czwartek, 15 września 2016

Lepiej nie wiedzieć

     Na Szalonych Dniach Muzyki (23 - 25 września, TWON) ze znanych mi wykonawców ponownie wystąpi Rosyjska Orkiestra Rogów, którą wszyscy się zachwyciliśmy ... jak dawno, to już 4 lata temu! W 2012 roku. A wciąż mi się wydaje, że słyszałam ich wczoraj. W tym roku pojawi się także akordeonowe krakowskie Motion Trio. A jak już wystąpią na La Folle Journee, z rozpędu zahaczą kilka dni później o Festiwal Skrzyżowanie Kultur (24 września - 1 października, namiot festiwalowy przed PKiN). A wracając do Szalonych Dni, pierwszego dnia na otwarcie będzie dyrygował sam Penderecki. 
      W sezonie 2016/2017 w październiku TWON przypomni Bajaderę z Maksimem Woitiulem świętującym 20-lecie baletowej kariery. Również w październiku polska literatura spotyka się z polską muzyką w premierze (21 X) Goplany Władysława Żeleńskiego (ojca Tadeusza Boya-Żeleńskiego). A potem to już na przemian raz balet, raz opera, czasem koncert. Ubiegłoroczna premiera baletu Krzysztofa Pastora Burza na motywach Szekspira oraz rzecz nowa Chopiniana/Bolero/Chroma (25 listopada), w którym Pastor też ma swój choreograficzny udział. A skoro o balecie mowa, to w karnawałowym czasie będzie można obejrzeć Casanovę w Warszawie naszego najlepszego choreografa oraz powtórzą Don Kichota.
      Ale my do polskości wracajmy: Straszny dwór Moniuszki w długi weekend listopadowy to znacznie lepsza propozycja świętowania niż dęte przemowy lokalnych polityków. A w marcu nasz eksportowy śpiewak międzynarodowej sławy - Piotr Beczała - przyjedzie z recitalem (10 marca 2017). Może wreszcie uda mi się kupić bilet na Cud  mniemany Bogusławskiego, ale jak patrzę, znowu w środku tygodnia, więc odpada możliwość przyjazdu.
      Mozart będzie eksploatowany w Czarodziejskim flecie, chyba wolałabym się komediowo nastroić na Turku we Włoszech Rossiniego, chociaż patrząc na współczesną scenografię, mam wątpliwości.To może Orfeusz i Eurydyka Glucka w Operze Krakowskiej z całkowicie żeńską obsadą, bo przecież Orfeusz śpiewa altem. I uwaga, uwaga, nasz kolejny eksportowy międzynarodowy śpiewak - Mariusz Kwiecień w popisowej od wystąpienia w Metropolitan Opera partii Malatesty. To będzie początek grudnia - pytanie: w którym z czterech przedstawień wystąpi Kwiecień? Obsada jest bowiem podwójna. Ot, zagwozdka.
       A tymczasem 8 października zaczyna się sezon transmisji z Metropolitan Opera. Na początek Tristan i Izolda Richarda Wagnera. Dyryguje Sir Simon Rattle. Reżyseruje - Uwaga! - Mariusz Treliński. Czy to zachęta do słuchania i oglądania? Zależy dla kogo ;-) Mnie bardziej intryguje Kawaler z różą z Renee Fleming i Eliną Garancą, ale to dopiero w maju 2017, dużo czasu jeszcze.
A wcześniej będzie mnóstwo atrakcji do wyboru. Czasem lepiej nie wiedzieć, żeby nie popaść w frustrację z powodu niemożności pogodzenia wszystkiego, co by się chciało zobaczyć i usłyszeć. Pozostaje pytanie zasadnicze: czy będą w 2017 r.  Misteria Paschalia???
   
      A tego Gościa to ja słucham od ponad 30. lat :-D Klasyka polskiej muzyki elektronicznej. Jak ktoś napisał w komentarzu: Jarre klęka ;-)



I na żywo z koncertu:


czwartek, 1 września 2016

Krótkie notki

        Koncert zespołu Bornum Consort  wykonującego polską muzykę dawną. Występował w tym roku w ramach corocznego festiwalu Królewskie Arkady Sztuki. Zapisałam ich występ jako alternatywny, gdyby nie wyszło coś innego. Ostatecznie jednak nie byłam. Śpiewać mieli utwory Cypriana Bazylika, kolejnego polskiego kompozytora XVI wieku. A przy tym poety, tłumacza, kancelisty na dworze Mikołaja Radziwiłła Czarnego i drukarza pism kalwińskich. Bazylik jest autorem kilkunastu religijnych pieśni a cappella oraz psalmów opracowanych na 4 głosy. Ciekawostką jest, że pieśni te, podobnie  jak wiele innych ówczesnych reformacyjnych kompozytorów, znajdują się w tzw. Kancjonale Zamojskim, będącym najcenniejszym zabytkiem renesansowej muzyki polskiej. Kancjonał zawiera 58 utworów, wiele anonimowych, ale przy niektórych, w tym Cypriana  Bazylika, dało się odczytać inicjały autorów.




        Innym razem, pewnego letniego wieczoru włączyłam radio. Leci coś niby znajomego. Słucham, słucham,  na pewno kiedyś to słyszałam, tylko kiedy i co?  Coś jakby Haendel?  No całkiem jak on. Słucham dalej, nagle bardzo, bardzo charakterystyczna aria, no, tego nie można z niczym pomylić. Oczywiście, że Haendel! La Resurrezione. Przyznam się - całości La Resurrezione słuchałam tylko raz w życiu, co prawda było to na żywo, ale jeden jedyny raz w całości, potem ewentualnie kilka razy wybrane fragmenty, toteż jestem z siebie strasznie dumna, że rozpoznałam utwór tylko ze słuchu i to w całkiem innym wykonaniu. Z drugiej strony jest to w ogóle tak charakterystyczny utwór, a ja gapa jestem, że nie rozpoznałam wcześniej.





       W tym roku w ramach Narodowego Czytania mamy Quo vadis. Może zajrzę, tylko nie wiem, czy w sobotę zdążę. Prędzej w niedzielę, na spokojnie, przy kawie w ogrodzie. A że przy okazji mamy wciąż trwający Rok Henryka Sienkiewicza, to może warto odświeżyć jego twórczość? N a dzisiaj zapowiedź muzyczna lektury:


wtorek, 23 sierpnia 2016

Moje trzydniowe wakacje

... spędziłam całkowicie muzycznie. Pięć koncertów o bardzo różnym charakterze w czterech miejscach. Różni soliści, dwa odmienne chóry, dwie różne orkiestry, ale jedna z nich dwukrotnie. Muzyka od wieku IV do XX włącznie.
      Koncert nr 1 (19 sierpnia): Requiem  Donizettiego w Bazylice  Św. Krzyża. Collegium 1704 oraz Collegium Vocale 1704 dyryguje Vaclav Luks. To oni odkryli dla mnie Zelenkę. Więc kiedy nadarzyła się okazja zobaczyć i posłuchać ich na żywo w 2013 roku, pojechałam bez wahania, o czym pisałam TU . Wybierając koncerty z tegorocznego Festiwalu Chopin i Jego Europa, specjalnie wybrałam znowu te, w których mieli występować i to dwukrotnie, bo koncert nr 5 to znowu ich występ, tym razem w Filharmonii Narodowej. Moje uczestnictwo w ChiJE zamknęli jak klamrą, rozpoczynając i kończąc trzydniową muzyczną ucztę. Słuchając  Requiem ponownie stwierdziłam, że Luks ma dobrą rękę do śpiewaków. W ogóle muzyka chóralna XVII i XVIII w. wychodzi mu świetnie, a i dziewiętnastowieczny Donizetti  zabrzmiał wspaniale. Czeski bas Jan Martinik zawojował mnie zupełnie uniesieniem, siłą głosu i dramatyzmem, z kolei tenor Jaroslav Brezina okazał się momentami bardzo liryczny w niemal operowej części Ingemisco tamquam reus. Wspaniale obaj zabrzmieli w Judex ergo cum sedebit, może nawet najpiękniejszym fragmencie całości, choc i inne nie odbiegały siłą wyrazu. W początkowym  Introitus pobrzmiewały dalekie Mozartowskie echa, mimo że  kompozytor napisał to dzieło na wieść o śmierci innego kolegi - Vincenzo Belliniego. Z dwóch polskich śpiewaczek większe wrażenie wywarła na mnie sopranistka Natalia Rubiś. Całość niedokończonego, a mimo to półtoragodzinnego, dzieła Donizettiego w Bazylice Św. Krzyża dookoła rejestrowały kamery i mikrofony. Vaclav Luks będzie - już jest - jednym z moich ulubionych dyrygentów. Jest bardzo muzykalny, co widać w skomplikowanym systemie gestów porozumiewawczych z orkiestrą i ekspresywnej ruchliwości całego ciała. Ma swój rozpoznawalny styl. 



      Koncert nr 5 (21 sierpnia) to również Collegium 1704, ale z dwoma pianistami w FN. Najpierw Antonio Piricone na historycznym erardzie zagrał coś, czego nie znałam: czeskiego kompozytora o nazwisku Jirovec i było tak jakoś salonowo. Po nim  Tobias Koch - to kolejne nazwisko, które mnie zwabiło w ten weekend do Warszawy - na tym samym erardzie wręcz brawurowo,  dowcipnie i z fantazją zagrał Fantazję na temat "Normy" Belliniego Otto Nicolaia. Byłam zachwycona. Burza oklasków świadczyła, że nie tylko ja. Tak lekko, z miłością do fortepianu, co widać było, gdy w czasie oklasków czule pogłaskał instrument dziękując  mu za współpracę :-) Na bis obaj panowie soliści zasiedli razem do fortepianu i w trakcie krótkiego występu przesiadali się miejscami. 
      W drugiej części koncertu już tylko orkiestra dała popis w Symfonii "Włoskiej" Mendelssohna. Popis szybkości i silnego brzmienia. Pomyślałam sobie, że w całej orkiestrze największym "solistą" jest sam dyrygent. Mniejsza o muzykę ;-) A miałam tego dnia okazję obserwować dwóch dyrygentów: Jacka Kaspszyka i Vaclava Luksa. Jeden i drugi widziany z tyłu dominuje nad orkiestrą. Długie ręce Kaspszyka spadają na muzyków jak potężne dłonie Stwórcy strzepującego ciała niebieskie jak na witrażu Wyspiańskiego u Franciszkanów. Natomiast Luks ugniata ich jak Demiurg plastelinę. Tak to sobie wyobrażałam podziwiając zresztą obu.
       Koncert nr 4 (21 sierpnia) - skoro już padło nazwisko Kaspszyka -  był jak monumentalne  śniadanie na trawie, gdyż odbywał się w parkowym plenerze Królikarni. Orkiestra Filharmonii Narodowej, chwilowo "pozbawiona" swojej siedziby przez uczestników Festiwalu ChiJE, co najmniej dwóm tysiącom słuchaczy - w wieku od niemowlęcego do mocno podeszłego oraz parunastu pieskom różnych ras - rozłożonych na kocach, leżakach i krzesełkach, całkiem ambitny program dwóch utworów Beethovena: Uwerturę do Egmonta oraz Koncert skrzypcowy D-dur z udziałem solistki Marii Machowskiej.Uwertura bardzo się podobała, Koncert skrzypcowy też, aczkolwiek mimo zapowiedzi, że dzieło jest trzyczęściowe, po Allegro ma non troppo rozległy się oklaski. Tymczasem to nie był jeszcze koniec. Na szczęście słuchacze, z niewielkimi wyjątkami w postaci jednego łaciatego pieska, znudzonego lowelasa siedzącego za mną oraz rodziny z malutkim dzieckiem, pozostali na swoich trawiastych stanowiskach do właściwego zakończenia. Dowiedziałam się przy okazji, że koncerty w Królikarni odbywają się w ramach uczczenia setnej rocznicy przyłączenia Mokotowa do Warszawy.
        Koncert nr 3 (20 sierpnia) - nadal ChiJE - wieczorny, późno wieczorny recital fortepianowy w Bazylice Św. Krzyża. Po co najmniej trzech kawach w ciągu dnia i porcji lodów, prosto ze spaceru po Starym Mieście niemal z ulgą można w czasie trwania festiwalu zasiąść na porcję Chopina. W sobotę grał Paweł Wakarecy, zdobywca wyróżnienia i najlepszy polski uczestnik Konkursu Chopinowskiego w 2010 roku. W programie recitalu dwa polonezy, walc, preludia, mazurki i nokturn. Wydawało mi się, że nokturny były dwa, może się przesłyszałam. Wydawałoby się, że o godz. 22:00 chętnych za wielu nie będzie, a jednak się nazbierało sporo. Nie było co prawda tak, żeby trzeba  było jak na Collegium 1704 dzień wcześniej dostawiać krzesełka, ale i tak byłam pod wrażeniem. Nawet jakaś drużyna harcerska wmaszerowała zasiadając z boku na ławeczkach. A mnie po raz kolejny zadziwia fakt, że muzyka Chopina jest jak chleb: można jeść codziennie i nigdy się nie znudzi. 
        Czas na koncert nr 2 - jestem niepocieszona, bo zgubiłam program, a miałam tam wypisane utwory. Koncert odbył się wieczorem 20 sierpnia w Katedrze warszawsko-praskiej, czyli Bazylice św. Michała Archanioła i św. Floriana. Zupełnie nowe dla mnie miejsce na muzycznej mapie, nigdy tam nie byłam wcześniej, a katedra jest ogromna, w stylu neogotyckim, z bardzo dobrą, jak się okazało, akustyką. Ten koncert nie miał nic wspólnego z Chopiejami. Całkiem coś innego i całkiem niesamowitego: dwunastoosobowy chór żeński z Armenii Art Ensemble Armenia śpiewał wczesnochrześcijańskie pieśni ormiańskie z IV i V wieku oraz kilka współczesnych utworów religijnych kompozytorów. Pamiętam, że były pieśni ku czci Matki Bożej i na koniec o Zmartwychwstaniu. Armenia historycznie rzecz biorąc jest najstarszym chrześcijańskim państwem świata, więc te pieśni religijne są świadectwem najwcześniejszego rozwoju muzyki chrześcijańskiej w ogóle. Taka gratka!
         Koncertowi towarzyszył pokaz slajdów ilustrujących ludobójstwo Ormian w Imperium Osmańskim w czasie I wojny światowej. Zdjęcia dokumentowały różne aspekty życia kulturalnego Ormian na przełomie XIX i XX wieku oraz drastyczne sceny zamordowanych w czasie tortur ormiańskich dzieci, transporty ewakuowanych rodzin z dziećmi, kierunki ucieczki prześladowanych Ormian. Trudno było jednocześnie oglądać i słuchać przejmujących jednogłosowych i polifonicznych pieśni, koncert miał jednak związek z obchodami setnej rocznicy rzezi Ormian, stąd tło historyczne i obecność Ambasadora Armenii. 

Tak wyglądał zespół:



A tu znalazłam fragment ich innego koncertu:




I jeszcze jeden:



I z koncertu raczej pieśni ludowych:



Ktoś się pogubił? Kalendarium 

19 sierpnia -  21:00 - Bazylika Św. Krzyża - Gaetano Donizetti: Messa da Requiem (1835);                                    Collegium 1704, dyr. Vaclav Luks;
20 sierpnia  - 19:00 - Bazylika św. Michała Archanioła i św. Floriana na Pradze -  Art Ensemble                             Armenia - wczesnochrześcijańskie i współczesne pieśni religijne
                  - 22:00 - Bazylika Św. Krzyża - recital fortepianowy: Paweł Wakarecy - Chopin;
21 sierpnia - 12:00 - Królikarnia - Beethoven: Uwertura do Egmonta, Koncert skrzypcowy;                                    Orkiestra FN, dyr. Jacek Kaspszyk; 
                   - 20:00 - Filharmonia Narodowa - Mozart, Jirovec, Nicolai, Mendelssohn; Collegium                          1704, Antonio Piricone, Tobias Koch, dyr. Vaclav Luks
                  

sobota, 6 sierpnia 2016

Jest taki film

      We środę, ni z gruszki, ni z pietruszki, obejrzałam film na TVP Kultura. I od tej środy nie mogę zebrać szczęki z podłogi. To świadectwo jak nieodporna jestem, a po części i poza współczesnym obiegiem sztuki filmowej. Po pierwsze,  w mojej świadomości nie istniał taki reżyser jak Lech Majewski. Po drugie, na tle współczesnego popkulturowego badziewia filmowego zobaczyć film niemal bez akcji, na dodatek film, którego fabuła, bohaterowie, sceneria zostały wyjęte z obrazu - dosłownie(!) - z obrazu Pietera Bruegla Starszego, jest gratką nie lada.
      Najkrócej rzecz ujmując, można powiedzieć, że Majewski wszedł z kamerą w przestrzeń obrazu i uruchomił postacie filmując jeden dzień z życia flamandzkiego miasteczka uwiecznionego przez malarza. Poszczególne kadry filmu nakręcone są tak, że stanowią wierne odbicie scen sporego dzieła (124 /170 cm) z setką postaci. Reżyser opowiadał jak szukał odpowiednich plenerów chociażby na Nowej Zelandii, ale i w Czechach, Austrii, oczywiście także w Polsce, inspirowały go nawet chmury, których układ przypominał obrazy Bruegla, więc kazał je filmować. Narratorem w filmie jest sam malarz, który wyjaśnia poszczególne sceny obrazu, zdradza genezę i znaczenie zastosowanych zabiegów ikonograficznych, jak na przykład czerwone kubraki żołnierzy prowadzących Jezusa na śmierć czy usytuowanie młyna na wysokiej skale ponad miasteczkiem i całą przestrzenią obrazu. W roli Bruegla wystąpił Rutger Hauer, którego z tak wyrafinowaną postacią, jak "największy filozof wśród malarzy" bym nie kojarzyła. Drugim narratorem jest mecenas malarza, bankier, którego gra jak zawsze elegancki Michael York. Jest jeszcze trzecia narratorka - Maria, matka ukrzyżowanego Jezusa, tylko że wszyscy, w tym i ona, zostali pokazani w realiach szesnastowiecznych Niderlandów okupowanych przez Hiszpanów. Sceneria więc, zdarzenia, faktografia obrazują historyczne tło, w którym rozgrywa się ewangeliczna historia, albo odwrotnie:  Droga Krzyżowa zostaje pokazana jako jedno z wydarzeń współczesnych malarzowi. Ukrzyżowany zostaje bowiem po prostu ówczesny młody człowiek, a na egzekucję poza miasto prowadzeni są jeszcze inni skazani. Tylko że kolejne etapy, w tym nawet nałożenie cierniowej korony, są wiernym odniesieniem do ewangelicznych opisów.
       Film powinien być poprzedzony ostrzeżeniem: jest mocny, bardzo mocny. Naszpikowany drastycznymi obrazami cierpienia,  tortur,  prześladowań. Po symbolicznej, wręcz mistycznej scenie kupowania chleba od wędrownego sprzedawcy następuje okrutna egzekucja na młodym mężczyźnie, którego przywiązuje się do koła wysoko wbitego na pal, pozostawionego na pastwę kruków, które stopniowo go na tym kole rozdziobują. W innym miejscu mamy  kolejną drastyczną scenę zakopywania żywcem skazanej kobiety. Tak więc to film tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Dodatkowo bowiem postacie te i sceny prawie pozbawione zostały dialogów. Mamy tylko te trzy wspomniane wyżej równoległe narracje: malarza, mecenasa i matki, prezentujące trzy punkty widzenia, trzy komentarze do rzeczywistości. Artysta wyjaśnia symbolikę teologiczno-filozoficzną poszczególnych elementów swojego dzieła, mecenas odnosi się do rzeczywistości politycznej, matka próbuje zrozumieć - a raczej nie rozumie - postawy społeczeństwa, które najpierw oklaskiwało jej syna, słuchało jego nauk i wezwania do zmiany życia, a teraz potulnie pójdzie popatrzeć na egzekucję i "nic się nie wydarzy", jak stwierdza.
      Są też sceny pełne czułości i miłości, jak w domu, gdzie matka zajmuje się dziećmi, zabawy dziecięce. Rutger Hauer jako Bruegel zdradza, że modelka do postaci Marii była jego zona, która akurat urodziła syna. Mamy piękną scenę, gdy żona przynosi malarzowi w plener, gdzie pracuje, posiłek, przychodząc z ich małym synkiem. Niemniej w filmie nie ma jednolitej ciągłej akcji, został złożony z kadrów jak scen wyjętych z obrazu i rozbudowanych o kilka sekwencji poprzedzających widok wykreowany na obrazie. na uwagę zasługuje tytułowy młyn wyeksponowany na szczycie skały, niemal niedostępny. Jego układ przypomina krzyż. Ze słów narratora - malarza dowiadujemy się, że młynarz w tym wypadku zastępuje Boga patrzącego z góry na ziemski świat. Młyńskie żarna ścierają ludzi na mąkę, są obrazem Losu, historii, cierpienia.
     Dopiero po obejrzeniu filmu przeczytałam, że Majewski zrobił film na podstawie książki Michaela Gibsona "Młyn i krzyż" będącej analizą i interpretacją obrazu Bruegla, znajdującego się w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu. Film kończy się widokiem muzealnych korytarzy i ujęciem kamery na oddalający się obraz. Jak na mnie i moje niefilmowe życie, jest to dzieło dosyć nowe, z 2011 r., chociaż film powstawał w 2008 i 2009 r., a dwa lata zajął montaż i komputerowe zgrywanie nakręconych scen z malarskim dziełem.
     
 Obraz Droga Krzyżowa:

Droga krzyżowa
By Pieter Bruegel starszy (1526/1530–1569) - 1. The Yorck Project: 10.000 Meisterwerke der Malerei. DVD-ROM, 2002. ISBN 3936122202. Distributed by DIRECTMEDIA Publishing GmbH. 2. Christian Vöhringer – Pieter Bruegel. 1525/30–1569, Tandem Verlag 2007 S.70 ISBN 978-3-8331-3852-2, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=148430

Film, trailer:


poniedziałek, 18 lipca 2016

Z serii o francuskich organistach

       Był Maurice Duruflé, był Marc-Antoine Carpentier, swego czasu wspominałam też Charlesa-Marie Widora, tego od słynnej Toccaty z Piątej symfonii organowej (tam-tam  tam-tam tam-tam tam-tam tam-tam uuuu  uuuu tam-tam tam-tuuuu tam-tuuuu), był ornitolog Olivier Messiaen i kilku innych z różnych epok. Był też Fauréale nie szkodzi, będzie raz jeszcze. A to dlatego, że przespałam :-( Miałam szczery zamiar słuchać do końca, to znaczy słuchać części drugiej koncertu w transmisji z BBC Proms, w której zaplanowano trzy kompozycje Gabriela Faurégo i klapa. Pavany wysłuchałam, przyjemne bardzo; Cantique de Jean Racine wysłuchałam, niczego sobie; czekałam na ostatnie w w koncercie Requiem i ... obudziły mnie oklaski. Nawet do Pie Jesu nie dotrwałam. Jak twierdzą niektórzy, dzieło Faurégo jest w porównaniu z Mozartowskim Requiem znacznie mniej dramatyczne, mniej w nim wizji Sądu Ostatecznego i mąk piekielnych, a sam kompozytor zdradził, że śmierć traktuje raczej jako radosne zbawienie niż bolesne doświadczenie, stąd dojmująca w całości nuta Boskiego miłosierdzia. Ona mnie uśpiła?... A jednak, jakby pisał dla siebie, bo Requiem zostało wykonane podczas pogrzebu kompozytora.   
        Gabriel Fauré (1845 - 1924) w mojej serii miniaturowych muzycznych książeczek został przypisany do wieku XX. Ale Bogusław Schaeffer w Kompozytorach XX wieku go nie ujął. Michael Steen opisuje go jako notorycznego kobieciarza. Gdzieś w tym wszystkim jest dziewięcioletni chłopiec z Pamiers wysłany w osiemsetkilometrową podróż do Paryża do École Niedermayer, gdzie uczył się muzyki u Camille`a Saint-Saënsa (też organisty). Szkołę ukończył z najwyższą notą i pierwszą nagrodą za Cantique de Jean Racine właśnie i zaczyna tułaczkę po organistowskich stażach, zakończoną w 1896 roku stanowiskiem kapelmistrza i głównego organisty w paryskim kościele La Madeleine. To oczywiście nie koniec muzycznej kariery Faurégo, ale nie zamierzam tutaj wyczerpać tematu. Dość dopowiedzieć tylko, że pierwsza narzeczona go porzuciła, nazwisko drugiej - późniejszej żony - podobno wylosował z kapelusza, zmagał się przez wiele lat, jak Beethoven, z postępującą głuchotą, miał wciąż za mało czasu na komponowanie, a jednym z jego uczniów był Ravel. 
       Requiem (1885 - 1899) jest najważniejszym dziełem religijnym Faurégo. Składa się z siedmiu części: Introit i Kyrie z Reqiuem aeternam, Ofiarowanie, Sanctus, Pie Jesu, Agnus Dei, Libera me, In Paradisum. Najwięcej do śpiewania ma tutaj cały chór, a solo pojawiają się sopran, tenor, baryton, ale w połączeniu z chórem, to znaczy intonują początek, potem chór dołącza. Jedyną całkowicie samodzielną solówką jest sopranowe Pie Jesu.  Dzisiaj jednak posłuchamy końcowego Libera me: baryton plus chór. To taka muzyka, którą można usłyszeć, może zapaść w pamięć, a potem się zapomina, skąd się zna. 
       



I druga wersja dla porównania:


poniedziałek, 4 lipca 2016

Mozart dobry na lato

       Łaskawość Tytusa (1791) na żywo widziałam po raz pierwszy. Przedostatnia, pisana równolegle z Czarodziejskim fletem, opera Mozarta nie należy do najlepszych jego dzieł. Postacie - na czele z tytułowym Tytusem - są tak odrealnione, że w żaden sposób nie można brać na serio tyrana, którego problemem jest dylemat jak pogodzić wrodzoną łagodność swego serca z wymogiem okrucieństwa (!) wobec zdrajcy (!), który wzniecił powstanie, podpalił Kapitol i zorganizował zamach na życie władcy. Zaiste, najlepiej wszystko przebaczyć i puścić wolno. 
       Są też tutaj fragmenty iście groteskowe, że w zasadzie trudno orzec, czy to dzieło całkiem na serio pisane. Historia i geneza wskazują, że jak najbardziej na serio, tylko że w efekcie z pochwały sprawiedliwego władcy i peanu na cześć cesarza Leopolda II powstała parodia. Ot, choćby perypetie miłosne Tytusa. Pierwsza ukochana wyjechała bez słowa, druga wyznaje, że kocha innego, a trzecia zorganizowała na niego spisek. Tytus się jednak nie zraża, docenia ich szczerość. Kiedy ułaskawia jednego zdrajcę i zamachowca, wtedy pojawia się następny, który przyznaje się do zorganizowania całego spisku, a jest nim, nią właściwie, jego przyszła małżonka. I co ja mam w tej sytuacji zrobić? - bezradnie rozkłada ręce. A no, na wszelki wypadek ogłasza: Wiem wszystko, wszystkim przebaczam! Finis.
        Na szczęście humorystyczne akcenty wynikające z niedostatków dramaturgicznych i psychologicznego uzasadnienia nie znalazły odbicia w muzyce. Co prawda i tutaj Mozart pozwolił sobie na kilka pospiesznych decyzji, oddając komponowanie recytatywów w inne ręce, ale nie będę wchodzić w szczegóły, o których się łatwo zapomina słuchając na żywo całej niedługiej w sumie opery. 
         Mimo że od premiery tej realizacji w WOK minęło 26 lat, podczas sobotniego przedstawienia 2 lipca nie było wolnych miejsc. Obsada  w ciągu minionych lat również zmieniała się, więc w zasadzie za każdym razem, w każdym sezonie jest to jakby całkiem nowe doświadczenie. Tylko scenografia jest niezmiennie klasyczna, ascetyczna, zgodna z zasadą jedności miejsca obowiązującą w greckiej tragedii: wszyscy przychodzą bądź przechodzą przez główny plac Rzymu (w tle będzie palił się Kapitol), gdzie zawiązują się intrygi, zapętlają losy i ostatecznie dojdzie do szczęśliwego zakończenia. Synteza nieokreśloności historycznej widoczna w kostiumach (białe męskie koszule z koronkowym wykończeniem rękawów, wąskie spodnie wiązane pod kolanem, pończochy do kolan, pantofle z klamra na płaskim obcasie, na to nieco uproszczona rzymska toga, męska blond peruka, bohaterki kobiece również z jakby wczesnorzymską togą na sukience, tylko fryzury bardziej wymyślne) podkreślała teatralną umowność rzeczywistości. 
        Muzyka była jednak prawdziwa.  I nie bardzo wiedząc czego się spodziewać po całkowicie nieznanych mi nazwiskach w obsadzie, wyszłam pod wrażeniem i ze zdumiewającymi wnioskami. Po pierwsze, że ludzie naprawdę na opery chodzą. Jak wspomniałam, widownia była pełna. Obsada opery w pełni polska, ale widownia  mniej więcej w połowie obcojęzyczna. I ta widownia była zachwycona, sprawiała wrażenie, że przyszła - część przynajmniej - napawać się i muzyka Mozarta i wykonawcami, którzy zebrali ogromny aplauz. Po każdej arii brawa, wołania o bis nawet, okrzyki - atmosfera świetna, taka trochę nieziemska, niewspółczesna. Wyobrażam sobie, że tak mogły wyglądać reakcje na występy śpiewaków w czasach baroku, frenetyczne wręcz oklaski, zachwyty, uśmiechy wykonawców, nikt się nie spieszy do wyjścia. 
         Przychylam się do oklasków i podziwu szczególnie dla wykonawczyni partii Sekstusa (Sesto) - Moniki Ledzion. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak dramatycznie potrafiła oddać zmienność nastrojów bohatera, jego wahanie, wręcz tragizm. Można nawet powiedzieć, że uczyniła z niego głównego bohatera opery. Aż zadawałam sobie w duchu pytanie, czemu dzieło nie nosi w tytule jego własnie imienia. Oczywista oczywistość, że chodziło o Tytusa jako wzór idealnego władcy, w sumie wymowa wybitnie dydaktyczna i pochwalna została od początku operze narzucona, ale z punktu widzenia muzycznego dramatyzmu, Sekstus jest bardziej interesujący. Monika Ledzion wydobyła z tej postaci wszystko, co tylko było można i zebrała najgłośniejsze brawa, najwięcej zachwytów. Odniosłam wrażenie, że albo rzeczywiście część widowni również zachwycona jej interpretacją dała temu głośny wyraz, albo nawet specjalnie dla niej na tę operę przyszła. 
           Mnie się strasznie podobały skoki z górnych rejestrów na same doły głosów czy to mezzosopranu (Monika Ledzion) czy sopranu Anny Wierzbickiej w partii Vitellii. Takich dołów to ja dawno nie słyszałam. O! Natomiast niekoniecznie wyszły wszystkie wysokie tony, a Mozart umieścił tam dla sopranu wysokie D. Ja jednak nie przepadam za takimi wysokościami, więc nawet nie będę się czepiać. Piękne arie ma też Annio, tutaj śpiewany przez mezzosopran - Anetę Łukaszewicz. I w efekcie bardzo ładnie wyszły tercety: Sekstus - Vitellia - Anniusz czy później jeszcze z Publiuszem (Dariusz Górski, bas). Postać Tytusa z powodów, powiedzmy, psychologicznych, wywołuje rezerwę, więc cóż biedny śpiewak może innego zrobić, jak tylko postarać się iść za ręką Mozarta i doskonale zaśpiewać wirtuozowskie arie. Tomasz Krzysica starał się, nie powiem, ale niestety, nie dodał postaci wiarygodności. Winię tutaj raczej sama siebie za niedostatki mojego muzycznego wyczucia, bo postać bohatera wzbudza we mnie takie niedowierzanie, że chyba nie potrafiłam do końca uczciwie docenić kunszt śpiewaka. Z kolei Anna Wierzbicka w partii Vitelli, mimo że też niezbyt wiarygodna psychologicznie, (ale czy ja wiem, kobiety potrafią być w drodze do zemsty bardzo wyrafinowane), sprawiała wrażenie, że potrzebuje... pomocy psychiatrycznej. I to nie jest zarzut! Atutem spektaklu było bowiem doskonałe aktorstwo. Vitellia od początku prawie do samego końca opętana jest zazdrością, nienawiścią, urażoną dumą. Tak pokręconą i wyrachowaną psychopatyczną osobowość trudno oddać samym głosem i koloraturami, dlatego dobre aktorstwo jest wskazane.W przypadku Sekstusa aktorstwo Moniki Ledzion w połączeniu z niesamowitymi możliwościami głosowymi ewidentnie tego bohatera wywindowało, bo z partytury to on na takiego nie wygląda. Nie dziwne więc, że widownia była zachwycona. 
           I w tym wszystkim biedny Tytus, który jako żywo przypomniał mi Haendlowskiego Grimoalda, który siejąc spustoszenie i przelewając krew wrogów, zazdrości szczęśliwego życia pasterzom bez trosk i kłopotów rządzenia, więc kiedy nadarza się okazja, oddaje tron i abdykuje. Tytus zaś na wszelki wypadek nie chce słyszeć o kolejnych zdradach. No jakoś się przecież ta opera szczęśliwie zakończyć musiała, prawda? A że po drodze spłonął Kapitol, cóż, odbudują go ;-)
           W obsadzie usłyszeliśmy jeszcze Martę Boberską (sopran) w partii Servilii, postać niepierwszoplanowa, chociaż jest tą drugą wybranką Tytusa, odtrącającą jego starania o rękę, więc pośrednio odpowiedzialną za rosnącą frustrację Vitellii. Całość dopełniały wspaniałe partie chóralne - i tu ciekawostka - chór występował w jednakowych maskach. Kilka jeszcze zauważonych ciekawostek mogłabym napisać,a le byłaby to może zbędna drobiazgowość odwracająca uwagę od istoty rzeczy. A tą istotą są wnioski:
- że nawet latem przy 30-stopniowych upałach ludzie na Mozarta chodzą; 
- że nigdy nie wiadomo, co nas zachwycić może na nawet tej samej od lat granej operze; 
- że kolejne pokolenia śpiewaków zdobywają serca widzów i słuchaczy;
- że nadal obowiązuje zasada głośnego wyrażania uwielbienia dla wykonawców, śpiewaków i muzyków (mocno też oklaskiwani solistka grająca na klawesynie oraz soliści klarnetu i rożka);
- że Mozart jest dobry na lato.

Nagrania z tej realizacji nie mam.

Posłużę się zastępczymi.
Najpierw Monika Ledzion -śpiewa tutaj arię Giacomellego wykorzystaną przez Vivaldiego w Bajazecie. Ale chodzi mi o pokazanie jej głosu.



A teraz aria Sekstusa Parto, parto, tutaj w wykonaniu Eliny Garancy. Po tej arii Monika Ledzion otrzymała największe brawa.


niedziela, 26 czerwca 2016

Folklor małomiasteczkowy...

... bez podtekstów. Po prostu ostatnio na tyle mnie stać. Kto spragniony wysokiej kultury, przykro mi, musi poczekać na lepsze czasy, albo poszukać gdzie indziej.
A było tak:

Huknęło i lunęło po dniu upalnym, w którym o mało się nie zagotowałam.
- Halo! Masz termometr za oknem?
- Mam, a co?
- Zobacz, ile stopni, bo muszę wyjść, chcę się przygotować psychicznie.
- W słońcu czy w cieniu?
- W słońcu, będę szła po gołej bezdrzewnej ulicy, muszę wiedzieć, co mnie czeka.
- 45.
- Cooo?! To idę pod prysznic...
- Czekaj, teraz zobaczę, ile wskazuje termometr.
- No to patrz... no?...
- Nie widzę...
- Skali zabrakło?...
- Nie, słońce razi... 37.
- I tak idę pod prysznic...
Nie minęła godzina od rozmowy, jak huknęło i lunęło. Właśnie wychodziłam. Wróciłam na chwilę do mieszkania po większą parasolkę i w drogę. Deszcz ledwie dolatywał do chodnika i zaraz parował w charakterystycznym zapachu nagrzanej patelni. Wcale nie robiło się lepiej ani łatwiej oddychać. Szłam sama w deszczu, ludzi wymiotło. Bo ja, w przeciwieństwie do innych, nie jestem słodka od słodkich uśmiechów, więc się nie boję, nie rozpuszczę się w wodzie. Ulewa minęła szybko, nie zdążyła nawodnić ani ogródków ani mojego organizmu, więc butelka z wodą przydała się akurat. Gdy dotarłam, dopiero rozstawiali instrumenty, a na widowni ludzi garstka. Poprzednio śpiewały cztery chóry, dzisiaj grać miały cztery orkiestry dęte. Poprzednio zdążyłam na zakończenie, dzisiaj byłam od samego początku. Ale nie do końca. Cztery orkiestry, każda gra kilkanaście (14-16) kompozycji różnej długości, mniej więcej koło godziny. W sumie CZTERY godziny grania i słuchania. Za DARMO! Oni grali za darmo, my za darmo słuchaliśmy.
       Orkiestry dęte, jedna strażacka, z tradycjami, że ho, ho! Za rok będzie obchodzić 110 rocznicę powstania, druga w tym roku obchodzi 95. urodziny... Nie ma co, wielka historia muzyki w małych miasteczkach: Biłgoraju, Kurowie, Stalowej Woli i Tomaszowie Lubelskim. Jedną dyrygował prawdziwy major, absolwent dyrygentury UMFC (dawniej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej). Inna w długoletniej swojej historii, gdzieś u zarania ma korzenie kozackie, a dyrygował nią ponoć wachmistrz. 
        Dzisiaj grano znane standardy, ale ja się nie znam na muzyce musicalowej, tylko "Deszczową piosenkę" bym umiała rozpoznać, więc ogólnie napiszę, że grali coś w stylu musicalowym i jakiś dixieland ;-) Takie kawałki, które wszyscy znają, tylko zwykle tytuły gdzieś w pamięci się pochowały. Przynajmniej mojej.  Były też polskie akcenty: walc Barbary z "Nocy i dni", kompozycje Kukulskiego.. O, w tym momencie na widowni zaczęło się nucenie i kiwanie :-) Ogólnie bardzo rytmiczne to było, bo i w marszowych rytmach. No przecie major dyrygował, więc musiało być porządnie ;-) W pierwszym rzędzie siedziały w równym rządeczku dwie flecistki, dwie klarnecistki, dwie saksofonistki. Pisałam, że to orkiestra straży pożarnej była? Ochotniczej w dodatku. I dziewczyny grały w pierwszym rządeczku. Bardzo skupione. Tylko nie wiem, jak to jest, dmuchać w flet z gumą do żucia w ustach??? Widać wyższa szkoła muzyczna. Oczywiście to nie cały skład, byli też panowie, lecz słabiej widoczni, choć słyszalni, zwłaszcza perkusista i tubista, którego widać nie było wcale ;-)
       Za mną zaś dwóch "solistów" się usadowiło. Z ambicjami na prezenterów sportowych. Przez cały czas omawiali aktualny stan naszej kadry piłkarskiej. jeden coś nie na bieżąco był, bo mu drugi tłumaczył, że Błaszczykowski dwa gole strzelił, a Lewandowski też jest dobry, tylko jeszcze tego nie pokazał. Im orkiestra głośniej grała, tym oni z mocniejszym przejęciem omawiali nasze szanse medalowe na Euro. Nie przeszkadzało im to wcale najgłośniej bić brawo zachwalając poziom:
- Dobrze grają, nie?
- No, tylko cały czas powinni tak mocno i głośno.
- O, teraz jakby za cicho...
Żeby było jasne, siedzieli w czwartym rzędzie od sceny ;-) Ale i oni niespodziewanie ucichli, gdy wyszła druga orkiestra. Liczniejsza, mieszana, dominanta męska tym razem. Bardzo, bardzo elegancki dyrygent (uwaga, bez podtekstów piszę, więc elegancki nie znaczy młody, tylko właśnie elegancki w geście, ułożeniu dłoni, zachowaniu, kulturze dyrygenckiej). Dwóch prezenterów sportowych ucichło, za to trzy królowe angielskie przede mną brylowały: truskawkowa, chabrowa i purpurowa z mahoniową fryzurą. A wszystkie pewnie w jednym sklepie lakier kupują, bo paznokcie miały identycznie pomalowane na fuksję. No więc trzy gracje rozśpiewane komplementowały orkiestrę? dyrygenta? gromkimi oklaskami i okrzykami "Brawo!", a elegancki dyrygent słał im eleganckie uśmiechy i podziękowania, osobne ukłony składając w ich stronę. Prezenterzy za mną, jak wspomniałam,zaniemówili. Muzyka ich urzekła może. Klasyka niemal symfoniczna, na ile symfonicznie grać może orkiestra dęta. W pewnym momencie siły zostały wzmocnione dodatkowym profesjonalnym klarnecistą, a to z powodu Szostakowicza. No, gdy kończy się koncert Szostakowiczem, to już symfonicznie przecież jest, prawda?
     Niech więc będzie ten Szostakowicz, w pełniejszym brzmieniu co prawda, bo prowincjonalna 95-letnia orkiestra nagrań youtubowych nie ma.

      Skoro już się rozpisałam i plotę trzy po trzy, kilka słów o klipie.  Zwracam uwagę na początek, ta pierwsza tańcząca para z filmu "Lampart" - cudowna Claudia Cardinale z  Burtem Lancasterem. Jak dla mnie - ideał kobiecej urody,  o ile kobieta może oceniać urodę innej kobiety. I zwracam uwagę na tego tancerza  z tańca ślubnego - nie wiem, czy to też z jakiegoś filmu, czy coś innego, ale tancerz rewelacyjny. Wprost fantastycznie prowadzi. To widać, to się czuje, nie można się napatrzeć. Zauważcie, jak on dba o partnerkę. Świetny tancerz.





PS Męczyło mnie, skąd ten filmik z tańca ślubnego. Znalazłam! To autentyczny ślubny taniec opisany przez jakieś profesjonalne studio organizujące śluby i wesela. I już wiem! Pan młody jest rzeczywiście zawodowym tancerzem, można powiedzieć, tańczył w zespole ludowym :-) Ha! Wiedziałam, że to nie przypadek, tak tańczyć!