czwartek, 19 kwietnia 2018

Dopóki istnieje Europa

     Bez obaw, to nie będzie wieszczenie końca naszego świata, naszego kontynentu, naszej kultury, chociaż, w jakimś sensie, jednak koniec nastąpił. Koniec złotej ery europejskich festiwali muzycznych, których migotliwą historię, urozmaiconą niezliczonym bogactwem anegdotycznych  smaków,  opisuje Janusz Ekiert. Zaczynają się wiosną i stopniowo opanowują bardziej i mniej znane centra kulturowe, centra turystyki oraz zapomniane a często starożytne miejscowości od Atlantyku po wschodnią granicę Europy. Tą granica wschodnią jest Warszawa, gdzie od 1956 roku odbywa się Warszawska Jesień - międzynarodowy festiwal muzycznej awangardy, o którym John Cage twierdził: "Publiczność warszawskiej jesieni jest elegancka: nigdy nie gwiżdże podczas wykonywania moich utworów, tylko zawsze po".
   
      Pobieżnie kalendarz wygląda mniej więcej następująco:
  • koniec kwietnia do lipca - Maggio Musicale Fioretino we Florencji organizowany od 1933 roku
  • od 12 maja do początku czerwca - Praska Wiosna - Międzynarodowy Festiwal Muzyczny w Pradze - z ogromnym rozmachem
  • czerwiec - Holland Festival w Amsterdamie, ale i w innych miastach, co sprawia, że festiwal trwa nawet dłużej, bo i w lipcu - jest to najstarszy europejski festiwal performatywny, organizowany od 1947 roku
  • koniec czerwca do końca sierpnia - Letni festiwal w Dubrowniku
  • lipiec - festiwal teatralny w Wiesbaden, gdzie triumfy święciła opera "Manekiny" (1981) Zbigniewa Rudzińskiego
  • lipiec - Festiwal Opery w Savonlinnie (Finlandia), odbywający się w scenerii średniowiecznego Zamku św. Olafa
  • lipiec/sierpień - festiwal operowy w Weronie, gdzie wystawia się opery w dawnym rzymskim cyrku - Arena di Verona oraz festiwal baletowy i szekspirowski w Teatro  Romano
  • 18 lipca - 19 sierpnia - Festiwal w Bregencji, gdzie wszystkie spektakle operowe odbywają się na wodzie
  • 20 lipca - 30 sierpnia - Festiwal w Salzburgu - chociaż patronuje mu Mozart nie gra się na nim tylko Mozarta, a nawet jego utwory bywają w repertuarze w mniejszości niż innych kompozytorów
  • 25 lipca - 29 sierpnia - Bayreuth Festival, czyli Festiwal Wagnerowski w Bayreuth - rzeczywiście najstarszy w Europie - od 1876 roku - na potrzeby festiwalu wybudowano specjalny teatr, co roku wystawia się na nim te same 10 oper Ryszarda Wagnera, ale co kilka lat  zmienionej reżyserii i obsadzie
Dodajmy do tego wspomniane przez autora dwa festiwale warszawskie:
  • połowa czerwca do połowy lipca - Festiwal Mozartowski Warszawskiej Opery Kameralnej (mój Boże, czy nie jest to już niestety czas przeszły dokonany, a nieodnawialny??)
  • II poł. września - Warszawska Jesień

       Jak widać NIE DA SIĘ co roku być na każdym ;-) A przecież można i trzeba uzupełnić ten kalendarz o nowe festiwale, wielkiej renomy już i wielkiego rozmachu, a przy tym z bogatym programem muzycznym (choćby nasze w Polsce: Misteria Paschalia i Opera Rara w Krakowie, Festiwal Beethovenowski w Warszawie, Actus Humanus w Gdańsku, KODY w Lublinie, Muzyka w Raju w Paradyżu, Wratislavia Cantans we Wrocławiu). Janusz Ekiert snuje wspomnienia rzecz jasna z festiwali europejskich, zgodnie z przewrotnym tytułem książki: "Zwiedzajcie Europę, póki jeszcze istnieje. Pożegnanie złotego wieku festiwali muzycznych",  której patronuje  na okładce fotografia króla, cesarza i boga muzyki XX wieku w jednej osobie - Herberta von Karajana. Stąd też narracja o festiwalach w Lucernie czy Salzburgu, gdzie przez wiele lat Karajan był niekwestionowanym autorytetem i nieznoszącym sprzeciwu dyktatorem muzycznego wykonawstwa, siłą rzeczy odtwarza tamta - dziś przebrzmiałą - atmosferę wielkich osobowości, wielkich artystów, operowych diw i wielkich śpiewaków, wizjonerów baletu. Ma się wrażenie, że rzeczywiście skończyła się epoka niezwykłych talentów i żyjemy, tworzymy dzisiaj niesieni na "ramionach olbrzymów" przeszłości.
       Trochę żal... Niemniej na tych wymienionych festiwalach zaczynali międzynarodową karierę także polscy wielcy kompozytorzy: Baird, Lutosławski, Kilar, Penderecki... A dzisiaj w większym stopniu i częściej to artyści z Europy (i nie tylko) przyjeżdżają do nas. Korzystajmy póki czas.



     
       To była jedna z tych książek, które można było wygrzebać z wielkiego kosza w supermarkecie, gdzie wszystko jest za dychę. Nie mogłam nie kupić :-) Dlatego teraz mogę sobie podróżować nieco zazdroszcząc, że nie urodziłam się wcześniej ;-)

 










 A jako komentarz muzyczny Prosto z Arena di Verona:

We wspomnieniach z Festiwalu w Weronie Ekiert podaje pyszną anegdotkę, jak to podczas antraktu sprzedawca napojów chłodzących zachęcał do kupna śpiewając toast z "Traviaty": "Libiamo, ne!lieti calici...":




PS A dla koneserów swojszczyzny - rekomendacja książeczki o jednej z polskich "małych ojczyzn"

środa, 11 kwietnia 2018

Seks tuż przed północą ;-)

     (Dodatek - a na Okolicach książek ostatni odcinek o życiu muzycznym na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego) 


     Co bardziej wstydliwych uspokajam: seks będzie muzyczny ;-) Ale to właśnie za sprawą muzyki, wyrażającej najbardziej gwałtowną i nieposkromioną kobiecą naturę, William Henderson napisał, że Szostakowicz to "największy kompozytor pornograficzny w dziejach opery" (Cyt. za P. Kamiński: Tysiąc i jedna opera, tom II).  Poza tym zmienili ramówkę i jak zaczyna się słuchanie sobotniego pasma operowego w Dwójce, tak kończy się dopiero o północy ;-) Przynajmniej ostatnio tak było.  Co prawda, Mariss Jansons nadał odpowiednie tempo i całość skończyła się nieco wcześniej, ale żeby ochłonąć, przetrawić muzykę i emocje, też trzeba czasu. Tak więc parafrazując słowa poety: północ jej godzina, w sam raz na operowe doznania. Tym bardziej, że czteroaktowe dzieło Szostakowicza ma i rozmach, i dynamikę, i mroczność odpowiednią. A mowa o muzycznej "pornografii", czyli Lady Makbet mceńskiego powiatu (1934).
       Tak pokrótce. Tytułową powiatową Lady Makbet jest Katarzyna Izmajłowa, sfrustrowana, niezaspokojona seksualnie młoda mężatka. Mąż nie staje na wysokości zadania, teść  patrzy na nią pożądliwie,  ale ona wolałaby przecież kogoś młodszego. Nudzi się, więc nowy parobek Siergiej, mający już na sumieniu uwiedzenie poprzedniej swojej chlebodawczyni, będzie miał ułatwione zadanie. Noc należy do niego. Ale to przecież Lady Makbet ma być, nie Emma Bovary na prowincji, więc jest i zbrodnia. Najpierw Katarzyna truje grzybami teścia (to znaczy grzyby były jadalne, ale dosypała do nich trutkę na szczury), potem wraz z kochankiem morduje powracającego męża, zamykając trupa w szafie, nie, przepraszam, nie w szafie, tylko w piwnicy ;-) Trup sobie leży nie wadząc nikomu, gdy Katarzyna i Siergiej biorą ślub. No ale nie ma tak prosto i łatwo. Pijaczki to jednak nieobliczalni są i jeden taki zagląda, gdzie go nie posiali, to znaczy do piwnicy. Robi się raban na cały powiat! Para morderców zostaje zesłana na syberyjską katorgę. Niestety, nie będzie moralnego odrodzenia, Katarzyna to nie cierpiąca pohańbienie pokorna Sonia Marmieładowa, a Siergiej nie intelektualista Rodion Raskolnikow. W trudzie zesłańczej wędrówki były parobek szuka pociechy w ramionach innej, cynicznie wykorzystując w tym celu nawet przywiązanie żony. Niedługo! Bo kiedy prawda wychodzi na jaw, morderczyni znowu się nie cofnie. Topi w rzece kochankę męża i sama ginie razem z nią  w wirach lodowatej wody.
        Muzyka oddaje charakter postaci, nieokiełznane pożądanie, frustracyjne niezaspokojenie, trywialne charaktery. Nocna scena spotkania Siergieja i Katarzyny uważana jest wręcz za muzyczną pornografię. Powód ten - obraza dobrych obyczajów - stał się przyczyną, że po pierwszych sukcesach i triumfie dzieła na scenach Leningradu i Moskwy, opera została zdjęta a Szostakowicz wyklęty z muzycznego istnienia. Orkiestrowe interludium pod koniec aktu I niewątpliwie zapada w pamięć niesamowitą energią i siła wyrazu. Podobnie jak partia wokalna Katarzyny rozchwiana emocjonalnie od rozpaczy, krzyku pożądania, po rozkosz i liryczną tęsknotę.

O ten kawałek muzyki rozegrała się cała afera polityczna Stalin uznał ją za niemoralną. Szostakowicz usunął ten fragment z drugiej wersji opery zmieniając także jej tytuł na "Katarzyna Izmajłowa".  Dzisiaj na scenach światowych oper wystawia się wersję pierwszą, z usuniętymi fragmentami. 






wtorek, 3 kwietnia 2018

Znajdź 5 podobieństw :-)

     Mischa Maisky jest starszy, urodził się w 1948 roku w w Rydze, wówczas w granicach Związku Radzieckiego, dzisiejsza Łotwa. Jest obecnie jedynym wiolonczelistą, który uczył się u słynnego Mścisława Rostropowicza. Jego pochodzenie można określić jako rosyjsko-żydowskie. Obecnie mieszka w Belgii. Ma sześcioro dzieci. Dwoje najstarszych z pierwszego małżeństwa poszło w ślady ojca i rozwijają kariery muzyczne: Lily jest pianistką, Sasza skrzypkiem. We trójkę występują pod nazwą Maisky Trio. Także starszy brat Walery Maisky zasłynął w dziejach muzyki jako organista, klawesynista i muzykolog.  Mischa Maisky uważa się za obywatela świata: "Gram na włoskiej wiolonczeli z francuskimi i niemieckimi smyczkami, austriackimi i niemieckimi strunami, moja córka urodziła się we Francji, mój najstarszy syn w Belgii, środkowy we Włoszech i najmłodszy w Szwajcarii, jeżdżę samochodem japońskim, noszę szwajcarski zegarek, indyjski naszyjnik i czuję się jak w domu wszędzie, gdzie ludzie doceniają i lubią muzykę klasyczną." Owa włoska wiolonczela to dzieło weneckiego lutnika Domenica Montagnany (1686 - 1750). Montagnana tworzył zarówno skrzypce, jak i wiolonczele. Te drugie są do dzisiaj instrumentami poszukiwanymi i pożądanymi przez muzyków i kolekcjonerów, osiągając  zawrotne ceny na aukcjach. Mischa Maisky podobno swoją koncertową wiolonczelę otrzymał w prezencie od anonimowego wielbiciela.
       Steven Isserlis urodził się 19 grudnia 1958 roku w Londynie. Jego dziadek był rosyjskim Żydem, który wyemigrował w latach dwudziestych XX wieku. Dziadek Isserlisa był pianistą, a ojciec skrzypkiem amatorem, matka zaś była nauczycielką gry na fortepianie. Dwie siostry również kontynuują muzyczne rodzinne tradycje: jedna jest  altowiolistką, druga skrzypaczką. Mówi o sobie, że jako dziecko był rozpieszczonym bachorem, który w niczym nie był tak dobry, jak jego siostry, więc postanowił zająć się czymś innym i został wiolonczelistą. Grał na słynnych wiolonczelach włoskich lutników: Montagnany z 1740 roku i Guadagniniego z 1745 roku. Obecnie gra na wiolonczeli Stradivariusa z 1726 roku Marquis de Corberon.
      To tyle wstępu o najważniejszych różnicach (choć podobieństwa też się pojawiły) ;-) A zadanie dla czytających i komentujących: znajdź 5 podobieństw między załączonymi fragmentami nagrań jednego i drugiego artysty. Powodzenia i dobrej zabawy! :-)))

Mischa Maisky




Steven Isserlis

czwartek, 29 marca 2018

Hardkorowy Jezus

     Wczoraj wieczorem mieliśmy tutaj 1-2 stopnie powyżej zera. Ludzie przyszli okutani w szaliki, w czapkach, kapturach, rękawicach, ja włożyłam na nogi najgrubsze skarpetki i zimowe kozaki. Stanie dwie godziny w zapadającym zmierzchu, prawie poza miastem, gdzie wiatr hulał, wymagało determinacji i zacięcia. Niektórzy nie dotrwali do końca, odeszli nie doczekawszy Zmartwychwstania. A kto wytrwał, zobaczył co to znaczy poświęcenie dla sztuki.
       O czym piszę? O Misterium Męki Pańskiej - tradycji bardzo starej, sięgającej czasów średniowiecza, kiedy misterium jako gatunek religijnego przedstawienia się rozwinęło. Zgodnie z z zaleceniami soboru w Trydencie misterium rozgrywa się w wolnej przestrzeni: na placu, na ulicach, poza budynkiem kościelnym. Tym bardziej, że wymaga sporo miejsca ze względu na symultaniczność odgrywanych scen. W misterium wielkanocnym byliśmy w Wieczerniku, na obradach Sanhedrynu, w Ogrodzie Oliwnym, w pałacu Piłata, w pałacu Heroda, gdzieś na polnych drogach Palestyny w scenach z cudzołożnicą i uwolnienia opętanych, no a potem szliśmy drogą krzyżową na Golgotę. Na wielkiej naturalnej scenie paliły się ogniska, przy jednym z nich grzał się Piotr apostoł odżegnując się od związków z Jezusem, któremu niedawno przysięgał wierność, jeźdźcy w strojach antycznych przemykali na koniach w mrocznym cieniu na tle budynków.
       Szerokość scenerii i przenoszenie kolejnych scen w kierunku miejsca ukrzyżowania sprawiały, że widzowie podążali za aktorami, żeby lepiej widzieć. Co prawda był też telebim, więc można było śledzić akcję nie ruszając się z miejsca. Współczesna technika znacznie udoskonaliła odbiór. Dialogi i wypowiedzi aktorów zostały wcześniej nagrane i w trakcie przedstawienia na bieżąco synchronicznie zgrywane z toczącymi się scenami, ale aktorzy grali naturalnie, z dynamiczną gestykulacją wypowiadając swoje kwestie. Także ten telebim dla wielu okazał się zbawienny, ponieważ nie wszyscy mogli stać w pierwszym rzędzie. Efekty dramatyczne potęgowała muzyka.
        Scena ukrzyżowania rozgrywała się w czasie realnym. Nie da się jak na filmie przyspieszyć, dlatego długo wisieli na krzyżach dwaj złoczyńcy zanim ustawiono centralnie krzyż z Jezusem. To był czas na własną refleksję, na zastanowienie się nad własną obecnością i rolą w wydarzeniach. Podobnie po zdjęciu z krzyża w ciemnościach zapadającej coraz głębiej nocy wyczekiwaliśmy na triumfalny koniec - Zmartwychwstanie.
         Technika techniką, nasze zmarznięte mimo skarpetek i zimowych butów nogi to pikuś przy tym, co działo się na tej dużej naturalnej scenie. Aktorzy grający apostołów, zwłaszcza ci, którzy dostąpili zaszczytu umywania nóg, grali z gołymi nogami i w sandałach. Woda z dzbanka też leciała prawdziwa. Tylko że oni potem po aresztowaniu w Ogrodzie Oliwnym pouciekali. Może wtedy mieli chwilę czasu na ogrzanie się gdzieś za kulisami, nie wiem. Raczej nie zmarzli za to przedstawiciele Sanhedrynu w szatach odświętnych, kolorowych sukniach i płaszczach, oczywiście z frędzlami, o których mowa w Ewangeliach. Także lud krzyczący i płaczący zabezpieczony przed zimnem w chałatach, chustach, wielowarstwowych sukniach.
        Ale Jezus - ten to dopiero hardkor! Ubrany w długą białą suknię, jak to w Biblii opisane, z  gołymi nogami w samych sandałach cały czas. Przypominam - 1 stopień powyżej zera, a z powodu wiatru chyba nawet zimniej się czuło. W pierwszych scenach to jeszcze miał na wierzchu coś jak płaszcz w kształcie ornatopodobnym, ale do biczowania został rozebrany, w samej tej białej koszulinie został, która wnet zaczerwieniła się dramatycznie. I krzyż dźwigany w drodze krzyżowej nie był ze styropianu, tylko prawdziwy, drewniany. No ale wszystko przebiła scena Zmartwychwstania. W nowej śnieżnobiałej już sukni, boso! przemaszerował po całym placu powoli przy wtórze chórów anielskich. I słusznie. Bo przecież na pewno nie złożono Jezusa do grobu w sandałach! Do oklasków widzowie zdjęli z dłoni swoje rękawiczki :-)
         A wracając jeszcze do misterium jako gatunku: tekst dialogu jest oczywiście przede wszystkim budowany na podstawie Ewangelii, ale wykorzystuje się też apokryfy oraz uzupełnia go o specyficzne wypowiedzi i sceny obyczajowe nawet współczesne. W dialogach uzupełniających można sobie pozwolić na potoczność języka i humor. Taki charakter miała scena w pałacu Heroda i sam sposób przedstawienia jego postaci. Bardzo życiowo i realistycznie została zagrana scena z Szymonem z Cyreny, który wykłócał się z żołnierzami, żeby go zostawili w spokoju. Tutaj nawet w rekwizytach oddano związek z realiami tutejszymi, gdyż Szymon szedł z sitem, które jest jednym z symboli miasta. Naiwne i pełne żywiołowości rozmowy apostołów przekonująco oddawały ich dezorientację i niezrozumienie wagi wydarzeń. Nie da się odeprzeć wrażenia, że najbardziej przekonująco wypadli członkowie Sanhedrynu z Kajfaszem na czele. Podobnie jak Piłat. I chociaż cała obsada była amatorska, to aktorzy grający główne role: Jezusa, Piłata czy Kajfasza nie są nowicjuszami. Część osób tworzy tutejszy amatorski zespół teatralny. 
        A na koniec ciekawostka. Jezus, poza oczywiście adekwatnym strojem, nie wymagał dodatkowej charakteryzacji ;-) 
     

sobota, 24 marca 2018

Muzyczna podróż do Lubeki

       Moja podróż do Lubeki nie była tak desperacka jak Jana Sebastiana Bacha, który ponoć szedł 400 km pieszo. Zaledwie do sąsiedniej parafii się udałam, dokąd dzieło Buxtehudego przywieźli lubelscy artyści The Snopkers Ensemble i Zespół Instrumentów Dawnych Senza Battuta z solistami: Ewą Lalką (sopran), Michałem Wajdą Chłopickim (alt), Rafałem Grozdewem (tenor) i Łukaszem Rynkowskim (bas) pod dyrygentem Dominikiem Mielko.  Najpierw się wsłuchiwałam dostosowując odbiór do wnętrza nieco zimnej, bo nieogrzewanej świątyni. Ja to jeszcze nic, ale skrzypce cierpiały :-( Byłoby cieplej, gdyby frekwencja dopisała, tymczasem kościół ział pustkami. Chyba za słaba reklama była, a ludziska na prowincji nie wiedzą, czego mieli okazję posłuchać A bez Buxtehudego nie byłoby Bacha.
       Na szczęście instrumentacja została wzmocniona jeszcze jakąś teorbą, barokową wiolą, czymś dużym prawie jak kontrabasem, ale też dawny instrument z epoki oraz organami. Z zaplanowanych przez kompozytora pięciu głosów również usłyszeliśmy dodatkowo niewielki chórek - w sumie czternastoosobowy razem z solistami. Autentyczny wystrój świątyni sprzyjał kontemplacji bliskiej już liturgii Wielkiego Piątku. Przy "Pectus" już było mi wszystko jedno, gdzie się znajduję i odleciałam, a przy "Vulnerasti" przestałam cokolwiek widzieć - zamieniłam się w słuchanie.
       Pełny tytuł brzmi: Membra Jesu nostri patientis sanctissima (Najświętsze członki naszego cierpiącego Jezusa) - siedmioczęściowe dzieło z 1680 roku. Te siedem części to siedem kantat, z których każda opiewa inne części Umęczonego: stopy, kolana, ręce, przebity bok, klatkę piersiową, serce i głowę
1. Ad pedes: Ecce super montes (SSATB, dwoje skrzypiec,  wiola, continuo)
2. Ad genua: Ad uber portabimini (j.w)
3. Ad manus: Quid sunt plagae istae (j.w.)
4. Ad latus: Surge amica mea (j.w.)
5. Ad pectus: Sicut modo geniti infantes (ATB, dwoje skrzypiec, wiola, continuo)
6. Ad cor: Vulnerasti cor meum (SSB, 5 wiol, continuo)
7. Ad faciem: Illustra faciem tuam (SSATB, dwoje skrzypiec, wiola, continuo)
      Kompozycja rozpisana na pięć głosów: dwa soprany, alt, tenor i bas (SSATB) słowami średniowiecznego poety Arnulfa z Louvain (XIII w.) opowiada o męczeństwie Jezusa, jest więc jak najbardziej wielkopostna w wymowie. Jednakże końcowe Amen podnosi na duchu, prowadząc myśl raczej ku przeżywaniu miłości Zbawiciela do człowieka, nie pozwalając pogrążyć się słuchaczom zanadto w rozpaczy. Ostatecznie bowiem Zmartwychwstanie jest najbardziej radosnym świętem, mimo że poprzedzonym skruchą i pokutą. 
       O samym kompozytorze  istnieją niepełne informacje. Dietrich Buxtehude (1637 - 1707), urodził się w Helsingborg (niektórzy uważają, że w Oldesloe), który wchodził w skład królestwa Danii, a obecnie mieści się na terenie Szwecji, z kolei Lubeka, gdzie zmarł, leży na terytorium Niemiec. Toteż mówi się o nim nieraz, że jest kompozytorem duńsko-niemieckim. Z zawirowaniami pochodzenia łączy się różnoraki zapis imienia, które podobno brzmiało  Diderich, a z czasem sam je zgermanizował na Dieterich. 
       Niewiele wiadomo o dzieciństwie i młodości kompozytora. Przyjmuje się, że pierwsze nauki pobierał u swojego ojca, który był organistą w kościele św. Olafa w Helsinør. Muzyczna, kompozytorska i organistowska działalność Buxtehudego syna przez prawie 40 lat była ściśle związana z Lubeką, gdzie pełnił rolę organisty, kierownika chóru i nauczyciela. Sława Buxtehudego jako największego organisty swoich czasów sprawiła, że odwiedzali go w Lubece późniejsi wielcy reformatorzy muzyki epoki: Telemann, Haendel, Matthesson. Jednak najsłynniejsze odwiedziny, z czasem obrośnięte w legendę, należą do Jana Sebastiana Bacha, którego czteromiesięczny pobyt w Lubece do dzisiaj stanowi materiał do wielu badań i spekulacji muzykologów. 400-kilometrową odległość z Arnstadt do Lubeki w 1705 roku  Bach podobno w przebył pieszo. Badacze do dziś spierają się o to, jak wielki wpływ miała ta wizyta na ukształtowanie się swoistego stylu lipskiego kantora. Być może nawet najsłynniejsze (w sensie najbardziej popularne) dzieło, Toccata i fuga d-moll, wcale nie jest jego oryginalną kompozycją, lecz przeróbką utworu mistrza z Lubeki, przetransponowanym przez Bacha z oryginalnej wersji skrzypcowej na organy. 
       Zostawmy jednak te zagadki znawcom, a my udajmy się  sami w podróż, niekoniecznie tak daleką, posłuchać Buxtehudego. Z nieznanych do końca rozmiarów jego twórczości zachowało się około 120 dzieł wokalnych. Na uwagę zasługuje fakt, że o ile większość dzieł Bacha powstała niejako na zamówienie, jako wypełnienie obowiązków organisty, to Buxtehude tworzył sam z siebie, spontanicznie, dając wyraz swoim potrzebom duchowym i muzycznej wyobraźni. Są to więc dzieła często bardzo osobiste, komponowane na przykład do tekstów biblijnych, hymnów i poezji, które go inspirowały. "Membra Jesu nostri" może dostarczyć słuchaczom różnorodnych przeżyć i fascynacji. na przykład sposobem połączenia tekstu średniowiecznego poety z cytatami z Biblii, z Pieśni nad pieśniami, np.:

Vulnerasti cor meum,
soror mea, sponsa,
vulnerasti cor meum

(Zraniłaś moje serce,
siostro moja, oblubienico,
zraniłaś moje serce)

albo:

Surge, amica mea,
speciosa mea, et veni,
columba mea in foraminibus petrae,
in caverna maceriae.

(Powstań, przyjaciółko moja,
piękna moja, i pójdź,
głęboko moja, ukryta w zagłębieniach skały,
w szczelinach przepaści) 

Można też, zgodnie z sugestią Alberta Schweitzera, że "u Buxtehudego interesujące jest wszystko", zasłuchać się w doskonałą harmonię głosów, dochodząc do wniosku, że centrum kultury nie tam jest, gdzie stolica państwa, lecz tam, gdzie ulokuje się duch wielkiego artysty, czasami na peryferiach, na uboczu, a jego dzieło i tak stanie się drogowskazem dla następców. A dla słuchaczy wirtualnych kompozycja Buxtehudego w wykonaniu mistrzowskim: Schola Cantorum Basiliensis pod kierunkiem Rene Jacobsa, z Andreasem Schollem w partii altowej. To nagranie mam na płycie i jest dostępne w całości:





Oraz na okolicach książek literackie pożegnanie z Kresami, czyli "Nadberezyńcy" Czarnyszewskiego - już przeczytałam, chociaż w Dwójce dopiero drugi tom zaczęto czytać.

niedziela, 18 marca 2018

Garniec pełen skarbów

(Dla miłośników Kresów wpis o "Nadberezyńcach" na Okolicach książek, nawet mapkę znalazłam :-))


         Garniec jest nieduży i posklejany, widać pęknięcia. Wygląda niepozornie. Wiosną 2011 roku znaleziono w  nim główny skarb Czerwienia, stolicy Grodów Czerwieńskich, obecnie w pobliżu Czermna nad Huczwą w powiecie tomaszowskim (województwo lubelskie). Za odkrycia archeologiczne w miejscu dawnego grodziska, dziś porośniętego trawą wzniesienia w pobliżu wioski i póL uprawnych, badacze z Instytutu Archeologii UMCS - prof. dr hab. Andrzej Kokowski, mgr Marcin Piotrowski - kierownik naukowy projektu "Czermno-Czerwień stolica grodów Czerwieńskich" oraz Artur Troncik- współodkrywca skarbów - otrzymali tytuł Odkrycia Roku National Geographic 2011. Historię tę opisywałam już z okazji wędrującej wystawy, na której prezentowano znalezione skarby - Skarb słowiańskiej Atlantydy. Teraz znowu miałam okazję przyjrzeć się dokładnie niektórym znaleziskom, ponieważ wystawa przywędrowała do mnie, to znaczy do mojego miasteczka. I tutaj mogłam poszaleć czasowo i zdjęciowo.
       Wystawie towarzyszą filmy, prezentacje, rekonstrukcje średniowiecznych strojów, omówienie tła historyczno-politycznego - dzieje walk o Grody Czerwieńskie pomiędzy Piastami a Rurykowiczami. Dwa drzewa genealogiczne przedstawiają wzajemne koligacje dwóch królewskich rodów. Nie do ogarnięcia! A kolorowa plansza obrazowo pokazuje położenie Czerwienia i wprowadza w średniowieczne plany architektoniczne. Całość nie zmieściła mi się w komórce - poniżej główny gród z podgrodziem.


      Pierwsza nowożytna wzmianka o pozostałościach dawnego Czerwienia znajduje się w liście Zoriana Dołęgi Chodakowskiego z 1818 roku do Jerzego Samuela Bandkiego. Obecnie, po ostatnich odkryciach i badaniach wykopaliskowych, wiadomo już znacznie więcej, a półtora tysiąca odkrytych zabytkowych przedmiotów daje wielostronny obraz przeszłości. Wśród znalezisk są przedmioty codziennego użytku w gospodarstwie domowym i rolnictwie (narzędzia rolnicze, guziki, sprzączki, szalki wagi, szydła), akcesoria wojenne i wyposażenie bojarów (toporki, elementy broni, ostrogi), biżuteria i ozdoby (kołty, pierścionki, bransolety, korale), świadectwa życia politycznego (pieczęcie) oraz sakralne (krzyże, relikwiarze). Najcenniejszy zbiór, jako się rzekło, znajdował się w niepozornym garnku. Jak twierdzą archeolodzy, skarby znajdują się nawet kilkanaście, kilkadziesiąt metrów w głąb ziemi, toteż kopać i znajdować cenne pamiątki można jeszcze przez wiele lat. 
     A tymczasem już odkryte skarby poświadczają, że mityczne niemal Grody Czerwieńskie, sporne ziemie między piastowskimi dziedzicami a ruskimi Rurykowiczami istniały naprawdę i były łakomym kąskiem dla ówczesnych władców. Tak jak dzisiaj łakomym kąskiem dla badaczy są skarby ukryte w ziemi. Czasami w niepozornym garnku ;-)
    
  

Czerwieńska biżuteria, poniżej rekonstrukcja elegantki z dawnego Czerwienia:



Przedmioty domowego użytku:


Klucze, u góry kłódka


Ozdobne gwoździe


Sierp i fragment kosy


Takie cudeńka :-) Chyba jakieś sprzączki, guziki, zapinki...

Oraz sprawy najwyższej wagi sakralnej i politycznej:







      Dużo ciekawostek można się dowiedzieć. A to, że nakładane na uczy ozdoby nazywają się kołty, a to, że malutkie relikwiarze w kształcie krzyży to enkolpiony - jeden taki pokazywano na filmiku jak się otwiera, ale w środku był pusty. O hetkach i pętelkach pisałam poprzednio - link wyżej do postu o skarbie słowiańskiej Atlantydy. 
      Wały wzniesienia po zamczysku obejmują obszar 190 na 120 metrów, ale całość grodu była znacznie bardziej rozległa. Dzisiaj na tym terenie są łąki i pola uprawne, na których po deszczach czy głębszej orce znaleźć można na przykład fragmenty cennej szkliwionej ceramiki. Być może głębsze warstwy odkryją jeszcze niejeden skarb. 

piątek, 9 marca 2018

Jak pisać o sztuce?

     Od niechcenia ironicznie, bywa, że sarkastycznie i aforystycznie, z wyczuciem dramaturgii zdarzeń pisał Cyprian Norwid. Do dziś cytuje się jego opinie, rzekomo powołując się na mądrość i przenikliwość autora, a w rzeczywistości bez zrozumienia. Te "ciężkie norwidy" poezji "ciemnej" tak naprawdę są jasne, przesycone światłem, owiane muzyką: 

... ptaki często mi śpiewały,
Że już zbudzona i odczarowana
Pomiędzy smoki wychodzi z wieżyce,
Że lampę trzyma w ręku, a potwory
Nie mogąc światła znieść, w ziemię się ryją (...)
                                                         (Epos - nasza. 1848)

Trudne? A co piękne jest łatwe? Kompozycje Szostakowicza powstawały w bolesnym czasie próby, piękne budowle wznoszono w strugach potu, piękne książki pisane są w trudach codziennego życia. Co łatwo przychodzi, nie zatrzymuje uwagi, nie angażuje emocji, nie zapada w pamięć. 

Poeta? - jeśli poetą prawdziwie, 
Żyć pierwej musi w tym samym żywiole,
Który rozlewa potem w swoim śpiewie.
- Nie mają tętna wymarzone bole,
Ni burz opisy przy biurowym stole...
                                        (Krytyka)

Jednakże dalej ostrzega:

Strzeż się brać na się zbiorową ułomność
I tę wyrzucać sobie w monologu,
Strzeż się rozpaczy!...
                     (Teofilowi)

     Jak więc pisać o sztuce? Błądząc wzrokiem po ścian rysunku na niebie, wspinając się po wież strzelistych lotach, szukając ukrytych symboli, plącząc się w arabeskach, dociekając znaczeń ... pisać tak, jak Norwid:
       "Tam, o południowym świetle, widzisz tajemnice kolorów Veronese, Tintoretta, Tycjana... Turcy, Grecy, Ormianie i Słowianie różni, w strojach różnych, z różnym się akcentem przechadzają, na okręta swe patrząc. Tam, o blasku księżyca, znikają okręty w mroku wielkim, a gdzie światło miesięczne wysrebrzyło falę, lśniący topór u gondoli dzioba przytwierdzony, profilem zębatym się określa, potem wioślarz półnagi we frygijskiej czapce, potem budka kirem kryta z szybą kryształową, a potem znów drugi kształt wioślarza, a potem blask fali, skrzelą wiosła odepchniętej w światłość księżycową... i tak tam gondole przepływają. 
Tam to w 1843 r. przechodził się B. ze mną, o Pałacu Dożów i o sztuki w nim złożonych skarbach rozmawiając; wątpił, aby Ganimed w Jowiszowych szponach uniesiony był utworem Fidiasza, i miał słuszność... Potem, gdyśmy schodzili z ostatniego już mostku ku Piazzeta, zwrócił moją uwagę na bogactwo inwencji kapitelów, które podpierają Pałac Dożów, i jęliśmy wszystkie po kolei szczegółowo oglądać... Co może być ta postać z więdniejących liści wychylona, której profil żółtawy na sklepienia ciemność tak wybiega?... albo owa w hełmie?... albo tamta, kibici wygięciem nie bez trudu wypowijająca się z kamienia?... Miałżeby architekt je wykreślać albo rzeźbiarz sam tworzył co dzień, wedle natchnienia: tam o niebie myśląc, tam o ziemi,  tam obywatelu w Rzeczypospolitej  znanym,  owdzie o Adamie i Ewie, a owdzie o patronie swoim i żony swojej lub o wielkim kupcu, co przyjechał z dalekiego Wschodu na okręcie pełnym drzewa wonnego i drzewa farbiarskiego, i drogich kamieni na pieczęcie dla senatu Rzeczypospolitej, i zielonych papug dla panienek...
[...] I mówiłem dalej: Gdyby kiedyś znaleziono te plany pokolorowane elegancko, których dzisiaj pełno na wystawach, trzeba by stu nowych Witruwiuszów i sto razy śmielszych w przypuszczaniu, ażeby współczesnym dać pojęcie, jakich to pomników śladu nawet nie zostało na ziemi! Tylko, widzisz, nic tu nie zginęło, co prawdziwie piękne, bo to ma w sobie nieśmiertelności iskrę, miłość! Trzeba gmachu pięknego, ażeby  mógł piękną być ruiną. Trzeba pięknej ruiny, ażeby dotrwała aż do końca, aż do posad budowy i pierwszego planu rozłożenia, aż do głazu pierwszego, na którym legendy siadać będą w ciężkich wieńcach bluszczowych, aż do głębi pod głazem, gdzie medale stare w wazach leżą i pergamin żółty z opisaniem pierwotnego pomysłu! Roma, quanta fuit, ipsa ruina docet."