wtorek, 25 kwietnia 2017

Opera na dziś

Dziś wieczorem - 20:20 w TV Kultura
LOHENGRIN - z Piotrem Beczałą w partii tytułowej
W partii Elsy - Anna Netrebko

Nagranie z Semperoper w Dreźnie

Piotr Beczała - In fernem Land (poprawiłam tytuł arii, podpis klipu jest błędny)


środa, 19 kwietnia 2017

Znowu na Kresach

Kto się zapatrzył w tamte strony
Gdzie dotąd niebo nocą ciemną
Od łuny drży nieugaszonej,
Niech w noc tę głębiej idzie ze mną.
(.............)
Bo nie ma ziemi wybieranej,
Jest tylko ziemia przeznaczona,
Ze wszystkich bogactw - cztery ściany,
Z całego świata - tamta strona.

       Słowa Kazimierza Wierzyńskiego mogłyby stanowić motto kresowych książek Katarzyny Węglickiej. W przeciwieństwie jednak do poetyckiej wizji autorka Kresy wybrała jako swoją "stronę świata", której poświęca czas, zainteresowania, wędrówki i pisarskie realizacje. Pochodząca z Mławy, mieszkająca w Warszawie Katarzyna Węglicka kresową przygodę zaczęła w czasie studiów, kiedy jako stypendystka Uniwersytetu Warszawskiego wyjechała do Wilna. Jako doktorantka Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk właśnie ze sztuką Wielkiego Księstwa Litewskiego związała swoją działalność naukową. Pierwszą książkę (2004 r.) poświęciła Litwie. Do dzisiaj w jej dorobku naliczyłam co najmniej 10 tytułów, ja jednak trafiłam dopiero na jedną  z nich, zupełnie przypadkiem, na wyprzedaży. Polskie Kresy literackie. Ludzie, fascynacje, krajobrazy wydane w 2015 r. to zbiór portretów pisarzy, bardziej i mniej znanych, pochodzących lub w inny sposób związanych z kresowymi rubieżami dawnej Rzeczpospolitej, od oświeceniowych postaci Stanisława Trembeckiego czy Franciszka Karpińskiego, przez całą plejadę romantyków, po Iwaszkiewicza, Gałczyńskiego, Wańkowicza, Lema i najsłynniejszego kresowego przemytnika, Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy, Sergiusza Piaseckiego. Obok znanych nazwisk Mickiewicza, Orzeszkowej, Ujejskiego, Herberta, czytamy też ciekawostki o tych mniej znanych, zapomnianych, jak Stanisławie Balińskim, Władysławie Milczarku, Mieczysławie Romanowskim i innych. Autorka prowadzi czytelnika ścieżkami porosłymi chwastami niepamięci, po drogach, na których już nie ma żadnych drogowskazów, czasami tylko przygodne spotkania z mieszkańcami tych ziem okazują się ostatnimi wskazówkami ku przeszłości bezpowrotnie odchodzącej w zapomnienie. Smutne są opisy miejsc, w których stała jakaś cerkiew, jakiś dwór, jakaś fara, wieża czy zamek, a dziś żaden ślad nie pozostał. Autorka być może opisuje ostatnie literackie szlaki, po których jeszcze można przynajmniej myślą i wyobraźnią przemierzać dawne Kresy. 

       Narracja Katarzyny Węglickiej bogactwem szczegółów, ciekawostek, informacji biograficznych przypomina gawędę przewodnika oprowadzającego podczas zwiedzania okolic. Nie jest to dziwne, gdyż punktem wyjścia spotkań z konkretnymi nazwiskami w kolejnych rozdziałach jest nawiązanie do autentycznych wielokrotnych podróży autorki po tamtych terenach, miasteczkach, zaściankach i wzgórzach pamiętających dawne czasy. Autorka ponadto zajmuje się oprowadzaniem wycieczek, jej książka ma więc znamiona przewodnika literackimi szlakami Kresów, w wielu miejscach zawierając cytaty z utworów literackich, przywoływanych na zasadzie analogii lub kontrastu wobec obrazów współczesnych. Katarzyna Węglicka wielokrotnie wspomina, że wyruszając do określonego miejsca, zabierała ze sobą tę czy inną książkę, próbując na współczesnej mapie odnaleźć ślady opisane piórem pisarzy. I czasami dochodzi do niezwykłych spotkań z ludźmi, którzy jako ostatni świadkowie swoim istnieniem i słowami potwierdzają autentyczność "tamtej strony" świata minionego, "czasu przeszłego dokonanego". Do takich niezwykłych spotkań autorka zalicza między innymi  rozmowę z Hucułką Ołenką, która okazała się tą samą Ołenką, która w 1939 roku przeprowadzała Stanisława Vincenza z synem przez Czarnohorę do granicy polsko-węgierskiej. Innym razem w Drohobyczu znajduje starszego już pana, który był uczniem Brunona Schulza. Ostatni świadkowie, ostatnie ich opowieści. Miejsca pamiątkowe i miejsca pamięci. czasami ruiny, jak willa Skiz Gabrieli Zapolskiej na lwowskim Jałowcu. 
       Szczególną muzyką dla ucha kogoś zakochanego w Kresach są nazwy miejscowości: Jaszuny - miejsce niespełnionej miłości Juliusza Słowackiego do Ludwiki Śniadeckiej; Opitołoki - gdzie podczas chrztu wyrzekał się diabła Czesław Miłosz; Bubniszcze - "Owe Bubniska, Bubniszcze czy jak tam - są do dziś zagadką dla badaczy. Nikomu nie udało się dotąd ustalić, co to jest albo czym to było, skąd się wzięło, kiedy i komu do czego miało służyć" - jak pisała Beata Obertyńska; Beremiany - gdzie urodził się Kornel Ujejski; Drohobycz, Bohatyrowicze, Winnica, Kałużyce, Czahary ... aż po Okopy Świętej Trójcy. "Wspominam to teraz jak sen" - pisała Maria Rodziewiczówna. A Katarzyna Węglicka wtóruje wspomnieniom: "Na tej ziemi nie spotyka się już Polaków, bo ich tu nie ma. Nikt z miejscowych nie nawiązuje rozmowy, jak to często się zdarza na Kresach. Ale czeka tu czas przeszły dokonany, jak mawiał ksiądz Walerian Meysztowicz: ludzie, którzy odeszli, ale którzy pozostawili pamięć i ślad po sobie. Ktoś kiedyś powiedział: nie wszystek umrę."

środa, 12 kwietnia 2017

A tam grają i śpiewają

       Pierwszego dnia, a raczej wieczoru Misteriów Paschaliów grano i śpiewano Monteverdiego Selva morale e spirituale. W kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej wystąpili francuski zespół Le Poème Harmonique oraz rosyjski chór z Permu musicAeterna. Dyrygował Vincent Dumestre, który w tym roku nie tylko po raz kolejny zaprezentował się w Krakowie, ale też jako dyrektor rezydent festiwalu ułożył jego program. Że Dumestre potrafi stworzyć niesamowitą atmosferę wielkopostnej zadumy, wiem już z poprzednich lat, kiedy oglądałam na żywo występy jego zespołu. Natomiast chóru musicAeterna słuchałam po raz pierwszy.




     Dzień drugi zdominowała muzyka "na śmierć" - Messe des morts francuskiego kompozytora Jeana Gillesa (1668 -1705). Dzieło swego czasu często wykonywane na uroczystościach pogrzebowych zasłużonych osób, w tym królów, np. króla Polski Stanisława Leszczyńskiego w 1736 roku. Podobno jednak kompozytor napisał je dla samego siebie i jedna z wersji głosi, że po raz pierwszy zostało wykonane właśnie na jego własnym pogrzebie. Requiem Gillesa było kilkakrotnie przerabiane, ale wczoraj połączone zespoły: chór Cappelli Cracoviensis oraz Capriccio Stravagante pod dyrygentem Skipem Sempé zaprezentowały kompozycję pierwotną. I było to bardzo piękne, nastrojowe, refleksyjne wykonanie, chociaż w czasie transmisji radiowej trzy razy urywał się sygnał.
     Tegoroczne Misteria Paschalia nagrywa także stacja Mezzo, może więc będą za jakiś czas dostępne nagrania całości. Na razie filmik z drugiego dnia festiwalu:




Oraz fragment Requiem Gillesa:


czwartek, 6 kwietnia 2017

Smutny film z muzyką






       Obrazy Zdzisława Beksińskiego - koszmarne sny czy apokaliptyczne wizje? Mroczne i fascynujące. Niepokojące. Raz obejrzane pozostają w pamięci. Tak samo jak pokraczne postacie Hieronima Boscha. Malarstwo nierzeczywiste, a przecież tak bardzo realne, że ciarki przechodzą. Bo to wszystko jest prawdą o nas: o naszej samotności, o zanurzaniu się w śmierć każdego dnia, o marności świata i naszego w nim uczestniczenia. Przypomniało mi się malarstwo Beksińskiego, ponieważ obejrzałam "Ostatnią rodzinę". Obrazy grają w filmie ważną rolę. Malarz maluje je słuchając głośno muzyki, syn ma w swoim mieszkaniu obrazy ojca, może te mniej mroczne, pejzażowe, ale jest w filmie scena, gdy Tomasz przychodzi do mieszkania rodziców i bez pytania zdejmuje ze sztalug najnowszy obraz ojca, żeby go zabrać do siebie. Kiedy marszand pyta, czy sprzedałby mu kilka obrazów ojca, nawet nie chce o tym słyszeć: "no chance" - ucina wszelkie pertraktacje. 
       O filmie przeczytałam co najmniej 10 recenzji i niewiele mogłabym do nich dodać. Ograniczenie planu filmowego do mieszkań w blokach na Służewcu, gdzie od 1977 roku mieszkali bohaterowie po przeprowadzeniu się z Sanoka do Warszawy, wielokrotne przejazdy windą, szpitalne korytarze wywierają klaustrofobiczne wrażenie. Kilka zaledwie scen rozgrywa się w miejskiej przestrzeni, ale  są to kilkakrotne przejścia bohaterów międzyblokowymi ścieżkami, co również nie daje możliwości większego, głębszego oddechu. Codzienne rytuały, wybuchy agresywnych reakcji Tomasza rozbijającego butelki i meble, powolne zamieranie rodzinnego życia: śmierć teściowej i matki Beksińskiego, śmierć jego żony, samobójstwo syna, wreszcie jego własna absurdalna śmierć od siedemnastu ciosów nożem zadanych przez zabójcę.  
       Odebrałam film jako przeraźliwie smutny. I nie bardzo wiadomo, co można by było w życiu bohaterów zmienić. Każdy ma swoje słabostki, natręctwa, każdy zmaga się z własnymi koszmarami. Może rodzina Beksińskich nie była typowa, bo przecież i Zdzisław (rewelacyjny Andrzej Seweryn) i Tomasz (Dawid Ogrodnik) to jednostki ponadprzeciętne, wybitny malarz, artysta i ponadprzeciętnie inteligentny tłumacz filmowych dialogów "Monty Pythona", znawca rocka, popularyzator muzyki, radiowiec. Niemniej zmagają się z problemami jak każdy z nas. Wbrew niektórym opiniom nie uważam, żeby relacje w rodzinie Beksińskich były patologiczne. Nie ma rodzin idealnych. Nie jest możliwe, aby panowało całkowite wzajemne zrozumienie, aby nie dochodziło do buntu, wzajemnego ranienia się. Była to wiec rodzina z tego punktu widzenia całkiem zwyczajna, a niezwyczajność wynika chyba z nagromadzenia jakiegoś fatalizmu w losach jej członków. Pomiędzy dwoma indywidualistami rodzinne więzi pielęgnuje i empatycznie spina żona i matka Zofia Beksińska (Aleksandra Konieczna). Ale i jej fatalny los nie oszczędza. I to jest smutne. 
        Uwagę zwraca rola muzyki w filmie. W przypadku Tomasza wynika to naturalnie z jego fascynacji i pracą w radiu jako prezentera i popularyzatora muzyki rockowej. Stąd kawałki znanych (dla mnie może nieco mniej) przebojów lat 80. i 90. Natomiast zainteresowania muzyczne Zdzisława Beksińskiego są odmienne. Maluje obrazy słuchając muzyki klasycznej, od późnego romantyzmu po współczesną. Muzyka integruje sceny filmowe i nadaje im określony wyraz, maluje atmosferę, potęguje emocje. Jak wielką odgrywa role, nie tylko ilustracyjna, stanowi fakt, że został wydany dwupłytowy album zawierający utwory pojawiające się filmie. na pierwszym krążku muzyka Tomasza Beksińskiego: piosenki Yazoo, Petera Gabriela, Marillion,  Roxy Music, Ultravox; na drugim jego ojca: muzyka Liszta, Schnittkego, Debussy`ego i przede wszystkim Mahlera. 



      O muzyce filmowej powstawały też audycje. Myślę nawet, że jej wysłuchanie powinno być naturalnym dopełnieniem obejrzenia filmu. Jeśli ktoś wychodzi z kina, nie dosłuchawszy do końca ostatnich tonów z napisów końcowych, to nic z tego filmu nie wyniósł ani nie zrozumiał. 





niedziela, 2 kwietnia 2017

Po francusku

      Dr Jekyll i Mr Hyde na dawnych Zapiskach

       Od "Padam... padam..." do "La Boheme", czyli Edith Piaf, Charles Aznovour, a po drodze jeszcze piosenki Juliette Greco. Nasłuchałam się artystycznej francuszczyzny w koncercie Yagi, czyli Jadwigi Kowalik od lat wykonującej piosenki z repertuaru francuskich pieśniarzy. Miała okres Edith Piaf, przechodziła fascynację twórczością Barbary, czyli Monique Andrée Serf, a teraz słuchamy programu złożonego z utworów Piaf, Greco i Aznavoura. Nastrój kawiarniany, towarzystwo cyganerii, całość utrzymana w stylu secesyjnej awangardy, że tylko w oparach opium popijać absynt ;-) Aranżacje Yagi nacechowane indywidualnym rysem artystycznej osobowości wykonawczyni słyszalnym zwłaszcza w teatralizacji sposobu śpiewania. Piosenka aktorska bardziej niż estradowa. Dla niektórych tekstów to lepiej, do niektórych może pasowało mniej, ale nie da się ukryć, że całość utrzymana w jednolitym klimacie noir. Nawet gdy rytm muzyki zachęcał słuchaczy do klaskania. 
        Artystka również ubrana na czarno, z podkreślającymi aurę detalami, jak czarne siatkowe rękawiczki, czarne boa, czarna oczywiście peruka ze wstążeczkami czy czymś, nastroszona stosownie. Image mroczne. Bo też te piosenki sielankowe nie są. Ale wciągają. I dlatego pamięta się jak śpiewali Piaf czy Aznavour. Nie wszystkie piosenki rozpoznałam, ale tych kilka sprawia, że wraca wspomnień czar. Nie, nie wspomnień z Paryża, bo nigdy tam nie byłam, ale wspomnień z młodości już tak ;-) Kiedyś się tego słuchało. Dzisiaj na widowni było dużo pustych miejsc. Na scenie towarzyszyli artystce dwaj muzycy: na akordeonie Walentyn Dubrowskij i Michał Półtorak na skrzypcach. 

Tak śpiewali kiedyś:








Yaga zaśpiewała "La Boheme" z tekstem polskim w tłumaczeniu Jerzego Bielunasa. Formy gramatyczne zostały zamienione na żeńska, tak jakby to bohaterka malowana była przez owego malarza:

Z młodych nie wie tu nikt
Jakie były te dni
Dawno już zapomniane
Tamten upojny czas
Gdy na Montmartrze bzy
Pachniały pod oknami
Nie liczyło się nic
Stare schody na strych
I pokoik ubogi
Tam nam płynęły dni
Ja malowałem
A modelką byłaś ty

La Boheme, la Boheme
To najszczęśliwszy w życiu czas
La Boheme, la Boheme
Choć chodził głodny każdy z nas

W kawiarenkach był ścisk
Tłum podobnych jak my
Snuł o sławie marzenia
Przeminie dzień lub dwa
A podbijemy świat
Świat wreszcie nas doceni
Gdy szef kuchni miał gest
Kupił obraz i jeść
Dał zziębniętym artystom
Dookoła pieca tłum
Skandował wiersze
Już nam nie dokuczał głód

La Boheme, la Boheme
To najpiękniejsza jesteś ty
La Boheme, la Boheme

A każdy z nas geniuszem był
Nie chodziło się spać
Całe noce do dnia
Malowałem pasjami
Szkicując twoją pierś
Łagodny bioder łuk
pomiędzy sztalugami
A gdy wstawał już świt
Starczał nam kawy łyk
Potem w moich ramionach
Szeptałaś kocham cię
A gdy przychodził sen
Za oknem wstawał dzień

La Boheme, la Boheme
To znaczy mieć dwadzieścia lat
La Boheme, la Boheme
Byliśmy wolni tak jak wiatr

Czas ucieka i gna
Gdy poszedłem znów tam
Na to samo poddasze
Dziś wszystko już nie tak
Nie został nawet ślad
Naszych szczęśliwych czasów
Zmienił się stary dom
Inny jest każdy kąt
I ulice nieznane
Na wszystkim smutku cień
Sztalugi pokrył kurz
I bzy nie kwitną już

La Boheme, la Boheme
To nasza młodość, ten gniewny czas
La Boheme, la Boheme
Dni, co nie wrócą jeszcze raz


Yaga Kowalik wygląda tak:



A śpiewa tak:




wtorek, 28 marca 2017

Tak, to jest to, ta muzyka

       
(Na starych Zapiskach zapraszam na "zwiedzanie")


        Ilekroć słucham, a słucham przynajmniej raz w roku, a jak w radiu puszczają, to więcej, zawsze od nowa mnie zachwyca. Później zapominam właściwie dlaczego i znowu zachwyca. Nie mogę się przyzwyczaić jak do dobrze znanych kompozycji, które same wybrzmiewają gdzieś w pamięci. Ta nie wybrzmiewa, lecz zanika. Potem wraca jako świeża odkrywana na nowo. A ma już sporo lat, premierę miała 26 marca 1958 roku w Katowicach. Witold Lutosławski pisał ją przez 4 lata na zamówienie Jana Krenza dla uczczenia 10. rocznicy śmierci Béli Bartóka. Muzyka żałobna przeznaczona jest na orkiestrę smyczkową: skrzypce, altówki, wiolonczele i kontrabasy. Instrumenty zostały podzielone na sekcje, a utwór, choć grany bez przerw, składa się z czterech kompozycyjnych części: Prologu, Metamorfoz, Apogeum i Epilogu. Budowę ma ściśle zaplanowaną według zasady złotego podziału: punkt kulminacyjny znajduje się mniej więcej w dwóch trzecich czasu trwania, a po nim następuje symetryczny - ale odwrotny do wzrostu napięcia z Prologu - Epilog, którego zakończenie powraca do punktu wyjścia. Owe szczytowe Apogeum trwa minutę., w której wszystkie instrumenty ostro grają to samo. Następnie muzyka przechodzi w fazę końcową, będącą niejako lustrzanym odbiciem Prologu. Całość zbudowana została na dwunastotonowej harmonice komponowanej w formie kanonów stopniowo obejmujących coraz większą liczbę głosów w Prologu i zmniejszających się, wyciszających w Epilogu. Narastanie kanonu wywiera niesamowite wrażenie powodując wzrost napięcia słuchacza, po czym następuje moment kulminacyjny i  rozwiązanie akcji jak w klasycznej tragedii. Jest to muzyka wciągająca swoją matematyczną strukturą. Nowoczesna, a przecież już dla dzisiejszego słuchacza klasyczna. I wcale nie musimy siedzieć ze stoperem w ręce, śledząc ukryte matematyczne struktury, żeby stwierdzić, że jest wspaniała.
         Zamieszczam utwór w dwóch wersjach: najpierw podzielone na dwie części, aby w drugim nagraniu łatwiej zwrócić uwagę na Apogeum. A na końcu wykonanie całości, w którym można już swobodnie zasłuchać się do końcowego wyciszenia. Jak kto woli.

Muzyka żałobna in memoriam Béla Bartók - cz. I i II (Prolog, Metamorfozy)




Cz. III i IV (Apogeum i Epilog)



Witold Lutosławski: Muzyka żałobna in memoriam Béla Bartók (całość)

niedziela, 26 marca 2017

Jeden ciamajda i one dwie

         Skoro w przedostatnim wpisie przypomniałam "ojca założyciela" europejskiej opery Monteverdiego, czas na jego ucznia. Francesco Cavalli (1602 - 1676), a w zasadzie Pier Francesco Caletti lub Caletto lub Caletti-Bruni lub Caletti di Bruni, jak widać nie wiadomo, jakie naprawdę nosił nazwisko, co jest o tyle nieistotne, że w historii muzyki zapisał się pod nazwiskiem przyjętym od swojego patrona, Fryderyka Cavallego. W sensie ścisłym może nie był uczniem Monteverdiego, ale pod jego opieką rozpoczynał karierę śpiewaka w chórze Bazyliki św. Marka w Wenecji, gdzie Monteverdi pełnił funkcję maestro di cappella. Cavalli, związawszy się na stałe z wenecką Bazyliką, pełnił w niej funkcję drugiego organisty, następnie pierwszego organisty, wieńcząc karierę stanowiskiem kapelmistrza (od 1668 r.)  po wielkim poprzedniku.
         Pierwsze wzmianki o Cavallim zamieściłam na pierwotnych Zapiskach - w związku z wydaniem nagrania odkrytej jego opery Artemisia. Tworzył w szczytowym okresie rozwoju Szkoły weneckiej, a jego opery należały do najpopularniejszych tego czasu. Po krótkotrwałym i zakończonym klapą pobycie w Paryżu ostatecznie na zawsze wiąże się ze scenami weneckimi, dla których tworzy kilkadziesiąt oper. Do najsłynniejszych i najbardziej popularnych należał Il Giasone (Jazon), wystawiony 5 stycznia 1649 r. w Teatro San Cassiano. Warto nadmienić, że był to pierwszy operowy teatr publiczny, w którym przedstawienia za opłatą dostępne były dla wszystkich. Cavalli większość swoich oper napisze dla tej właśnie sceny. Kontynuując innowacje muzyczne Monteverdiego, wspólnie z Antonio Cestim Cavalli tworzy nowy wzór opery, w której muzyka stanowi równorzędną warstwę ze słowem. Może się to wydawać dziwne, ale dotychczas obowiązywał prymat słowa, tekstu nad warstwą muzyczną, która nie niosła swoim charakterem jakichś skomplikowanych idei  i treści. W porównaniu z Monteverdim Cavalli poszedł znacznie dalej w równoważeniu obu warstw dzieła operowego, komponując bogatsza linię melodyczną, wirtuozowskie arie, dodając bogata ornamentykę muzyczną w recytatywach, które płynnie przechodziły w długie lamentacyjne arie. Muzyka współgrała z dramatyczną lub liryczną akcją. I jeszcze jeden ciekawy aspekt twórczości Cavallego - jego opery bywają po prostu śmieszne. Zawierają sporo humorystycznych scen i zachowań, które rozładowują napięcie w tragicznych komplikacjach intrygi.
          Il Giasone należy do tych oper o charakterze nieco komicznym. Główny bohater, Jazon, uwikłany w relacje z kobietami swojego życia: żoną, z którą chce zerwać - Hypsipylą, kochanką, która ma zostać jego żoną - Medeą oraz tajemniczą kochanką, której twarzy nigdy podczas nocnych schadzek nie widział, ewidentnie się w tym wszystkim pogubił. Obie - te znane z imienia - go zresztą na różne sposoby śledzą, szantażują i wystawiają na próbę. Porzucona Hypsipyla przybywa za uciekinierem z zamiarem zemsty, tymczasem Medea uwodzi go nocami jako tajemnicza nieznajoma i potem wykorzystuje ten fakt do szantażu, a kiedy dowiaduje się, że Jazon ma z Hypsipylą dzieci, udaje rezygnację, aby zażądać śmierci rywalki, sama odrzuca jednak starającego się o nią Egeusza. Nic dziwnego, że Jazon wydaje rozkaz zabicia jednej z nich. Za sprawą dramatycznego qui pro quo ginie nie ta, która powinna. Bohater budzi się widząc jedną kobietę z nożem nad swoją głową, a za chwilę wpadającą w furii drugą, która, rzecz jasna, nie zginęła. I krew się polała dramatycznie... Nie, skądże! Wszystko kończy się polubownie: Jazon zostaje z Hypsipylą, Medea przyjmuje starania Egeusza, Besso - przyjaciel i sługa Jazona zyskuje wzajemność Alindy - służącej Hypsipyli. Gdzieś tam na marginesie intrygi miłosnej Jazon robi to, co powinien, czyli zabija potwora i zdobywa Złote Runo ;-)
          Powyższa uproszczona wersja zdarzeń w rzeczywistości jest bardziej skomplikowana, gdyż w żaden sposób nie da się zrozumieć do końca niejasnych relacji miedzy bohaterami. Dlaczego? Otóż Hypsipyla niby jest żoną Jazona i ma z nim dwoje dzieci, bliźniaki, ale zarazem w dalszym rozwoju akcji mówi się, że mają się pobrać. Dlaczego więc Amor naciska na ich ślub? Po raz drugi? Z Medeą jeszcze bardziej skomplikowana sprawa, ponieważ ewidentnie jest kochanką Jazona, ma z nim dwoje (!) dzieci, bliźniaki (!), ale jej mężem (!) jest Egeusz, z którym chce się rozstać. Egeusz więc nie jest odrzuconym zalotnikiem, lecz legalnym zdradzonym mężem. A już kiedy Medea przedstawia Jazonowi swoją starą służącą Delfę jako partnerkę jego nocnych igraszek i matkę jego dzieci, można całkiem się załamać. Jazon sam już nie wie, ile tych dzieci ma i z którą właściwie kobietą, a obie zarzucają mu brak odpowiedzialności za potomstwo.
         Wszystkie zawikłania sprawiają, że opera jest długa i całość  trwałaby ponad cztery godziny. We wczorajszej retransmisji z Opera des Nations w Genewie bez przerw między aktami muzyka wybrzmiewała przez ponad trzy godziny. Trzeba przyznać, muzyka bardzo piękna i głosy dobrane akuratnie. Parę porywających arii zasługiwałoby nawet na utrwalenie i powtórzenie.
        
Medea ucisza demony, aby pomóc Jazonowi zwalczyć potwora:




Medea szaleje z miłości:



Porzucona Hypsipyla tęskni:




A to... Dominique Visse jako stara służąca Delfa ;-)