środa, 12 grudnia 2018

Tu był post

Ale go nie ma. usunęłam go przez przypadek i przepadło! Jestem niepocieszona. Tyle pracy! Nie nadaję się do tej zabawy, mam dość, jestem zmęczona, wkurzona... 

czwartek, 6 grudnia 2018

Dzień Świętego Mikołaja

      W czasie ponadtrzydziestoletniej służby dla dworu Esterhazych miał Joseph Haydn wiele okazji do komponowania utworów na rodzinne uroczystości. Akurat w rok po zameldowaniu się kompozytora w Eisenstad sukcesję po starszym bracie objął książę Miklos Josef nazwany Wspaniałym. To on w 1766 roku  rozpoczął prace nad budową pałacu Esterhaza, nazywanego węgierskim Wersalem. Dla Haydna istotne było, że książę Miklos był miłośnikiem, wykonawcą a nawet twórcą muzyki. W swojej olbrzymiej  i bardzo drogiej posiadłości pałacowej kazał wybudować budynek opery oraz teatr marionetek. Haydn otrzymał czteropokojowe mieszkanie w osobnym budynku. Książę Miklos był człowiekiem surowym, wręcz despotycznym, ale dbał o rozwój muzyki na swoim dworze. W czasach nawiększej prosperity wystawiano dwie opery tygodniowo i wykonywano mnóstwo koncertów muzyki salonowej, kameralnej. Z okazji wyjątkowych uroczystości Haydn komponował osobne oryginalne utwory. Jednym z nich jest Missa Sancti Nikolai - Msza na Dzień Świętego Mikołaja z 1772 roku, skomponowana na dzień imienin księcia, który "uczynił ten zaszczyt, że dzielił imię ze świętym" (Miklos, czyli Nikolaus - Mikołaj). Msza napisana została na cztery głosy solowe: SATB, chór, dwa rogi, dwa oboje, smyczki i organy. Później dodano jeszcze trąby i kotły.


piątek, 23 listopada 2018

Tam, gdzie kończy się droga

      Dobrze jest żyć w krainach nieoczywistych, ponieważ ich granice zawierają w sobie więcej przestrzeni, niż wskazuje geografia. Nawet ograniczenia geometrii bywają złudne i niektórzy potrafią w nich organizować wielopokoleniowe istnienie. W drewnianej dwuizbowej chałupie ogacanej na zimę liśćmi i słomą mieszkały rodziny z dziećmi, wnukami i prawnukami, którzy dzisiaj budują dla siebie trzystumetrowe imitacje pałacyków zasiedlane koniec końców przez starzejącą się parę porzuconą przez progeniturę na samotność. Na przeciwnym biegunie, a raczej w środku wsi pęcznieje, puchnie wręcz dom, obrastający w dobudówki, naddasza, podpiwniczenia, balkony i tarasy. Zajmuje już całą przestrzeń działki, która dzielona od czterech pokoleń na coraz węższe pasma, pozostała trzynastometrowej szerokości kiszką ciągnącą się od lasu na południu do gościńca na północy. A co mają powiedzieć właściciele obdarowani w spadku tzw trzecizną, czyli wstążką ośmiometrowej szerokości? Toż na tym nawet traktorem z pługiem nie zawróci, a o użyciu kombajnu nie ma co marzyć. Dlatego jest ciasno. Chałupa przy chałupie, okno naprzeciw okna, drzwi w drzwi. Koty i tak nie uznają miedzy i wałęsają się po całości jak po swoim. Niektórzy mieszkańcy także. Wczesnym rankiem, gdy mgła przykrywa łąki za stodołami, albo wieczorami, gdy gospodarze zajęci obrządkiem uciszają nerwowo szczekające psy, nachodzą spuszczone z oka warzywne ogrody i sady zabierając z grządek i drzew jak ze straganów na jarmarku wszystko, co można zjeść. Różnica tylko taka, że na targu musieliby zapłacić, a tutaj znikają bez słowa skąd przyszli. Najczęściej za sąsiednim zagonem mają jednoizbowy dom okolony resztkami płotu z nieistniejącą od dawna furtką. To jedni. Ale są i drudzy. Ci wybudowawszy trzynastometrowej szerokości gmach, czyli od miedzy do miedzy, w miejscu, gdzie dawniej wyrzucano gnojówkę teraz stawiają fontannę. Schowana jest więc za domem, nie na widoku, bo jej obecność tak dziwaczna na tle kasztanowego starodrzewia i bocianich gniazd na słupach wzbudza zdumienie poparte często znaczącym kółkiem na czole. Odkąd letnie, a nawet wczesnowiosenne upały zmusiły wielu do mozolnego wożenia wody na warzywniki, a potem władze samorządowe kategorycznie zakazały podlewania pól i trawników, fontanna też wyschła i stoi szara jak niezrealizowany sen beduina. Wszystko, co nowe, jest tu podrabiane i dopiero gdy się zestarzeje, zniszczeje, zetleje i rozkruszy, nabiera jakiegoś znaczenia.  Najtrwalsze bywają prowizorki, jak mówi przysłowie i blaszany płaski prostopadłościan Urzędu Gminy jest tego najtrwalszym dowodem. Stoi już 40, może 50 lat. Wygląda jak nieco większy kontener. Miał być tymczasową siedzibą, został prawie zabytkiem. Nowy gmach jest wciąż w budowie, aczkolwiek widać już przeszkloną fasadę i geometryczny postmodernizm bryły. W każdym razie trudno będzie uwierzyć, że to wszystko istnieje naprawdę, że nie jest odbiciem, cieniem, fatamorganą albo parodią. W miejscowych nazwach przetrwała zapomniana już dzisiaj historia, geografia i przestrzeń inaczej niegdyś poukładana. Gościńcem nazywa się asfaltowa szosa, po której śmigają zabytkowe motory i auta na doroczne zloty, przejeżdżają dudniące ciężarówki z towarem do supermarketów i mlecznobiałe lub srebrne cysterny z ostrzegawczymi obrazkami. Dawniej była to pylista polna droga, gościniec pozwalający ominąć wsie i dojechać do długich kiszek wąskich pól ciągnących się od lasu na południu do lasu na północy. Na skrzyżowaniu z poprzecznym traktem pozostał drewniany krzyż na lekkim wzniesieniu zwanym Osterią. Na pytanie, gdzie posiano proso albo gdzie ktoś posadził tytoń, słyszało się w odpowiedzi "na Osterii". To znaczy tam, na łuku zakrętu dawnego gościńca. Oczywiście stała tam niegdyś austeria, czyli żydowska karczma, skupiająca okolicznych chłopów przy wódce i grajkach. Austerii dawno nie ma, ślad po niej zaginął, z gościńca zrobiono główną trasę przelotową z polsko-ukraińskiego pogranicza do rozjazdowego węzła, od którego można udać się w każdą stronę świata. Droga przez wieś spadła do rangi lokalnej, ślepo zakończonej chałupą jak szyjka butelki korkiem. Nic tędy nie jeździ. To znaczy nic poza prywatnymi samochodami mieszkańców. W każdym razie na publiczną komunikację nie ma szans. Mimo to kiedyś wszędzie było bliżej, bo po obu stronach wioski pola poprzecinane były ścieżkami prowadzącymi wprost do przystanków PKS-u. Przecinało się zaorane pola, przekraczało się depresyjną zawsze mokrą łączkę po rzuconcyh na wierzch pięciocalowych balach, dudniło się po co roku odnawianym mostku nad potokiem i ostatni kawałek po prostej pod górkę, obok sklepu, szkoły, kościoła i gminnego "blaszaka" na wprost przystanku. Nie ma dzisiaj ścieżek przez pola. Po wyasfaltowanej szosie jeżdżą nastolatki na skuterach i rolkach. Pola i łąki pozostały daleko, poza sferą zainteresowania współczesnych dzieci. Nawet pójść na wodne pałki się nie da, bo nie ma którędy, a mostek zdaje się utracił ze środka deski i woda w potoku bez przeszkód może patrzeć prosto w niebo. Cała okolica wygląda na nieczynną. To właśnie tam, gdy jeszcze okolica była czynną stroną świata, na ścieżce przez sam środek pól i łąk, spotkałam Jesień w ludzkiej postaci. U schyłku dnia stara kobieta w grubej spódnicy i  kaftanie, w kwiecistej chustce na głowie, niosła na plecach wiązkę patyków przewiązaną dużą płachtą, część snopka słomy,  a do jednej żerdzi przytwierdzony miała woreczek foliowy z grzybami. Z przodu pod brodą płachta związana była w gruby węzeł. W jednej ręce trzymała gruby krzywy kostur, którym się podpierała. Patrzyła przed siebie i szła na wprost w sobie tylko wiadomym kierunku. W jej oczach odbijało się minione lato i nadzieja na zimowy sen. Nigdy nie dowiedziałam się, kim była i gdzie mieszkała. Nigdy więcej jej nie spotkałam. Świat jest teraźniejszością i ma gdzieś opowieść. 

Cytaty kursywą z "Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuka

wtorek, 13 listopada 2018

Ignacy Jan Paderewski jako Ignacy Jan Paderewski

      Pianista, wirtuoz, kompozytor, polityk, mąż stanu, filantrop, ekscentryczny artysta i wielki patriota ... W roku stulecia odzyskania niepodległości nazwisko Paderewskiego odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Pojawił się - jakże mogłoby go nie być! - w Dwójkowym plebiscycie "Wielcy polscy artyści muzyki poważnej na płytach". W głosowaniu słuchaczy rozstrzygniętym 11 listopada zajął drugie miejsce, po Krystianie Zimermanie. Nagrania obu wypełniły muzyczny wieczór do samej północy. Słuchanie interpretacji Zimermana to zawsze duchowa uczta pełna nieoczekiwanych odkryć. Jego gra kojarzy mi się z dźwiękiem kryształu, czasem aż za bardzo wysublimowanym i porażająco logicznym. W przypadku Paderewskiego, biorąc nawet poprawkę na jakość nagrań sprzed stu lat, zadziwia intymność jego kontaktu z muzyką. Człowiek ma wrażenie, że tylko przypadkiem podsłuchuje i podgląda coś, czego świadkiem mogłyby być gwiazdy i księżyc. Tę umiejętność Paderewskiego pianisty umiał wykorzystać Lothar Mendes, reżyser filmu "Sonata księżycowa" z 1937 roku. W filmie Ignacy Jan Paderewski gra samego siebie, czyli gra na fortepianie i daje koncerty. Fenomenalnie zagrał tytułową "Sonatę ksieżycową" Beethovena, której część pierwsza nie tylko stanowi tło filmowej sceny, ale sama w sobie jest wzruszającym testamentem 77-letniego wówczas pianisty. Jak wspominał Jerzy Waldorff, pamiętający ostatnie lata wielkiego pianisty, Paderewski podczas koncertów tworzył absolutnie niesamowitą oderalnioną atmosferę, jakby jego muzyka przekraczała już granicę tego świata.

Ignacy Jan Paderewski gra "Sonatę księżycową" w scenie filmowej




A tu, proszę Państwa, cały film. Zaczyna się od koncertu, na którym Ignacy Jan Paderewski gra Chopina.

wtorek, 6 listopada 2018

Magia absolutna


Mówią, że jest największym pianistą naszych czasów. Kilka wyimków z opinii krytyków i melomanów:
"fenomen wyjątkowy"
"charyzmatyczny artyzm"
 "geniusz"
"gigant"
"parę sekund wystarczy, by wybić się na nieśmiertelność"
"W ostatnim dniu mego życia chciałbym słuchać Sokołowa grającego Beethovena"
"ma moc skupiania uwagi publiczności na kontemplowaniu i odkrywaniu na nowo nawet tych najbardziej znanych utworów"
"Przyjeżdża, gra program, bisuje, odjeżdża. I wraca. Każdy dźwięk jest obietnicą kolejnego"
"fenomenalna technika palcowa"
"duch absolutnego skupienia na muzyce"
"z innej planety... kosmita"
"i przywalić potrafi"
"dźwięk ma przepiękny, pełny"
"śmiga jak ponaddźwiękowy odrzutowiec"
"Palce Sokołowa mogą zrobić wszystko"
I z smsów od znajomego, którego wysłałam na koncert Sokołowa ;-)
"Sokolov boski. ... było 7 bisów. Ale to geniusz. Choć raz walnął w 2 klawisze naraz."

A poza tym:
- zawsze gra na przyciemnionej scenie
- nie mizdrzy się do publiczności
- bisuje, jak wyżej powiedziane, po 5 - 7 razy
- nie nagrywa w studio, bo nie lubi
- publikowania nagrań z koncertów też nie za bardzo sobie życzy
- od lat występuje tylko solo
- jego żona była poetką
- na budowie fortepianu zna się lepiej niż konstruktorzy Steinwaya
- zna na pamięć rozkłady lotów różnych towrzystw lotniczych
- rozszyfrowuje kody kreskowe na towarach w supermarkecie
- zna na wyrywki przepowiednie Nostradamusa

czyli, jakby nie patrzeć: fenomen wyjątkowy!

I jak gra! jak gra! Usłyszeć go na żywo i umrzeć .... byłoby pięknie!


niedziela, 4 listopada 2018

"Wzdłuż tych wszystkich dróg, nad którymi unosił się piasek, a wokół ciągnęła się nicość"

TU mnie zachęcił i mną zawładnął ;-)

     Na samochodach się nie znam, rozkoszy prowadzenia auta za kierownicą nie posmakowałam, a jednak przeczytałam "Osiołkiem" Andrzeja Stasiuka prawie na jednym oddechu. Podróże z artystycznie upakowanym bagażem w za małym samochodziku znam aż za dobrze. Stasiuk wybrał się zielonym "osiołkiem" na Środkowy Wschód: Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan, zauralska Rosja, Rosja azjatycka, pustynie, wielbłądy, piasek zasypujący szosy. A po drodze Ukraina, Dostojewski, Jerofiejew, Temudżyn, Tamerlan, Irtysz czy Irkuck, nazwy się plączą, ale skąd Kiszyniów? Przejazd nad Donem, przejazd wzdłuż pustynnego pustkowia, a we wspomnieniach "Znikający punkt", który akurat oglądałam, więc przynajmniej wiem, o czym mowa ;-) W innych miejscach, bardziej samochodowych, rozumiem mniej, albo wcale. Jednak powtórzę: przeczytałam na jednym oddechu. I dodam rzecz, o której się nie spodziewałam, że kiedykolwiek to przyznam: to pierwsza książka, w której wulgaryzmy, zresztą powtarzane w dwóch najpopularniejszych odmianach (;-) mnie nie rażą. A nie, nawet jeszcze wulgaryzujące dialektyzmy są. Mało tego, one tam są na miejscu. Gdyby ich nie było, właściwie rzecz cała byłaby wybrakowana, wydestylowana, ocenzurowana, wykastrowana, bez duszy, bez ikry. No więc są, w dialogach, w myślach narratora. Ale zacytuję coś innego. A`propos samochodów dawniej i dziś, a tak naprawdę o różnicach między człowiekiem dawniejszym a dzisiejszym, a jeszcze dokładniej to chyba o różnicy między przygodą a wygodą: "kiedyś wyprawa i jazda to były heroizm i wyzwanie. A teraz w dziurę wjedziesz, to ci się wszystkie światła zapalają, osiemnaście poduszek odpala, satelita zgłasza śmiertelne niebezpieczeństwo i za pięć minut jest pogotowie, straż pożarna i wsparcie psychologa". Pamiętam! Podróż "maluchem" pięcioosobową ekipą nad Morze Czarne! Nie oddałabym tych wspomnień za żadne poduszki, ABS-y, GPS-y i wszystkie satelity. No więc o tym ta książka jest: o przygodzie. O prawdziwej podróży, a nie tylko przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. O podróży w dal, w głąb, w czas przeszły i świat wyobraźni. 
      Niezaprzeczalna zaleta prozy Stasiuka to język. Nie, nie chodzi o wulgaryzmy ;-) Chodzi o przystawalność języka do sytuacji, do przestrzeni i stanu ducha . Język o podszewce widzialnego i nicowaniu stereotypów. Wszyscy widzimy to samo, ale nie wszyscy umiemy to opisać. Na przykład  gdy się jedzie, jedzie i jedzie gapiąc w okno bez końca. Niby się myśli, ale właściwie wcale nie myśli, tylko patrzy: "Siedziałem z boku i patrzyłem. Nic nie było, ale patrzyłem. Piach, płasko po horyzont, nic." Albo o różnicach mentalności, a właściwie to cały czas mowa jest o złudzeniach europejskości, europocentryzmu, o tym, że zaskorupieliśmy w swoim europejskim poczuciu wyjątkowości i poczuciu wyższości "W całej tej Rosji, na całym tym Wschodzie wiedzą, że nie będzie ładnie. Bo ładnie robimy sobie po to, żeby uciec od grozy. Modląc się i cywilizując. Tak jak my na tym naszym zadupiu europejskim z espresso i prosecco. W tym ogródku jordanowskim ludzkości. Robimy zdjęcia i puszczamy znajomym na pociechę, że proszę: może być tak fajnie i jak się napniemy, to też se zrobimy. A tymczasem ci tutaj mają tylko piach do przesypywania z ręki do ręki. Materię podstawową. Początek i koniec. Jakby wiedzieli, że wszystko jest piachem w różnych stanach skupienia." 
      I to by było na tyle, jakby powiedział profesor mniemanologii stosowanej. Zostanie tylko piach. Prawdziwa podróż nie wiedzie przez turystyczne centra, lecz manowcami błotnistych poboczy i na przekór wygodzie ;-)
     

niedziela, 28 października 2018

Perły

       To pierwsza książka Mariusza Szczygła, która naprawdę mi się podoba. Przy czym, gwoli ścisłości, muszę dodać, że to w ogóle pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam w całości, więc za dużego porównania nie mam ;-) A właściwie nie przeczytałam, lecz pochłonęłam. A odstręczało od niej wszystko: tytuł - lekceważący, powierzchowny, żartobliwie deprecjonujący; okładka - różowa (!), co bardziej wyrafinowane znawczynie kolorystyki powiedziałyby może, że raczej fuksja, co i tak dla mnie nie ma znaczenia - odstręczający; no i grafika - kolekcja agrafek na okładce. Z czym to wszystko może się kojarzyć, no z czym?!
       A jednak zajrzałam, zaczęłam czytać i wsiąkłam. Jak to jest, że gdy czytam książki o kobietach pisane przez kobiety, kompletnie do mnie nie przemawiają. Najczęściej nie bardzo wiem, o co w nich chodzi. Nie widzę żadnego podobieństwa między sobą, swoim życiem, a losami bohaterek, żadnego powinowactwa duchowego. Nie wzbudzają we mnie żadnych emocji. Najwyżej wzruszenie ramion i nudę. Może tylko niektórzy mężczyźni potrafią pisać o kobietach? Szczygieł w "Kaprysiku" opisał kilka różnych kobiet, czasami całkowicie oddając im głos, a czasami dociekając przyczyn ich znalezienia się w określonym miejscu, w określonym kontekście. Sa to historie zabawne i pouczajace zarazem. Ale nie w nachalny dydaktyczny sposób. Nic z tych rzeczy! Pouczające ze względu na nieodgadnione meandry losu, na przypadkowość wpisaną w codzienność, a że tym losem obdarzone zostały akurat kobiety, całość nabiera dodatkowego waloru, pwoiedziałabym, estetycznego.
      "Kaprysik. Damskie historie" jest zbiorem na poły reportaży, na poły wspomnień, w których bohaterkami są kobiety spotkane przez autora niejako przypadkiem,  za sprawą nieodgadnionego kaprysu zdarzeń. Jak Zofia Czerwińska, po której wprowadził się po latach, jak się okazało, do tego samego wynajętego mieszkania. Ale bohaterkami pozostałych reportaży są kobiety zupełnie nieznane, anonimowe - z jednym wyjątkiem - Idy Kamińskiej, wybitnej aktorki, której portret zamyka całą książkę. Wcześniej poznajemy Janinę Turek, która pozostawiła po sobie 728 zeszytów zapisanych drobiazgowymi notatkami z codzienności. Przez 57 lat pani Janina w tajemnicy przed wszystkimi pisała krótkie notatki podzielone na kilka tematów, dziedzin życia. Znajdują się w tych zapisach wizyty, spotkania, telefony do kogos i od kogoś, śniadania, obiady,  kolacje, wizty towarzystkie i wizyty przypadkowe, obejrzane programy, filmy, spektakle... Okruchy dni z życia gospodyni domowej. Zeszyty odziedziczyła i odnalazła po jej śmierci córka, która sprawuje nad nimi pieczę. Prawdziwie można powiedzieć, że jest to zapis dzień po dniu życia kobiety. Podobnie jak w listach dwóch przyjaciółek, które pisały do siebie co tydzień przez 52 lata, dzieląc się opisem swojej codzienności. W sumie nie mieszkały nawet daleko, niecałe 40 km od siebie, a jednak łatwiej im było regularnie wysyłać listy niż się spotykać.  I znowu Szczygieł oddaje głos swoim bohaterkom, dokonując selektywnego wyboru fragmentów listów od 1971 do 2004 roku, kiedy obie panie przeszły na kontakt sms-owy.
        Jest jeszcze jedna znana kobieta - Izabella Skrybant-Dziewiątkowska, czyli ta trzecia z Tercetu Egzotycznego. Ta część ma formę wywiadu, luźnej kompozycyjnie rozmowy, w której bohaterka opowiada o swoim doświadczeniu śmierci, żałoby i metafizyczności losu. Ale wracajmy do bohaterek anonimnowych, choć częściwo oddtajnionych, jeśli wyraziły na to zgodę. Na przykład Anna, pani stomatolog z małego miasteczka, która od dziesięciu lat przyjeżdża do fotografa w Szczecinie i pozuje do sesji fotograficznych według własnego pomysłu. Nigdzie tych zdjęć nie wysyła, nikomu nie pokazuje, trzyma je dla siebie w domu. I dla wnuków, jak mówi. Na potrzeby pisanego przez Mariusza Szczygła reportażu przygotowała sesję także z jego udziałem. Przebrała go za zielonego skrzata. To zdjęcie znajduje się w książce :-) W innym rozdziale bohaterką jest kobieta, ale opowieść zaczyna się od mężczyzny, rektora AGH w Krakowie Ryszarda Tadeusiewicza, który na korytarzu uczelni umieścił spiżowy pomnik swojej żony. Dodajmy, żony, która żyje, ma się dobrze, i czasami nawet przysiada na ławeczce koło swojej pomnikowej podobizny, nie jest to więc żaden pomnik pośmiertny czy coś w tym rodzaju. przeciwnie, to pomnik żywej, kwitnącej miłości. I cały tekst o tym opowiada. Z kolei rozdział "Kartka" ma niemal sensacyjną akcję. Autor znalazł kartkę z zapisanymi nazwiskami kobiet i postanawia odkryć jej tajemnicę. Prowadzi formalne śledztwo, wydzwania do kobiet znajdujacych się na liście, szuka punktu wspólnego, jakichś związków. Na liście znajdują się między innymi Hanna Krall i Krystyna Sienkiewicz. Podczas śledztwa pojawiają się różne teorie, np. że kartka zawiera nazwiska kobiet, które jako dzieci żydowskie zostały ocalone z holocaustu albo że to lista kochanek jakiegoś mężczyzny. Rozwiązanie tyleż zaskakujące, co zwyczajne pojawia się na samym końcu. Karkta wróciła do właściciela.
       "Damskie historie" to lektura lekka, ale i zastanawiająca. Jakie są właściwie kobiety? Czym żyją, dla kogo, czego oczekują od życia, jak radzą sobie ze światem? A może świat, nie z ekranów stacji telewizyjnych i medialnych doniesień, ale ten prawdziwy, nie z wyżyn abstrakcyjnej polityki, ale ten konkretny, nie z obietnic bez pokrycia, ale ten codzienny, tak naprawdę jest kobietą? A kobieta, jest prawdziwa i jest tylko sobą, a nie dodatkiem i kwiatkiem, gdy jak Zofia Czerwińska może powiedzieć: "Mężczyzna mojego życia  to mężczyzna z walizką za drzwiami"? "Kaprysik. Damskie historie" - osiem historii, osiem kobiet, osiem pereł realizmu i codzienności. Osiem powodów do przeczytania.
     


Ależ on ma piękny ten głos :-)