wzruszający i groźny świat, w którym żyjemy. Pieśniarz, poeta, muzyk, autor kilku albumów z poezją śpiewaną i piosenką literacką, współpracujący z Piwnicą pod Baranami czy Jerzym Satanowskim, zyskał renomę wśród słuchaczy, jak i krytyków. Nie mogło być inaczej, skoro wśród śpiewanych tekstów, często mocnych i raniących duszę, a nieraz lirycznych erotyków, sięgnął Czyżykiewicz po utwory Josifa Brodskiego, Tomasa Hardy`ego, Włodzimierza Wysockiego czy Edwarda Stachury. 
       Po Wysockiego sięgają wszyscy bardowie, podobnie jak po Stachurę. Właściwie można powiedzieć, że ich twórczość to materiał na murowany hit. Jednak Brodski jest, moim zdaniem, trudniejszy w odbiorze, stąd i wykonywanie jego wierszy może być albo totalną klęską, albo przeciwnie, pokazać mistrzostwo. 
       Czyżykiewicz doskonale wie co i jak śpiewać. Jest on przykładem artysty, u którego muzyka, aranżacja i głos idą za tekstem, za emocjami z tekstu wydobytymi w roli ostrego czasami, a na pewno  nieobojętnego komentarza do współczesnego życia, do zjawisk współczesnego świata i ludzkiej egzystencji. Wspaniałe aranżacje gitarowe dodają tekstom dodatkowego wymiaru. W koncercie Mirosławowi Czyżykiewiczowi towarzyszył Witold Cisło, kompozytor, aranżer, perkusista, ale w tym koncercie przede wszystkim mistrz gitary i bałałajki, choć i perkusyjnie się udzielał. Jednak to, jak panowie obaj pogrywali sobie na strunach, zasługuje na osobną uwagę. Duet chwilami brzmiał echem hiszpańskich wirtuozów muzyki Joaquina Rodrigo. 
       Piosenki Czyżykiewicza nie są łatwe i nie nadają się do nucenia. Chropawy głos jednak doskonale przystaje do śpiewanych tekstów. Nie tylko w Wysockim ;-) Na przykład taki Brodski i jego "Piosenka o Bośni" w przekładzie Romana Kołakowskiego:

W chwili, kiedy pry kolacji
bronisz niedorzecznych racji
żal za głupstwem topiąc w wódzie -
giną ludzie.

W przecudownych starych maistach
strach w codzienny pejzaż wrasta
śniąc o ocalenia cudzie - 
giną ludzie.

W wioskach, których wcale nie ma
bo śmierć przez nie przeszła niema -
wierząc swej nadziei złudzie
giną ludzie.

Giną ludzie, gdy głosujesz
za spokojem - i próbujesz
bunt sumienia zbić doktryną -
obcy giną.

W chwili, gdy rozrywki żądasz,
w telewizji mecz oglądasz
lub się pławisz w słodkiej nudzie -
giną ludzie.

Oto nowa jest idea:
jeszcze ludzkość nie zginęła,
chociaż w kainowym trudzie
giną ludzie.

Wielbiąc każde przykazanie,
zapis świętych praw w Koranie,
Ewangelii i Talmudzie
giną ludzie.

Wśród wyznawców każdej wiary
są mordercy i ofiary -
twe milczenie wskaże teraz
kogo wspierasz.




      Zawsze uważam, że jeden dobry wiersz wystarczy za tomy doniesień prasowych, analiz, kazań i najbardziej wstrząsających reportaży i dokumentów. Reszta jest milczeniem, chciałoby się powiedzieć. Ale dodam jeszcze, choć bez komentarza, inne piosenki Czyżykiewicza. Nagrania różne, amatorskie, nie ma porównania z wrażeniem na żywo. No i trochę brakuje w ogólnym wyrazie istotnej roli drugiego gitarzysty, Witolda Cisły.

To akurat wiersz "Gdy deszcz i wiatr" Thomasa Hardy`ego w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka:




Brodski raz jeszcze: "W stylu Horacego" (TUTAJ można znaleźć słowa): 




      Bonus. Tego nie było na koncercie, ale jaki piękny duet. Od czasu tej piosenki zaśpiewanej przez Jolantę Kaczmarek na festiwalu w Sopocie (1990) uważam Jerzego Satanowskiego za najlepszego kompozytora polskiej piosenki popularnej, estradowej. Oczywiście kompozytor nie tylko piosenkami się zajmuje, ale w tym wypadku kontaminacja słów Jana Wołka i muzyki Satanowskiego jest po prostu mistrzowska. Piosenka wzruszająca: "Para nasycona" (TUTAJ słowa) 



poniedziałek, 18 września 2017

Wieczna pamięć

       Pamięć tak długa, niekończąca się... niemożliwa. Jednak są rzeczy trwalsze niż materia i człowiek. Pamięć zapisana, pamięć skomponowana, pamięć nagrana.Trwają w niej chwile minione, emocje niegdyś żywe, humor tamtych lat. Można czerpać do woli. Na ile zechcemy. Na ile pozwoli nam świadomość ciągłości, świadomość korzeni lub świadomość źródła. Źródło dnia dzisiejszego jest daleko stąd: w przeszłości. Pamięć musi trwać. Poniekąd jednak jest wieczna, choć my sami wieczni nie jesteśmy. 
      "Wieczna pamięć" to część III Adagio 11 Symfonii Szostakowicza. Najwłaściwiej rzec, duszoszczipatielnyje. Powinni tego zabronić! Pasztet spaliłam w piekarniku. Na pocieszenie ratuję się humorem Stanisława Lema. Ten to miał obrazowanie. Bazującą na wiecznej, a jakże, pamięci literackiej: "Nasz naród jest jak... placek: z wierzchu suchy i plugawy, a w środku jagody" (ze "Szpitala Przemienienia"). 
       A jakby tego było mało, Dwójka rozpoczęła przypominanie starych kabaretów literackich. Na pierwszy ogień Teatrzyk Eterek  Jeremiego Przybory w doborowej obsadzie: Adam Mularczyk jako Profesor Pęduszko ("stalowe nerwy, kamienny spokój, zimna krew", albo na odwrót ), Irena Kwiatkowska jako Wdowa Eufemia i Tadeusz Fijewski jako jej syn Mundek oraz Tadeusz Olsza w roli Żołędnego. Uśmiałam się :-) Dobrze, że za jednym zamachem były dwa odcinki, bo nie mogłabym zasnąć, nie wiedząc, "gdzie zniknęła mamusia". Dość powiedzieć, że na skutek zawiłości intrygi zaaresztowany został jako podejrzany typ molestujący kobiety niejaki "narrator", który "podnosił napięcie". Jak rzecz się wydała, Mundek stwierdził, że trzeba ratować ofermę i z więzienia go wyciągnąć. No bo widział kto opowieść bez narratora? ;-)
        Więc Szostakowicz leci w całości, bo Mrawinski wielkim dyrygentem był!


niedziela, 10 września 2017

Trochę plusku, trochę figli

      Ułożyłam wczorajszy program radiowej Dwójki. No, może nie cały. Właściwie tylko jeden utwór zarekomendowałam, ale poszedł :-) Skoro program nazywa się Dwójka na życzenie, to wysłałam swoje życzenie właśnie. Jest lista 50. utworów, głosuje się na wybrany wysyłając sms. Noż przecież nie będę głosować na Bolero grane na całym ziemskim globie ponoć co trzy i pół minuty! Chociaż akurat dźwięki Bolera zapowiadają audycję. Musiałam dać znać o swoim patriotyzmie. Wybrałam Mity (1915) Karola Szymanowskiego. Pisał je dla skrzypka Pawła Kochańskiego, a właściwie razem z nim, kiedy obaj przebywali w Zarudziu. Partia skrzypiec owocuje w wyszukane środki techniczne, stwarzając okazję do pokazania wirtuozerii. Obaj panowie po raz pierwszy wykonali utwór wspólnie w 1916 r. w Humaniu.
       Kameralna, intymna trzyczęściowa kompozycja na skrzypce i fortepian inspirowana trzema mitycznymi historiami. Źródło Aretuzy opowiada o uciekającej przed zalotami bożka nimfie zamienionej przez Artemidę w źródło jej imienia. Tutaj w melodii fortepianu wyraźnie słychać szemranie wody. Złudzenie odgłosów natury jest maksymalne. Cześć druga, Narcyz, jest muzycznym portretem zakochanego w sobie młodzieńca. Nie wiem, czy opowiadanie - nawet jeśli to tylko opowieść muzyczna - o zauroczeniu swoim odbiciem w lustrze nie ma przypadkiem znamion nachalnego podglądactwa. Część trzecia jest najbardziej frywolna tak ze względu na tematykę, jak i sposób prowadzenia skrzypiec. Driady i Pan to utwór skoczny, przebiegły, o nieoczekiwanych zwrotach akcji, zabawny i najbardziej wirtuozowski z całego tryptyku. Nadążanie bowiem za pokrętnymi pomysłami bożka Pana nie jest wcale łatwe ;-)
       Wszystkie trzy części Mitów wydobywają niezwykłe barwy możliwe do osiągnięcia na skrzypcach i z tego względu były w owym czasie nowatorskie, z czego Szymanowski doskonale zdawał sobie sprawę.W listach dawał wyraz przekonaniu o oryginalności i niezwykłości dzieła. W części pierwszej, Źródło Aretuzy, znawcy dopatrują się przejawów muzycznego impresjonizmu. I to jest bardzo ciekawe. Z reguły wszyscy wiemy, na czym polega impresjonistyczne malarstwo. W impresjonistycznej poezji zaś często budowane jest tło muzyczne, jak choćby w wierszu "Melodia mgieł nocnych" Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Jak więc brzmi owa "melodia"? Muzyka impresjonistyczna. Muzyka chwili, szeptu, szelestu, muzyka drżenia światła? A no, posłuchajmy. Zagłosowałam na Mity, ponieważ dawno już ich nie słuchałam i zapomniałam jak to leciało. Więc dla przypomnienia. Wczoraj o odpowiedniej godzinie włączyłam radio i... były :-) Ten jeden raz wcisnęłam odpowiedni guzik, żeby ułożyć muzyczną audycję, a co, skorzystałam z prawa słuchacza ;-)


wtorek, 5 września 2017

Znalazłam ją

       Dwójka doprowadzi mnie do rozstroju nerwowego. Najpierw coś puszczą, nie powiedzą co i kto, potem gdzieś pojawi się nazwisko, a ja nie mam pojęcia kto i co. I tak bawimy się w ciuciubabkę ;-) Jest sobie głos. Piękny, ale nie znam. Więc słucham. Słucham i czekam: kto zacz i co? Nie powiedzą, bo to była kropka nad "i", wisienka na torcie, finisz lub przerywnik, albo zapowiedź. W każdym razie zostaje przedsmak. A gdzie danie główne? Albo już było, albo będzie. Kiedy będzie? Nie wiadomo. A ja siedzę i szukam. Szperam. Docieram po wielu próbach i manowcach do właściwego nagrania. Jest: Laura Polimeno, sopran. Nie wiem nic więcej. To znaczy wiem, ale nie bezpośrednio o niej. Nagranie pochodzi z projektu Travel Notes realizowanego przez włoskich braci Pandolfo: Paolo gra na violi da gamba, której jest niekwestionowanym mistrzem, Andrea natomiast na trąbce. Poza tym udział biorą: Thomas Boysen na teorbie, lutni i gitarze barokowej, Alvaro Garrido na instrumentach perkusyjnych i wspomniana Laura Polimeno, która śpiewa. Oryginalność brzmienia wynika z połączenia instrumentów charakterystycznych dla muzyki renesansu i baroku (viola da gamba, lutnia, teorba) z współcześnie prowadzoną jazzującą trąbką oraz ekspresyjnym głosem śpiewaczki. Śpiew Laury Polimeno z jednej strony przypomina pieśni trubadurów, z drugiej nawiązuje do muzyki tradycyjnej (słyszałam jak wykonywała utwory wyraźnie ludowe), zahacza też o stylistykę awangardową. "Albanese" jest przykładem utworu współczesnego autorstwa Andrei Pandolfo, w którym wykorzystane zostały tradycyjne instrumenty, jak właśnie viola da gamba. Jak głosi podtytuł na płycie, jest to nowa, współcześnie komponowana muzyka na dawny instrument barokowy. A mnie nieodmiennie od kilku dni zachwyca głos Laury Polimeno. 


czwartek, 31 sierpnia 2017

Dźwięki z zaświatów

       Spóźniłam się odrobinę i orkiestra grała już pod eleganckim gestem Gustavo Gimeno. W uszy od razu wpadło mi jakieś inne, bardziej miękkie? melodyjne? frazowanie. Dziwne. Piękne. Nie rozpoznałam utworu, nie było to aż takie istotne. Patrzyłam na orkiestrę, w której średnia wieku mogłaby sugerować, że działają w niej odwrotne niż popularne na rynku hasła, typu "szukamy młodych zdolnych". Tutaj kryterium jest inne: "szukamy doświadczonych z wieloletnim stażem", czyli szukamy mistrzów. No tak, przypomniałam sobie, co to za zespół. Jedyny w swoim rodzaju: Orkiestra XVIII Wieku. Ale spokojnie, nie grają w niej muzycy z dwustuletnim stażem ;-) Chociaż niektórzy, a może większość gra w orkiestrze od 1981 roku, kiedy Frans Brüggen założył w Amsterdamie zespół grający na instrumentach z epoki, gdyż - jak uważał - "każdy Beethoven i Mozart zagrany na instrumentach współczesnych jest kłamstwem". Orkiestrę tworzy 60 muzyków, którzy raz w roku zbierają się i przygotowują program. Na co dzień bowiem są oni muzykami w innych zespołach, wykładają na uczelniach lub prowadzą inne muzyczne życie zawodowe. Mimo tej sezonowości orkiestra nie tylko działa przez tyle lat, ale i wypracowała własny styl, zyskując rozpoznawalną markę. Dlatego tak właśnie, po kilku chwilach zasłuchania rozpoznałam ich, chociaż nigdy nie widziałam i nie słyszałam na żywo. Grali "Szkocką" Symfonię Mendelssohna.
      Nie tylko mnie podoba się specyficzne, jakby niedzisiejsze brzmienie. W 2014 roku z inspiracji Stanisława Leszczyńskiego, twórcy festiwalu Chopin i Jego Europa, Katarzyna Kasica zrobiła film dokumentalny "Sekret orkiestry".  Frans Brüggen, założyciel i wielki reformator wykonawstwa historycznego, zmarł w wieku 80 lat dwa tygodnie przed premierą filmu. Ale orkiestra działa nadal, gra i to pięknie.
       W drugiej części koncertu dołączył do niej jako solista Szymon Nehring, jakże by inaczej, na historycznym erardzie. Współczesny fortepian przecież by nie pasował. Finalista XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina i zwycięzca 15. Międzynarodowego Mistrzowskiego Konkursu Pianistycznego im. Artura Rubinsteina zagrał Koncert e-moll Fryderyka Chopina, ten sam, który wykonywał w finale Konkursu Chopinowskiego. Zabrzmiał inaczej. Dojrzalej? Chyba tak. Widać, słychać rozwój młodego pianisty, ale na odmienność wykonania miał też wpływ wybór historycznego instrumentu. Trudno porównywać z wyspecjalizowaną techniką współczesnych fortepianów. Powiedziałabym... odczuwałam, że muzyka jest jakby bliższa Chopinowi. Ucho współczesnego melomana stało się bardziej wyrafinowane i nastawione na cywilizacyjną sterylność fortepianów współczesnych, ale rację miał Brüggen, Chopin na Steinwayu jest w jakiejś mierze kłamstwem. Nie takie dźwięki słyszał kompozytor pisząc swoje partytury, zwłaszcza, że Chopin komponował przy klawiaturze, to znaczy najpierw grał, a potem zapisywał nuty. Więc ten erard brzmiał autentyczniej, od pierwszych taktów zasłuchałam się niemal nostalgicznie, mając wrażenie, że muzyka oddaje rytm wierzb rosnących na miedzach Mazowsza. W części drugiej, Larghetto, nieśpieszna melodyjność - tak, słyszałam tam melodyjność, choć spotkałam się z opinią, że Nehring grał za wolno i dźwięki rozpadały się każdy osobno, z czym się absolutnie nie zgadzam - wprowadzała nastrój melancholijnej medytacji. Nieziemskie dźwięki, jak migotanie dalekich gwiazd, opanowały wzruszeniem. Po prostu piękne. I chociaż mam wrażenie, że części szybkie (wystarczy przypomnieć choćby finałowego Rachmaninowa z konkursu w Tel Avivie) lepiej przylegają do palców Nehringa, jakby czuł się w nich jak w swoim żywiole, to właśnie w wolnym Larghetto udało mu się całkowicie wydobyć czystą muzykę. 
Koncert był transmitowany przez TVP Kultura. Gdyby ukazał się na płycie...ech!

piątek, 18 sierpnia 2017

Nie święci garnki lepią

     Mam książeczkę z informacjami kto, skąd, gdzie i z czym: kto przyjechał skąd, gdzie się prezentuje, z czym przybył. Do książeczki dołączona jest mapa - tak, mapa jarmarku. Śmieszne? Wcale nie. 180 kramów rozstawionych na pięciu ulicach, trzech placach i deptaku, miejsca z warsztatami dla dzieci i dorosłych poutykane w kolejnych punktach, koncerty,plenery i wystawy w jeszcze innych - mapa potrzebna jak najbardziej. Wystawcy, artyści, mistrzowie sztuki ludowej, producenci owczego sera, huculskich wycinanek i haftów, garncarze, lutnicy, lirnicy i kowale przybyli z pięciu krajów: Białorusi, Litwy, Słowacji, Ukrainy i Węgier plus oczywiście Polacy z wielu różnych regionów. Stragany podzielono tematycznie. Wśród siedemnastu tematów między innymi: bednarstwo,wyroby z drewna, garncarstwo i ceramika,  haft,  kowalstwo, koronczarstwo,  pszczelarstwo, wycinaka, tkactwo, zabawkarstwo... oraz osiemnasty zbiór różności, jak: wyrób noży, mydlarstwo, biżuteria tradycyjna, pierniki glazurowane,  rękawiczki, filcowanie, płyty z muzyką etniczną. Odgłosy prób i koncertów niosły się ze wzgórza zamkowego nad całym Starym Miastem. Poza mapką natomiast można było spotkać wędrującego dudziarza, ulicznych grajków, linochoda spacerującego po linie rozpiętej nad ulicą Złotą, przewodników, którzy opowiadali o jarmarkowych tradycjach, opowiadaczy wyczarowujących w słowach atmosferę dawnego Lublina. Tak wyglądał tegoroczny Jarmark Jagielloński. Mam książeczkę, mapę, odbitkę aktu lokacyjnego miasta w oryginale i tłumaczeniu, pamiątkowe kartki pocztowe. Tyle w skrócie.
       Nie na wiele zda się opowiadanie o atmosferze, kolorach, dźwiękach, smakach. Nie da się prawdziwie opisać tej wędrówki od kramu do kramu, rozmów z litewską artystką wycinanek, z białoruską panią wytwarzającą oryginalną ceramikę ręcznie malowaną, z węgierską plecionkarką potrafiącą wyczarować słomiane cuda. Zgromadziłam kilka wizytówek i adresów internetowych, gdzie można zamawiać ciekawe rzeczy, jak na przykład ciepluchne czapki z filcowanej wełny, czapki na największe mrozy. Wystarczy tylko podać obwód głowy i wybrać wzór. Wędrowałam deptakiem, przez Plac Łokietka, Bramę Krakowską, ulicą Grodzką, Rynek, ulicą Złotą, Archidiakońską i znowu kółeczko, żeby do Zamku dotrzeć... Każdego roku jarmark ma wybrany temat wiodący, w tym roku były to pisanki, stąd na wielu straganach pisankowe wyroby i warsztaty wyrabiania pisanek, malowania różnymi technikami. Pod Bramą Krakowską witał wszystkich olbrzymi, ze dwa i pół metra średnicy, pająk pisankowy.


Na którymś straganie pisankowe drzewko szczęścia? ;-)


Nie wiadomo, co podziwiać bardziej: mistrzostwo wycinanek







Od tej artystki kupiłam małe dziełko:-)

czy też zatracić wzrok w cudeńkach ze słomy:




od tej artystki też kupiłam słomianą "miotłę" z wyplatanymi różyczkami, może klan jarmarkowych wiedźm przyjmie mnie w swoje szeregi ;-)


 Ostrożnie niosłam wielki talerz zielono malowany:





Ale wolałam sama nie próbować kręcić garncarskim kołem:


Tym bardziej nie próbowałam wykuwać podkowy na szczęście:


Za to z przyjemnością odkrywałam ukryte w różnych miejscach stoiska muzyczne:






       Nie jestem mistrzem fotografii, dlatego zajrzałam do Zaułka Hartwigów, gdzie zorganizowano wystawę zdjęć Augustyna Czyżowicza, wiejskiego,nawet jak piszą, chłopskiego fotografa amatora, który na czarno-białej fotografii dokumentował życie mieszkańców dolnośląskiej wsi Brzózka i sąsiadujących miejscowości w latach 1956 - 1960. Augustyn Czyżowicz urodził się na Kresach Wschodnich, pochodził z dawnego województwa lwowskiego, po wojnie repatriowany przymusowo wraz z rodzicami i rodzeństwem, zamieszkał na Śląsku w Brzózce, gdzie prowadzi nawet własne muzeum ulokowane w stodole, w którym prezentuje fotografie i przedmioty życia codziennego z Galicji.

Zaułek Hartwigów widziany z góry - jest to schodkowe przejście między Starym Miastem, z ulicy Rybnej,  a dolną częścią ulicy Kowalskiej. Oszklone tableau z fotografiami stoją po prawej stronie na kolejnych "piętrach"schodków. 



Fotografia Czyżowicza z dziećmi na podwórku


Fotografia Czyżowicza - powrót z odpustu

I na koniec zagadka - co to takiego jest? I dlaczego ma dno okrągłe. Sprawdzałam -postawić się tego nie da ;-)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Wysyp festiwalowy

       Kiedyś lato, wakacje to był sezon ogórkowy, teraz mamy czas festiwali. Każdy region odkrywa przed publicznością, przed turystami swoje kulturowe oblicze, tworzy nowe tradycje, łącząc teraźniejszość z przeszłością. Wystarczy pretekst, znaczące słowo, nazwa, czasem lokalny produkt urastający do rangi znacznika, niemal miejscowego godła i herbu. Tak powstały janowskie Gryczaki - Festiwal Kaszy, na którym nie spróbować lokalnego pieroga gryczanego to grzech. Z pierogiem (pirogiem) jest cała masa kłopotów i ... kuchennej rywalizacji. Jest bowiem pieróg biłgorajski wpisany na listę produktów regionalnych w roku 2005, jest gryczak janowski wpisany w roku 2006,  następnie gryczak godziszowski wpisany w 2008 roku - to z kaszy gryczanej, a ponadto rudnicki pieróg jaglany z kaszy jaglanej wpisany w roku 2009. Tak czy inaczej nie zasmakować w tych regionalnych potrawach, nie znać ich, to ujma, ale najlepiej nie ryzykować porównań i robienia rankingu, ponieważ cechą pieroga jest jego indywidualny smakowy bukiet wypracowany przez pokolenia w danej rodzinie. Każda gospodyni ma swój własny pilnie strzeżony przepis. Okazji do spróbowania zaś jest coraz więcej. Na Janowskim Festiwalu Kaszy pod nazwą Gryczaki na fantazyjnie i ludowo przystrojonych kramach można próbować, smakować i delektować się do woli. Panie z okolicznych miejscowości, z gryczanego zagłębia, często w strojach ludowych, dziewczęta w wiankach na głowach częstują i zapraszają do degustacji. Nie pytajcie mnie, który pieróg smakuje najlepiej. Sama mam swój przepis, ale i inne są wyśmienite. Kilka lat temu na festiwalu gościł znany telewizyjny kucharz, Robert Makłowicz i on też poleca janowski pieróg gryczany, który wypiekany jest na słono, bo jaglany jest słodki jak sernik i jak on może być też z rodzynkami. Z kolei w Biłgoraju odbywa się co roku Jarmark Kresowy, ale to na wiosnę, więc jeszcze przed wysypem letnich rozrywek. Obie imprezy: janowska i biłgorajska stoją pod znakiem promocji regionu i tutejszego folkloru. Dowodem na to nie tylko stoiska z regionalnymi potrawami i wypiekami. Na Gryczakach stoiska uginają się od miodów i alchemii domowych trunków. Widziałam też wyspecjalizowanego producenta dżemu różanego: w słoiczkach różnych wielkości miał tylko ten jeden wytwór, którego produkcji poświęca swój wakacyjny czas. Ja zaś skusiłam się na wędzony biały ser z ziołami wyrabiany przez panie z Rudy. (O nalewkach próbowanych na kilku  straganach może zamilczę ;-) Nie da się wymienić wszystkich smaków i zapachów, niemniej regionalne jarmarki i festiwale produktów regionalnych stanowią okazję do wzbogacenia smakowych doznań. Stąd też na Festiwalu Kultur w Biłgoraju gospodarze częstowali gości i publiczność biłgorajskim pierogiem, a białoruscy goście z Mołodeczna przywieźli swój regionalny chleb oraz wędliny. 
      Festiwal Kultur odbył się już po raz czwarty. Jest to więc  impreza młoda (Gryczaki janowskie miały już w tym roku XV edycję). Jej znakiem rozpoznawczym jest spotkanie z kulturą regionu i konfrontacja z tradycją zaproszonych gości. Co roku przyjeżdżają inne zespoły i wykonawcy. Tym razem byli to aktorzy z Teatru Żydowskiego w Warszawie, Zespół Pieśni i Tańca "Ziemia Żywiecka" oraz dwa zespoły z Białorusi, z Mołodeczna: Zespół Taneczny "Białe Skrzydła" i Studio Wokalne "Nuty Życia".  Biłgoraj reprezentowały formacje taneczne i teatralne działające w Biłgorajskim Centrum Kultury: Grupa Folklorystyczna "Pokolenia" i Teatr Poezji i Piosenki. Finałowy koncert trwał nadspodziewanie długo, dwie i pół godziny. Każdy chciał pokazać to, co ma najlepszego. Była więc wspaniała białoruska pieśń o chlebie i soli (chlebem częstowano też publiczność), były taneczno-folklorystyczne pokazy prania bielizny w strumieniu, pożegnania i powitania sitarzy, żydowski taniec weselny, góralskie popisy skakania przez ciupagi i kapelusze oraz żydowskie szmoncesy. Szczególnie jeden warto zapamiętać, może się w życiu przydać: o rodzajach długów. Żyd mówi do dłużnika:
- Panie Rappaport, pan rozumie, można nie oddać 10 złotych, no, jak ktoś jest wielka szuja może nie  oddać 20 złotych, ale każdy dług powyżej 100 złotych jest honorowy i oddać trzeba.
- Ja mam inny pogląd na tę kwestię, panie Gutman - odpowiada dłużnik - można oddać 10 złotych, jak ktoś jest niespełna rozumu, może oddać 20 złotych, ale każdy dług powyżej 100 złotych jest fikcyjny!
      Została też wyjaśniona kwestia ogólnoświatowego kryzysu finansowego. Rzecz okazała się zawiła, chociaż w sumie prosta: Ameryka pożyczyła pieniądze Anglii, Anglia Francji, Francja Włochom, Włochy Szwajcarii, a ze Szwajcarii pieniądze poszły znowu do Ameryki! 
- To gdzie te pieniądze?!
- No z tego wynika, że my je mamy! 
      Nie umiem powtórzyć pozostałych rozmówek Gutmanowo-Rappaportowych, ponieważ łezka w oku zakręciła się podczas pieśni znanej z wykonania Bernarda Ładysza. Tym razem zespół z Białorusi zaśpiewał po białorusku, ale nietrudno było zrozumieć. Goście z Białorusi pochodzą z polskich rodzin, mają polskie korzenie i jak przyznali, poprzez taniec i śpiew chcą kultywować tradycję, kulturę polską na Białorusi. Mołodeczno jest miastem założonym w dawnym powiecie oszmiańskim (znanym z bajki "Przyjaciele" Mickiewicza), przed II wojna światową znajdowało się w granicach Polski. Goście przywieźli ze sobą nie tylko tańce i pieśni, ale i regionalne wyroby ludowe, hafty, serwety, drobiazgi, które można było nabyć na pamiątkę. 
     Chciałoby się chłonąć to wszystko, słuchać, podziwiać i wzruszać się. Kłopot w tym, że atrakcje te nakładają się terminami, trzeba wybierać, selekcjonować, z czegoś zrezygnować. Jesteśmy w jednym miejscu, nie mogąc być w innym. A gdziekolwiek się uda jednak dotrzeć, okazuje się, że warto było zapełnić kalendarz:
6 -12 sierpnia: Festiwal Stolica Języka Polskiego, Szczebrzeszyn
12 - 13 sierpnia: Gryczaki, Festiwal Kaszy, Janów Lubelski
12 - 13 sierpnia: Festiwal Kultur, Biłgoraj
12 - 15 sierpnia: Jarmark Jagielloński, Lublin
Jutro jadę do Lublina. Nie, dzisiaj jadę, kończę pisać tę notkę w poniedziałek o drugiej po północy. Heca będzie, jak zasnę gdzieś po drodze ;-)

piątek, 11 sierpnia 2017

Centrum polszczyzny

       Myślałby kto, że w Soplicowie? Wcale nie, bo w Szczebrzeszynie, gdzie już po raz trzeci odbywa się Festiwal Stolica Języka Polskiego. Tylko tutaj można raz w roku w ciągu tygodnia spotkać poetów i pisarzy z całej Polski, a towarzyszą im aktorzy czytający wielką literaturę klasyków i bajki dla dzieci, muzycy, piosenkarze i śpiewacy kończący każdy dzień innym koncertem. Niektórzy z nich, jak Urszula Kozioł pochodząca z tych stron (z Biłgorajszczyzny - ok. 35 km od Szczebrzeszyna), Wiesław Myśliwski, Mariusz Szczygieł, Michał Rusinek czy pieśniarz Adam Strug są tutaj po raz kolejny. Każdego dnia odbywają się spotkania autorskie z kilkoma twórcami jedno po drugim. Chcąc być na wszystkich, trzeba mieć dobrą kondycję. Pomagają w tym nieco rozstawione wokół namiotu festiwalowego leżaki, na których w chwilach newralgicznych można wygodnie ułożyć kręgosłup. Oczywiście tylko wtedy, gdy akurat nie siedzimy przed sceną pilnie wsłuchując się w wystąpienie ulubionego pisarza/poety/poetki/pisarki/aktora/aktorki lub nie stoimy akurat w kilometrowej kolejce po autograf ;-)
       W każdym razie jest wybór, są miękkie i twarde krzesełka, są leżaki, jest festiwalowa księgarnia, gdzie można kupić książkę każdego autora prezentującego się na festiwalu oraz kilku innych. Dla smakoszy jest stoisko z kawami świata zamojskiej Palarni Galicya Cafe (kupiłam kawę z Dominikany), w pobliżu jest co zjeść, są stoliki, jest parking niespecjalnie zapchany, i - uwaga! - jest nagłośnienie, więc kiedy z olbrzymią tysiącstronicową cegłą stałam w kolejce po autograf do Jacka Dukaja, spokojnie mogłam równocześnie słuchać wspaniałej poetyckiej opowieści Urszuli Kozioł. Z boku natomiast, gdzieś z pozanamiotowych błoni dobiegał emocjonalny głos Andrzeja Seweryna przygotowującego się do występu.
        Aktualnie więc czytam zakupione podczas festiwalu "Pypcie na języku" Michała Rusinka, to znaczy już przeczytałam, bo jest to rzecz dowcipu niezwykłej lekkości, czytam "Lód" Dukaja, co miałam zamiar zrobić od dawna, tylko nie było odpowiednich upałów, żeby z rozkoszą zanurzyć się w Kraj Lodu stworzony przez pisarza, któremu towarzyszę czytelniczo od momentu debiutu, powracam wyrywkowo do "Klangoru" Urszuli Kozioł, poetki obecnie bez wątpienia znajdującej się na podium polskiej poezji. A festiwal trwa jeszcze, kończy się jutro. W internecie można znaleźć program. Każdy chętny jeszcze zdąży dojechać :-)

niedziela, 23 lipca 2017

Rozwiązuję zagadki

Zagadka 1. Chaczaturian???

      Jakim cudem gra? I to na skrzypcach? Przecież był kompozytorem. No i właśnie: był. Zmarł w 1978 roku! No tak,bo to nie o Arama Chaczaturiana, twórcę niezapomnianego Tańca z szablami chodzi, tylko Siergieja Chaczaturiana (oficjalna pisownia Sergey Khachatryan - no, wybaczcie, nie da się zapamiętać!). Ormiańskie pochodzenie i nazwisko - czy tylko przypadkowa zbieżność? Nie wiem, nigdzie nie znalazłam potwierdzenia, że młody skrzypek, najmłodszy zwycięzca w Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Sibeliusa w r. 2000 (w wieku 16 lat)  i zdobywca pierwszej nagrody w Konkursie Królowej Elżbiety w r. 2005 ma cokolwiek wspólnego z kompozytorem "Gajane" i "Spartakusa". Pochodzi z rodziny muzycznej, często występuje wspólnie z siostrą grającą na fortepianie. Siergiej  ma już w dorobku 5 płyt. Ormiańskie pochodzenie i nazwisko na pewno dają się zapamiętać. Z Koncertem skrzypcowym Sibeliusa, którego grał Chaczaturian w konkursie i następnie nagrał na płycie jest tak, że zaczyna się pięknie, a potem wchodzi orkiestra i wszystko psuje ;-) No ale dzieło znakomite, mimo wszystko. Z kolei z Koncertem Brahmsa, którego wykonawcą jest młody skrzypek również świetnym, to dzieło wirtuozowskie w każdym momencie. Wymaga piekielnej techniki. Wysłuchałam obu koncertów i nie wiem, który był bardziej zachwycający. Za to nazwisko zapamiętam na pewno ;-)


Początek koncertu skrzypcowego Sibeliusa -cudowne!



Zagadka 2. Kto gra i na jakim instrumencie?

      A to było bardzo łatwe:-) Po pierwsze, jaki instrument strunowy, ale nie smyczkowy, daje efekt dzwoneczków, gamy szerokie jak na fortepianie, a wydobywa dźwięk szumiącej wody? Tylko jeden jest taki - harfa. W takim razie odgadnięcie nazwiska wykonawcy, gdy wyraźnie zostało powiedziane, że chodzi o mężczyznę, nie przysparza absolutnie żadnego problemu - Xavier de Maistre oczywiście! Tylko on potrafi przetransponować na harfę kompozycję napisaną na każdy inny instrument. No więc najsłynniejszy obecnie harfista gra Glucka:

czwartek, 13 lipca 2017

Pieśni na lato

        Jak zawsze to, co najpiękniejsze, ociera się o śmierć. "Les nuits d`été" (Letnie noce) Berlioza to cykl pieśni skomponowanych do wierszy Teofila Gautiera w 1841 roku. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, że Berlioz w ogóle komponował pieśni, dotąd się na nie nie natknęłam. A tu się okazuje, że tak, a "Letnie noce" są w jego twórczości najpopularniejsze. Jest sporo nagrań, także filmów na YouTube. Ale tego, które słyszałam w radiu nie ma  - jeszcze? Bo słuchałam ich w wykonaniu Jarousskiego. To dopiero niespodzianka. Śpiewał je w maju tego roku w Hamburgu.
Cykl ten składa się z sześciu pieśni, które układają się smutną poniekąd historię o miłości. Hector Berlioz skomponował je do wierszy Gautiera opublikowanych w tomie "Komedia śmierci" (La comédie de la mort, 1838). Ułożone są w kolejności:
1. Villanelle (tytuł jest nazwą gatunku wiersza, coś w rodzaju rustykalnej ballady, sielanki)
2. Le spectre de la rose (Widmo róży)
3. Sur les lagunes: Lamento (Na lagunach: lament)
4. Absence (Nieobecność)
5. Au cimetière: Clair de lune (Cmentarz: światło księżyca)
6. L`île icnonnue (Nieznana wyspa)
       Zaczyna się od marzenia o wiośnie, wiosennym spacerze zakochanych, zbieraniu truskawek. Nastrój dosyć sielankowy, spokojny, rysuje się wizja szczęśliwego życia we dwoje. Pieśń druga opowiada o śmierci róży, lecz jej los jest godny zazdrości, ponieważ skonała na piersiach dziewczyny, która miała ją przypięta na balu. No więc "moje przeznaczenie jest godne pozazdroszczenia mieć los tak piękny, na piersi  mam swój grobowiec". Trzeba przyznać, że muzycznie pieśń jest równie uduchowiona :-) "Lament na lagunach" w oryginale poetyckim nosi podtytuł "Pieśń rybaka". Jest to pieśń żałobna, rozpacz po stracie ukochanej. Muzyka ma oddawać melancholijny ruch fal, na których kołysze się łódź. Własnie ta pieśń podobała mi się najbardziej w wykonaniu Jarousskiego, którego nie znalazłam na YouTube, a inne jakoś... no nie bardzo. Uważa się jednak, że to pieśń piąta  jest artystycznie najlepsza, a zarazem najtrudniejsza wykonawczo: "Czy znasz biały grobowiec, gdzie w cieniu cisa płynie żałosny płacz?" Berlioz musiał się postarać, żeby dać muzyczny ekwiwalent dla poezji: "Na skrzydłach muzyki powoli powracają wspomnienia". W pieśni ostatniej jest mowa o poszukiwaniu wyspy, gdzie miłość jest wieczna. Tylko czy przypadkiem nie jest to ta sama wyspa, do której płynie łódź na obrazie  Arnolda Böcklina?


Wybrane pieśni.
Joyce DiDonato śpiewa o duchu róży:




"Au cimetiere" - wersja tenorowa



niedziela, 2 lipca 2017

Książka pozornie o sporcie

      

       Jestem ostatnią osobą mającą jakiekolwiek predyspozycje do pisania recenzji książki o sporcie. Sport nie jest "moją"formą aktywności fizycznej a w hierarchii zainteresowań,choćby tylko kibicowskich, sytuuje się gdzieś na dole drabiny.  Sama idea rywalizacji bezpośredniej oraz bicie rekordów stoi w sprzeczności z moim charakterem. Są też dyscypliny, których zdecydowanie nie lubię. Toteż czytanie książki o sporcie i pisanie o niej było  ostatnią rzeczą, jaką mogłam sobie wyobrazić. Jadwiga Ślawska-Szalewicz sądzi inaczej i "Moje podróże z lotką" wraz z piękną dedykacją otrzymałam podczas spotkania promocyjnego w Centrum Olimpijskim, w którym zresztą dzięki temu odwiedziłam po raz pierwszy w życiu.
      Cóż ja wiem o badmintonie? W dzieciństwie miałam dwie plastikowe rakietki i pudełko lotek, którymi graliśmy parami na trawie za stodołą. Ot, całe moje "sportowe"doświadczenie. Chyba nawet nigdy nie widziałam profesjonalnego meczu. A teraz oto mam przed sobą książkę o historii badmintona w powojennej Polsce, monografię Polskiego Związku Badmintona, dzieło szeroko opisujące zmaganie się brakami sprzętowymi, o żmudnym i pracowitym dobijaniu się polskich sportowców do rozgrywek europejskich i światowych, o powstawaniu ośrodków szkoleniowych i szkół mistrzostwa sportowego, o pierwszych wyjazdach na szkolenia do Chin i Indonezji... Nie, nie jest to cała prawda o książce Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz. Przyjęło się uważać i ona sama sądzi, że napisała książkę o sporcie, ale to nie jest prawda.
        Dygresja: Jadwigo, wiem, że badminton to szmat twojego życia, Twoje serce i umysł, Twoje wieloletnie zaangażowanie.Mimo to nie zgadzam się z twierdzeniem, że "Moje podróże z lotką" są o badmintonie. One są przede wszystkim o Tobie. Koniec dygresji.
        Do głównego tytułu można dodać różne wersje podtytułów. Na przykład: "Historia kobiety niezłomnej", albo "Sport i kobieta".  A może "Rzecz o kobiecie, która żadnej pracy się nie boi"? Najlepiej zaś byłoby zmienić cały tytuł na: "Jadwiga Ślawska-Szalewicz, czyli sport jest kobietą".  Autorka rozpoczyna opowieść od historii swojej rodziny, rodziców wywiezionych na roboty do Niemiec, gdzie się poznali, pobrali i gdzie przyszła na świat Jadzia. Rodzinne opowieści, czasami zabawne, czasami dramatyczne, opowieści o powojennej codzienności, opisy charakterów dziadków,rodziców, dzieciństwo spędzone w gruzach odbudowywanej Warszawy - wszystko to odgrywa istotną rolę w kreśleniu portretu kobiety, która jako pierwsza została prezesem związku sportowego w Polsce (Polskiego Związku Badmintona) i jako pierwsza kobieta pełniła funkcję wiceprezydenta Europejskiej Unii Badmintona. A wszystko zaczęło się już wtedy, w dzieciństwie,bo stamtąd mała Jadzia wyniosła waleczność, determinację, obowiązkowość, otwartość na ludzi i świat,chęć zmian i dążenie do spełnienia marzeń.
       Kolejne etapy kariery sportowej Jadwigi, zmaganie się z chorobą i dramatyczną kontuzją tuż przed egzaminami na AWF, swoiste zaciskanie zębów z myślą "ja wam jeszcze pokażę, na co mnie stać" zaowocowało ukształtowaniem charakteru kobiety, w  której słowniku nie istnieje słowo "niemożliwe". Zaczynając w 1977 r. przygodę z badmintonem odnoszenia całego biura w torebce, pod koniec kariery otrzymała najwyższe odznaczenia światowego badmintona i sportu:  Distinguished Service Award (2001) i BEC PRESIDENTS AWARD (2007). 
        Przed badmintonem było judo, było sekretarzowanie w związku szermierczym, a wszystko opisane żywym i soczystym stylem. W pamięć zapadają anegdotyczne portrety ludzi, sportowców, trenerów, działaczy sportowych.Niektórym z nich autorka poświęciła osobne kilkustronicowe wspomnienia. Plejada osób przewijających się w opowieści Jadwigi Ślawskiej-Szalewicz to kolejny atut jej książki. Autorka z ogromną serdecznością wspomina ludzi, oddając hołd trenerom, współpracownikom, wolontariuszom, dzięki którym polski sport mógł się rozwijać, a jej ukochany badminton doprowadzili do pierwszych międzynarodowych sukcesów. Strona po stronie poznajemy sposoby przezwyciężania ograniczeń wynikających z niedostatków materialnych, a czasem dodatkowo obostrzeń politycznych. Z kart książki wyłania się dokument epoki: zdobywanie sprzętu, zabieganie o sponsorów, organizowanie wyżywienia dla sportowców, co w czasach permanentnego braku wszystkiego w sklepach było nie lada wyczynem, a dla współczesnego młodego czytelnika może być wręcz niewyobrażalną kosmiczną fantastyką. Jest więc ta książka kompendium wiedzy o działaniu a czasach stałego deficytu środków, podstawowych materiałów, profesjonalnego sprzętu. Snując opowieść o sporcie, Jadwiga Ślawska-Szalewicz podkreśla jedno: w epoce braku wszystkiego w ludziach ujawniał się nadmiar energii, entuzjazmu, współpracy i zaangażowania. Myślę więc, że Jadwiga nie napisała książki o sporcie, ale napisała podręcznik, jak być dobrym działaczem sportowym, jak być dobrym człowiekiem w ogóle. Bo sama takim jest.

niedziela, 18 czerwca 2017

Kronika bynajmniej nie całkiem bieżąca

Nie wiedziałam!
       Wiesław Ochman  obchodzi w tym roku 80. urodziny. Z tej okazji radiowa Dwójka przygotowała cykl spotkań z tenorem, prezentując jego dokonania operowe i ulubione piosenki. Wczoraj była emisja ostatniego odcinka tego cyklu, na który szczęśliwie zdążyłam  i się dowiedziałam, że pan Ochman ma w dorobku nagraniowym duet z Eleni. To dla mnie niespodzianka. Nie wiedziałam! Piosenkę oczywiście zaprezentowano i zamieszczam, może ktoś był tak samo nieświadomy jak ja ;-)
Słowa jak słowa, tęskliwe, ale głos Wiesława Ochmana w duecie z Eleni brzmi całkiem ciekawie.



Druga piosenka w wykonaniu Ochmana, która mnie zaskoczyła, to  "Z potrzeby duszy i serca" ze słowami i muzyką Krzysztofa Logana Tomaszewskiego. Niestety,na YouTube są inne wykonania, Ochmana nie znalazłam, czego żałuję. Może ktoś będzie miał więcej szczęścia lub/i cierpliwości ;-)

Ale tu musi być coś operowego w dniu urodzin tenora, więc proszę - to jest piękne. I słychać jak cudownym głosem śpiewał:


       Kolejna niespodzianka - same niespodzianki - to "nowa"opera Vivaldiego-"Koronacja Daria" po raz pierwszy wystawiona w Wenecji dokładnie 300 lat temu, no, 301 ;-) Czyli okrągła rocznica. A "nowa"dlatego, że dotąd jej nie słyszałam,więc nowa oczywiście dla mnie. I sobie wczoraj w retransmisji słuchałam plejady wspaniałych głosów w tej właśnie operze zaprezentowanej dwa miesiące temu w Turynie. śpiewali, a właściwie śpiewały, bo głosy kobiece były rewelacyjne: Sara Mingardo, Delphine Galou, Roberta Mameli, Veronica Cangemi, którym partnerowali Carlo Allemano i Riccardo Novarro.
Nie ma co się bawić w szczegóły - oto całość w obsadzie, o której piszę. Prosto z Turynu. Dyryguje Ottavio Dantone.


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Wyobraźcie sobie...

      Na pierwszym blogu wędrówka przez Lubelską Noc Kultury


        Wyobraźcie sobie piętrowy murowany dwór w stylu klasycystycznym, pokryty czterospadowym wysokim dachem. Frontową ścianę od strony południowej w poprzek przecina niezbyt szeroki taras, na który z obu stron prowadzą schody. Za tarasem widnieją trzy ogromne zwieńczone półkoliście okna drzwiowe (porte-fenetre), za którymi kryje się największa sala pałacu - salon z zachowanymi częściowo sztukateriami projektowanymi przez Fryderyka Baumana. Architektoniczny projekt budowli autorstwa Christiana Piotra Aignera (twórcy m.in. Świątyni Sybilli i Pałacu Marynki w kompleksie pałacowo-parkowym w Puławach), powstał w 1799 roku w posiadłości Leona Dembowskiego. Poza dworem składał się z szeregu budynków gospodarczych, wieży ciśnień i lamusa, którego ruiny pysznią się czerwoną cegłą wśród pozostałości pałacowego parku. Lamus - obecnie bez dachu i sklepienia, z oczodołami okien i bramą wejściową, zza której wyziera puste i niezagospodarowane wnętrze - nabrał charakteru tajemniczej przestrzeni wręcz proszącej się o artystyczne, może teatralne, wykorzystanie. Tymczasem jednak wróćmy do dworu.
     Wyobraźcie sobie olbrzymią jadalnię ze stołem na jakieś sześćdziesiąt osób, zabytkowy portal kominkowy, obrazy w starych ramach, ślady odnawiania po wieloletnich powojennych zniszczeniach, nadkruszone kamienne schodki, komody i kredensy pieczołowicie sprowadzane z rozsianej po świecie rodziny, a we wspomnianym salonie stuletni zabytkowy fortepian. Wyobraźcie sobie dwa dostojne rasowe psy, z których jeden arystokratycznie leżał w trawie, nie interesując się niczym, a drugi grzecznie podstawiał łeb i kark do głaskania przyjeżdżającym gościom. Z uchylonego okna nad tarasem dochodziły dźwięki z próby muzyków. Przed dwór i z boku, w cieniu drzew parkowych, zajeżdżały samochody, z których wysiadali goście. Ci, którzy przyjechali najwcześniej, wypakowywali z bagażników przywiezione wiktuały - owoce i ogromne blachy ciast. Pani domu z ukrytego na tyłach ogrodu przyniosła wielkie kępy sałaty. Wszystko to znalazło swoje miejsce w kuchni, gdy tymczasem goście zwiedzali okolice. Na przykład wielkie pole dyń tuż za posiadłością, a w pobliżu nad strumykiem malowniczy mostek.
      Wyobraźcie sobie, że niektórzy, zwłaszcza niektóre panie przyjezdne na moment zniknęły, aby powrócić w odświętnych kreacjach, długich sukniach i dopracowanym makijażem. Zaczynało się robić coraz bardziej uroczyście. Nadszedł czas i wszyscy udali się do salonu, gdzie były już ustawione krzesła, pootwierane na oścież okna, przez które wzrok mógł spocząć na najbliższym świerku lub dalej położonych drzewach znad strumienia. Pani domu przywitała wszystkich, a następnie zaczął się właściwy wieczór czy raczej popołudnie ze sztuką. Poeci czytali wiersze, z fortepianu popłynęła kompozycja Heleny Łopuskiej-Wyleżyńskiej, mało znanej kompozytorki, "której utwory fortepianowe i orkiestrowe zdobyły jednomyślne uznanie krytyki" - pisała Cecylia Walewska w Ruchu kobiecym w Polsce, wydanym w 1909 r. Z kolei w "Przeglądzie Muzycznym" nr 18 z 1910 roku znajduję nazwisko Heleny Łopuskiej-Wyleżyńskiej w spisie nauczycielek gry na fortepianie. Pomiędzy kolejnymi porcjami poetyckich wystąpień autorów reprezentujących różne regiony Lubelszczyzny słuchamy smyczkowej muzyki kameralnej dawniejszej: Bacha, Beethovena i współczesnej, jak Trio smyczkowe Bogusława Schaeffera. Utwory smyczkowe prezentowało trio pod kierunkiem Iwony Siedlaczek
      Wyobraźcie sobie tę poezję czytaną przy wtórze ptasich śpiewów zza okna, tę muzykę ze stuletniego fortepianu, ze strun skrzypiec i altówki płynącą przez taras nad polem dyń, dziecięce główki z zaciekawieniem zaglądające z tarasu na dźwięk muzyki, arystokratycznego psa, który wszedł na taras posłuchać, co się dzieje, choć wcześniej cały czas leżał w trawie. Wyobraźcie sobie, że przekrój wieku wszystkich zebranych był, jeśli wliczać dzieci, od lat pięciu do 95., a osób zaangażowanych artystycznie - od młodzieży w wieku licealnym po młodzież w wieku emerytalnym ;-) Wyobraźcie sobie ogromną tacę wielkości okrągłego stołu, a  na niej artystycznie skomponowane sałaty, rzodkiewki, pomidory, winogrona, wędliny i sery. Dla kierujących pojazdami były też ogromny samowar z wodą na kawę i herbatę, a dla niezmotoryzowanych wykwintne wina. Pod ścianą na kanapach i szezlongach obłożonych poduszkami usiedli amatorzy win, zielonej herbaty, winogron, wypieków i nasyceni wcześniej ucztą duchową rozmawiali o wrażeniach. I ja tam byłam :-)
       Wyobraźcie sobie, że jest taki dwór, po latach odzyskany przez dawnych właścicieli. Dwór wrócił do rak prywatnych dwa lata temu i już stał się miejscem wielu artystycznych spotkań i plenerów muzycznych i malarskich. Obecna współwłaścicielka, z wykształcenia historyk teatru, odnawia w nim ducha ziemiańskich i arystokratycznych salonów sztuki. Dwór znajduje się koło w Nałęczowa we wsi Bronice. Od czasu powstania przechodził różne koleje losu, do końca II wojny światowej należał do rodziny Wołk-Łaniewskich. Bywali tutaj Stefan Żeromski i Bolesław Prus, którzy niedaleko w Nałęczowie gościli wielokrotnie. W latach powojennych znajdowało się w nim archiwum Biblioteki im. Łopacińskich. Dzisiaj z powrotem w rękach prywatnych na nowo zaczyna tętnić gwarnym życiem.

Znalazłam kawałeczek muzyki fortepianowej Heleny Łopuskiej-Wyleżyńskiej


     

Dwór w Bronicach - 3 czerwca 2017 r - V Nałęczowskie Spotkanie z Poezją organizowane przez Towarzystwo Przyjaciół Nałęczowa