środa, 22 listopada 2017

No jak to tak?...

Miał dopiero 55 lat. Urodził się w Krasnojarsku na Syberii. Nagrał 40 płyt, śpiewał na największych operowych scenach świata. Wiele stron operowych podaje dzisiaj tę smutną wiadomość. W grudniu ubiegłego roku odwołał wszystkie swoje występy na kolejny sezon. I już nie wrócił na sceny. Przegrał walkę z guzem mózgu. Wielki współczesny baryton. Jednocześnie człowiek z dużym poczuciem humoru.  Pamiętam go z "Traviaty" z MET. W przerwie między aktami podeszły do niego za kulisy jego dzieci. Sympatyczne było spotkanie. Wielka szkoda. Zbyt wcześnie.




Nikt tak jak on nie śpiewał piosenek rosyjskich:-)





Piękne przeboje operetkowe też:




Inny duet, zabawny:-)




A ludzie płakali, gdy śpiewał:




A tutaj to dopiero się popłakali wszyscy. Ech, te rosyjskie pieśni!


sobota, 18 listopada 2017

Wizyta w Filharmonii Lubelskiej

       Brahms zabrzmiał zaskakująco, a Czajkowski zabawnie i potężnie. No bo skoro con fuoco na końcu, to jakże inaczej mogłoby być, a orkiestrą silną ręką dowodził Japończyk.  Dawno już nie byłam w Filharmonii Lubelskiej, więc na nowo uczyłam się niejako rozkładu foteli i dźwiękowego echa między ścianami. Na parterze słychać dobrze, nie wiem, jak na balkonach.
       I Koncert fortepianowy Brahmsa w wykonaniu Ignacego Lisieckiego wydał mi się dźwiękowo czytelny i sprawny technicznie bardzo, odczuwałam jednak niedosyt, jakby zabrakło odpowiedniej aury, atmosfery, refleksji. Być może jednak spodziewałam się zbyt wiele, ostatecznie przecież jest to koncert bardzo młodego jeszcze, zaledwie dwudziestoletniego kompozytora. Z drugiej strony było to dzieło już w samym zamierzeniu artystycznym odbiegające od ówczesnych kanonów fortepianowej wirtuozerii na rzecz ściślejszego wtopienia fortepianu w symfoniczną orkiestrę. Co nie oznacza bynajmniej, że błyskotliwych fajerwerków solowych nie ma wcale. Owszem, są i Lisiecki zaprezentował się w nich jako pianista wielce muzykalny i zdyscyplinowany. Wiele fragmentów podobało mi się bardzo, a przejście od drugiej do trzeciej części koncertu przebiegło efektownie i płynnie. Ścisła współpraca solisty z orkiestrą na pewno też wynikała z faktu, że Lisiecki obecnie studiuje dyrygenturę u Kena Takasekiego w Japonii. Obaj panowie znają się więc bardzo dobrze.
       Ken Takaseki, w młodości asystent Herberta von Karajana, a obecnie dyrygent orkiestry Filharmonii Tokijskiej, pełną gamę swoich umiejętności pokazał w drugiej części wczorajszego koncertu, w której poprowadził IV Symfonię f-moll Piotra Czajkowskiego. Czteroczęściowe potężne dzieło, mające wyrażać, według komentarza samego kompozytora, fatalne siły kierujące ludzkim życiem, odczucia smutku i przygnębienia, od których chce się uciec w poszukiwaniu szczęścia, przemówiło do mnie bardziej jako świadectwo artystycznych poszukiwań, żonglowania nastrojami i barwami. W tym przypadku moje odczucia rozmijały się z kompozytorską intencją. Być może za sprawą właśnie dyrygenta o silnej osobowości demiurga w sposób niemal namacalny i naoczny wydobywającego muzykę z nicości. Takaseki nawet sposobem dyrygowania podkreślał odmienność nastrojów czterech części symfonii. Po części drugiej zakończonej ekwilibrystyką obojową dyrygent w popularnym geście uniesionego kciuka docenił oboistę i odłożył batutę, gdyż całą część trzecią, Scherzo.Pizzicato ostinato dyrygował wyrafinowanymi aczkolwiek czytelnymi ruchami dłoni. Pizzicato skrzypiec, wiolonczel, kontrabasów było zabawne: jak skrzypce, to dyrygent w lewo, jak kontrabasy w ostinato z tym samym, to dyrygent w prawo, a dłonie nad głową w fajerwerkach palców, a jak ciszej, to dyrygent w kucki ;-) Muzyka i teatr w jednym. "Ćwierkanie" fletu wprowadzone malowniczym zawijasem lewej dłoni nad głową. Takaseki miał swoja wizję symfonii i ściśle ją realizował też twarda ręką, gdy było trzeba. W pewnym momencie, chyba w pierwszej części to było, wiolonczele przykryły dźwięk delikatnych dętych, zdecydowanym gestem nakazał ściszyć. I jeszcze kontrabasy się wyrwały raz na prowadzenie, wówczas też zareagował od razu. Ale po tym środkowym Scherzu, który odebrałam jako zabawę z ludowymi melodiami rosyjskimi, dyrygent złożył głęboki ukłon wszystkim smyczkom. N o i część czwarta Allego con fuoco obliczona chyba została na wytrzymałość ścian sal filharmonicznych, gdzie dzieło jest wykonywane. Potężna ludowa zabawa z przytupem. Ogniste zawijasy, pogonie, prześciganie się, zapamiętanie. Całkiem radosne zakończenie, ale.... główna nuta z części pierwszej, ta, która w intencji kompozytora miała nieść w sobie ideę fatum, odezwała się też tutaj w trąbce. Ale czy zapamiętani w tańcu ludzie ją usłyszą?

Tak brzmi pizzicato właśnie:-)


17 listopada
Filharmonia Lubelska im. Henryka Wieniawskiego

Johannes Brahms - I Koncert fortepianowy d-moll, op. 15 (1857)
Orkiestra Symfoniczna FL
na fortepianie Ignacy Lisiecki
dyrygent Ken Takaseki

Piotr Czajkowski - IV Symfonia f-moll, op. 36 (1877)
Orkiestra Symfoniczna FL
dyrygent Ken Takaseki

niedziela, 12 listopada 2017

Chopin wystartował

Powstało nowe radio - Radio Chopin, cyfrowe. Wystartowali wczoraj. Nadają cały czas - 24 godziny na dobę. Wszystko o Chopinie. Stąd do nieskończoności :-) I wszystko tam jest: o samym Chopinie, o festiwalach, konkursach, archiwum. Tylko słuchać.

TUTAJ - Radio Chopin 

Dodałam też na bocznej szpalcie.

A tak w ogóle miałam napisać o czym innym. W nagrodę za "polecenie" utworu do audycji Dwójka na życzenie przysłano mi płytę Da pacem. Echo Reformacji wydanej z okazji 500-lecia ruchu reformacyjnego zainicjowanego 95. tezami Lutra. Wiele zresztą wydarzeń towarzyszy rocznicy, płyta nagrana przez Capella de la Tore pod kierunkiem Kathariny Bäuml i Rias Kammerchor pod kierunkiem Floriana Helgatha jest tylko jednym z licznych przedsięwzięć rocznicowych. Zawiera utwory szesnastu renesansowych i wchodzących już  w epokę baroku kompozytorów. Od Girolamo Parabosco urodzonego w 1524 roku, przez młodszego o osiem lat Orlando di Lassa, Giovanniego Gabrielego,  Claudio Monteverdiego oczywiście, po najmłodszego w zestawieniu Heinricha Schütza (1585 - 1672). Nie znaczy to wcale, że wszyscy ci kompozytorzy byli członkami reformacyjnych kościołów. Orlando di Lasso na przykład był po prostu wybitnym humanistą, osobowością o typowo renesansowym, szerokim i wszechstronnym wykształceniu i kulturze a funkcję maestro di capella pełnił między innymi w kościele św. Jana na Lateranie. Claudio Monteverdi, prekursor opery, był katolickim księdzem. No cóż, w zasadzie przecież i Martin Luther zaczynał jako pobożny katolicki mnich. Toteż zestaw kompozycji prezentuje poprzez muzykę po prostu czasy kształtowania się Reformacji.  Większość utworów ma charakter religijny, głoszą pochwałę Boga lub są fragmentami większej sakralnej całości. Piękne, eleganckie wykonanie zaprasza do zadumy nad istotą boskości i człowieczeństwa. Wielka rocznica i wielka muzyka :-) 




niedziela, 5 listopada 2017

Paaadłaaam!!!

       Niczego nie napiszę. Tylko jedno: rondeau to to średniowieczne formy poezji francuskiej, zazwyczaj piętnastowersowych, o dosyć skomplikowanej budowie wersyfikacyjnej, w każdym  razie czytam i czytam i nie mogę ogarnąć, jak to pisano. Są zwrotki (różne), są rymy (różne), jest refren (wersy powtarzane na początku lub końcu zwrotek, choć nie wszystkich). Piszą, że to łatwe, a mnie gubi się rytm i logika. Dlatego może i w przypadku Jeana Rondeau zamiast się skupiać na muzyce podziwiam jego... fryzury ;-)

      Dawniejszą z płyty "Imagine":



I z nagrania:




A teraz, jak to mówili o Janie Kaczmarku: "Proszę Państwa, proszę nie regulować odbiorników,  on naprawdę tak wygląda" :-)


środa, 25 października 2017

Remy na harfie

      Remy ma... no ma dopiero 28 lat i zamierza (nie wiem, czy zamierza, ale wszystko robi w tym kierunku;-)) zdetronizować Xaviera. Dwaj panowie w świecie instrumentu kojarzonego z kobiecością i delikatnością, czyli harfą burzą stereotypy. Xavier de Maistre wydobył harfę z tła, z głębi orkiestry wyprowadził na miejsce centralne jako instrument solisty. Pod jego palcami słyszałam harfę niesamowicie skomplikowaną, medytacyjną, rytmiczną i tajemniczą zarazem, a przy tym o niezwykłych możliwościach mimetycznych. Gdyby wyłączyć wzrok, trudno od pierwszego dźwięku rozpoznać, że to harfa właśnie, a nie fortepian, ksylofon czy jakieś dzwonki. Jednak de Maistre trzyma się klasyki, wykonuje utwory na harfę skomponowane lub adaptuje klasykę fortepianową choćby, całe koncerty, na swój instrument.
       Remy Van Kesteren poszedł dalej. Harfa u niego może być nie tylko szemrzącym strumykiem. Bywa rockową gitarą, perkusją, fortepianem i nośnikiem emocji w jednym. Harfa - instrument bogów; "grajcie Panu na harfie, grajcie Mu na cytrze" śpiewał Psalmista, egipska płaskorzeźba z grobowca generała Amenemhaba XVI wieku p.n.e. przedstawia postać grającego harfisty, z kolei najwybitniejszy śpiewak faraona Amenhotepa nazywany był harfą boga Amona. Kiedyś instrument towarzyszący sakralnym pieśniom, z czasem zdominowany przez setkę innych w rozrastającej się orkiestrze symfonicznej, dzisiaj harfa wraca na swoje właściwe miejsce - znowu staje się instrumentem koncertowym: samodzielnie lub z towarzyszeniem orkiestry, a za sprawą nowatorskich zapędów Remiego Van Kesterena harfa współbrzmi nawet z elektroniką i mocnym brzmieniem. 
        Czy dojdzie do detronizacji w świecie muzyki i Remy zostanie obwołany księciem, królem i bogiem harfy? Jako jedyny klasyczny wykonawca brał udział w cyklu europejskich koncertów co roku organizowanych pod nazwą Night of the Proms (w 2012 r.). Miał wówczas 24 lata. Obecnie ma już na koncie solową płytę, zainicjował organizację holenderskiego festiwalu harfowego, współpracował z choreografami baletowymi, występował w popularnych programach telewizyjnych, promując harfę jako instrument wszechstronny.

       I oczywiście gra.

Występ na Night of the Proms:




Jeden z występów Remiego w telewizji holenderskiej:




I w koncercie klasycznym:




Znalazłam jeszcze więcej nagrań, ale się wszystkie nie zmieszczą. Poza tym jeszcze nie wiem, czy jestem gotowa na detronizację Xaviera! ;-)

niedziela, 22 października 2017

Deszczowy dzień i długi wieczór u wrót piekła

        Kiedy Michał Komar pisze o niemożliwym w literackiej koncepcji Josepha Conrada Singletonie, zapewne nie myślał o postaci Orfeusza (opera z 1607 roku) Monteverdiego. Kiedy jednak po lekturze w deszczowy dzień "Piekła Conrada" wieczorem słuchałam retransmisji opery z tegorocznej sierpniowej realizacji na festiwalu w Brugii, oba utwory wydały mi się całkiem kompatybilne, Zwłaszcza, że pośrodku oddzielało je, a może łączyło słuchowisko "Jądro ciemności" w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego. 
        "Moje wysiłki wydają się nie mieć żadnego związku z czymkolwiek w niebie, a wszystko, co pod niebem - jest tak samo nieuchwytne, jak kształty z mgły..." - pisał Conrad, a Monteverdi mógłby się pod tymi słowami podpisać, gdyby go czytał. Zrobił jednak coś innego. Stworzył operę z postacią bohatera próbującego osiągnąć, zdobyć, a może zawłaszczyć to, co niemożliwe. 
         Szczęśliwy Orfeusz po ślubie z Eurydyką powraca do swoich pieśni w przekonaniu, że ideał trwa wiecznie. Nie zastanawia się nad przemijaniem, bo nie podejmuje refleksji, podobnie jak Conradowski Singleton w samym istnieniu jest kwintesencją życia tu i teraz, bez patrzenia wstecz, bez namysłu o przyszłości. Zapewne podjęcie tej refleksji doprowadziłoby obu bohaterów do przerażającego okrzyku, na jaki zdobył się ostatecznie inny bohater Conrada, Kurtz: "Zgroza!". I owszem, Orfeusz porażony śmiercią ukochanej, staje u bram piekieł. W owej chwili pozostaje mu tylko jedno, wyłamać te wrota, przekroczyć je, stępić zęby śmierci, odwrócić nieubłagany los jedyną mocą, która posiada: doskonałością pieśni. Jakże wydają się śmieszne ludzkie nadzieje  wobec potęgi ciemności! Zgroza! O naiwności ludzka! To się nie mogło udać. 
         Podobnie więc jak Conrad swojego Singletona, Monteverdi konstruuje w operze bohatera niemożliwego, mówiąc językiem Camusa, absurdalnego. Przez chwilę toczy swój kamień przezwyciężając los, a przecież wiemy, że wtoczyć na szczyt nigdy mu się nie uda. Zaangażowanie olbrzymiej, jak na owe czasy, instrumentacji złożonej z wiol, klawesynów,  skrzypiec, organów, kornetów,  puzonów,  fletów, trąbek nasuwa przypuszczenie, że muzyka miała tu być ekwiwalentem scenerii, emocji, nastrojów i niedoścignionego ideału. Niedoścignionego, bo przecież Orfeusz nie odzyskuje swojej Eurydyki, a "wszystko, co pod niebem - jest tak samo nieuchwytne jak kształty z mgły"... Pamiętać należy, że świat pod niebem opisywany przez Conrada jest piekłem człowieka i przez człowieka stworzonym. Orfeusz próbujący śpiewem wedrzeć się do piekieł skazany jest na klęskę, ponieważ jego droga powinna prowadzić w stronę przeciwną: w stronę wyjścia. Owszem, wychodzi z podziemia, ale jego piekło idzie razem z nim. Nigdy z niego nie wyszedł. 
         

poniedziałek, 16 października 2017

Apolloni

         Jest ich czterech: Paweł Zalejski - skrzypce,  Bartosz Zachłod - skrzypce, Piotr Szumieł - altówka, Piotr Skweres - wiolonczela, czyli Apollon Musagete Quartett (AMQ). A dzisiejszy o nich odcinek jest już trzeci na moich blogach. Najpierw pisałam TUTAJ, a następnie TUTAJ, gdy do szeregu nagród przez nich zdobytych dołączył Paszport Polityki. Rozwijają się brawurowo i wspinają coraz wyżej. Kameralny zespół założony przez czterech polskich muzyków w Wiedniu w 2006 r. już dwa lata później (2008) zwyciężył w Międzynarodowym Konkursie Muzycznym ARD w Monachium, obecnie występuje w najbardziej znanych i prestiżowych salach koncertowych Europy i USA. Po nagraniach youtubowych i płytowych wreszcie usłyszałam ich na żywo podczas tegorocznych Szalonych Dni Muzyki i to w dwóch koncertach. W pierwszym zaprezentowali utwory Strawińskiego (Tango),  Szostakowicza (Polka),  Arenskiego (Kwartet smyczkowy nr 2 a-moll), Dvořaka (Walce) i Fresedo (Vida mia), a w drugim Kwartet smyczkowy Dvořaka,  tegoż ponownie  Walce oraz ponownie Polkę Szostakowicza oraz  Schulhoffa Alla Czeca z Pięciu utworów na kwartet smyczkowy. Jak widać, było coś nowego i były powtórki. Powtórki bynajmniej mi nie przeszkadzały, bo mogłabym w ogóle posłuchać dwa razy identycznego koncertu. Było jednak podobnie, choć całkiem inaczej.
         Dobór utworów krótszych miał związek z hasłem tegorocznych Szalonych Dni Muzyki - La Danse. Taneczne rytmy, taneczne pasaże, zabawne przeróbki, wirtuozowska precyzja. Ale to dwa dłuższe utwory, czyli kwartety Arenskiego i Dvořaka stanowiły clou obu koncertów. Można było się zasłuchać, napatrzeć na współpracę muzyków, wzruszyć pięknym brzmieniem. Podczas Kwartetu smyczkowego Arenskiego kilkakrotnie przemknęło mi przez głowę nie dające się odpędzić pytanie na jakich skrzypcach gra Paweł Zalejski, że TAK brzmią? I już wiem: to skrzypce Girolamo Amatiego z 1615 roku. Przepiękny dźwięk! A Paweł Zalejski potrafi fantastycznie na nich grać, wydobywając niesamowite niuanse, tak miękko, delikatnie i przejmująco. Dlatego oba kwartety w programie koncertów były wskazane choćby dla pokazania pełnej skali możliwości tak instrumentu, jak instrumentalisty. Podobnie zresztą jak w przypadku Piotra Skweresa grającego na wiolonczeli Gennaro Gagliano z 1741 roku. Z kolei koleżanka zachwycona była miękkością altówki. Chyba więc chodzi tu raczej nie o rywalizację między instrumentami, lecz o precyzyjne współbrzmienie. Na tym polega gra w kwartecie: czterej wirtuozi w harmonijnej symbiozie :-)
           
       Grają:

Polka Szostakowicza

       

Tango Strawińskiego





Grają i opowiadają




A TUTAJ wywiad w Polityce

I jeszcze jeden ciekawy kawałek



Na koniec chciałam zwrócić uwagę, że zawsze są tak identycznie ubrani, że nawet spinki do koszuli mają takie same. Wiolonczelista Piotr Skweres zapuścił taką długą grzywkę, że widać mu tylko połowę twarzy, nie wiem, jak on nuty czyta ;-) Oba ich koncerty należały do tych, po których nigdzie mi się nie spieszyło, chociaż, jak wspominałam poprzednio, koncerty są tak ułożone, że chcąc zdążyć trzeba czasem biec schodami w górę, schodami w  dół i po zakrętach, ale w tym wypadku specjalnie  zarezerwowałam sobie czas na spokojne dosłuchanie do końca. Wyczytałam, że w grudniu występują w Katowicach. Biletów już nie ma.