czwartek, 13 czerwca 2019

Oczyszczająca moc śmiechu

     Cóż robić, gdy otaczający nas świat nie napawa optymizmem?  Włączymy telewizję - ponuro i głupio; zajrzymy do Internetu - katastroficznie; otworzymy gazetę - nic ciekawego lub błahostki ze ścianek. A na ulicy pośpiech, nerwówka, irytacja. I upał! Najgorszy ten upał. Gdzieś schować się trzeba. Gdzieś odnaleźć utraconą pogodę ducha. Gdzieś wskrzesić wiarę w dobro i poezję. Gdy w publicznej narracji przeważają pretensje, gniew, rywalizacja i pogarda, gdzie znaleźć oczyszczającą moc bezinteresownej radości życia? Mimo wszystko należy docenić współczesną technikę, bo dzięki niej możemy wyruszyć w podróż do Teatru Licedei i Slava`s Snowshow. 
     Teatr Licedei powstał w 1968 roku w ówczesnym Leningradzie.  Założył go Sława Połunin (właściwie Wiaczesław Iwanowicz Połunin) -  klaun. Teatr skupiał klaunów i mimów, a przedstawienia przygotowywał jako spektakle bez słow. No może z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę. Połunin podobno zainspirował się Chaplinem, ale do szkoły aktorskiej go nie przyjęto z powodu nieprawidłowej wymowy. Został więc klaunem i mimem. Założył teatr, a po upadku Związku Radzieckiego rozpoczął karierę solową, tworząc między innymi znany w całym świecie i wielokrotnie nagradzany spektakl Slava`s Snowshow. 
      Zaletą teatru mimów jest fakt, że posługuje się uniwersalnym językiem gestów i emocji. Nie potrzeba tłumaczy. Spektakle Teatru Licidei przemawiają wyrazistym makijażem mimów, groteskowymi strojami, karykaturalną grą aktorską i niepowtarzalną poetycką atmosferą. Licedei przez lata wystawiało bardzo różne spektakle, typowo komediowe, kabaretowe, satyryczne, ale wyróżnia je szczególny rys karykatury ośmieszający różne typowe ludzkie zachowania, śmieszności wyłuskane z codziennego życia. Z kolei występy i spektakularne pomysły Slawy Polunina, obok wpisanej sine qua non śmieszności, emanują poetycką aurą. Wspomniany Snowshow bazuje na wspomnieniach i dziecięcej wyobraźni. Klauni robią to, co chcielibyśmy sami zrobić, gdybyśmy się nie obawiali, że narazimy na szwank powagę swojej dorosłości. Dlatego mimowie wciągają do zabawy widzów, obsypują ich śnieznym confetti, wysyłają nad głowami widzów ogromne balonowe kule śnieżne, zasnuwają białą pajęczyną, wyczarowując baśniowy świat nie tylko na scenie, ale i i na widowni.
     Rozpoznawalnym znakiem mimów Teatru Licedei są wyraziste stroje. Postacie w zielonych płaszczach, z wielkimi uszastymi czapami, ogromne buty i niesamowity absurdalny makijaż tworzy postacie z pogranicza baśni, snu i koszmaru, ze świata dziecięcej wyobraźni. Nieoficjalny hymn Licedei "Blue Canary" zdecydowanie poprawia humor.




Druga wersja:



A teraz popis Slavy Polunina - skecz "Ptaszki":




Oraz co może się dziać podczas przedstawienia:





Radosny dodatek:

piątek, 7 czerwca 2019

I co się okazuje?

    Nie byłoby muzyki Moniuszki bez polskiej poezji romantycznej. Dowodzi tego w sposób obrazowy projekt Witolda Mysyrowicza, który w formie kolorowych obrazów w stylu plakatów zilustrował 48 kompozycji Stanisława Moniuszki. Poza najsłynniejszymi operami, są wśród nich mniej znane pieśni, suity baletowych, poematy muzyczne, kantaty. 

       TUTAJ można obejrzeć plakaty wirtualnie, a naocznie obecnie są prezentowane na wystawie 
Stanisław Moniuszko (1819 - 1872) - natchniony duchem polskich pieśni ludowych otwartej w Wojewódzkiej Bibliotece im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie. Królują utwory Adama Mickiewicza, np. "Pani Twardowska", "Trzech Budrysów", "Świetezianka", "Czaty", z "Sonetów krymskich" moniuszko skomponował kantatę, a z "Dziadów cz. II" muzycnze sceny liryczne na głosy solo, chór mieszany i orkiestrę. Powtarza się także nazwisko "lirnika wioskowego", czyli Władysława Syrokomli, po którego utwory kompozytor sięgał kilkakrotnie. Jak można się zorientować, kompozytor miał szerokie rozeznanie w ówczesnej liryce polskiej, ponieważ wyszukiwał utwory rżnych autorów. Oprócz wspominnaych takzę Czeczota (słynna "Prząśniczka"), Kraszewskiego, Zacharasiewicza, Zabłockiego, Bielawskiego czy Fredry. Obok autorów polskich interesowały go także teksty Goethego  czy "Monte Christo" Dumasa. Moniuszko naprawdę dużo czytał i był - jak to się mówi - na bieżąco.
      Na wystawie można zobaczyć też autentyczne plakaty i kostiumy z powojennych realizacji oper Moniuszki, ilustrowany szczegółowy biogram kompozytora, liczne wydawnictwa teatralne, nutowe, książki poświęcone kompozytorowi lub jego poszczególnym dziełom. Jest seria ciekawych pocztówkowych zdjęć z tużpowojennych spektakli operowych, recenzje. Z ciekawostek informacje, które w natłoku wydarzeń jubileuszowych giną, jak np. "Halka" wyreżyserowana przez Grażynę Szapołowską w Operze Wrocławskiej w ubiegłym roku. 
      Dopełnieniem wystawy będzie12 czerwca  konferencja naukowa "Od dźwięku do słów. Rola Moniuszki w literaturze i kulturze polskiej XIX i XX wieku" raz 13 czerwca koncert podwójny: Moniuszko na jazzowo i w rytmie samby oraz najpiękniejsze pieśni i arie. Słowem, Moniuszko we wszelkich możliwych odsłonach. 


niedziela, 2 czerwca 2019

Muzyka na Wniebowstąpienie

     Genialny kompozytor przez 60 lat był organistą w kościele św. Trójcy w Paryżu. A przy okazji stworzył niezwykłe dzieła, ucząc się od najlepszych, - jak mawiał - od ptaków - Olivier Eugene Charles Prosper Messiaen (1908 - 1992) O ile mogę dać upust przypuszczeniom, imię Prosper pojawiło się jako wyraz literackich upodobań rodziców: ojciec Oliviera przełożył wszystkie dramaty Szekspira na język francuski, a matka była poetką. Dziecko okazało się niezwykłe od wczesnych lat. Na fortepianie nauczył się grać sam w wieku pięciu lat, do konserwatorium wstąpił w wieku lat jedenastu. Można powiedzieć, że czego się podjął, okazywał się w tym najlepszy. Jako nastolatek zdobywał nagrody w dziedzinie kompozycji, harmonii i fugi. Nie został lingwistą jak ojciec, ale rozróżniał i umiał zapisywać śpiew tysiąca ptaków. Nie został poetą jak matka, ale komponował niezwykłe poematy. Jednym z nich jest czteroczęściowe "L`Ascension" (Wniebowstąpienie) (1932 - 33), określane przez kompozytora jako "4 medytacje na orkiestrę".  

Część IV - "Modlitwa Chrystusa wstępującego do Ojca"



I ten sam fragment w wykonaniu organowym Oliviera Latry`ego - organisty z Notre Dame



wtorek, 28 maja 2019

To było wcześniej - zapiski z kalendarza

     Nie tak dawno

      Jesienią ubiegłego roku ukazała się pierwsza płyta z serii "Melodie na Psałterz Polski" z kompozycjami Mikołaja Gomółki w wykonaniu Chóru Polskiego Radia i solistów pod kierownictwem artystycznym Agnieszki Budzińskiej-Bennett. Przepiękna rzecz do słuchania. W zasadzie nie ma co pisać, tylko od razu należy posłuchać.




     Bardzo niedawno

      Psalmy Gomółki na festiwalu Actus Humanus w Gdańsku podczas Wielkiego Tygodnia wykonywał także zespół Monodia Polska pod przewodnictwem Adama Struga. A poniżej pieśń wielkopostna "Dobranoc, Jezu kochany", którą śpiewa się także podczas nocnego czuwania w moim kościele parfialnym na wsi. W śpiewnikach tekst składa sie z dziewięciu zwrotek (plus długi refren po każdej z nich), ale podejrzewam, że w "mojej" parafii znają więcej, bo jak zaczną w Wielką Sobotę przed północą, to kończą prawie nad ranem przed Rezurekcją ;-)



     I tak pomiędzy

      "Czarodziejska góra" zoperowana ;-)
Nie udało mi się dotąd wysłuchać i obejrzeć całej opery z muzyką Pawła Mykietyna i librettem Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk. Trochę się tej całościowej konfrontacji obawiam, bo chociaż znam przepiękne kawałki muzyki Mykietyna, jednak mam trudności z odbiorem innych bardziej awangardowych kompozycji. Ale kiedy usłyszałam "Lament Hansa" - absolutnie się w tym zakochałam. "Lament" umieścił na swojej płycie "Polish Love Story" Szymon Komasa, wykonawca partii Hansa w operze Mykietyna. I oczywiście nigdzie nie ma dostępnego nagrania! - jest tylko na płycie. Więc w zamian nagranie rozmowy z Szymonem Komasą w Dwójce:

sobota, 18 maja 2019

Organy Notre Dame

Jak wygląda prawie 8 tysięcy piszczałek od środka?
Czym są piszczałki harmoniczne? Kto je zbudował?
Kogo nazywa się "Molierem organów" i dlaczego?
Ile metrów ma najwyższa piszczałka?
Przy której piszczałce można ogłuchnąć, gdyby stać przy niej w czasie grania na niej?
Na jakiej wysokości znajduje się najwyższe piętro organów? 
I co wspólnego z organami w Notre Dame ma Rolls-Royce?

O tym wszystkim opowiada Olivier Latry - główny organista Notre Dame - oprowadzając po niewidocznych zakamarkach paryskiej katedry.

Organy Notre Dame- film


niedziela, 12 maja 2019

Jedni śpiewali, drudzy grali

      Najpierw słuchałam, potem słuchałam i oglądałam. Słuchanie ma tę przewagę, że wrażenia wzrokowe nie mącą dźwięku. Oczywiście pod warunkiem, że dźwięk dochodzi bez problemów. A z tym też bywa różnie. Co innego się słyszy na żywo, co innego w transmisji, a co innego przez słuchawki, chociaż wykonanie to samo. Gdy się słucha, jak ci wszyscy obcokrajowcy starają się śpiewać po polsku, ile pracy włożyli w opanownaie polskiej artykulacji, nie można wyjść z podziwu. A gdy jeszcze jeden z drugim mówi, że ten polski, którego kompletnie nie rozumie, jest pięknym językiem, to jak ich nie polubić? A niektórzy starali się jeszcze bardziej. Cody Quattlebaum na występ założył szlafrok i udawał, że jest Miecznikiem. Slavka Zamecnikova dała małe przedstawienie w arii Hanny ze "Strasznego dworu". Piotr Buszewski był słodki, a Monika Buczkowska miała eteryczną sukienkę. Gdyby posłuchać całego finału tylko jako koncertu, można dać się co rusz zaskakiwać. Kalejdoskop głosów, arii, czasem jakichś takich mało znanych, wygrzebanych skądś. Donizettiego "Książę Alba"? Co to takiego? Czy gdzieś to w ogóle wystawiają? 
       Kiedy jednak weźmie się pod uwagę, że to konkurs, człowiek zaczyna porównywać, a często porównać się nie da. Jak wybierać między arią z kurantem Stefana ze "Strasznego dworu" a songiem Roksany z "Króla Rogera"? Głosy różne, melodyka inna, konwencje nieporównywalne. Albo taką arię Konstancji z Figarem?! Każdy wykonawca miał swój mistrzowski moment. Tym trudniejszy wybór. Zapewne jurorzy biorą pod uwagę także wszechstronność, ale skoro uczestnicy wybrali na konkurs to, co umieją najlepiej lub/i to, co pokazuje ich możliwości, całość stała na wysokim poziomie. Czy oni są przyszłością opery? Czas pokaże.  A tymczasem wyniki:

1 nagroda - Maria Motołygina z Rosji, sopran - głos potężny, stratosferyczny, świetnie panuje nad odddechem,  prawdziwa diva
2 nagroda - Slavka Zamecnikova ze Słowacji, sopran - energetyczna, teatralna bardzo
3 nagroda - Long Long, tenor, Chiny - bezbłędna polszczyzna, choć języka nie zna wcale, arię Stefana zaśpiewał wzruszająco; no popłakałam się;  bardzo elegancki
4 nagroda - Rusłana Koval z Ukrainy, sopran - aria Królowej Nocy to był majstersztyk! nawet sukienkę miała czarną
5 nagroda - Gihoon Kim, baryton, Korea Południowa - ma w głosie co najmniej dwa głosy, śpiewa jak dwóch albo trzech razem ;-) jego głos przypomina mi kogoś, jeszcze nie wiem, kogo... 
6 nagroda - Piotr Buszewski, polski tenor - przystojny, sam się wzruszył, gdy śpiewał Stefana

       Poza tym mnóstwo nagród dodatkowych, pozaregulaminowych, od sponsorów, orkiestr, mediów. Dwie z nich były nagrodami za najlepszą interpretację arii Moniuszki ufundowaną przez Piotra Beczałę i za najlepsze wykonanie utworu Moniuszki Towarzystwa Miłośników Muzyki Moniuszki - obie zgarnął Long Long  za tę arię z kurantem :-) 



      Ustawiłam tak, żeby włączała sie od razu aria Stefana - najpierw prowadzący zapowiada. Warto posłuchać. Ciarki na plecach i łzy w oczach. Śpiewa jakby znał polski, a pomyśleć, że w ogóle nie rozumie języka. Ale doskonale rozumie, co śpiewa!   

A teraz, proszę Państwa, Number One: ta aria wygrała!



      PS Do wszystkich nagród dodałabym jeszcze jedną - dla prowadzącego :-) On czyta jakby śpiewał. Niesamowity głos. Świetnie to słychać przez słuchawki.

czwartek, 9 maja 2019

Sto pięknych głosów

     Może nie całkiem sto, ale na liście uczestników zakwalifikowanych do X Międzynarodowego Konkursu Wokalnego  im. Stanisława Moniuszki naliczyłam sto pięć nazwisk. Chyba nie wszyscy dojechali, bo ostatecznie śpiewało około osiemdziesięciu uczestników. W pierwszym etapie po dwa utwory, w tym jednym była pieśń  polskiego kompozytora XIX lub XX wieku. Był oczywiście Moniuszko i jego "Śpiewnik domowy", ale także i inni: Paderewski, Weinberg, Karłowicz, Chopin... Kontratenor z Wenezueli wybrał na przykład "Prząśniczkę" Moniuszki,  ponieważ mu się podobała muzyka, a na miejscu w Warszawie przekonał się, że jest to tak popularny utwór, że wszyscy go znają. Niektórzy śpiewali pięknie po polsku, oczywiście nie znając wcale języka. Piotr Kamiński nawet zauważył w pewnym momencie, że dykcja zagranicznych wykonawców bywała lepsza niż Polaków. Generalnie jednak komentatorzy radiowi: Dorota Kozińska i Piotr Kamiński nie czepiali się nadmiernie i o każdym wykonawcy potrafili powiedzieć wiele pozytywnych uwag. Słowem przegląd wspaniałych, unikatowych głosów.  Przed każdym ogromne możliwości śpiewaczej kariery. Wielu już dziś występuje na operowych scenach, a wszystkimi można zapewnić obsadę niejednej opery. Słuchając jednego, drugiego, kolejną śpiewaczkę sopranową, tenora, barytona miało się wrażenie, że każda kolejna osoba to nowe objawienie. Ja bym na pewno nie potrafiła wybrać czterdziestu do II etapu. Pewnie dlatego nie zasiadam w jury, bez skrępowania zanurzając się w bezkrytycznym podziwie ;-) A co mi szkodzi, skoro tak pięknie śpiewają. Mogę się zasłuchać, mogę się wzruszać (bo jak się nie wzruszać, gdy rosyjska śpiewaczka wybiera Chopina "Leci liście z drzewa" specjalnie ze względu na polską historię), mogę wstrzymywać oddech, mogę w myślach dopasowywać operowe partie do poszczególnych głosów, mogę podziwiać pracę nad opanowaniem trudnej polszczyzny. Obawiam się tylko, czy uda mi się te sto nazwisk zapamiętać!
       Tak było w etapie pierwszym. W dwa dni! No, trzeba przyznać, że jury miało ogrom pracy. W etapie drugim już tylko (?) czterdziestu pogłębiło swoją autoprezentację. Tym razem przesłuchania transmitowano od razu na żywo. Co prawda w godzinach, kiedy byłam w pracy, ale na YouTube od razu można odsłuchać. Kolejne dwa dni maratonu. Dla jurorów. Mnie przy tym nie było, więc się nie stresowałam ;-) Na przykład o katastrofie śpiewaczki podczas pierwszego etapu dowiedziałam się dopiero późnym wieczorem drugiego dnia przesłuchań. Banalne, okazało się, że zapomniała tekstu.  Dwa razy zaczynała ten sam utwór i dwa razy utknęła w tym samym momencie.  I za trzecim razem dośpiewała do końca całkiem nieźle. Gdybym tam była, chyba bym nie mogła z nerwów usiedzieć. A ona skończyła swój występ mimo wszystko.
     W etapie drugim każdy prezentował zestaw  trzech utworów, dwie arie operowe i pieśń, najczęściej z jakiegoś cyklu, w sumie występ trwał kilkanaście minut. Uczestnicy więc owszem, śpiewali, ale i grali daną postać. Jedni mocniej, inni powściągliwiej.  Nie jestem pewna czy taka konwencja mi odpowiada, bo jakoś tak nie ma całego tła, innych postaci, scenografii.  Są arie, które można traktować jak niemal odrębne całościowe utwory, ale są takie, które bez  całego kontekstu muzyczno-scenicznego tracą na wyrazistości. Mnie się sens czasem gubił. No ale jakoś tych śpiewaków trzeba ocenić, poddać próbom wszechstronnych umiejętności.  Mimo zredukowania liczby uczestników do czterdziestu nadal nie byłabym w stanie sklasyfikować ich umiejętności. Prawie przy każdej kolejnej osobie dochodziłam do wniosku, że słucham przyszłego laureata czy laureatkę. No, może przy barytonie Benjaminie Russellu pomyślałam nieco inaczej: "On wygra!" Ale później pojawił się tenor i wrażenie takie samo. Słowem, gdyby ode mnie zależało, pewnie przyznałabym dziesięć pierwszych miejsc. Tymczasem do finału zakwalifikowano tylko czternastu śpiewaków. Może aż czternastu, bo regulaminowo przewidywano tylko dwunastu finalistów.
       Uuuu, mój "laureat" przepadł :-(  A już szykowałam szampana. No cóż, w sobotę wieczorem będziemy słuchać finalistów, w tym czworga Polaków. Koncert w pełnej oprawie, z orkiestrą, jednym ciągiem wszyscy, a później ogłoszenie wyników. Przyznano już pierwsze nagrody: za interpretację polskiej pieśni, za wykonanie pieśni Weinberga, dla najlepszego pianisty towarzyszącego śpiewakom i dla najlepszego uczestnika II etapu, który nie został zakwalifikowany do finału. Trzy pierwsze z wymienionych zdobyli Polacy, ostatnią zaś baryton z Ukrainy Yuriy Hadzetskyy (język na tej pisowni można połamać!). Nagrodzeni Polacy: Jan Żądło, baryton (bardzo fajnie śpiewał w "Cudzie mniemanym" w TWON, co można jeszcze obejrzeć TUTAJ) , za wykonanie pieśni Mieczysława Weinberga; Alina Adamski, sopran, za wykonanie pieśni polskiej XX/XXI wieku; Aleksander Chodacki dla najlepszego pianisty. Alina Adamski będzie również śpiewała w finale oraz Piotr Buszewski, tenor, Hubert Zapiór, baryton i Monika Buczkowska, sopran. Ponadto dwoje śpiewaków z Chin i po jednym z Ukrainy, USA, Korei Południowej, Rosji, Słowacji, Szwajcarii, Brazylii i jedna uczesrtniczka rosyjsko-izraelska. Głosowo wygląda to nastepująco: 5 sopranów, 3 tenorów,  2 mezzosoprany, 2 barytony, 2 bas-barytony. Nie zakwalifikował się żaden kontratenor. Wolałabym odwrotny układ między sopranami a barytonami, ale cóż, nie jestem w jury.