piątek, 20 stycznia 2017

Za co lubię Orhana Pamuka

       Orhan Pamuk to jeden z niewielu pisarzy współczesnych, których autentycznie lubię czytać. Jest wyjątkowy. Nie dlatego, że szczególnie lepszy od innych. Nie w tym rzecz. Czytanie go po prostu sprawia mi przyjemność. W przypadku Nazywam się Czerwień bawiłam się sensacyjnymi tropami budowanymi trochę na podobieństwo Umberto Eco w Imieniu róży. Uwielbiam takie zawiłości i wielość narracji. A jeszcze ten motyw księgi! Stambuł ma charakter autobiograficzny i nie jest to utwór z fikcyjną fabułą. Poznajemy  miasto, wielką metropolię, niegdysiejszą stolicę imperium. Razem z autorem chodzimy jego ulicami, cofamy się w przeszłość, rozmawiamy z mieszkańcami. I oglądamy obrazy. Pisarz naiwny i sentymentalny całkowicie zrywa z fikcyjnością fabularną, ujawniając warsztat pisarza. A może nie tyle warsztat, co poglądy Pamuka na twórczość powieściową, w tym jego własną. Ciekawe jest śledzić powieściowe tropy prowadzące do zdarzeń i przeżyć samego autora. Już ten przegląd pokazuje, że Orhan Pamuk do powieściopisarstwa bynajmniej się nie ogranicza. Sprawia wrażenie pisarza totalnego, gdyż wszystko pod jego piórem może okazać się godne literackiego tematu: wymyślona intryga, wspomnienie z dzieciństwa, dzieła sztuki, opis rodzinnego domu, rozmowy z ludźmi, burzliwe wydarzenia historyczne, polityczne przewroty, kataklizmy, kreowanie swoich bohaterów literackich, dziecięce zabawy ... Jak pisze we Wstępie do Innych kolorów: myśli,obrazy i fragmenty życia.
      Inne kolory, podobnie jak wcześniej czytany przeze mnie Stambuł, jak wielu odpryskach rozbitego lustra budują portret miasta. Są tu tak różne tematy, że nie sposób ich wymienić, a każdy fragment dostarcza innego rodzaju przyjemności. Za co więc lubię Orhana Pamuka?
Za dystans do siebie i swojej twórczości:
      Ktoś taki [jak ja - dop. n.] nie pragnie za pomocą literatury zbawiać świata, chce jedynie przetrwać trudny dzień.
Za brak sentymentalizmu we wspomnieniach ojcu:
      ... gniew i zazdrość, jakie odczuwałem wobec mojego ojca lekkoducha, który nigdy nie narzucał mi swej woli ani nigdy mnie nie zranił, zamieniły się stopniowo w pokorną akceptację łączącego nas nieuniknionego podobieństwa.
Za celność opisywanych zmian cywilizacyjnych:
      Dawniej, gdy trójpokładowe promy przepływały obok yali, stojący na trzecim, najwyższym pokładzie kapitan i rozmarzona pani domu, nakrywająca do stołu, mogli na moment spotkać się wzrokiem. Teraz zaś pasażerowie sprowadzonych z Norwegii wodolotów, których wnętrza przypominają pogrążone w ciszy duszne sale kinowe, nie wyglądają nawet przez okna, lecz wpatrują się w ekrany telewizorów.
Za uznanie wyższości natury nad malutkimi sprawami człowieka:
    Kto wie, jak piękny musi być wtedy ów olśniewający widok ogarnięty przez żywioł, gdy niebo i ziemia mieszają się ze sobą w zawierusze [odniesienie do wcześniej wspomnianej burzy z piorunami - dop. n.],a zazwyczaj milczący platan szumi i gnie się na wietrze? Tymczasem ja tu, tak daleko od tamtego miejsca, marnuję życie, zajmując się bzdurami.
Za podejrzenia wobec ptaków:
      Pada, a ptak siedzi na dachu jak gdyby nigdy nic. Siedzi nieruchomo jak zwykle, tak jakby nie padał deszcz. Być może to stworzenie to w rzeczywistości wielki filozof - zbyt wielki, by przejmować się błahostkami. Sterczy tak. Na dachu. Deszcz pada. Przycupnięta za oknem mewa wydaje się myśleć: "Wiem, wiem, pada, ale niewiele mogę na to poradzić". Albo: "Tak, pada deszcz, ale jakie to ma znaczenie?"....
Za zaglądanie do wnętrz człowieka jak do obnażonych podczas trzęsienia ziemi mieszkań:
    Najgłębiej ukryte i najbardziej bezlitosne zasady rządzące ludzkim życiem stały się widoczne niczym sprzęty w mieszkaniach, do których środka można było teraz zajrzeć, gdyż runęły zasłaniające je ściany.
Za brak złudzeń:
      W kraju,gdzie prezydenci pochwalają łapówkarstwo, nazywając je "praktycznym" sposobem na załatwienie spraw, w kulturze, gdzie zażyłe kontakty z oszustami nie są uważane za naganne, nie należy się spodziewać, że ze strachu przed mogącym wystąpić w nieokreślonej przyszłości trzęsieniem ziemi, którego skutki odczują inni, przedsiębiorcy budowlani przestaną kraść cement i  zbrojenia oraz zgodzą się na dodatkowe "koszty", by budować zgodnie z normami.
Za tajemne porozumienie z przedmiotami:
      Młynek do pieprzu z przezroczystego plastiku przyglądał mi się w nocnej ciszy.

Oraz za stambulskie ulice i przede wszystkim za to, że jego książki są grube:-) Inne kolory mają ponad 600 stron. Zostało mi jeszcze sporo.

wtorek, 10 stycznia 2017

Szczury Manhattanu, czyli Lech Majewski po raz trzeci

       Nie, nie wyjechałam do Nowego Jorku. Czytam książkę. Naiwnie myślałam, że po inwazji szczurów w Oranie i drastycznej scenie torturowania przy pomocy szczura w Roku 1984, obejrzeniu paru filmów z serii "szczur w labiryncie", nic mnie już nie zaskoczy. Ale wtedy nie znałam Lecha Majewskiego i jego książek. I jego filmów.
       W Szczurach Manhattanu, zgodnie z tytułem, prym wiodą tytułowe gryzonie. Wprost wylewają się z kanałów, anektując kolejne połacie miasta. Aglomeracja od lat prowadzi regularną walkę z plagą szczurów, co roku wydając na ten cel już nie setki tysięcy, ale miliony dolarów - 3 mln w 2015 roku. Pisano, że na jednego nowojorczyka przypada jeden szczur, ale to chyba mocno zaniżone szacunki. W zasadzie więc szczury są tak samo ważnymi "obywatelami" Nowego Jorku jak każdy inny mieszkaniec: tutaj mieszkają, tutaj "pracują", tutaj się rozmnażają i tutaj pochłaniają pieniądze z miejskiej kasy.
      W powieści Majewskiego w mroczny klimat miasta alienującego bohatera wpisane zostały hiperbolizujące, oniryczne, koszmarne wizje zmasowanego ataku szczurów wkraczających coraz pewniej w pozornie ludzki świat. Najpierw pojawił się jeden, stąd skojarzenie z Dżumą. Później kolejne nieoczekiwane spotkania bohatera z przedstawicielami rodzaju rattus potęgują napięcie i grozę. Przerażenie ujawnia się w snach, w których bohater budzi się pogryziony przez szczury, a następnie sny się spełniają. Oszczędzę tu szczegółowych opisów. Czytałam książkę po kawałku, obawiając się czy dam radę powstrzymać galopującą wyobraźnię. Gdybym miała telewizor, na pewno postawiłabym go, jak bohater, na zamkniętej muszli klozetowej. Na wszelki wypadek. 
      Groza szczurzej inwazji to jednak nie cała prawda o książce Lecha Majewskiego. Nawet więcej, to metafora o wielu znaczeniach. Kryją się w tych obrazach narastające emocje bohatera, jego postępująca alienacja w połączeniu z kryzysem po rozstaniu z ukochaną, której wspomnienie podsyca tęsknotę. Jest w tym ukryta prawda o mieście, o wielkiej aglomeracji, w której nikt nie jest sobą i tak naprawdę nikt nie interesuje się nikim poza sobą. Wielkie anonimowe miasto jako obraz zamierającej cywilizacji, ludzkości zatracającej ludzkie oblicze, zmierzającej ku śmierci. Atmosfera rozkładu, wszechobecnej inercji, braku sensu, porządku, braku jakiegokolwiek ładu odbija się echem - w duszy bohatera. A może odwrotnie: brak ładu w sercu odbija się w bezsensie istnienia świata, w którym wszystko zmierza do zatracenia?
       Z tego punktu widzenia Szczury Manhattanu byłyby katastroficzną wizją przyszłości. Tym bardziej, że autor zastosował tutaj - niezwykłą! - narrację konsekwentnie prowadzoną w drugiej osobie liczby pojedynczej. Bohater jakby mówił do siebie o sobie, poddając swoje zachowania i myśli zewnętrznej obserwacji : I wiesz, że obudzisz się, nie wiedząc, co ze sobą zrobić lub: Leżysz półprzytomny, nie zdając sobie sprawy, czy śnisz. Trzeba się do tej narracji przyzwyczaić. Nie przypominam sobie, abym gdzieś jeszcze spotkała taką formę. Dzięki temu powstaje dystans między osobą narratora, a bohatera, choć ewidentnie to ta sama osoba. Może jednak dręczące bohatera emocje, jego pogrążanie się w rozpaczliwej beznadziejności prowadzącej niemal do próby skoczenia z tarasu widokowego World Trade Center nie wydaje się tak nieznośnie egoistyczne? 
        Końcowe sceny powieści nasycone oniryzmem (nieprzypadkowo przecież bohater zostaje obudzony w środku nocy) w zwielokrotnionym marszu wszystkich mieszkańców Nowego Jorku, wśród których pojawiają się wszystkie postacie, nawet epizodyczne, poznane i spotkane przez głównego bohatera na kartach książki, zmierzają ku lepszej przyszłości, ku prawdzie o sobie samych. W tej chwili piszę równie wieloznacznie jak sam autor ;-) Więc może inaczej: zakończenie ma budowę przypowieści. Ludzie idą - idą dokąd? Jest to ucieczka tego miasta bez charakteru, bez duszy, bez prawdy, bez miłości. Idą za dźwiękiem tajemniczej melodii, której motyw pojawia się już wcześniej, bohater bowiem poznał tajemniczego grającego na kornecie. Ilekroć odzywa się dźwięk kornetu, bohatera ogarnia spokój i poczucie bezpieczeństwa. Tym razem zaś na jego dźwięk wstali wszyscy mieszkańcy, porzucili swoje beznadziejne codzienne zajęcia, papiery, banki, biurka, warsztaty, kręcenie się w kółko, hazard i wszelkie zajęcia. Porwani magią muzyki opuszczają miasto, idą ku brzegowi rzeki, w której obmywają twarze. 
        Nieprzypadkowe są nawiązania do baśni o fleciście z Hameln. Tak samo jak nieprzypadkowe tytułowe szczury. Nieprzypadkowy strój "Chaima" kornecisty, również przypomina cudaczny ubiór grajka z Hameln. A jednak wszystko jest na opak: grajek wyprowadza wszystkich mieszkańców miasta, aby obmywszy twarze, znaleźli ratunek: Albowiem odkryjesz miłość o wiele większą niż ta, która cię zniszczyła. I wiesz, że nie będzie to sen
        Czym więc jest powieść Lecha Majewskiego? Opowieścią o baśniowym szczurołapie w stylu braci Grimm? Drastyczną wizją przyszłości zatomizowanego społeczeństwa? Rozrachunkiem z niespełnionymi tęsknotami, marzeniami i rozczarowaniami? Świadectwem ukrytych lęków współczesnego człowieka? Prognozą upadku czy ratunku? Przypowieścią o dążeniu do harmonii? 

Lech Majewski: Szczury Manhattanu. Dom Wydawniczy REBIS. Wydanie II poprawione. Poznań.

Lech Majewski po raz pierwszy

Lech Majewski po raz drugi

niedziela, 8 stycznia 2017

Jestem szybsza niż radio!

Ano, bo od jutra Dwójka będzie codziennie prezentować fragmenty książki Lecha Majewskiego "Oficjalne centrum świata", a ja już ją opisałam i polecałam :-)

TUTAJ

A TUTAJ Dwójkowa zapowiedź

Czytam teraz kolejną książkę Majewskiego, na razie nie zdradzę jaką, bo mi podkradną pomysł ;-)

wtorek, 3 stycznia 2017

Stanęłam sama naprzeciw całego świata

       Mam mętlik. Brak pomysłu. Od czego zacząć? Co zamieścić, a co wyrzucić? Zbyt wiele wątków, powieściowych, narracyjnych psychologicznych aspektów. Rzecz w tym, że wyrzucić wypada więcej, bo inaczej powstałaby osobna historia. Osobna książka  o tym, jak czytałam Matkę Makrynę Jacka Dehnela. 
        Jak to możliwe, że prosta, niewykształcona kobieta, prawie analfabetka oszukała pół Europy? Powieść Dehnela nie daje odpowiedzi na to pytanie. Trzeba podejść do niej, to znaczy do powieści podejść, jak do utworu literackiego, nie jest przecież ani analizą stricte historyczną, choć budowaną na podstawie źródeł pisanych, ani psychologiczną diagnozą skomplikowanej osobowości bohaterki. Bo że była skomplikowana, nie ulega wątpliwości.
        Matka Makryna Mieczysławska, fałszywa zakonnica z mińskiego unickiego klasztoru bazylianek, pojawia się w 1845 roku w Paryżu, gdzie opowiada o siedmioletniej katordze sióstr zakonnych, gnębionych w straszliwy sposób z rozkazu prawosławnego biskupa Siemaszki, chcącego zmusić je do przejścia na prawosławie. Opowieści matki Makryny są spisywane, ubarwiane, drukowane w prasie. Rozpowszechniane we Francji i Włoszech. Do Rzymu Makryna dociera jesienią 1845 roku i tam na audiencji u papieża Grzegorza XVI ponownie, po raz nie wiadomo który, opowiada o swoim i sióstr męczeństwie. Jej opowieść, spisana w czterech językach (polskim, francuskim, włoskim i angielskim) zostaje oficjalnie opublikowana. Dociera do Rosji, co było nieuniknione. Strona rosyjska wysyła noty z dementi, prostuje, ujawnia przeinaczenia, kłamstwa, niezgodności geograficzne, ale Europa nie wierzy. Europa czci, szanuje, prosi o modlitwę i wstawiennictwo, bo Makryna potrafi czynić cuda! Uzdrawia francuskiego księdza Blanpina, który stracił głos na misjach w Afryce. Matka Makryna jest świętą męczennicą, zwłaszcza dla rozsianych na emigracji Polaków,  jest narzędziem w polityczno-religijnych zmaganiach przed tronem papieskim, jest przeciwwagą dla mistycyzmu Towiańskiego. Pielgrzymują do niej poeci: Słowacki, Krasiński. Po Mickiewicza musiała posłać, wysłała mu listowne zaproszenie, gdy przebywał w Rzymie. Jej sława i nieustanne zabiegi opiekuna, promotora, księdza Jełowickiego zaowocowały utworzeniem dla niej osobnego klasztoru przy kościele św. Euzebiusza w Rzymie. Tam dożyła końca swoich dni (zmarła w 1869 r.), stopniowo zapominana, gdy coraz więcej osób przekonywało się do fikcyjności jej biografii.
       Matka Makryna - mit stworzony z autentycznego wieloletniego cierpienia poniewieranej kobiety, potrzeby chwili i okoliczności politycznych. Niech historycy zajmą się wyjaśnianiem nieścisłości i sprzeczności, może psychologia wzbogaci się kiedyś o nową jednostkę chorobową, "syndrom Makryny", literaturoznawcy mają też swoją działkę w postaci poematu Makryna Mieczysławska Juliusza Słowackiego. Czytając powieść Dehnela śledzimy natomiast krok po kroku wielkie przeobrażenie jednostkowego cierpienia kobiety, najpierw dręczonej w sposób niewyobrażalny przez męża, potem zaznającej poniżenia bezdomnej nędzarki, w świętą męczennicę skupiającą w sobie ducha uciemiężonego Narodu. Z ciemnej, zarzyganej przez męża rosyjskiego oficera Wińcza, nory, gdzie uderzeniem drewnianym polanem wyłamał jej kawałek czaszki, do rzymskiej celi świętej mniszki, którą odwiedza sam papież Pius IX. Narracja powieściowa prowadzi czytelnika dwutorowo: na przemian czytamy rozdziały będące osobistą spowiedzią Makryny, w rzeczywistości Ireny Wińczowej, opowiadające jej prawdziwe życie oraz oficjalną, opowiadaną przez nią całkowicie zmyśloną historię siedmioletniego męczeństwa, a właściwie tortur, doznawanych przez siostry zakonne, których była przełożoną w bazyliańskim klasztorze. Osobne te narracje dla ułatwienia rozróżnione zostały w druku odmiennym krojem czcionki. Wersja oficjalna kończy się wcześniej i w zakończeniu powieści autor oddaje głos prawdziwej Irenie Wińcz, która w roli ksieni Makryny zostaje przełożoną nowego klasztoru w Rzymie, próbuje wyplenić z duszy Mickiewicza towiańszczyznę, "działa cuda", przy okazji daje celną diagnozę ludzkich charakterów, postrzega wzajemne niesnaski między różnymi frakcjami polskich emigrantów, a większość ludzi widzi jak marionetki pociągane za sznurki jej piramidalnego kłamstwa.
         Wiele aspektów, wątków jest wartych uwagi. Nie sposób wymienić wszystkich. Powieść liczy 400 stron, stron bardzo gęstych treściowo, więc ja tutaj naprawdę się streszczam ;-) Na przykład kwestia niesamowitej wyobraźni bohaterki, która musiała wymyślić kilkadziesiąt imion z nazwiskami prześladowanych zakonnic, ich pochodzenie i rodzaje tortur, którym były poddawane oraz okoliczności śmierci większości z nich. Makryna uczy się tych nazwisk na pamięć, wielokrotnie je sobie przed snem powtarza, utrwala, żeby nie pomylić, bo wie, zdaje sobie sprawę, że jak się pomyli, to jej to wyłapią i wytkną. Czasami szczegóły swojego stopniowo rozbudowywanego kłamstwa zapisuje na kartce, tak robi właśnie z rodzajami śmierci, które przypisała swoim fikcyjnym współsiostrom-męczennicom, bo obawia się pomyłki. Ale karteczki te potem pieczołowicie pali, żeby nikt nie zobaczył. Zaciera ślady.  Zdarzyło się też, że kiedy jej historia została opisana w polskiej gazecie w Paryżu, poprosiła księdza Jełowickiego o zdobycie tego egzemplarza i sprowadzenie do Rzymu, ponieważ chciała sobie przypomnieć, co wówczas opowiadała i nie popełnić jakichś błędów, nieścisłości, które ktoś mógłby wykorzystać do podważenia jej wiarygodności. Niesamowite wrażenie wywiera wielokrotne powtarzanie jak mantry serii śmierci zakonnic: Narbutówna Natalia, co od rózek skonała, Tyzenhauzówna Elżbieta żywcem w glinie zagrzebana, Domejkówna Apolonia, której oczy wydarto, Giedyminówna Eufrozyna umarła w drodze do Syberyi, Zuzanna Rypińska i Koletta Sielawianka skonały po biczowaniu, Baptysta Downarówna do pieca gorącego wepchnięta jak święci młodziankowie itd., itd.
        Drugi ciekawy aspekt to proces narastania opowieści, jej pęcznienie, pączkowanie, czyli zjawisko kuli śnieżnej: im częściej Makryna opowiadała swoją historię, tym więcej dodawała szczegółów, mnożyła nazwiska, rodzaje tortur, rozbudowywała kolejne wątki. Czasem zapominała, co powiedziała wcześniej, a dodawała nowe szczegóły. Dużą rolę odgrywali słuchacze, którzy dopytywali o nie. I tak np. ksiądz Jełowicki kilkakrotnie dopytywał o dzieciństwo, więc żeby uczynić tym oczekiwaniom zadość, zmyśliła też swoje dzieciństwo w szlacheckiej rodzinie Mieczysławskich. Im kto łapczywiej chłonął opowieść, tym więcej Makryna zmyślała, na co wybornym przykładem jest opis spotkania ze Słowackim: Język mlaszcze, słowa same płyną, ale widzę, że ten Słowacki głębiej od innych słucha. I poniosło mnie to jego słuchanie, i ślepia duże, podkute, błyszczące jak u panienki - (...) i gadałam mu, ach, gadałam bez żadnego umiaru!
       Kolejny wątek to problem funkcjonowania kłamstwa w przestrzeni publicznej. Dochodziło do sytuacji wręcz humorystycznych, gdy pojawiali się naoczni świadkowie (!) zdarzeń i osób przez Makrynę wymyślonych. Odwiedzające ją w Paryżu i Rzymie damy "przypominały"sobie z dzieciństwa, że ksieni Makryna przysyłała im z klasztoru pierniczki. Innym razem ktoś potwierdził, że osobiście znał osobę, o której ona opowiadała również całkowicie przecież zmyślonej. Historia siedmioletniego męczeństwa bazylianek kończy opis ucieczki czterech z nich, w tym Makryny. Po ucieczce rozdzieliły się w celu zmylenia ewentualnej pogoni, każda na własną rękę zmierzając do Rzymu, gdzie miały się spotkać. Sęk w tym, że trzy towarzyszki owej ucieczki nie istniały. A jednak znaleźli się świadkowie (!) twierdzący, że spotkali jedną czy drugą z nich a to w Poznaniu, a to już we Francji. Cóż biedna Makryna miała robić? Udawała, że na nie z utęsknieniem czeka, aby odnowić klasztor!
       Bohaterka ma świadomość, że żyje w kłamstwie i że może zostać zdemaskowana. Czasami jednak zapomina, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Są chwile, gdy całkowicie utożsamia się z odgrywaną postacią. W osobistych, tych prawdziwych zwierzeniach, przyznaje, że już uwierzyła we wszystkie cierpienia, jakie opowiada. Z drugiej strony rozgrzesza się, że tak naprawdę niczego nie zmyśliła, bo wszystkich tortur, przypisywanych zmyślonym postaciom zakonnic, doświadczyła na własnej skórze z ręki rodziców, którzy jak najszybciej chcieli ją wypchnąć z domu, męża despoty, jegra prowadzącego ją za rzekomą kradzież do szopy, gdzie ją zgwałcił i innych. Jeden przykład: w szeregu wymyślnych tortur, którym poddawane były zakonnice, jest mowa o drastycznym "pławieniu" na sznurach w listopadowej zimnej rzece. Otóż scena ta niejako narosła na osobistym doświadczeniu bohaterki, która była podtapiana przez męża w cebrzyku. Wielokrotnie zanurzał jej głowę w wodzie do utraty przytomności, potem na chwilę wyciągał i znowu zanurzał. W zasadzie więc cała fikcja Makryny osadzona jest na osobistym doświadczeniu kobiety, wyrasta z jej wieloletniego wstydu, kiedy nie miała komu ani jak poskarżyć się, oczekując pomocy.
        Ten aspekt historii matki Makryny, czyli Ireny Wińczowej, jest wręcz tragiczny. I dlatego nie znajdujemy słów oskarżenia ani potępienia za jej wyrafinowane kłamstwo. Stanęłam sama naprzeciw całego świata - mówi w pewnym momencie i mają te słowa głęboko symboliczne znaczenie. Sama ze swoim autentycznym cierpieniem i poniżeniem, ale też biorąc na tym świecie odwet za jedno i drugie. Nikt jej nie znał, nikt nie podał ręki, więc inni jedli jej z ręki wodzeni na pasku kłamstwa. Ona, niegdyś najnędzniejsza i pogardzana, teraz bywalczyni arystokratycznych salonów, gdzie księżne w krynolinach całują ją po rękach. Niegdyś kopniakiem wyrzucona na ulicę, teraz przyjmuje u siebie papieża. Bita, gwałcona, topiona w cebrzyku, z rozbitą czaszką, skazana na głód i poniewierkę, teraz patronka cudów, uzdrowień i mistycznych przepowiedni. Miała prawo wymyślić sobie własną wersję życiorysu, a że tylu dało się nabrać, ich problem. Sama przeciwko całemu światu... Wariatka? Nie sądzę.

Jacek Dehnel: Matka Makryna. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2014.

niedziela, 25 grudnia 2016

Nie wierzę, po prostu nie wierzę!...

       W katastrofie samolotu zginął niemal cały Chór Aleksandrowa! Zginęło 64 muzyków wraz z dyrygentem. Samolot runął do Morza Czarnego. Zawsze miałam nadzieję, że kiedyś wybiorę się na ich koncert,już w ubiegłym roku było blisko, gdy przyjechali do Polski na występy,  a teraz... teraz nie ma szans!
       Nazwa chóru, powołanego w 1928 r.  pochodzi od założyciela Aleksandra Aleksandrowa.




czwartek, 15 grudnia 2016

Świąteczny już czas

Ach, jak się zasłuchałam!




      Koncertem kolęd wschodnisłowiańskich w wykonaniu chóru Perfectum z Kijowa rozpoczęłam na dobre czas przedświąteczny. To akurat nagranie z ich koncertu w Lublinie sprzed prawie roku, ale śpiewali to samo. Też tę polska kolędę w kołysankowej aranżacji, która dzisiaj brzmiała o wiele dłużej niż na załączonym nagraniu. Dlatego rozmarzyliśmy się, zasłuchali, wzruszyli wszyscy. Słyszycie ten głos solisty? Przepiękny wysoki tenor, prawie altowy, to najbardziej aktywny w dzisiejszym koncercie śpiewak Anatolij Pogrebnyj. Miał kilka takich solówek. Momentami popisywał się jak drugi Kiepura. A ja czekałam na innego, którego pamiętam z poprzedniego koncertu. Wtedy wspaniałą solówką popisał się Taras Mendel, bas, ale wówczas były to inne pieśni. O tamtym koncercie i więcej o samym chórze pisałam TUTAJ Można sobie przypomnieć. Nie miałam przykładowych nagrań, żeby pokazać, jak śpiewają. Teraz mam większy wybór. Panowie przywieźli też ze sobą dwie płyty. Jedną z kolędami, którą zaprezentowali na koncercie i drugą najnowszą z różnymi pieśniami o charakterze świeckim, ukraińskimi dumkami, w tym słynnej pieśni o atamanie (Lubo, Bratcy, lubo), ale też chorałem gregoriańskim czy neapolitańską O sole mio.  Z tej najnowszej płyty na zakończenie koncertu panowie brawurowo zaśpiewali Hej, sokoły, bo jakżeż przyjechać z Ukrainy i o tęsknocie do niej nie zaśpiewać!
      Przegrałam całą płytę, niestety, nie umiem wstawić muzyki z dysku komputera.Nie widzę takiej opcji na bloggerze, a pamiętam, że na bloog.pl mogłam to zrobić bez problemu. Wśród nagrań mam teraz też przejmujące Nie dla mienia, które tak mnie zauroczyło poprzednim razem. 

niedziela, 11 grudnia 2016

O Zofii Stryjeńskiej na wylot

     Najpierw natrafiłam na audycję. Na okoliczność - nie pamiętam jaką - przepytywana była autorka książki o malarce. W trakcie padły zdania, cytaty, których język świadczył o niepospolitej inwencji i plastyczności. Pomyślałam: "Może być ciekawe". A potem dostałam książkę w prezencie. I znalazłam w niej te cytowane w audycji zdania. To, co przedstawiało się jako ciekawe słuchowo, okazało się fascynujące także w czytaniu.
     O Zofii Stryjeńskiej coś tam się wie, zna się jej obrazy, projekty, wzornictwo, ale bez szczegółów. Angelika Kuźniak szczegóły te zgłębiła i opisała w książce Stryjeńska. Diabli nadali. Materiał miała doskonały, bo przez wiele lat Stryjeńska pisała pamiętnik. To z niego wyłania się autoportret kobiety niezwykle niezależnej, oryginalnej i - dzisiejszym językiem mówiąc - kreatywnej tak w sztuce, jak w codziennym życiu. Malarstwo było jej największą miłością, o czym świadczy choćby fakt, że w męskim przebraniu i fałszywymi dokumentami na nazwisko Tadeusza Grzymały studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Studia przerwała, gdy z podsłuchanej rozmowy wywnioskowała, że grozi jej zdemaskowanie. Sukienkę i pieniądze na powrót do domu przywiozła jej matka.
      Tak samo nieobliczalna była Stryjeńska w każdym innym przypadku. Pierworodną córkę Magdę, gdy ma zaledwie 14 miesięcy, zostawia z dziadkami, a sama z mężem wyjeżdża do Paryża. W przypadku synów bliźniaków bardzo chciała wychowywać ich sama i być blisko nich, ale też nie zawsze było to możliwe. Z mężem, Karolem Stryjeńskim to się rozstawała, to godziła, to wyjeżdżała, to on wyjeżdżał,  innym razem na  jego oczach drze swoje prace, żeby kochał ją dla niej samej, a nie za talent malarski, on zaś zamyka ją w szpitalu dla nerwowo chorych. I tak wielokrotnie. Burzliwy to był związek. Trudne relacje z bliskimi zajmują w książce wiele miejsca. Obok nich zaś dużo ciekawostek z życia artystycznej przedwojennej bohemy.
       Stryjeńska miała niebywały dar obserwacji i wspaniale obrazuje w języku swój punkt widzenia na jakąś kwestię czy postać. Jak choćby wrażenie ze spotkania z Olgą Boznańską: ... nie mogę powiedzieć, żeby p. Olga nie była wściekle stylowa - tylko że, psiakość, opóźniła swą aktualność o pół wieku. Z Paryżem wiąże się chyba największy sukces Stryjeńskiej, jaki odniosła na Międzynarodowej Wystawie Wzornictwa, na którą do polskiego pawilonu wykonała olbrzymie pannneau Dwanaście miesięcy.  Sama Stryjeńska i inni polscy artyści zdobyli wówczas wszystkie najważniejsze nagrody. Inny przez wiele lat tworzony cykl jej autorstwa to Bożki słowiańskie. Uważała go za największe swoje dzieło, skoro woziła ze sobą wszędzie, o ile pieniądze pozwalały, a kiedy nie pozwalały, przechowywała kartony z rysunkami w skrzyni w przechowalniach zostawiane w zastaw i wykupowane w przypływie gotówki. 
       Zofia Stryjeńska, z domu Lubańska, jawi się na kartach książki jako kobieta z krwi i kości. Artystka, owszem, ale też kobieta zakochana i wyzwolona jednocześnie, kochająca i ironiczna, poświęcająca się sztuce i zmagająca się z nędzą. Jako artystka przeżyła wielki tryumf i wielkie rozczarowanie. Jako matka przeżywała wszelkie niepokoje macierzyństwa w tym największą tragedię: niespodziewaną śmierć syna. Jako Polka była dumna, a po wojnie wylądowała na emigracji, z której nigdy nie wróciła. Była dworcową madonną i nomadem - mówi o niej wnuczka Martine. Lektura książki Angeliki Kuźniak to wejście w świat daleki od naszej współczesnej codzienności, chociaż nie szczędzi nam frustracji podzielanej z bohaterką, gdy ta przeżywa kolejne kłopoty, finansowe zapaści, popada w depresję, wyrywa się ograniczeniom. Ale była to piękna podróż. Jak wracać teraz do materialistycznej codziennej uganiaczki, gdy łeb przydałoby się posypać popiołem i zawyć? Ale gdzie zawyć i za co? Nie ma rady - trza tkwić na miejscu i brnąc dalej z dnia na dzień, póki nie nadejdzie finisz. (zapisek Zofii Stryjeńskiej po śmierci matki)