niedziela, 19 marca 2017

Lubelski zaśpiew

       Pisałam rok temu, że ich lubię. Nic się nie zmieniło. Obawiałam się, że jak zaśpiewają te same piosenki, mimo sympatii poczuję... Nie, nie znudzenie, bo one zawsze mi się podobają, ale coś jakby zawód. Bo człowiek tak ma, że lubi zmiany. Mimo wszystko nie mam czasu na słuchanie ulubionych piosenek, wykonawców, zespołów, orkiestr, kompozytorów po kilkanaście, kilkadziesiąt razy w roku, żeby poczuć przesyt. Często więc bywa świeżo, choć znajomo. Jak wczoraj podczas retransmisji Lohengrina. Co z tego, że słuchałam już dawniej, że oglądałam na scenie, że coś tam znam i pamiętam, skoro nadal Uwertura jest najsmutniejsza w świecie, a pożegnanie Lohengrina wyciska łzy. Na szczęście nadal się nie nuży. Ale nie o operze będzie dzisiaj, a o koncercie Lubelskiej Federacji Bardów. Bałam się, tak, bałam się, powtórzą program sprzed roku. I zaskoczenie: zaczęli od piosenek, których nie znałam. W nieco okrojonym składzie, ale jednak w swoim rozpoznawalnym stylu wprowadzili publiczność w rozśpiewany poetycko-stepowo-lubelski nastrój. Dlaczego tak? Zastanawiałam się, jak opisać z jednej strony ten specyficzny klimat, a z drugiej podkreślić różnice między dwoma solistami: Janem Kondrakiem i Piotrem Selimem. Żeby te różnice zauważyć, poczuć, trzeba posłuchać, najlepiej na żywo ;-) Piotr Selim to czysta poezja. Poezja w tekstach Hanny Lewandowskiej, a jeszcze bardziej w jego do tych wierszy aranżacjach. Cokolwiek śpiewa, zawsze zachwyca mnie jego fortepian. Cudowne aranżacje!




Od tej piosenki Piotr Selim nazywany jest "specjalistą od wzruszeń" :-)




Żałuję, ale nie znalazłam nagrania piosenki, która dzisiaj podobała mi się najbardziej. Zresztą, wszystko brzmi inaczej na żywo.
      W przypadku Jana Kondraka jego głos porównałabym do takiego stepowego zaśpiewu lubelskiego. O, właśnie: lubelski zaśpiew to cecha, która, o ile można w ogóle mówić o różnicach regionalnych w sposobie śpiewania między, powiedzmy, Mazowszaninem a człowiekiem ze ściany wschodniej, człowiekiem mającym we krwi kresowy oddech, płacz i tętent stepowy, będzie znakiem rozpoznawczym. I nie chodzi mi tylko o Atamana, który stał się piosenką na wszystkich koncertach mocno przez publiczność oczekiwaną i oklaskiwaną. Jest wiele innych, choćby W samą porę, piosenka ze słowami przejmującego pożegnania ze światem, z życiem (obie, Atamana i W samą porę zamieściłam w ubiegłorocznym wpisie). Dzisiaj zasłuchałam się w pieśni "siwej" do ludowej tradycyjnej melodii (Gdzie dolina siwa). Jest klip, ale nie taka wersja, jaka zaśpiewał. Dlatego inny przykład:

Za nic do dodania





A tak w ogóle to pierwsza, najpierwsza rzecz, która mnie w ich wykonaniu zachwyciła, to ballada a`capella Południca (W południe) nieodżałowanego Kazimierza Grześkowiaka. Przejmująca, przepiękna. Dzisiaj wykonali ją na zakończenie i trzeci bis. Piosenka zamieszczona na płycie Klechdy lubelskie.



Tekst:

Słońce ziemią kołysze
Chmury z nieba wytarło
Zda się słychać jak w ciszy
Z kłosów sypie się ziarno

Babom łydki bieleją
w podkasanych spódnicach
Ziemia pęka nadzieją
Rodzi się Południca

Ptaki w jej warkoczach drzemią
Gdy spełniona słońcem ziemią
Jak ta wola, co od Boga
Chodzi gdzieś po swoich drogach

Nikt nie dowie się o tym
Dokąd idzie, skąd przyszła?
Czyje ciężkie żywoty
Dźwiga na koromysłach

Idzie dalej, wciąż dalej
Gdzie na chwilę przystanie
Baba świecę tam pali
Chłopskie tam umieranie

Ptaki w jej warkoczach drzemią
Gdy spełniona słońcem, ziemią
Jak ta wola, co od Boga
Chodzi gdzieś po swoich drogach

Przyjdzie po mnie gdy lato
Za lat ile sam nie wiem
Przyjdzie stanie przed chatą
Powie: czas już na ciebie

Dzieci ziemią obdzielę
Zrobię jeszcze Bóg wi co
I w pachnąca niedzielę
Pójdę za Południcą

wtorek, 14 marca 2017

Possente spirto

Tak wyglądały początki opery. Utwór z 1607 roku, pieśń Orfeusza Monteverdiego. Przepustka do Hadesu, śpiew dla Charona: potężny duchu i groźne bóstwo, ja nie żyję, bo nie mam serca ... 


poniedziałek, 6 marca 2017

Kresy odchodzą wraz z ludźmi

        Urodził się w Drohiczynie Poleskim w 1933 r., dzisiaj znajdującym się na terenie Białorusi. Wcześnie osierocony przez matkę i po stracie ojca, oficera Wojska Polskiego rozstrzelanego w 1940r. przez Sowietów, wychowywał się w sierocińcach, najpierw prowadzonych przez zakony, a następnie trafił do sowieckiego domu dziecka, w którym poddawano go, jak innych wychowanków, rusyfikacji. W 1946 roku cudem ocalony został repatriowany do Polski. W szkole zawodowej zdobył zawód tokarza, a następnie ukończył Technikum Żeglugi Śródlądowej, lecz jego przeznaczeniem miała  być sztuka. Studiując historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odsłania talenty: malarski i literacki. Po kilkuletniej pracy na uczelni poświęca się wyłącznie działalności artystycznej. Działa w środowisku lubelskich plastyków, pisarzy, bibliofilów, intelektualistów. W 1989 r. współtworzy Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, a od 1999 r. angażuje się w działalność Lubelskiego Oddziału Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich. Wielokrotnie nagradzany, doceniany, został między innymi odznaczony Orderem Białego Kruka ze Słonecznikiem - najwyższym odznaczeniem bibliofilskim. Jest autorem wielu znaków książkowych oraz ekslibrisów, które kolekcjonował (ok. 7 tysięcy sztuk). 
         Zbigniewa Strzałkowskiego poznałam najpierw jako poetę wierszy intelektualnych i mistycznych, w których docieranie do istoty zjawisk stanowi wykładnię człowieczeństwa. Nieprzypadkowe są nawet tytuły tomików: Punkt odniesienia, Uchylanie pamięci, Brewiarz osobisty, Przestrzeń niepodległa, Obszar wolności... Osobiste doświadczenia, historyczne uwarunkowania, daty, czytelne aluzje lub wprost podane tropy, indywidualne fragmenty życiorysu zostają zuniwersalizowane do rangi Wiecznego Losu. Losu narodu opatrzonego chichotem historii i Losu człowieka, nad którym chichoczą szydercy. Trudna to poezja, wymagająca i niełatwa emocjonalnie. 
         Mówienie, że Zbigniew Strzałkowski był poetą może być mylące, bo taki choćby Punkt odniesienia jest zbiorem krótkich form pisanych prozą, lecz trudno by było zaliczyć je do jakiegoś epickiego gatunku. Niektóre utwory zaczynają się jakby bez początku, w innych zakończenia są otwarciem w niezapisaną przestrzeń gdzieś pomiędzy autorem a czytelnikiem. Osobiste wspomnienia utrwalają najdawniejsze obrazy z kresowego dzieciństwa, oglądanego z perspektywy upływu czasu, gdy "bielą lat posypany, już tylko we śnie chodzę uliczkami Drohiczyna Poleskiego, gdyśmy żegnali na zawsze ojca odprowadzanego pod bronią NKWD (rozstrzelanego w więzieniu Amerykanka" w Mińsku), a z nim i wiernego psa,  i dom błyskawicznie rozszabrowany - pozostało wielkie zdziwienie dziecięcych oczu"
          W wierszach tomu Obszar wolności płonący Wołyń sąsiaduje z nostalgicznym obrazem Polesia zachowanego w duszy dziecka rzuconego później w wir zdarzeń tyleż nieuchronnych, co niezrozumiałych. Tu jeszcze znajdziemy bodiaki, poleskie bagna, kąkole w zbożu i dziecięce zabawy nad brzegami Piny, ścieżkę od chutorów, chochoły odchodzącego lata, piety poleskie - skamieniałe cienie... Kto jeszcze z dzisiejszych czytelników odczytuje znaki i symbole, otwiera zamki przeszłości kluczem wspólnego języka z raju utraconego?

olbrzymie czasze poleskich łopuchów
przykryły moje dzieciństwo
raj pełen legend i pieśni ptaków bagiennych
biegłem przez archipelag stokrotek
biegłem prosto w otwartą nawę przeznaczenia
obsypany gęstą mgłą dmuchawców
nie wiedząc że jestem drgającym cieniem
rzezanym w linorycie Gielniaka
stalaktyty delikatnych linii
były naszym życiorysem
pytaniem bez odpowiedzi
kim jesteśmy i skąd przybyliśmy
skoro przychodzimy znienacka
i odchodzimy nagle
mój konterfekt jest pokiereszowany
wołaniem wiatrów i modlitwą leśnych proroków
tyle zapamiętałem

      Z posiadanych siedmiu książek Zbigniewa Strzałkowskiego trudno mi wybrać to, co zmieści się w krótkiej notce. Wielość wątków zamkniętej już twórczości doczeka się jeszcze prac naukowych i krytycznych analiz. Tymczasem pozostaje nam szukać tej przestrzeni niepodległej, aby tożsamość słowa zamienić w istnienie. Mam jeszcze tutaj przy sobie zbiór jego aforyzmów. Może kiedyś zacytuję przy okazji innych tematów.

Zbigniew Strzałkowski - poeta, malarz, grafik, ekslibrysta, bibliofil, eseista, człowiek z Kresów; zmarł 28 lutego 2017 roku. 



wtorek, 28 lutego 2017

Danse macabre

         Od średniowiecznej makabryczności tańców śmierci minęły wieki i nawet przepiękne grafiki Hansa Helbeina nie potrafią nas przerazić. Będziemy podziwiać precyzję kreski, mistrzowskie portrety grup i klas społecznych, wyrazistą mimikę postaci, kunszt rysunku i determinację w przedstawieniu wszechobecności śmierci. Możemy też, idąc tropem Johana Huizingi, prześledzić sposoby portretowania samej postaci Śmierci, od gnijącego, rozkładającego się ciała po szkielet kobiety z kosą:
"Łoktuszą przepasanego,
Chuda, blada, żółte lice
Liści się jako miednica;
Upadł ci jej koniec nosa,
Z oczu płynie krwawa rosa".
                     (Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią)

Pozostał jednak także w człowieku współczesnym ten sam strach przed tajemnicą śmierci. I także dziś, jak w każdej epoce, próbuje się na różne sposoby oswoić temat poprzez grozę i śmiech. Mimo nawiązań filozoficznych taką chyba podstawową funkcję pełni książka Thomasa Cathcarta i Daniela Kleina Heidegger i hipopotam idą do nieba. O życiu, śmierci i zaświatach na serio i w żartach (tłumaczył Krzysztof Puławski). Książka ma formę dialogów prowadzonych przez autorów z niejakim Darylem Frumkinem, człowiekiem zaprzątniętym codziennością i podatnym na strach przed śmiercią, niewiadomą przyszłością i na ogół nie zagłębiającym się w szczegółowe rozważania na tak poważne tematy. Mnóstwo tu anegdot na różne sposoby oswajających grozę naszego odchodzenia z tego świata, przechodzenia w inny wymiar, w inne światy lub w niebyt. Absurdalnemu humorowi towarzyszą mądrości filozofów i sentencje Woody Allena. Czytelnik znużony przemyśleniami Schopenhauera, Kierkegaarda, Sartre`a czy tytułowego Heideggera, dla przeciwwagi karmiony jest aurą humoru bliższego potocznemu oswajaniu przerażającej tematyki. Duża liczba anegdot przypomina swą różnorodnością i bezpośredniością właśnie cykl Taniec śmierci Holbeina, spełniając podobną funkcję. Tak, owszem, to jest groźne, nieuniknione, filozofowie roztrząsają zagadnienie we wszystkie strony, a i tak najlepszym sposobem jest śmiech.

W sklepie:
- Te indyki w dziale mrożonek są takie małe. Może będą większe?
- Nie, nie będą. One nie żyją.

W kościele ksiądz nauczał wiernych, że śmierć może przyjść nieoczekiwanie:
- Zanim dzień się skończy, ktoś w tej parafii może umrzeć!
Na te słowa siedząca przed ołtarzem staruszka wybuchnęła śmiechem.
- I co w tym śmiesznego? - obruszył się ksiądz.
- Ha! Bo ja nie jestem z tej parafii!

O stanie "duszy" współczesnych prawników.
Pewnego prawnika w nocy obudziło czerwone światło i unoszący się w pokoju zapach siarki. Rogata postać zwróciła się do niego słowami:
- Panie Jones, dam panu wszelkie bogactwa, najpiękniejsze kobiety i długie dostatnie życie. Co pan na to?
Prawnik zmarszczył brwi:
- No tak, ale musi w tym być jakiś haczyk.
- Za to wszystko chcę tylko pańskiej nieśmiertelnej duszy.
Prawnik znowu zmarszczył brwi i zapytał:
- No dobra, ale o co tak naprawdę chodzi?

W rozważaniach autorów omawiających różne koncepcje  nieśmiertelności mowa jest także o swoistej kulturze jako metodzie oszukiwania śmierci: Wciąż padamy ofiarą tej wielkiej iluzji, że udaje nam się przechytrzyć Kostuchę, gdy podejmujemy rolę przewyższającą to, co małe i przemijalne, i zajmujemy się czymś "wielkim", "większym niż życie"... i "śmierć"! Nie trzeba być artystą, by tworzyć pomniki trwalsze niż ze spiżu. Tę samą rolę spełnia finansowanie "nieśmiertelnych" instytucji, które umieszczą nasze nazwisko na szczycie swojej siedziby. Forma nieśmiertelności wybierana przez bogaczy, którym natura poskąpiła artystycznych zdolności ;-) Inni zanurzają się w kontemplacyjnym bytowaniu w "wiecznym" teraz, tworząc złudzenie nieskończonego trwania. Tylko że - jak zauważa Michael Frayn - jak dojdziemy do "z", to jego "t" jest już zamierzchłą przeszłością. 
       W szeregu pytań około problemu śmierci pojawiają się zagadnienia nie tylko ewentualnego życia poza nią, ale kontaktu ze zmarłymi, reinkarnacji, rodzajów samej śmierci, sensu poświęcania życia za coś, aż po współczesne technologie klonowania i nieśmiertelności cyfrowej. Oczywiście, trudno oczekiwać, aby w popularnej książeczce niemal kieszonkowego formatu temat został wyczerpany. To raczej szereg pytań, które czasami dręczą każdego z nas w chwilach samotnej refleksji, gdy stajemy w obliczu nieubłaganej konieczności. Prędzej czy później zabraknie nam słów, formułek i uzasadnień. Może rzeczywiście najlepszym sposobem na wieczny niepokój jest humor?

Pewien mężczyzna wpadł do studni. Spadając złapał jakiś korzeń i wisząc na nim wołał w górę:
- Czy jest tam kto?!
Patrzy do góry i widzi tylko niebo. Nagle chmury rozstępują się i promień słońca wpada wprost do studni, a z góry odzywa się potężny głos:
- To Ja, Pan. Puść korzeń, a Ja cię ocalę.
Mężczyzna traci siły, korzeń się ledwie trzyma w glinie, więc wrzeszczy:
- Czy jest tam ktoś jeszcze??!!

sobota, 18 lutego 2017

Na wystawach, cz. 2


     
        
        Wiadomo, że był chudy, kościsty, jeździł na równie kościstej chabecie, zakładał resztki znalezionej na strychu pordzewiałej zbroi, wybrakowany hełm uzupełnił tekturową przyłbicą, dopóki nie "odzyskał" od napotkanego wędrowca złotego czarodziejskiego szyszaka, dziwnym trafem w oczach innych przypominającego balwierską miednicę. I prawda, nosił kopię! Tak samo długą jak on sam ;-) Don Kichot z La Manczy, nieśmiertelny błędny rycerz wciąż zdumiewa bezkompromisowością w dążeniu do realizacji marzeń. Fascynuje, irytuje, zachwyca i drażni. Inspiruje. Zainspirował Józefa Wilkonia, którego sto ilustracji ozdabia jubileuszowe wydanie "Don Kichota" w przekładzie Anny Ludwiki i Zygmunta Czernych. Plastyczna oprawa przygód rycerza z La Manczy wprowadza w magiczny świat dziecięcej wyobraźni, która zwykłym przedmiotom nadaje nadnaturalny wymiar. Taką wyobraźnią posługiwał się przecież bohater dzieła. Dlatego koń Don Kichota jest kawałkiem drewnianej kłody, jego piękna grzywa szczotką do zamiatania, kopia kawałkiem drąga. Na wystawie w Galerii Teatru Wielkiego Opery Narodowej oglądamy nie tylko rysunki zdobiące karty nowego wydania powieści, ale i rzeźby, dzięki którym my też możemy wejść do przedziwnej przestrzeni wykraczającej poza codzienny racjonalizm. Wydawać by się mogło, że klocowata postać, kanciaste drewno, nieheblowane deski, blaszane odpady, barchanowe szmaty nie będą w stanie nikogo zachwycić. A jednak oglądając wystawę ma się wrażenie, że coś w życiu szarej codzienności utraciliśmy bezpowrotnie, zapominając o wielkiej roli marzeń i nieustannym dążeniu do ideału. 
       Na wystawie można zajrzeć do nowego wielkiego, dwutomowego wydania powieści, której egzemplarze zostały wyłożone do wglądu dla zwiedzających. Rzeczywiście, nie można olbrzymiej księgi czytać inaczej, jak tylko na solidnym podparciu ;-) To nie jest kieszonkowa broszurka mieszcząca się w dłoni ani e-book pozbawiający czytelnika zmysłowych wrażeń dotyku, węchu, atmosfery obcowania z tekstem drukowanym. Wystawa otwarta 26 stycznia czynna będzie do 5 marca 2017 r. 
 









      Również do 5 marca czynna jest w Zachęcie wystawa pod nazwiskiem, dla mnie dotąd w ogóle nieznanego, Abrahama Ostrzegi, żydowskiego rzeźbiarza zamordowanego w 1942 r. w Treblince. Jego dzieła w zasadzie zobaczyć można na cmentarzu żydowskim przy Okopowej. Co ciekawe, jego figuralne nagrobki często wzbudzały krytykę i wręcz nienawiść ze strony ortodoksyjnych wyznawców judaizmu, zarzucano mu obrazoburcze łamanie zakazu przedstawiania postaci. Zdarzało się, że jego pomniki niszczono, a czasem pod wpływem krytyki sam rzeźbiarz usuwał, zmieniał elementy gotowych już figur, wygładzając i zakrywając np. rysy twarzy. Chcąc uniknąć dosłowności Ostrzega poszukiwał form nacechowanych symbolicznie, jego nagrobkowe anioły tracą wyraziste kontury, twarze ukryte są pod skrzydłami, a całe postaci często wtopione zostały w naturalne kształty nagrobnych kamieni. 
    Na wystawie w Zachęcie siłą rzeczy rzeźb Abraham Ostrzegi nie ma, na wielkim ściennym panelu widzimy tylko serię zdjęć przedstawiających wybrane nagrobki. U samego wejścia zaś na środku sali uwagę przyciąga kopia modelu Wieży Babel - pomnika mającego być hołdem dla Ludwika Zamenhofa, twórcy esperanto. Dzieło jednak nie doczekało się realizacji. W dalszej ekspozycji oglądamy prace innych artystów inspirowane dorobkiem Ostrzegi, portrety ludzi, których nagrobki wykonał. Uwagę zwracają portrety malowane przez Katarzynę Rotkiewicz-Szumską, często niepodpisane kogo przedstawiają, w wyjątkowych przypadkach zdradzające tożsamość portretowanego, jak dwa wizerunki mężczyzn, z których jeden to bohater wystawy Abraham Ostrzega, a drugi to jego mistrz, u którego doskonalił rzeźbę, Henryk Kuna.
      Na jednej ze ścian obserwujemy zaś ruchome wielkie cztery obrazy przesuwające się i zachodzące na siebie, bądź odsłaniające piękne zielono-brązowe obrazy natury, drzew, lasu. Czy mają oznaczać płynność i wzajemne przenikanie życia i śmierci? A może nieuchronny los człowieka, który tylko na chwilę wyłania się z biegu natury, próbującego uczłowieczyć rzeczywistość, gdy w ostateczności i tak powróci do pierwotnego stanu egzystencji jako cząstka energii zasilającej kosmiczne trwanie?

Jeden z portretów inspirowanych dorobkiem Abrahama Ostrzegi

Ruchome obrazy ujawniają swoją przestrzeń

Ruchome obrazy - dwa obok siebie


poniedziałek, 13 lutego 2017

Grammy dla Pendereckiego

Nagroda Grammy dla Krzysztofa Pendereckiego za album z muzyką chóralną. Album Penderecki conducts Penderecki składa się z różnych utworów komponowanych w różnych latach. Są kompozycje do Psalmów Dawida, Hymny do św. Wojciecha i św. Daniiła oraz Dies illa napisane na rocznicę wybuchu I wojny światowej. Utworami nagranymi na płycie dyryguje sam kompozytor.


O pracy nad nagraniami




Dies illa, fragment



sobota, 11 lutego 2017

Kiedy odchodzi poeta...

... zaczyna się czytelniczy rachunek sumienia. Odkrywamy nieprzeczytane wiersze, a zapomniane metafory ponownie fascynują. Kiedy poeta żył wśród nas, jego zwyczajna i codzienna obecność nie burzyła rutynowego rytmu życia, czasami zapominaliśmy o jego istnieniu. Kiedy już go fizycznie z nami nie ma, każde kolejne spotkanie z zamkniętą już twórczością staje się świętem. Wystawa Poeta odchodzi. Tadeusz Różewicz w Muzeum Literatury w Warszawie (czynna do 30 czerwca 2017 r.) zaprasza widza i czytelnika do przestrzeni intymnego dialogu. Znane wiersze zaprezentowane na wystawowych ścianach wychodzą nam naprzeciw w bezpośrednim spotkaniu jak dawno niewidziani znajomi, mniej znane zaskakują nieoczekiwanymi olśnieniami.
      Wystawa jest nawet spora, rozlokowana w salach, zaułkach, korytarzach i przejściach, co jeszcze bardziej podkreśla wrażenie wspólnego spaceru albo przecierania szlaków, co do Tadeusza Różewicza bardzo pasuje, był bowiem pod wszystkimi względami twórcą wytyczającym nowe szlaki poezji. Określił nowy typ wiersza, wprowadził nowy język, nowy sposób mówienia o sprawach ważnych, ustanowił nową rolę dla poety - dla siebie:

przyszyli żeby zobaczyć poetę
i co zobaczyli?

zobaczyli człowieka
siedzącego na krześle
który zakrył twarz

Nad wejściem na wystawę wita nas sporych rozmiarów fotografia Różewicza wyglądającego przez uchylone okno. Czy będzie nadużyciem przywołać w tym kontekście obraz Jacka Malczewskiego Melancholia z czarną postacią stojącą w uchylonym oknie?



Zdjęcie z folderu reklamowego, stąd napisy.

 Malczewski Melancholia, fragm.


Biorąc pod uwagę, że tekstom poety prezentowanym na wystawie towarzyszą różne dzieła malarskie, z których największe wrażenie wywierają prace Jerzego Tchórzewskiego, skojarzenie wydaje się uzasadnione. Różewicz bowiem studiował historię sztuki i wrażliwość na malarskie aspekty rzeczywistości, przedmiotów, postaci jest w jego wierszach widoczna.



Obrazy Tchórzewskiego na wystawie o Różewiczu

Świadectwem przyjacielskich relacji Różewicza z malarzami są pamiątki po nich, drobiazgi codziennego użytku: nożyk Porębskiego, kamień Nowosielskiego, szpachelka Tchórzewskiego. 



Obrazy, grafiki, malutkie dzieła plastyczne jako wytwór zabawy samego Różewicza dopełniają portret poety o stronę prywatną, pozaliteracką. Liczne zdjęcia z młodości, z czasów partyzanckich (z trzech braci Różewiczów Tadeusz był zdecydowanie najprzystojniejszy :-)), szkolne zeszyty, rękopisy wierszy, notatki, chciałoby się powiedzieć: prywatna strefa literatury. Oglądanie rękopisów znanych wierszy sprawia wrażenie, że oto podglądamy proces twórczy, niemal widzimy rękę piszącą: i cóż po poecie w czasie marnym?


Osobna sala wystawowa poświęcona została wspomnieniom o matce w połączeniu z cytatami z tomu Matka odchodzi, za który Tadeusz Różewicz otrzymał w 2000 r. Nagrodę Nike i, jak łatwo się domyślić, z której zaczerpnięto pomysł na tytuł ekspozycji. Wzruszające wyznanie podeszłego w latach Różewicza, obok fotografii, na której widoczny jest z opuszczoną głową, w staroświeckim swetrze, z rękami na kolanach, obok druga fotografia z twarzą zakryta dłońmi: Wiesz, Mamo, tylko tobie mogę to powiedzieć na stare lata, mogę to powiedzieć, bo jestem już starszy od Ciebie.. nie śmiałem Ci tego powiedzieć za życia... jestem Poetą. Bałem się tego słowa, nigdy go nie powiedziałem Ojcu... nie wiedziałem czy się godzi coś takiego mówić.
      W innym miejscu wkraczamy w scenerię Kartoteki: rama łóżka, walizka, blaszana miednica, gazety, tekturowa teczka z podpisem "Kartoteka". Na wysokim ekranie w kółko odtwarzana krótka scena z przedstawienia w wykonaniu Tadeusza Łomnickiego. Na dwóch płóciennych leżakach można usiąść, wkraczając w rzeczywistość Różewiczowskiego teatru absurdu. 
       Wędrówka od sali do sali, korytarzami, zaułkami wierszy, obrazów, pamiątek i fotografii, dużo fotografii poety, jest podróżą przez najważniejsze problemy, dylematy człowieka, świadka XX wieku. Jak piszą autorzy wystawy, jest to pierwsza od śmierci 24 kwietnia 2014 roku tak obszerna, całościowa prezentacja spuścizny, a w zasadzie prezentacja osobowości Tadeusza Różewicza. Kiedy odchodzi poeta, jego poezja nadal mówi do nas...