sobota, 18 lutego 2017

Na wystawach, cz. 2


     
        
        Wiadomo, że był chudy, kościsty, jeździł na równie kościstej chabecie, zakładał resztki znalezionej na strychu pordzewiałej zbroi, wybrakowany hełm uzupełnił tekturową przyłbicą, dopóki nie "odzyskał" od napotkanego wędrowca złotego czarodziejskiego szyszaka, dziwnym trafem w oczach innych przypominającego balwierską miednicę. I prawda, nosił kopię! Tak samo długą jak on sam ;-) Don Kichot z La Manczy, nieśmiertelny błędny rycerz wciąż zdumiewa bezkompromisowością w dążeniu do realizacji marzeń. Fascynuje, irytuje, zachwyca i drażni. Inspiruje. Zainspirował Józefa Wilkonia, którego sto ilustracji ozdabia jubileuszowe wydanie "Don Kichota" w przekładzie Anny Ludwiki i Zygmunta Czernych. Plastyczna oprawa przygód rycerza z La Manczy wprowadza w magiczny świat dziecięcej wyobraźni, która zwykłym przedmiotom nadaje nadnaturalny wymiar. Taką wyobraźnią posługiwał się przecież bohater dzieła. Dlatego koń Don Kichota jest kawałkiem drewnianej kłody, jego piękna grzywa szczotką do zamiatania, kopia kawałkiem drąga. Na wystawie w Galerii Teatru Wielkiego Opery Narodowej oglądamy nie tylko rysunki zdobiące karty nowego wydania powieści, ale i rzeźby, dzięki którym my też możemy wejść do przedziwnej przestrzeni wykraczającej poza codzienny racjonalizm. Wydawać by się mogło, że klocowata postać, kanciaste drewno, nieheblowane deski, blaszane odpady, barchanowe szmaty nie będą w stanie nikogo zachwycić. A jednak oglądając wystawę ma się wrażenie, że coś w życiu szarej codzienności utraciliśmy bezpowrotnie, zapominając o wielkiej roli marzeń i nieustannym dążeniu do ideału. 
       Na wystawie można zajrzeć do nowego wielkiego, dwutomowego wydania powieści, której egzemplarze zostały wyłożone do wglądu dla zwiedzających. Rzeczywiście, nie można olbrzymiej księgi czytać inaczej, jak tylko na solidnym podparciu ;-) To nie jest kieszonkowa broszurka mieszcząca się w dłoni ani e-book pozbawiający czytelnika zmysłowych wrażeń dotyku, węchu, atmosfery obcowania z tekstem drukowanym. Wystawa otwarta 26 stycznia czynna będzie do 5 marca 2017 r. 
 









      Również do 5 marca czynna jest w Zachęcie wystawa pod nazwiskiem, dla mnie dotąd w ogóle nieznanego, Abrahama Ostrzegi, żydowskiego rzeźbiarza zamordowanego w 1942 r. w Treblince. Jego dzieła w zasadzie zobaczyć można na cmentarzu żydowskim przy Okopowej. Co ciekawe, jego figuralne nagrobki często wzbudzały krytykę i wręcz nienawiść ze strony ortodoksyjnych wyznawców judaizmu, zarzucano mu obrazoburcze łamanie zakazu przedstawiania postaci. Zdarzało się, że jego pomniki niszczono, a czasem pod wpływem krytyki sam rzeźbiarz usuwał, zmieniał elementy gotowych już figur, wygładzając i zakrywając np. rysy twarzy. Chcąc uniknąć dosłowności Ostrzega poszukiwał form nacechowanych symbolicznie, jego nagrobkowe anioły tracą wyraziste kontury, twarze ukryte są pod skrzydłami, a całe postaci często wtopione zostały w naturalne kształty nagrobnych kamieni. 
    Na wystawie w Zachęcie siłą rzeczy rzeźb Abraham Ostrzegi nie ma, na wielkim ściennym panelu widzimy tylko serię zdjęć przedstawiających wybrane nagrobki. U samego wejścia zaś na środku sali uwagę przyciąga kopia modelu Wieży Babel - pomnika mającego być hołdem dla Ludwika Zamenhofa, twórcy esperanto. Dzieło jednak nie doczekało się realizacji. W dalszej ekspozycji oglądamy prace innych artystów inspirowane dorobkiem Ostrzegi, portrety ludzi, których nagrobki wykonał. Uwagę zwracają portrety malowane przez Katarzynę Rotkiewicz-Szumską, często niepodpisane kogo przedstawiają, w wyjątkowych przypadkach zdradzające tożsamość portretowanego, jak dwa wizerunki mężczyzn, z których jeden to bohater wystawy Abraham Ostrzega, a drugi to jego mistrz, u którego doskonalił rzeźbę, Henryk Kuna.
      Na jednej ze ścian obserwujemy zaś ruchome wielkie cztery obrazy przesuwające się i zachodzące na siebie, bądź odsłaniające piękne zielono-brązowe obrazy natury, drzew, lasu. Czy mają oznaczać płynność i wzajemne przenikanie życia i śmierci? A może nieuchronny los człowieka, który tylko na chwilę wyłania się z biegu natury, próbującego uczłowieczyć rzeczywistość, gdy w ostateczności i tak powróci do pierwotnego stanu egzystencji jako cząstka energii zasilającej kosmiczne trwanie?

Jeden z portretów inspirowanych dorobkiem Abrahama Ostrzegi

Ruchome obrazy ujawniają swoją przestrzeń

Ruchome obrazy - dwa obok siebie


poniedziałek, 13 lutego 2017

Grammy dla Pendereckiego

Nagroda Grammy dla Krzysztofa Pendereckiego za album z muzyką chóralną. Album Penderecki conducts Penderecki składa się z różnych utworów komponowanych w różnych latach. Są kompozycje do Psalmów Dawida, Hymny do św. Wojciecha i św. Daniiła oraz Dies illa napisane na rocznicę wybuchu I wojny światowej. Utworami nagranymi na płycie dyryguje sam kompozytor.


O pracy nad nagraniami




Dies illa, fragment



sobota, 11 lutego 2017

Kiedy odchodzi poeta...

... zaczyna się czytelniczy rachunek sumienia. Odkrywamy nieprzeczytane wiersze, a zapomniane metafory ponownie fascynują. Kiedy poeta żył wśród nas, jego zwyczajna i codzienna obecność nie burzyła rutynowego rytmu życia, czasami zapominaliśmy o jego istnieniu. Kiedy już go fizycznie z nami nie ma, każde kolejne spotkanie z zamkniętą już twórczością staje się świętem. Wystawa Poeta odchodzi. Tadeusz Różewicz w Muzeum Literatury w Warszawie (czynna do 30 czerwca 2017 r.) zaprasza widza i czytelnika do przestrzeni intymnego dialogu. Znane wiersze zaprezentowane na wystawowych ścianach wychodzą nam naprzeciw w bezpośrednim spotkaniu jak dawno niewidziani znajomi, mniej znane zaskakują nieoczekiwanymi olśnieniami.
      Wystawa jest nawet spora, rozlokowana w salach, zaułkach, korytarzach i przejściach, co jeszcze bardziej podkreśla wrażenie wspólnego spaceru albo przecierania szlaków, co do Tadeusza Różewicza bardzo pasuje, był bowiem pod wszystkimi względami twórcą wytyczającym nowe szlaki poezji. Określił nowy typ wiersza, wprowadził nowy język, nowy sposób mówienia o sprawach ważnych, ustanowił nową rolę dla poety - dla siebie:

przyszyli żeby zobaczyć poetę
i co zobaczyli?

zobaczyli człowieka
siedzącego na krześle
który zakrył twarz

Nad wejściem na wystawę wita nas sporych rozmiarów fotografia Różewicza wyglądającego przez uchylone okno. Czy będzie nadużyciem przywołać w tym kontekście obraz Jacka Malczewskiego Melancholia z czarną postacią stojącą w uchylonym oknie?



Zdjęcie z folderu reklamowego, stąd napisy.

 Malczewski Melancholia, fragm.


Biorąc pod uwagę, że tekstom poety prezentowanym na wystawie towarzyszą różne dzieła malarskie, z których największe wrażenie wywierają prace Jerzego Tchórzewskiego, skojarzenie wydaje się uzasadnione. Różewicz bowiem studiował historię sztuki i wrażliwość na malarskie aspekty rzeczywistości, przedmiotów, postaci jest w jego wierszach widoczna.



Obrazy Tchórzewskiego na wystawie o Różewiczu

Świadectwem przyjacielskich relacji Różewicza z malarzami są pamiątki po nich, drobiazgi codziennego użytku: nożyk Porębskiego, kamień Nowosielskiego, szpachelka Tchórzewskiego. 



Obrazy, grafiki, malutkie dzieła plastyczne jako wytwór zabawy samego Różewicza dopełniają portret poety o stronę prywatną, pozaliteracką. Liczne zdjęcia z młodości, z czasów partyzanckich (z trzech braci Różewiczów Tadeusz był zdecydowanie najprzystojniejszy :-)), szkolne zeszyty, rękopisy wierszy, notatki, chciałoby się powiedzieć: prywatna strefa literatury. Oglądanie rękopisów znanych wierszy sprawia wrażenie, że oto podglądamy proces twórczy, niemal widzimy rękę piszącą: i cóż po poecie w czasie marnym?


Osobna sala wystawowa poświęcona została wspomnieniom o matce w połączeniu z cytatami z tomu Matka odchodzi, za który Tadeusz Różewicz otrzymał w 2000 r. Nagrodę Nike i, jak łatwo się domyślić, z której zaczerpnięto pomysł na tytuł ekspozycji. Wzruszające wyznanie podeszłego w latach Różewicza, obok fotografii, na której widoczny jest z opuszczoną głową, w staroświeckim swetrze, z rękami na kolanach, obok druga fotografia z twarzą zakryta dłońmi: Wiesz, Mamo, tylko tobie mogę to powiedzieć na stare lata, mogę to powiedzieć, bo jestem już starszy od Ciebie.. nie śmiałem Ci tego powiedzieć za życia... jestem Poetą. Bałem się tego słowa, nigdy go nie powiedziałem Ojcu... nie wiedziałem czy się godzi coś takiego mówić.
      W innym miejscu wkraczamy w scenerię Kartoteki: rama łóżka, walizka, blaszana miednica, gazety, tekturowa teczka z podpisem "Kartoteka". Na wysokim ekranie w kółko odtwarzana krótka scena z przedstawienia w wykonaniu Tadeusza Łomnickiego. Na dwóch płóciennych leżakach można usiąść, wkraczając w rzeczywistość Różewiczowskiego teatru absurdu. 
       Wędrówka od sali do sali, korytarzami, zaułkami wierszy, obrazów, pamiątek i fotografii, dużo fotografii poety, jest podróżą przez najważniejsze problemy, dylematy człowieka, świadka XX wieku. Jak piszą autorzy wystawy, jest to pierwsza od śmierci 24 kwietnia 2014 roku tak obszerna, całościowa prezentacja spuścizny, a w zasadzie prezentacja osobowości Tadeusza Różewicza. Kiedy odchodzi poeta, jego poezja nadal mówi do nas...

poniedziałek, 6 lutego 2017

Kiedy w 1765 r. Casanova był w Warszawie...

... Stanisław August Poniatowski właśnie kompletował swój królewski teatr. Wśród zaangażowanych do baletu tancerek nasz bohater spotkał dawną znajomą, przyjaciółkę nawet, Annę Binetti. Był świadkiem jak król oczarowany tańcem Binetti i Charlesa Le Picqa z miejsca zapewnił im roczny kontrakt. Nie spotkało się to z zachwytem dotychczasowej primabaleriny Cateriny Gattai, toteż intrygom nie było końca. Niepoprawny uwodziciel znalazł się w samym ich środku, co skończyło się głośnym pojedynkiem z hrabią Franciszkiem Ksawerym Branickim. Niestety, okazało się to początkiem końca pięknej przygody Giacomo Casanovy z warszawskim królewskim dworem, polskim teatrem i Warszawą.
      Epizod ten znany z pamiętników samego Casanovy stał się podstawą libretta Pawła Chynowskiego do baletu Krzysztofa Pastora Casanova w Warszawie. Od czasu premiery (28 maja 2015 r.) minęło trochę czasu, w głównych tanecznych rolach nie zobaczyłam więc z obsady premierowej Vladimira Yaroshenki jako Casanovy w pojedynku z Maksimem Woitiulem jako hrabią Branickim. I chyba tego choreograficznego pojedynku dwóch najlepszych solistów trochę mi szkoda. Niemniej w nagrodę zobaczyłam nowego tancerza solistę występującego w Polskim Balecie Narodowym, Dawida Trzensimiecha (ależ ma trudne nazwisko) i on właśnie wystąpił w roli tytułowej. Jako hrabia Branicki rywalizował z nim Paweł Koncewoj. Obaj doskonale widoczni i skontrastowani na scenie poprzez od początku do końca jednakowe kostiumy: biały Casanovy i czarny Branickiego. Z bielą postaci Casanovy związany jest jeszcze inny aspekt, można powiedzieć, dramaturgiczny. Król Stanisław August również występuje całkowicie w bieli. Dodatkowo wyróżniają go jednak błyszczący ozdobny haft fraka i niebieska szarfa. Gianni Quaranta, autor scenografii i kostiumów, przyznaje, że chodziło mu w ten sposób o zasygnalizowanie, że Casanova jako genialny oszust nawet strojem naśladującym króla próbował zyskać przychylność i względy królewskiego dworu. Podstawowym zaś chwytem scenicznej przestrzeni zastosowanym przez włoskiego scenografa było wprowadzenie teatru w teatrze: my, współcześni widzowie, oglądamy zakulisowe intrygi powstającego pierwszego w Polsce królewskiego baletu, obserwujemy próby i rywalizację między primabalerinami, a w kulminacyjnym momencie mamy przedstawienie baletowe realizowane dla warszawskiej publiczności i w obecności królewskiego dworu. Tancerze mają z jednej strony widzów ówczesnych siedzących w głębi sceny, a po przeciwnej stronie nas, widzów współczesnych. To też pomysł Quaranty, który zamierzał w ten sposób pokazać, jak w XVIII wieku odbywały się operowe i baletowe spektakle. 
        Tutaj też mieliśmy elementy operowe, ponieważ balet w całości opiera się na muzyce Mozarta, w tym kilku arii śpiewanych (Katarzyna Trylnik, sopran) na żywo na scenie. Muzyka w sumie dobrana bardzo pomysłowo, różnorodna, z młodzieńczych oper Mozarta: Mitrydates, Idomeneo, Lucio Silla, kilka utworów innego rodzaju, mniej znanych też. Spektakularna scena przyjęcia Casanovy do loży masońskiej została zbudowana do masońskiej muzyki Mozarta: Adagio i Fuga c-moll. O ile w całości balet ma wiele elementów tańca klasycznego, to w tej scenie Krzysztof Pastor nadał mu wiele cech współczesnych, zachwycających skomplikowanym układem i symboliką. Baaardzo mi się podobało :-) Kristóf Szabó, również nowy tancerz w PBN, jako hrabia Moszyński, Wielki Mistrz Loży był świetny. Uwagę zwracał od początku do końca także Patryk Walczak, we wszystkich scenach, kiedy Casanova pojawia się ze swoim przyjacielem Campionim. Rewelacyjne zgranie tanecznego duetu, świetne układy. 
       Jeśli chodzi o tancerki i te wszystkie XVIII-wieczne baletnice: Mlle  Gattai, Mme Binetti, Mlle Casacci... miałam trudności, żeby je rozróżnić ;-) Domyślam się tylko, że skoro tańczono scenę sądu Parysa, jedna była Herą, druga Ateną, a trzecia Afrodytą :-) Pierwszy raz oglądałam Chinarę Alizade, Dagmarę Dryl czy Maię Kageyamę, więc jeszcze mi ich twarze się nie opatrzyły. Może następnym razem, jak będę miała nowe okulary. 
        Balet Casanova w Warszawie jest ciekawy ze względu na historyczne tło autentycznych przygód bohatera w Polsce, możliwość podpatrzenia jak to z tym pierwszym teatrem polskim było, zasmakowania atmosfery dworskiego życia na początku ery stanisławowskiej, no i oczywiście pomysłowość naszego najlepszego choreografa, który stworzył kolejne autorskie dzieło ku uciesze wielbicieli baletu. To balet rozrywkowy, bez ukrytych podtekstów do wielkiej historii, pełni funkcje taką, jaką pełniły występy tancerzy w XVIII wieku. Do tego przyjemna muzyka, zakończona w scenie ostatniej Koncertem fortepianowym C-dur, przepiękną częścią 2. Andante, do której już nieraz układano choreografię, jak choćby słynny Petite Mort Kyliana. Nic nie poradzę, że kiedy usłyszałam pierwsze takty, skojarzył mi się tamten balet i podświadomie porównywałam, ile z "Kyliana" pojawi się w choreografii Pastora. Mimo różnic nie udało się uciec od skojarzeń: taniec podzielony został na odrębne duety Casanovy z kolejnymi tancerkami przewijającymi się w jego sennym widzeniu. Oniryczna, wizyjna scena zamyka balet, nie ujawniając dalszych losów bohatera. Ale cóż, dalsze losy nie rozgrywały się już w Warszawie. 
      A tak w ogóle balet jest komiczny. Kiedy Casanova przynosi Annie Binetti królewski kontrakt na występy, przy okazji odnawiając znajomość z tancerką, wkrótce pojawia się też Branicki z wielkim bukietem róż. Nie mając drogi ucieczki Casanova, ostrzeżony przez Campioniego o nadchodzącym rywalu, chowa się z nim do łóżka. Branicki oczywiście wywęszył obecność obcego mężczyzny w buduarze Binetti i mimo jej rozpaczliwych protestów przeszukuje pokój, odkrywając na koniec ukrytą pod narzutą parę amantów :-) Z kolei podczas ostatecznej konfrontacji w teatrze Branicki trzasnął Casanovę w twarz, ale ponieważ na prawdziwy pojedynek wyzywa się tylko rękawicą, przyjaciel (nie wiem, któryś z hrabiów) podaje mu ją i dopiero tą rękawicą uderzył rywala po raz drugi. Na to Casanova prosi Campioniego o pożyczenie rękawicy i z kolei on oddaje policzek Branickiemu. No i tak to sobie po męsku nawymyślali ;-) Potem był bardzo malowniczy pojedynek i tu chwała Pastorowi i tancerzom, bo pomiędzy typowe szybkie sztychy zostały wstawione sceny jak w zwolnionym tempie na filmie. Świetnie wyszło!

Casanova w Warszawie
Choreografia - Krzysztof Pastor
Koncepcja muzyczna i dyrygent - Jakub Chrenowicz
Libretto - Paweł Chynowski
Scenografia i kostiumy - Gianni Quaranta

Oglądałam 27 stycznia 2017 r.




Adagio i Fuga  do sceny w loży masońskiej


wtorek, 31 stycznia 2017

Na wystawach

      Jak się tak dobrze przyjrzeć, człowiek wpada w kompleksy, że o tylu rzeczach nie wiedział, albo jeszcze gorzej: wiedział, ale zapomniał. Na przykład taka święta Katarzyna Aleksandryjska:


Skąd miałam wiedzieć i pamiętać, że rzeźba z pracowni Jacoba Beinharta (1460 - 1525) znajduje się w zbiorach KUL? Niespodziewanie zdarzyło mi się przed nią stanąć oko w oko. Legenda głosi, że była mądrzejsza od 50. pogańskich mędrców, których w dyspucie zapędziła w kozi róg. Stąd księga trzymana w lewej ręce jako symbol mądrości. Miecz trzymany przez nią w prawej ręce symbolizuje męczeńską śmierć poniesioną w wyniku ścięcia. Postać sprawia majestatyczne wrażenie, zwłaszcza, że prezentowana była na podwyższeniu, więc patrzymy do góry. Nie tak jak święta Barbara z wieżą, której nienaturalnie wygięta sylwetka, w dodatku znacznie mniejszych rozmiarów, wraz z pucułowatą buzią wywołuje wręcz rozbawienie (zdjęcie gorszej jakości, ponieważ zrobione telefonem z katalogu wystawy):


      Takie i inne jeszcze zabytki, w tym niewystawiane na widok publiczny cymelia można było oglądać na wystawie 100 na 100. Sto najcenniejszych dzieł sztuki ze zbiorów KUL na stulecie KUL. Wystawa miała trwać w Zamku Królewskim do końca grudnia, ale została przedłużona do końca stycznia i dzięki temu jeszcze się załapałam. Mało tego, zwiedzanie jej było darmowe, w kasie odbierało się tylko bilet wstępu i w drogę. I tutaj mogę służyć radą, jak zwiedzić zamkowe pokoje królewskie całkowicie za darmo. Otóż wspomniana wystawa 100 na 100 została umieszczona na najwyższej chyba kondygnacji, toteż wspinać się trzeba było krętymi zamkowymi schodami aż się w głowie zakręciło. Ale że do schodów przejeść należało przez amfiladę królewskich komnat, toteż zaopatrzone w darmowe wejściówki obie ze Stokrotką przemaszerowałyśmy przez sale tronowe, sale balowe, sale audiencji, przedsionki królewskie, komnaty sypialne, gabinety, królewską bibliotekę podręczną, korytarze wypełnione po brzegi dziełami sztuki, ciesząc oczy do woli :-) Nawet Rembrandta podziwiałyśmy po raz nie wiem, który. 
       Wróćmy jednak do meritum, czyli celu wspinania się krętymi schodami. Katolicki Uniwersytet Lubelski, erygowany w 1918 roku, przygotowuje się do świętowania setnej rocznicy powstania. Prezentowana wystawa jest częścią obchodów okrągłej rocznicy. Oglądać na niej można rzeźby średniowieczne i współczesne, grafiki, malarstwo, starodruki, ceramikę. Wybrane dzieła można oglądać wirtualnie na stronie http://www.kul.pl/galeria,16771.html 
I chociaż jest tam wiele, jeśli nie większość eksponatów, to św. Barbary z wieżą nie znalazłam ;-) Podobnie jak średniowiecznych ksiąg rękopiśmiennych, jak zawsze zachwycających przepięknymi iluminacjami. Najstarszym dziełem tego typu jest Dekret Gracjana z 1300 r. Bardzo grubaśny! Miniaturki to ja mogę podziwiać godzinami, ale był za szybką i kartek nie wolno przewracać :-( Była jeszcze satyryczna książeczka z XV wieku Statek błaznów Sebastiana Brandta, ilustrowana rycinami w stylu Dürera. 
        Z ciekawostek warto wspomnieć o drewnianych rzeźbach aniołów w późnorokokowym stylu lwowskim. Postacie niezwykle dynamiczne, osiowo skręcone, usadowione na chmurkach. Przypominają mi anioły z bocznych ołtarzy sanktuarium w Krasnobrodzie, którego wystrój powstawał w tym samym czasie. A poza tym wiele ciekawego malarstwa, polskich i zagranicznych artystów, mało znanych i całkiem nieznanych, dlatego warto obejrzeć. Przepiękne Topole Marcelego Harasimowicza automatycznie przypominają bardziej słynny obraz Jana Stanisławskiego Topole nad wodą. Nastrojowe Mgły poranne Józefa Rapackiego mogłyby być ilustracją do poleskich powieści Marii Rodziewiczówny. A jak ktoś szuka wielkich nazwisk, to i takie znajdzie: Mehoffer, Włodzimierz Tetmajer, Leon Wyczółkowski, przepiękne Kwiaty w wazonie Józefa Pankiewicza, wręcz urzekające. Szkice Józefa Chełmońskiego, Jana Matejki, Piotra Michałowskiego. Ba, trzy "Nowosielskie" są nawet. 
      Przy części ceramicznej znowu wyszła ze mnie ignorantka. Nigdy jakoś nie miałam okazji oglądać filiżanek zdobionych reliefowo, więc gdy zobaczyłam ten komplecik misternie opleciony gałązkami poziomek i porzeczek z miśnieńskiej manufaktury, zapachniało mi najdelikatniejszą poziomkową herbatą:


Inne równie "pachnące" porcelany można obejrzeć na podanej wyżej stronie KUL-owskiego skarbca. Wpis miał być o dwóch wystawach, ale zrobił się długi i część dalsza może pojawi się później.

Ok, bonus :-) Jestem zachwycona tym obrazem.

Józef Pankiewicz, Kwiaty w wazonie.



100 na 100. Sto najcenniejszych dzieł sztuki ze zbiorów KUL na stulecie KUL. Zamek Królewski w Warszawie, 12 X 2016 - 31 I 2017. - Oglądałam 27 stycznia 2017.


niedziela, 29 stycznia 2017

Dwa razy pół godziny

       Czekając na początek, widziałam jak wjeżdżały dwie dostojne harfy. O, myślę sobie, będzie pięknie! Na podwyższeniu skład orkiestry dosyć pełny. Symfoniczny. Dużo smyczków, dęte, perkusyjne, nawet dzwonki rurowe, fortepian po lewej, schowany nieco pod balkonem. Z postaci pianisty tylko nogi widziałam. Ale słychać było, co trzeba, więc jakby w porządku. Jakby! Strojenie instrumentów przed koncertem dosyć zabawne, bo całkowicie bez rytmu, każdy sobie. Zdumiewające, jak muzycy słyszą w tej kakofonii swoje skrzypeczki. No ale wstała koncertmistrzyni i nadała ton. Wyrównali. Będzie pięknie, pomyślałam znowu. A mówią, żeby nie zapeszać! Prawdę mówią. Bo kiedy wyszedł dyrygent, zaczęło się! Krótkie urwane uderzenie i zawodzenie. Zawodzenie. Zawodzenie. Uderzenie: tararach! Zawodzenie. Co oni? Dziurki we fletach przedmuchują? Na chwilę odezwało się. Ćwierkanie. I plum. Plum, plum, pilimplum. Fortepian się obudził. Ale przestał. Znowu zawodzenie. Oooo, łagodna fala harfy. Zaraz zacznie się pięknie. A mówili, żeby nie zapeszać? Mówili. Tararach! Zawodzenie. Nie, tym razem coś większego niż flecik. Może puzon? Rożek? Ale tak nisko? Mruczando? Bez melodii? O, się dyrygent zdenerwował. Ja wam zaraz pokażę jak się gra. Wyciągnął szponiastą dłoń w stronę skrzypiec: równo mi tu! Pojechali. Cichutko :-( Za cicho. Znowu się dęte zgrzytliwie wtarabaniły. A flecik zawodzi, zawodzi i tararach! To zaczyna być interesujące: kto będzie górą w tej szarpaninie? Niech się wreszcie zdecydują. Albo rybki, albo akwarium. Tfu! To znaczy albo się siłujemy, albo gramy! Tararach! Znowu? Dosyć! Dyrygent pięść zaciska: teraz wy tam, wyrównać flety! Trąbki dźwięcznie! Tuba w tle! Skrzypce, altówki, wiolonczele unisono jechać mi tu zaraz! Wyżej! Już ja z was wycisnę soki symfoniczne, jak należy. Cisza! Basta! Dzwoneczki poproszę. Delikatnie... delikatnie.... fortepian: jednym klawiszem.... A teraz, skoro nie umiecie grac smyczkami, to za struny proszę paluszkami. Delikatnie... delikatnie... O masz! Kto się znowu wyrywa?! Dzwony w żal, dęte w zgrzyt, skrzypce w jęk. Basta! Dyrygent grozi, wyrównuje, tempo, tempo, tempo! Równo mi tu! Nie pozwolę na samowolkę! Co za anarchia?! Rozstroiły się nerwowo smyczkowe. Ale dyrygent zatacza koło i równa szyk. Pojechało Szostakowiczem?! Jak pięknie! Nie na długo. Znowu jęki fabrycznych syren zawodzą (niektórym się to kojarzyło z takimi syrenami, ja bym nie powiedziała, ale to obrazowe porównanie i oddaje klimat), a za nimi maszerują: tum, tum, tum, por, pur, pur puzony, tuby, saksofony. Nie, no naprawdę zaczyna mnie to bawić. Kto będzie górą? O,  znowu dyrygent wziął wszystkich w garść i zaszumiały smyczki tęsknotą za harmonią. Ciekawa rzecz, tak a`propos. Kompozytorowi udało się wydobyć z każdego instrumentu możliwie najbrzydszy dźwięk, ale jedne wiolonczele nie dały się sprowadzić do turpizmu. Ich szlachetna nuta nie umie być po prostu brzydka. O masz! Znowu anarchia skrzypcowa. Zamiast grać, rżną tępą piłą po nieheblowanej desce. Właściwie o co chodzi? Do jakiej ma to doprowadzić puenty? Do jakiego odkrycia? Przecież musi być finisz na miarę naszych tutaj na widowni cierpień ;-) Ooo, może teraz wreszcie nastąpi? Rozszumiały się znowu skrzypce, rury zadzwoniły powolnym rytmem.... Dostojeństwo dźwięku, powaga. Fraki? Nie, niemożliwe. A jednak. Marsz żałobny! Finito! Górą dyrygent :-) 
      A po przerwie... Niestety,  nawet w programach koncertowych należy czytać informacje drobnym druczkiem jak w umowach bankowych.  Wybrałam się na oryginalną wersję z baletem, jak zostało przez kompozytora napisane, a usłyszałam to, co zwykle: suitę, czyli wersję skróconą, bez pantomimy i bez chóru. Ale może to i lepiej? Muzyka rozpala wyobraźnię. Mocny początek wprowadził odpowiednią dozę niepokoju. Zawirowania, drastyczne przeskoki, taniec instrumentów zamiast baletu, końcowa pogoń ku śmierci... nie! Ku życiu! Jak zawsze jednak ucieczka z góry przegrana. O Cudownym Mandarynie napisano w omówieniu, że jest to muzyka całkowicie atonalna. Naprawdę? To jak nazwać to, co słyszeliśmy przed przerwą???

Koncertu symfonicznego wysłuchałam 28 stycznia w Filharmonii Narodowej
W pierwszej części orkiestra zmagała się z Symfonią nr 3 Witolda Lutosławskiego 
W części drugiej umierał Cudowny Mandaryn Beli Bartoka
Całość mocną ręką prowadził Jacek Kaspszyk

PS Opisu Symfonii Lutosławskiego nie należy brać na serio ;-)


Mandaryn wymyka się śmierci, ale na próżno


piątek, 20 stycznia 2017

Za co lubię Orhana Pamuka

       Orhan Pamuk to jeden z niewielu pisarzy współczesnych, których autentycznie lubię czytać. Jest wyjątkowy. Nie dlatego, że szczególnie lepszy od innych. Nie w tym rzecz. Czytanie go po prostu sprawia mi przyjemność. W przypadku Nazywam się Czerwień bawiłam się sensacyjnymi tropami budowanymi trochę na podobieństwo Umberto Eco w Imieniu róży. Uwielbiam takie zawiłości i wielość narracji. A jeszcze ten motyw księgi! Stambuł ma charakter autobiograficzny i nie jest to utwór z fikcyjną fabułą. Poznajemy  miasto, wielką metropolię, niegdysiejszą stolicę imperium. Razem z autorem chodzimy jego ulicami, cofamy się w przeszłość, rozmawiamy z mieszkańcami. I oglądamy obrazy. Pisarz naiwny i sentymentalny całkowicie zrywa z fikcyjnością fabularną, ujawniając warsztat pisarza. A może nie tyle warsztat, co poglądy Pamuka na twórczość powieściową, w tym jego własną. Ciekawe jest śledzić powieściowe tropy prowadzące do zdarzeń i przeżyć samego autora. Już ten przegląd pokazuje, że Orhan Pamuk do powieściopisarstwa bynajmniej się nie ogranicza. Sprawia wrażenie pisarza totalnego, gdyż wszystko pod jego piórem może okazać się godne literackiego tematu: wymyślona intryga, wspomnienie z dzieciństwa, dzieła sztuki, opis rodzinnego domu, rozmowy z ludźmi, burzliwe wydarzenia historyczne, polityczne przewroty, kataklizmy, kreowanie swoich bohaterów literackich, dziecięce zabawy ... Jak pisze we Wstępie do Innych kolorów: myśli,obrazy i fragmenty życia.
      Inne kolory, podobnie jak wcześniej czytany przeze mnie Stambuł, jak wielu odpryskach rozbitego lustra budują portret miasta. Są tu tak różne tematy, że nie sposób ich wymienić, a każdy fragment dostarcza innego rodzaju przyjemności. Za co więc lubię Orhana Pamuka?
Za dystans do siebie i swojej twórczości:
      Ktoś taki [jak ja - dop. n.] nie pragnie za pomocą literatury zbawiać świata, chce jedynie przetrwać trudny dzień.
Za brak sentymentalizmu we wspomnieniach ojcu:
      ... gniew i zazdrość, jakie odczuwałem wobec mojego ojca lekkoducha, który nigdy nie narzucał mi swej woli ani nigdy mnie nie zranił, zamieniły się stopniowo w pokorną akceptację łączącego nas nieuniknionego podobieństwa.
Za celność opisywanych zmian cywilizacyjnych:
      Dawniej, gdy trójpokładowe promy przepływały obok yali, stojący na trzecim, najwyższym pokładzie kapitan i rozmarzona pani domu, nakrywająca do stołu, mogli na moment spotkać się wzrokiem. Teraz zaś pasażerowie sprowadzonych z Norwegii wodolotów, których wnętrza przypominają pogrążone w ciszy duszne sale kinowe, nie wyglądają nawet przez okna, lecz wpatrują się w ekrany telewizorów.
Za uznanie wyższości natury nad malutkimi sprawami człowieka:
    Kto wie, jak piękny musi być wtedy ów olśniewający widok ogarnięty przez żywioł, gdy niebo i ziemia mieszają się ze sobą w zawierusze [odniesienie do wcześniej wspomnianej burzy z piorunami - dop. n.],a zazwyczaj milczący platan szumi i gnie się na wietrze? Tymczasem ja tu, tak daleko od tamtego miejsca, marnuję życie, zajmując się bzdurami.
Za podejrzenia wobec ptaków:
      Pada, a ptak siedzi na dachu jak gdyby nigdy nic. Siedzi nieruchomo jak zwykle, tak jakby nie padał deszcz. Być może to stworzenie to w rzeczywistości wielki filozof - zbyt wielki, by przejmować się błahostkami. Sterczy tak. Na dachu. Deszcz pada. Przycupnięta za oknem mewa wydaje się myśleć: "Wiem, wiem, pada, ale niewiele mogę na to poradzić". Albo: "Tak, pada deszcz, ale jakie to ma znaczenie?"....
Za zaglądanie do wnętrz człowieka jak do obnażonych podczas trzęsienia ziemi mieszkań:
    Najgłębiej ukryte i najbardziej bezlitosne zasady rządzące ludzkim życiem stały się widoczne niczym sprzęty w mieszkaniach, do których środka można było teraz zajrzeć, gdyż runęły zasłaniające je ściany.
Za brak złudzeń:
      W kraju,gdzie prezydenci pochwalają łapówkarstwo, nazywając je "praktycznym" sposobem na załatwienie spraw, w kulturze, gdzie zażyłe kontakty z oszustami nie są uważane za naganne, nie należy się spodziewać, że ze strachu przed mogącym wystąpić w nieokreślonej przyszłości trzęsieniem ziemi, którego skutki odczują inni, przedsiębiorcy budowlani przestaną kraść cement i  zbrojenia oraz zgodzą się na dodatkowe "koszty", by budować zgodnie z normami.
Za tajemne porozumienie z przedmiotami:
      Młynek do pieprzu z przezroczystego plastiku przyglądał mi się w nocnej ciszy.

Oraz za stambulskie ulice i przede wszystkim za to, że jego książki są grube:-) Inne kolory mają ponad 600 stron. Zostało mi jeszcze sporo.