niedziela, 5 kwietnia 2020

Natura i człowiek

    Wysiadając wpadliśmy na drzewa. Gdzieś w pobliżu mieliśmy coś zwiedzać, ale nikt nie słuchał, co to mialo być, bo wszyscy jak jeden mąż wyjęli aparaty i zaczęli fotografować drzewa jak dzbanki albo flakony. Skojarzenie jak najbardziej słuszne, gdyż są to drzewa butelkowe. Należą do rodziny wełniakowatych, wśród których wyodrębnia się ok. 200 gatunków, więc trudno mi określić, który to z nich. Zapewne jest to jakiś puchowiec (Ceiba speciosa lub Ceiba insignis). Pochodzą z Ameryki Południowej, ale te rosną w Barcelonie. Nie dość, że mają malownicze pnie, to na dodatek tworzą fantastyczne baldachimy ze swoich koron. Tutaj jeszcze bezlistne, ale może dlatego wyraźnie widać rozgałęzione konary. 


   
     Z kolei w dzielnicy Poblenou zwykle zwiedza się Wioskę Olimpijską, a w zasadzie nie tyle wioskę, ile bulwar i plażę. I tym razem jednak nie te atrakcje wzbudziły moje zaintersowanie. Otóż przy Avenida Icaria są drzewa. Ale jakie!


     Na początku lat dziewięćdziesiatych ubiegłego wieku dawną dzielnicę przemysłową postanowiono odnowić i unowocześnić, przystosować do ludzkich oczekiwań, co było związane z przygotowaniami do Letnich Igrzysk Olimpijskich, które miały się odbyć w 1992 roku. Niestety, ze względu na biegnącą podziemią kanalizację, nie można było posadzić żywych drzew, więc Enric Miralles Moya stworzył drzewiasty pasaż w stylu modernistycznym. W zamierzrniu architekta miały one łączyć rozmieszczone po przeciwnych stronach kamienbnice we wspólną przestrzeń, w której ludzie mogą się spotykać. Czy tak rzeczywiście jest, trzeba by zapytać mieszkańców. Mam jednak wrażenie, że drzewa butelkowe były dla Mirallesa bezpośrednią inspiracją. 
      Tak więc zwiedzając Barcelonę, można wędrować nie tylko ścieżkami Gaudiego lub trasami wytyczonymi przez najpopularniejsze przewodniki. Nie czytałam może tych przewodników dużo, ale w żadnym nie znalazłam informacji o Pasażu Mirallesa. Znalazałam go na własną rękę.  

wtorek, 31 marca 2020

Słuchałam wtedy ze ściśniętym gardłem

      W 2014 roku Stanisław Skrowaczewski dyrygował V symfonią Dymitra Szostakowicza w nowej siedzibie NOSPR w Katowicach. Koncert zakończył się owacją na stojąco, chociaż bliżej prawdy będzie powiedzieć, że interpretacja wgniatała w fotel. Słuchałam wówczas transmisji i dobrze, że siedziałam sama w domu, bo do owacji zapewne wstać bym nie była w stanie. Dzisiaj Dwójka PR powtórzy tamten koncert o 21:00.

Tutaj też V symfonia pod Skrowaczewskim,  jako przedsmak wieczornych wrażeń, chociaż inna orkiestra.




To, co zaczyna się po dzisiątej minucie, jest nie do wypowiedzenia... 

niedziela, 29 marca 2020

Zmarł Krzysztof Penderecki

 Pieśń Cherubinów



Crucyfixus - Crucem tuam adoramus Domine - Fragment pochodzi z obszerniejszego dzieła Credo. Wspaniałe, przejmujące połączenie instrumentów dętych z chórem.  Penderecki wplótł w środku pieśń "Któryś za nas cierpiał rany". Wstrząsające!

sobota, 28 marca 2020

Takie koncerty w czasie zarazy

Daniel Hope urządza w domu koncerty dla wirtualnych odbiorców.
A gra przepięknie.

Koncert domowy Daniela Hope


Skrzypce pięknie brzmią, bo to Guarneri ex Lipiński, czyli instrument należący niegdyś do Karola Lipińskiego. Wykonał je słynny lutnik z rodu Guarnerich zwany del Gesu w 1737 roku. Charakterystyczną cechą jego skrzypiec jest przepiękny dźwięk zwałszcza w wysokich tonach, słodki i brylantowy.

sobota, 21 marca 2020

Książę

     Nazywano go księciem wszystkich muzyków. Jego twórczość podziwiali i  wychwalali wybitni pisarze ówczesnej epoki: Ronsard, Rabelais, Castiglione, Erazm z Rotterdamu. Cosimo Bartoli w pół wieku po jego śmierci  nazwał go cudem muzycznej natury. Jego jedyny autograf widnieje na ścianie chóru Kaplicy Sykstyńskiej - sam go tam wyrył będąc chórzystą. Gdzie i kiedy dokładnie urodził się Josquin des Pres - nie wiadomo.  Pochodził z rejonu Pikardii na północy Francji, a działalność muzyczną rozwijał w wielu miastach: Paryżu, Ferrarze, Mediolanie, Rzymie, aby pod koniec życia osiąść ponownie w rodzinnych stronach, gdzie zmarł w 1521 r. w Conde-sur-l`Escaut. Nazwisko "des Pres" jest właściwie francuskim tłumaczeniem flandryjskiego przydomka "van de Velde", co znaczy "z pól", tak więc po polsku powiedzielibyśmy Josquin z Pól.
     Rolę Josquina des Pres w renesansie porównuje się do zasług Mozarta dla stylu klasycznego: obaj muzykę swojej epoki wprowadzili na szczyty doskonałości. Josquin des Pres dzięki swojej ruchliwości miał możliwość poznania i dokonania syntezy dwóch stylów muzycznych: francusko-flamandzkiej techniki kontrapunktycznej z liryczno-homofonicznym stylem włoskim, z którym zetknął się w Mediolanie. Tam bowiem najpierw śpiewał w chórze katedralnym (jego nazwisko pojawia się już w 1459 roku), a następnie do 1486 r. w chórze dworskim  księcia Geleazzy Marii Sforzy. Do Mediolanu powrócił jeszcze raz po ośmioletnim pobycie w Rzymie w 1494 roku. Następnie udał się do Francji, ale drogi muzyczne sprowadziły go do Italii ponownie kilka lat później, gdy zatrudnił się na dworze księcia Ercole I d`Este w Ferrarze. Niestety, epidemia dżumy zmusiła Josquina do ucieczki i ostatecznego powrotu w ojczyste strony.
      Podczas wędrówek po chórach i arystokratycznych dworach des Pres łączył działalność chórzysty i twórczość kompozytorską i to za sprawą tej drugiej zyskał niekwestionowaną sławę Księcia Muzyki. Przyczynił się do tego także wenecki drukarz Ottaviano Petrucci, który w 1501 roku wydał pierwszą drukowaną ruchomą czcionką książeczkę z zapisem partytur muzycznych Harmonice Musices Odhecaton (Sto pieśni muzyki harmonicznej). Drukarzowi należy się tutaj kilka słów, gdyż jego rola w rozwoju zapisów nutowych jest taka, jak rola Gutenberga dla rozwoju drukarstwa w ogóle. Petrucci bowiem skonstruował ruchome czcionki do drukowania zapisu nutowego, a jego Odhecaton pozwolił na znaczne obniżenie kosztów drukowania partytur. Uzyskany w 1498 roku przywilej pozwolił mu na otworzenie w Wenecji największej drukarni nut w ówczesnej Europie. Odhecaton zawiera 96 utworów trzy- i czterogłosowych kilku sławnych ówcześnie kompozytorów, wśród których znalazł się właśnie Josquin des Pres. Petrucci także w kolejnych publikacjach umieszczał jego kompozycje, czego zwieńczeniem było rozłożone na lata 1502 - 1514 monograficzne trzytomowe wydanie prawie wszystkich mszy Josquina des Pres.
     Sam Josquin des Pres zasłynął jako kompozytor mszy, motetów, polifonicznych opracowań starotestamentowych psalmów i świeckich chansons. Jego muzyka jest różnorodna i harmonijna. Pozwalał też sobie na żarty ze swoich mecenasów, o czym mówi pewna anegdota. Kiedy kardynał Ascanio Sforza (u którego przez pewien czas służył kompozytor ) wciąż odmawiał wypłaty zaległych pieniędzy powtarzając lascia farmi (daj mi spokój),  des Pres "zemścił się"  umieszczając w jednej z mszy cantus firmus skonstruowany na tym okrzyku i powstała Missa la-sol-fa-re-mi. Podobno cały Rzym się śmiał z tego żartu. Mimo zabawnych okoliczności powstania jest to jeden z najlepszych utworów kompozytora. Podobnie jak jedna z ostatnich mszy Pangue Lingua oraz motetowe opracowanie Psalmu 50. Miserere mei Deus. Pięciogłosowe opracowanie Psalmu 50. zostało zamówione przez księcia Ercole d`Este z myślą o liturgii Wielkiego Tygodnia. Kompozycja ma bardzo spójną symetryczną budowę, w części pierwszej opartą na intonacji opadającej, a w części drugiej na intonacji wznoszącej. Psalmowe motety Josquina swoją popularnością przyczyniły się do późniejszych licznych nawiązań kompozytorów następnego stulecia. Ale to już temat na inną opowieść.


piątek, 13 marca 2020

Będzie mi się śnił

   Nie wiedziałam, że mamy w Polsce Botticellego! Widziałam Rembrandta, widziałam Leonarda, Memlinga (ale on to właściwie prawie nasz), jest Brueghel, El Greco, jest Lukas Cranach i Kandinsky, jest nawet jeden Monet. Nie wiedziałam jednak, że mamy Botticellego. Inna rzecz, że przez lata obraz uznawany był za dzieło z jego warsztatu, ale wykonane przez uczniów. Ostatecznie po konserwacji i ekspertyzach okazało się, że malowała go ręka samego mistrza. 

Madonna z Dzieciątkiem, św. Janem Chrzcicielem  i  Aniołem


Obraz jest rozświetlony, przepiękny, zdjęcie nie oddaje pełnego wrażenia. Rysy Madonny są niemal identyczne jak na znanym obrazie "Narodziny Wenus". Większość Madonn Botticellego ma twarze bardzo podobne. Powstała teoria, że w postaci Wenus Botticelli sportretował Simonettę Vespucci, nazywaną la bella Simonetta. Uważano ją za ideał piękna w ówczesnych Włoszech. Trudno obronić tę tezę, gdyż "Narodziny Wenus" powstały dziesięć lat po śmierci Simonetty, która zmarła mając zaledwie 22 lata. Niemniej Ernst Gombrich głosił iście romantyczną teorię, że Botticelli z pamięci uwieczniał ją jako ideał w wielu postaciach kobiet malowanych przez całe życie. Późniejsi badacze odrzucili tę koncepcję.
     Walorami malarstwa Botticellego są precyzyjne linie i kolorystyka, co wyraźnie widać na obrazie z Muzeum Narodowego w Warszawie. Zestawienie barw jest doskonałe. Niebieski w kilku tonacjach: czysta ultramaryna uzyskana z rozdrobnionego kamienia lapis lazuli. Tak samo różowy jaśniejszy i ciemniejszy, brązy rozmieszczone w rytmicznych powtórzeniach: szata Jana Chrzciciela, kołnierz sukni Madonny i odchylające się szerokich poły rękawów, oprawa księgi (Nowy Testament) trzymanej przez Anioła. Z kolei w samej postaci Anioła kolor okładki jest symetryczny z jego włosami.  Kołnierz i wewnętrzne poły rękawów Madonny tworzą trójkąt (Trójca Święta), w który wpisana została postać Dzieciątka. 
      Nie należy szukać realizmu czy zgodności chociażby z opisem ewangelicznym. Przecież Jan Chrzciciel był starszy od Jezusa zaledwie o pół roku, tutaj różnica wynosi kilka lat. Botticelli nie stara się o wierność faktograficzną czy anatomiczną swoich postaci. Na przykład twarzom nadaje - jak w innych dziełach - charakterystyczny wydłużony kształt. Tylko Jezus jako dziecko jest bardziej pulchny. Każdy element - dwie księgi, brama w tle, róże, krzyż w ręku Jan Chrzciciela, kolory -  ma  symboliczne odniesienia, którym badacze poświęcili wiele interpretacji. Stojąc jednak przed obrazem jesteśmy przede wszystkim pod wrażeniem precyzyjnej kompozycji i jasności, delikatności, świetlistości tak charakterystycznej dla Botticellego. Widać to w twarzy Madonny, pochyleniu jej głowy, różanych kwiatach w tle, czterofigurowej kompozycji wpisanej w koło (tondo), a zarazem w tle skontrastowanej z dwiema kolumnami symbolizującymi bramę do wieczności. Patrzymy, patrzymy i dopiero po pewnej chwili dostrzegamy zdumiewającą precyzję i delikatność pędzla artysty. Mały Jezus na górnej części ciała ma na sobie przezroczystą koszulkę. Jak oddać kolorem (?!) przezroczystość materii? Niepojęte.

poniedziałek, 9 marca 2020

Od opery do musicalu

      Rzecz ma początek w operze Verdiego "Aida", której libretto na nowo zaadaptował Tim Rice, dopisując piosenki, a muzykę skomponował Elton John.  Najpierw trzeba zapomnieć o Verdim.  Musical rządzi się innymi prawami.  Muzyka ma wpadać w ucho, akcja  rozwijać się dynamiczniej, a choreograficzne popisy przykuwać uwagę intensywnością.  Zmienność układów nasuwa pytanie czy to jeszcze scena, czy już plan filmowy?
     Gdy rodziła się sztuka filmowa, czerpała z zastanych toposów kulturowych. Taki Bergman na przykład i jego  "Siódma pieczęć".  Memento mori, kultura rycerska,  szachy i śmierć - średniowieczne toposy. Ale Bergman studiował literaturę. Dzisiejsi reżyserzy teatralni i operowi oglądają filmy! Mamy więc na scenie choreografię  rodem z "Matrixa" Wachowskich.  Dla dzisiejszego młodego widza rzecz rozpoznawalna. Można tylko cichutko sobie westchnąć: jaki to ma związek z Egiptem? Aida nie była hakerką zbiegłą do Syjonu, lecz etiopską księżniczką w niewoli egipskiej.
   


      Musicalowa "Aida" wystawiana jest na Broadwayu od dwudziestu lat. Polska wersja wzbudza jak dotąd dużo pozytywnych opinii, wręcz zachwytów, olśnień. Muzyka Eltona Johna z piosenkami Rice`a w Teatrze Roma w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego ma wiele charakterystycznych momentów. Mocne akcenty etniczne w rytmice podkreślone zostały fantastyczną choreografią Agnieszki Brańskiej.  Ponieważ nie przepadam za musicalową konwencją muzyki i piosenek, to właśnie taniec, choreografia i scenografia najbardziej wzbudzały moją uwagę. Za pomocą starannie przemyślanych detali architektonicznych, ruchomych zgeometryzowanych elementów zmieniajacych swoje położenie, plastycznie oddanych antycznych reliefów, posągów i obrazów wspomaganych techniką animacji udało się wydobyć na scenie aurę antycznego Egiptu. Stroje nie były odzworowaniem ubiorów znanych z egipskich rysunków, ale swobodnie nawiązywały do utrwalonych linii, łącząc archaiczność ze współczesnością. Charakterystyczne egipskie peruki również znalazły zastosowanie, zwłaszcza w postaci egipskiej księżniczki Amneris.
    Wierni widzowie musicali i sceny pop zapewne rozpoznają większość wykonawców głównych ról. Ja słyszałam ich po raz pierwszy.  Obsada z 7 marca nie była identyczna z tą premierową z października ubiegłego roku, ale wiadomo też, że chociaż premierze towarzyszą ogromne emocje i dreszczyk ekscytacji wzmacnia pozytywne nastroje, dopiero w kolejnych realizacjach aktorzy czują się na tyle swobodnie, że wykorzystują w pełni swoje możliwości. W oglądanej inscenizacji  wokalnie i charakterologicznie o wiele bardziej podobała mi się Amneris kreowana przez Zofię Nowakowską niż tytułowa Aida (Barbara Gąsienica Giewont).  Trudna postać egipskiej księżniczki wymaga bowiem dobrego aktorstwa, i to aktorstwa wokalnego, żeby pokazać początkową jej groteskowość przypominającą skrzyżowanie Marilyn Monroe z kabaretową Mariolką, a później dokonać przeobrażenia, gdy bohaterka zaczyna interesować się  sprawami polityki wielkiego państwa, a przy tym doświadcza zdrady i zawodu w sferze osobistej. Na tle Amneris Aida wydaje się postacią zbyt jednowymiarową.
     Podobne odczucia towarzyszyły mi obserwowaniu dwóch postaci męskich: Radamesa -  w tej roli wokalnie mocny Jan Traczyk - i Dżosera (ojca Radamesa) granego przez Janusza Krucińskiego. Czarny charakter był zdecydowanie lepszy, a jego straż przyboczna czy też jak to określono w którymś materiale promocyjnym "doradcy" w kostiumach z powiewającymi połami czarnych płaszczy jakby żywcem wzięci z "Matrixa", tylko im ciemnych okularów brakowało.
      Muzycznie i choreograficznie więc rzecz porywająca. Piosenki specjalnie do musicalu napisane niosą wyraziste przesłanie, np. wolnościowe, gdy mowa o wieloletniej niewoli Nubijczyjków podbitych przez Egipt, lub służą charakterystyce postaci, jak w przypadku manifestu Amneris "W rękawie as", jednkaże w ucho nie wpadają i trudno byłoby powtórzyć choćby zarys melodii. Może ktoś to chwyta, mnie się nie udało. Mam tylko w oczach świetne układy taneczne i malownicze kostiumy. Szukać dramatu na miarę Verdiego też nie należy. Wymowa musicalu, chociaż kończy się tragicznie dla głownych bohaterów, jest optymistyczna, ponieważ nowa władczyni - kobieta na faraonowym tronie - zaprowadza pokój między narodami, uwalniając zniewolonych Nubijczyków. I żyli długo i szczęśliwie. Poza Radamesem i Aidą, rzecz jasna, którzy zostali żywcem zakopani w piasku. Na szczęście nie musieliśmy tego naocznie oglądać. Bo jak wystawiano "Deszczową piosenkę", deszcz padał, a jakże! na połowę widowni. Jeszcze jeden przykład wzorowania się na technologii filmowej. Skoro powstają kina 4D i 5D z towarzyszącymi filmowym obrazom efektami specjalnymi, czemu w musicalu nie może padać na widzów deszcz albo piasek?
      Jeden z choreograficznych popisów, szkoda, że nagranie jakieś takie poklatkowe.