poniedziałek, 18 września 2017

Wieczna pamięć

       Pamięć tak długa, niekończąca się... niemożliwa. Jednak są rzeczy trwalsze niż materia i człowiek. Pamięć zapisana, pamięć skomponowana, pamięć nagrana.Trwają w niej chwile minione, emocje niegdyś żywe, humor tamtych lat. Można czerpać do woli. Na ile zechcemy. Na ile pozwoli nam świadomość ciągłości, świadomość korzeni lub świadomość źródła. Źródło dnia dzisiejszego jest daleko stąd: w przeszłości. Pamięć musi trwać. Poniekąd jednak jest wieczna, choć my sami wieczni nie jesteśmy. 
      "Wieczna pamięć" to część III Adagio 11 Symfonii Szostakowicza. Najwłaściwiej rzec, duszoszczipatielnyje. Powinni tego zabronić! Pasztet spaliłam w piekarniku. Na pocieszenie ratuję się humorem Stanisława Lema. Ten to miał obrazowanie. Bazującą na wiecznej, a jakże, pamięci literackiej: "Nasz naród jest jak... placek: z wierzchu suchy i plugawy, a w środku jagody" (ze "Szpitala Przemienienia"). 
       A jakby tego było mało, Dwójka rozpoczęła przypominanie starych kabaretów literackich. Na pierwszy ogień Teatrzyk Eterek  Jeremiego Przybory w doborowej obsadzie: Adam Mularczyk jako Profesor Pęduszko ("stalowe nerwy, kamienny spokój, zimna krew", albo na odwrót ), Irena Kwiatkowska jako Wdowa Eufemia i Tadeusz Fijewski jako jej syn Mundek oraz Tadeusz Olsza w roli Żołędnego. Uśmiałam się :-) Dobrze, że za jednym zamachem były dwa odcinki, bo nie mogłabym zasnąć, nie wiedząc, "gdzie zniknęła mamusia". Dość powiedzieć, że na skutek zawiłości intrygi zaaresztowany został jako podejrzany typ molestujący kobiety niejaki "narrator", który "podnosił napięcie". Jak rzecz się wydała, Mundek stwierdził, że trzeba ratować ofermę i z więzienia go wyciągnąć. No bo widział kto opowieść bez narratora? ;-)
        Więc Szostakowicz leci w całości, bo Mrawinski wielkim dyrygentem był!


niedziela, 10 września 2017

Trochę plusku, trochę figli

      Ułożyłam wczorajszy program radiowej Dwójki. No, może nie cały. Właściwie tylko jeden utwór zarekomendowałam, ale poszedł :-) Skoro program nazywa się Dwójka na życzenie, to wysłałam swoje życzenie właśnie. Jest lista 50. utworów, głosuje się na wybrany wysyłając sms. Noż przecież nie będę głosować na Bolero grane na całym ziemskim globie ponoć co trzy i pół minuty! Chociaż akurat dźwięki Bolera zapowiadają audycję. Musiałam dać znać o swoim patriotyzmie. Wybrałam Mity (1915) Karola Szymanowskiego. Pisał je dla skrzypka Pawła Kochańskiego, a właściwie razem z nim, kiedy obaj przebywali w Zarudziu. Partia skrzypiec owocuje w wyszukane środki techniczne, stwarzając okazję do pokazania wirtuozerii. Obaj panowie po raz pierwszy wykonali utwór wspólnie w 1916 r. w Humaniu.
       Kameralna, intymna trzyczęściowa kompozycja na skrzypce i fortepian inspirowana trzema mitycznymi historiami. Źródło Aretuzy opowiada o uciekającej przed zalotami bożka nimfie zamienionej przez Artemidę w źródło jej imienia. Tutaj w melodii fortepianu wyraźnie słychać szemranie wody. Złudzenie odgłosów natury jest maksymalne. Cześć druga, Narcyz, jest muzycznym portretem zakochanego w sobie młodzieńca. Nie wiem, czy opowiadanie - nawet jeśli to tylko opowieść muzyczna - o zauroczeniu swoim odbiciem w lustrze nie ma przypadkiem znamion nachalnego podglądactwa. Część trzecia jest najbardziej frywolna tak ze względu na tematykę, jak i sposób prowadzenia skrzypiec. Driady i Pan to utwór skoczny, przebiegły, o nieoczekiwanych zwrotach akcji, zabawny i najbardziej wirtuozowski z całego tryptyku. Nadążanie bowiem za pokrętnymi pomysłami bożka Pana nie jest wcale łatwe ;-)
       Wszystkie trzy części Mitów wydobywają niezwykłe barwy możliwe do osiągnięcia na skrzypcach i z tego względu były w owym czasie nowatorskie, z czego Szymanowski doskonale zdawał sobie sprawę.W listach dawał wyraz przekonaniu o oryginalności i niezwykłości dzieła. W części pierwszej, Źródło Aretuzy, znawcy dopatrują się przejawów muzycznego impresjonizmu. I to jest bardzo ciekawe. Z reguły wszyscy wiemy, na czym polega impresjonistyczne malarstwo. W impresjonistycznej poezji zaś często budowane jest tło muzyczne, jak choćby w wierszu "Melodia mgieł nocnych" Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Jak więc brzmi owa "melodia"? Muzyka impresjonistyczna. Muzyka chwili, szeptu, szelestu, muzyka drżenia światła? A no, posłuchajmy. Zagłosowałam na Mity, ponieważ dawno już ich nie słuchałam i zapomniałam jak to leciało. Więc dla przypomnienia. Wczoraj o odpowiedniej godzinie włączyłam radio i... były :-) Ten jeden raz wcisnęłam odpowiedni guzik, żeby ułożyć muzyczną audycję, a co, skorzystałam z prawa słuchacza ;-)


wtorek, 5 września 2017

Znalazłam ją

       Dwójka doprowadzi mnie do rozstroju nerwowego. Najpierw coś puszczą, nie powiedzą co i kto, potem gdzieś pojawi się nazwisko, a ja nie mam pojęcia kto i co. I tak bawimy się w ciuciubabkę ;-) Jest sobie głos. Piękny, ale nie znam. Więc słucham. Słucham i czekam: kto zacz i co? Nie powiedzą, bo to była kropka nad "i", wisienka na torcie, finisz lub przerywnik, albo zapowiedź. W każdym razie zostaje przedsmak. A gdzie danie główne? Albo już było, albo będzie. Kiedy będzie? Nie wiadomo. A ja siedzę i szukam. Szperam. Docieram po wielu próbach i manowcach do właściwego nagrania. Jest: Laura Polimeno, sopran. Nie wiem nic więcej. To znaczy wiem, ale nie bezpośrednio o niej. Nagranie pochodzi z projektu Travel Notes realizowanego przez włoskich braci Pandolfo: Paolo gra na violi da gamba, której jest niekwestionowanym mistrzem, Andrea natomiast na trąbce. Poza tym udział biorą: Thomas Boysen na teorbie, lutni i gitarze barokowej, Alvaro Garrido na instrumentach perkusyjnych i wspomniana Laura Polimeno, która śpiewa. Oryginalność brzmienia wynika z połączenia instrumentów charakterystycznych dla muzyki renesansu i baroku (viola da gamba, lutnia, teorba) z współcześnie prowadzoną jazzującą trąbką oraz ekspresyjnym głosem śpiewaczki. Śpiew Laury Polimeno z jednej strony przypomina pieśni trubadurów, z drugiej nawiązuje do muzyki tradycyjnej (słyszałam jak wykonywała utwory wyraźnie ludowe), zahacza też o stylistykę awangardową. "Albanese" jest przykładem utworu współczesnego autorstwa Andrei Pandolfo, w którym wykorzystane zostały tradycyjne instrumenty, jak właśnie viola da gamba. Jak głosi podtytuł na płycie, jest to nowa, współcześnie komponowana muzyka na dawny instrument barokowy. A mnie nieodmiennie od kilku dni zachwyca głos Laury Polimeno. 


czwartek, 31 sierpnia 2017

Dźwięki z zaświatów

       Spóźniłam się odrobinę i orkiestra grała już pod eleganckim gestem Gustavo Gimeno. W uszy od razu wpadło mi jakieś inne, bardziej miękkie? melodyjne? frazowanie. Dziwne. Piękne. Nie rozpoznałam utworu, nie było to aż takie istotne. Patrzyłam na orkiestrę, w której średnia wieku mogłaby sugerować, że działają w niej odwrotne niż popularne na rynku hasła, typu "szukamy młodych zdolnych". Tutaj kryterium jest inne: "szukamy doświadczonych z wieloletnim stażem", czyli szukamy mistrzów. No tak, przypomniałam sobie, co to za zespół. Jedyny w swoim rodzaju: Orkiestra XVIII Wieku. Ale spokojnie, nie grają w niej muzycy z dwustuletnim stażem ;-) Chociaż niektórzy, a może większość gra w orkiestrze od 1981 roku, kiedy Frans Brüggen założył w Amsterdamie zespół grający na instrumentach z epoki, gdyż - jak uważał - "każdy Beethoven i Mozart zagrany na instrumentach współczesnych jest kłamstwem". Orkiestrę tworzy 60 muzyków, którzy raz w roku zbierają się i przygotowują program. Na co dzień bowiem są oni muzykami w innych zespołach, wykładają na uczelniach lub prowadzą inne muzyczne życie zawodowe. Mimo tej sezonowości orkiestra nie tylko działa przez tyle lat, ale i wypracowała własny styl, zyskując rozpoznawalną markę. Dlatego tak właśnie, po kilku chwilach zasłuchania rozpoznałam ich, chociaż nigdy nie widziałam i nie słyszałam na żywo. Grali "Szkocką" Symfonię Mendelssohna.
      Nie tylko mnie podoba się specyficzne, jakby niedzisiejsze brzmienie. W 2014 roku z inspiracji Stanisława Leszczyńskiego, twórcy festiwalu Chopin i Jego Europa, Katarzyna Kasica zrobiła film dokumentalny "Sekret orkiestry".  Frans Brüggen, założyciel i wielki reformator wykonawstwa historycznego, zmarł w wieku 80 lat dwa tygodnie przed premierą filmu. Ale orkiestra działa nadal, gra i to pięknie.
       W drugiej części koncertu dołączył do niej jako solista Szymon Nehring, jakże by inaczej, na historycznym erardzie. Współczesny fortepian przecież by nie pasował. Finalista XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina i zwycięzca 15. Międzynarodowego Mistrzowskiego Konkursu Pianistycznego im. Artura Rubinsteina zagrał Koncert e-moll Fryderyka Chopina, ten sam, który wykonywał w finale Konkursu Chopinowskiego. Zabrzmiał inaczej. Dojrzalej? Chyba tak. Widać, słychać rozwój młodego pianisty, ale na odmienność wykonania miał też wpływ wybór historycznego instrumentu. Trudno porównywać z wyspecjalizowaną techniką współczesnych fortepianów. Powiedziałabym... odczuwałam, że muzyka jest jakby bliższa Chopinowi. Ucho współczesnego melomana stało się bardziej wyrafinowane i nastawione na cywilizacyjną sterylność fortepianów współczesnych, ale rację miał Brüggen, Chopin na Steinwayu jest w jakiejś mierze kłamstwem. Nie takie dźwięki słyszał kompozytor pisząc swoje partytury, zwłaszcza, że Chopin komponował przy klawiaturze, to znaczy najpierw grał, a potem zapisywał nuty. Więc ten erard brzmiał autentyczniej, od pierwszych taktów zasłuchałam się niemal nostalgicznie, mając wrażenie, że muzyka oddaje rytm wierzb rosnących na miedzach Mazowsza. W części drugiej, Larghetto, nieśpieszna melodyjność - tak, słyszałam tam melodyjność, choć spotkałam się z opinią, że Nehring grał za wolno i dźwięki rozpadały się każdy osobno, z czym się absolutnie nie zgadzam - wprowadzała nastrój melancholijnej medytacji. Nieziemskie dźwięki, jak migotanie dalekich gwiazd, opanowały wzruszeniem. Po prostu piękne. I chociaż mam wrażenie, że części szybkie (wystarczy przypomnieć choćby finałowego Rachmaninowa z konkursu w Tel Avivie) lepiej przylegają do palców Nehringa, jakby czuł się w nich jak w swoim żywiole, to właśnie w wolnym Larghetto udało mu się całkowicie wydobyć czystą muzykę. 
Koncert był transmitowany przez TVP Kultura. Gdyby ukazał się na płycie...ech!

piątek, 18 sierpnia 2017

Nie święci garnki lepią

     Mam książeczkę z informacjami kto, skąd, gdzie i z czym: kto przyjechał skąd, gdzie się prezentuje, z czym przybył. Do książeczki dołączona jest mapa - tak, mapa jarmarku. Śmieszne? Wcale nie. 180 kramów rozstawionych na pięciu ulicach, trzech placach i deptaku, miejsca z warsztatami dla dzieci i dorosłych poutykane w kolejnych punktach, koncerty,plenery i wystawy w jeszcze innych - mapa potrzebna jak najbardziej. Wystawcy, artyści, mistrzowie sztuki ludowej, producenci owczego sera, huculskich wycinanek i haftów, garncarze, lutnicy, lirnicy i kowale przybyli z pięciu krajów: Białorusi, Litwy, Słowacji, Ukrainy i Węgier plus oczywiście Polacy z wielu różnych regionów. Stragany podzielono tematycznie. Wśród siedemnastu tematów między innymi: bednarstwo,wyroby z drewna, garncarstwo i ceramika,  haft,  kowalstwo, koronczarstwo,  pszczelarstwo, wycinaka, tkactwo, zabawkarstwo... oraz osiemnasty zbiór różności, jak: wyrób noży, mydlarstwo, biżuteria tradycyjna, pierniki glazurowane,  rękawiczki, filcowanie, płyty z muzyką etniczną. Odgłosy prób i koncertów niosły się ze wzgórza zamkowego nad całym Starym Miastem. Poza mapką natomiast można było spotkać wędrującego dudziarza, ulicznych grajków, linochoda spacerującego po linie rozpiętej nad ulicą Złotą, przewodników, którzy opowiadali o jarmarkowych tradycjach, opowiadaczy wyczarowujących w słowach atmosferę dawnego Lublina. Tak wyglądał tegoroczny Jarmark Jagielloński. Mam książeczkę, mapę, odbitkę aktu lokacyjnego miasta w oryginale i tłumaczeniu, pamiątkowe kartki pocztowe. Tyle w skrócie.
       Nie na wiele zda się opowiadanie o atmosferze, kolorach, dźwiękach, smakach. Nie da się prawdziwie opisać tej wędrówki od kramu do kramu, rozmów z litewską artystką wycinanek, z białoruską panią wytwarzającą oryginalną ceramikę ręcznie malowaną, z węgierską plecionkarką potrafiącą wyczarować słomiane cuda. Zgromadziłam kilka wizytówek i adresów internetowych, gdzie można zamawiać ciekawe rzeczy, jak na przykład ciepluchne czapki z filcowanej wełny, czapki na największe mrozy. Wystarczy tylko podać obwód głowy i wybrać wzór. Wędrowałam deptakiem, przez Plac Łokietka, Bramę Krakowską, ulicą Grodzką, Rynek, ulicą Złotą, Archidiakońską i znowu kółeczko, żeby do Zamku dotrzeć... Każdego roku jarmark ma wybrany temat wiodący, w tym roku były to pisanki, stąd na wielu straganach pisankowe wyroby i warsztaty wyrabiania pisanek, malowania różnymi technikami. Pod Bramą Krakowską witał wszystkich olbrzymi, ze dwa i pół metra średnicy, pająk pisankowy.


Na którymś straganie pisankowe drzewko szczęścia? ;-)


Nie wiadomo, co podziwiać bardziej: mistrzostwo wycinanek







Od tej artystki kupiłam małe dziełko:-)

czy też zatracić wzrok w cudeńkach ze słomy:




od tej artystki też kupiłam słomianą "miotłę" z wyplatanymi różyczkami, może klan jarmarkowych wiedźm przyjmie mnie w swoje szeregi ;-)


 Ostrożnie niosłam wielki talerz zielono malowany:





Ale wolałam sama nie próbować kręcić garncarskim kołem:


Tym bardziej nie próbowałam wykuwać podkowy na szczęście:


Za to z przyjemnością odkrywałam ukryte w różnych miejscach stoiska muzyczne:






       Nie jestem mistrzem fotografii, dlatego zajrzałam do Zaułka Hartwigów, gdzie zorganizowano wystawę zdjęć Augustyna Czyżowicza, wiejskiego,nawet jak piszą, chłopskiego fotografa amatora, który na czarno-białej fotografii dokumentował życie mieszkańców dolnośląskiej wsi Brzózka i sąsiadujących miejscowości w latach 1956 - 1960. Augustyn Czyżowicz urodził się na Kresach Wschodnich, pochodził z dawnego województwa lwowskiego, po wojnie repatriowany przymusowo wraz z rodzicami i rodzeństwem, zamieszkał na Śląsku w Brzózce, gdzie prowadzi nawet własne muzeum ulokowane w stodole, w którym prezentuje fotografie i przedmioty życia codziennego z Galicji.

Zaułek Hartwigów widziany z góry - jest to schodkowe przejście między Starym Miastem, z ulicy Rybnej,  a dolną częścią ulicy Kowalskiej. Oszklone tableau z fotografiami stoją po prawej stronie na kolejnych "piętrach"schodków. 



Fotografia Czyżowicza z dziećmi na podwórku


Fotografia Czyżowicza - powrót z odpustu

I na koniec zagadka - co to takiego jest? I dlaczego ma dno okrągłe. Sprawdzałam -postawić się tego nie da ;-)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Wysyp festiwalowy

       Kiedyś lato, wakacje to był sezon ogórkowy, teraz mamy czas festiwali. Każdy region odkrywa przed publicznością, przed turystami swoje kulturowe oblicze, tworzy nowe tradycje, łącząc teraźniejszość z przeszłością. Wystarczy pretekst, znaczące słowo, nazwa, czasem lokalny produkt urastający do rangi znacznika, niemal miejscowego godła i herbu. Tak powstały janowskie Gryczaki - Festiwal Kaszy, na którym nie spróbować lokalnego pieroga gryczanego to grzech. Z pierogiem (pirogiem) jest cała masa kłopotów i ... kuchennej rywalizacji. Jest bowiem pieróg biłgorajski wpisany na listę produktów regionalnych w roku 2005, jest gryczak janowski wpisany w roku 2006,  następnie gryczak godziszowski wpisany w 2008 roku - to z kaszy gryczanej, a ponadto rudnicki pieróg jaglany z kaszy jaglanej wpisany w roku 2009. Tak czy inaczej nie zasmakować w tych regionalnych potrawach, nie znać ich, to ujma, ale najlepiej nie ryzykować porównań i robienia rankingu, ponieważ cechą pieroga jest jego indywidualny smakowy bukiet wypracowany przez pokolenia w danej rodzinie. Każda gospodyni ma swój własny pilnie strzeżony przepis. Okazji do spróbowania zaś jest coraz więcej. Na Janowskim Festiwalu Kaszy pod nazwą Gryczaki na fantazyjnie i ludowo przystrojonych kramach można próbować, smakować i delektować się do woli. Panie z okolicznych miejscowości, z gryczanego zagłębia, często w strojach ludowych, dziewczęta w wiankach na głowach częstują i zapraszają do degustacji. Nie pytajcie mnie, który pieróg smakuje najlepiej. Sama mam swój przepis, ale i inne są wyśmienite. Kilka lat temu na festiwalu gościł znany telewizyjny kucharz, Robert Makłowicz i on też poleca janowski pieróg gryczany, który wypiekany jest na słono, bo jaglany jest słodki jak sernik i jak on może być też z rodzynkami. Z kolei w Biłgoraju odbywa się co roku Jarmark Kresowy, ale to na wiosnę, więc jeszcze przed wysypem letnich rozrywek. Obie imprezy: janowska i biłgorajska stoją pod znakiem promocji regionu i tutejszego folkloru. Dowodem na to nie tylko stoiska z regionalnymi potrawami i wypiekami. Na Gryczakach stoiska uginają się od miodów i alchemii domowych trunków. Widziałam też wyspecjalizowanego producenta dżemu różanego: w słoiczkach różnych wielkości miał tylko ten jeden wytwór, którego produkcji poświęca swój wakacyjny czas. Ja zaś skusiłam się na wędzony biały ser z ziołami wyrabiany przez panie z Rudy. (O nalewkach próbowanych na kilku  straganach może zamilczę ;-) Nie da się wymienić wszystkich smaków i zapachów, niemniej regionalne jarmarki i festiwale produktów regionalnych stanowią okazję do wzbogacenia smakowych doznań. Stąd też na Festiwalu Kultur w Biłgoraju gospodarze częstowali gości i publiczność biłgorajskim pierogiem, a białoruscy goście z Mołodeczna przywieźli swój regionalny chleb oraz wędliny. 
      Festiwal Kultur odbył się już po raz czwarty. Jest to więc  impreza młoda (Gryczaki janowskie miały już w tym roku XV edycję). Jej znakiem rozpoznawczym jest spotkanie z kulturą regionu i konfrontacja z tradycją zaproszonych gości. Co roku przyjeżdżają inne zespoły i wykonawcy. Tym razem byli to aktorzy z Teatru Żydowskiego w Warszawie, Zespół Pieśni i Tańca "Ziemia Żywiecka" oraz dwa zespoły z Białorusi, z Mołodeczna: Zespół Taneczny "Białe Skrzydła" i Studio Wokalne "Nuty Życia".  Biłgoraj reprezentowały formacje taneczne i teatralne działające w Biłgorajskim Centrum Kultury: Grupa Folklorystyczna "Pokolenia" i Teatr Poezji i Piosenki. Finałowy koncert trwał nadspodziewanie długo, dwie i pół godziny. Każdy chciał pokazać to, co ma najlepszego. Była więc wspaniała białoruska pieśń o chlebie i soli (chlebem częstowano też publiczność), były taneczno-folklorystyczne pokazy prania bielizny w strumieniu, pożegnania i powitania sitarzy, żydowski taniec weselny, góralskie popisy skakania przez ciupagi i kapelusze oraz żydowskie szmoncesy. Szczególnie jeden warto zapamiętać, może się w życiu przydać: o rodzajach długów. Żyd mówi do dłużnika:
- Panie Rappaport, pan rozumie, można nie oddać 10 złotych, no, jak ktoś jest wielka szuja może nie  oddać 20 złotych, ale każdy dług powyżej 100 złotych jest honorowy i oddać trzeba.
- Ja mam inny pogląd na tę kwestię, panie Gutman - odpowiada dłużnik - można oddać 10 złotych, jak ktoś jest niespełna rozumu, może oddać 20 złotych, ale każdy dług powyżej 100 złotych jest fikcyjny!
      Została też wyjaśniona kwestia ogólnoświatowego kryzysu finansowego. Rzecz okazała się zawiła, chociaż w sumie prosta: Ameryka pożyczyła pieniądze Anglii, Anglia Francji, Francja Włochom, Włochy Szwajcarii, a ze Szwajcarii pieniądze poszły znowu do Ameryki! 
- To gdzie te pieniądze?!
- No z tego wynika, że my je mamy! 
      Nie umiem powtórzyć pozostałych rozmówek Gutmanowo-Rappaportowych, ponieważ łezka w oku zakręciła się podczas pieśni znanej z wykonania Bernarda Ładysza. Tym razem zespół z Białorusi zaśpiewał po białorusku, ale nietrudno było zrozumieć. Goście z Białorusi pochodzą z polskich rodzin, mają polskie korzenie i jak przyznali, poprzez taniec i śpiew chcą kultywować tradycję, kulturę polską na Białorusi. Mołodeczno jest miastem założonym w dawnym powiecie oszmiańskim (znanym z bajki "Przyjaciele" Mickiewicza), przed II wojna światową znajdowało się w granicach Polski. Goście przywieźli ze sobą nie tylko tańce i pieśni, ale i regionalne wyroby ludowe, hafty, serwety, drobiazgi, które można było nabyć na pamiątkę. 
     Chciałoby się chłonąć to wszystko, słuchać, podziwiać i wzruszać się. Kłopot w tym, że atrakcje te nakładają się terminami, trzeba wybierać, selekcjonować, z czegoś zrezygnować. Jesteśmy w jednym miejscu, nie mogąc być w innym. A gdziekolwiek się uda jednak dotrzeć, okazuje się, że warto było zapełnić kalendarz:
6 -12 sierpnia: Festiwal Stolica Języka Polskiego, Szczebrzeszyn
12 - 13 sierpnia: Gryczaki, Festiwal Kaszy, Janów Lubelski
12 - 13 sierpnia: Festiwal Kultur, Biłgoraj
12 - 15 sierpnia: Jarmark Jagielloński, Lublin
Jutro jadę do Lublina. Nie, dzisiaj jadę, kończę pisać tę notkę w poniedziałek o drugiej po północy. Heca będzie, jak zasnę gdzieś po drodze ;-)

piątek, 11 sierpnia 2017

Centrum polszczyzny

       Myślałby kto, że w Soplicowie? Wcale nie, bo w Szczebrzeszynie, gdzie już po raz trzeci odbywa się Festiwal Stolica Języka Polskiego. Tylko tutaj można raz w roku w ciągu tygodnia spotkać poetów i pisarzy z całej Polski, a towarzyszą im aktorzy czytający wielką literaturę klasyków i bajki dla dzieci, muzycy, piosenkarze i śpiewacy kończący każdy dzień innym koncertem. Niektórzy z nich, jak Urszula Kozioł pochodząca z tych stron (z Biłgorajszczyzny - ok. 35 km od Szczebrzeszyna), Wiesław Myśliwski, Mariusz Szczygieł, Michał Rusinek czy pieśniarz Adam Strug są tutaj po raz kolejny. Każdego dnia odbywają się spotkania autorskie z kilkoma twórcami jedno po drugim. Chcąc być na wszystkich, trzeba mieć dobrą kondycję. Pomagają w tym nieco rozstawione wokół namiotu festiwalowego leżaki, na których w chwilach newralgicznych można wygodnie ułożyć kręgosłup. Oczywiście tylko wtedy, gdy akurat nie siedzimy przed sceną pilnie wsłuchując się w wystąpienie ulubionego pisarza/poety/poetki/pisarki/aktora/aktorki lub nie stoimy akurat w kilometrowej kolejce po autograf ;-)
       W każdym razie jest wybór, są miękkie i twarde krzesełka, są leżaki, jest festiwalowa księgarnia, gdzie można kupić książkę każdego autora prezentującego się na festiwalu oraz kilku innych. Dla smakoszy jest stoisko z kawami świata zamojskiej Palarni Galicya Cafe (kupiłam kawę z Dominikany), w pobliżu jest co zjeść, są stoliki, jest parking niespecjalnie zapchany, i - uwaga! - jest nagłośnienie, więc kiedy z olbrzymią tysiącstronicową cegłą stałam w kolejce po autograf do Jacka Dukaja, spokojnie mogłam równocześnie słuchać wspaniałej poetyckiej opowieści Urszuli Kozioł. Z boku natomiast, gdzieś z pozanamiotowych błoni dobiegał emocjonalny głos Andrzeja Seweryna przygotowującego się do występu.
        Aktualnie więc czytam zakupione podczas festiwalu "Pypcie na języku" Michała Rusinka, to znaczy już przeczytałam, bo jest to rzecz dowcipu niezwykłej lekkości, czytam "Lód" Dukaja, co miałam zamiar zrobić od dawna, tylko nie było odpowiednich upałów, żeby z rozkoszą zanurzyć się w Kraj Lodu stworzony przez pisarza, któremu towarzyszę czytelniczo od momentu debiutu, powracam wyrywkowo do "Klangoru" Urszuli Kozioł, poetki obecnie bez wątpienia znajdującej się na podium polskiej poezji. A festiwal trwa jeszcze, kończy się jutro. W internecie można znaleźć program. Każdy chętny jeszcze zdąży dojechać :-)