poniedziałek, 19 lutego 2018

Pierwsza opera angielska

       Pięknie dobrane głosy wyśpiewały dzieje tragicznej miłości. Poza tym, że Adonis umiera na rękach Wenus, nic dramatycznego się nie dzieje. Akcja bez fajerwerków, za to głosy piękne. I tak się zasłuchałam w zasadzie nie wnikając w treść. "Venus i Adonis" (1683) Johna Blowa uważa się za pierwszą angielską operę. Kontynuatorem operowej muzyki będzie Purcell, ale to już inna epoka, inne wartości i wyższa półka. Tymczasem w scenerii pastersko-myśliwskiej Wenus się zakochuje, Adonis idzie na polowanie, a dzik szaleje. Baletowych wstawek w koncertowej wersji w Teatrze Słowackiego w Krakowie nie było, a i zabawnych scen Kupidynowych zmagań z nauczaniem ortografii innych amorków w pałacu Wenus nie zobaczyliśmy ani nie wysłuchaliśmy. Zostały tylko powaga, smutek i żałość. Z ciekawostek premierowych można wspomnieć, że partię Wenus śpiewała Mary "Moll" Davies, kochanka króla Karola II Stuarta, a Kupidynem była ponoć ich dziesięcioletnia nieślubna córka Mary Tudor. Słowem, przedstawienie rodzinne ;-) W Krakowie natomiast śpiewali: Mhairi Lawson jako Wenus i Edward Grint jako Adonis; grał Dunedin Consort z Johnem Buttem jako dyrygentem. 


niedziela, 11 lutego 2018

Serca z adamantu

      Zygmunt Kubiak swego czasu opisywał trudności z tłumaczeniem słowa "adamantus", z którym zetknął się, a jakże, w literaturze starogreckiej. Nie udało mu się jednoznacznie określić znaczenia słowa. Kojarzył je z kamieniem, twardością, nieprzypadkowo chyba "adamant" to diament w języku angielskim, a i w języku polskim podobieństwo rdzenia jest znamienne. Stąd "kamienne serca" w ostatecznym tłumaczeniu Kubiaka. W mitologii greckiej Adamastus był ojcem Achamenidesa, towarzysza Odyseusza.
       Tłumaczy się też jako "niewzruszony", "nieugięty" - oba określenia w rodzinie słów wokół adamantusa krążą. W języku biblijnym adamant to termin dosyć niewyraźny, używany do opisania każdego bardzo twardego kamienia. W tłumaczeniach oddawany np. jako krzemień, a współcześnie już z użyciem słowa diament: "...dałem ci czoło jak diament, twardszy od krzemienia." (Ez 3,9); "Serca ich stały się twarde jak diament.." (Za 7, 12)
       Craugastor adamastus to gatunek nie wiadomo czego (?) odkryty w Gwatemali w 1994 r., dosyć endemiczny, zaliczany do Klasy gadów, ale jakby ryba (?), w siedlisku akwenów słodkowodnych. Wikipedia twierdzi, że to żaba, którą z twardością choćby skorupy trudno kojarzyć. 
       

sobota, 10 lutego 2018

Od czerwieni do mistyki

      Zaczęło się od portretu na plakacie.  Od razu pomyślałam, że muszę to zobaczyć osobiście. A kiedy okazało się, że organizowane jest zwiedzanie z kuratorem wystawy, a więc będzie można dowiedzieć się czegoś więcej, plan wyjazdu momentalnie się wykrystalizował. I tak oto zachwycająca "kobieta w czerwieni" urzekła mnie jak niegdyś Chrisa de Burgha. Tak mi się skojarzyło od razu z jego piosenką.

      Lady in red w dwóch odsłonach:

Portret Wandy Hoffmanowej (Dama w czerwieni) na plakacie wystawy malarstwa Antoniego Michalaka w Muzeum Lubelskim na Zamku


I piosenka z dawnych lat, śpiewa Chris de Burgh:



       W oryginale,  gdy stoi się przed obrazem 109 na 80 cm, portret wywiera niesamowite wrażenie owym niezwykłym intensywnym odcieniem czerwieni, dopełnionym szminką, a skontrastowanym z białą bluzką. Zresztą wszystko w tym portrecie jest doskonałe: uniesiona prawa dłoń kobiety przypomina podobny gest Damy z łasiczką, delikatny uśmiech jak Giocondy, zamyślone spojrzenie w dal, a jakby zwrócone w głąb siebie,  zawadiacki kaszkiet i drewniana ławeczka czy stołek, na kórym usiadła, wielość odcieni tła, z którego czerwień kostiumu wyrywa się i wylewa wprost na widza. Piękny!
       W malarstwie Antoniego Michalaka (1902 - 1975), twórcy prawie zupełnie zapomnianego - jakże niesłusznie! - portrety stanowią znaczący dorobek. I chociaż, bywało, malował często na zamówienie czy po prostu dla pieniędzy, stosujac konwencjonalne sposoby hieratyzacji kościelnych i uniwersyteckich dostojników, w przypadkach osób, które dobrze znał i z którymi łączyła go głębsza nić porozumienia, pozwalał sobie na czułość, delikatnośc i wnikliwość, które odkrywały psychologiczną głębię postaci. Taki jest portret ojca namalowany zwykłą kredką na papierze przez zaledwie dwunasto- trzynastoletniego chłopca, taki też późniejszy portret słynnego kazimierzowskiego ślepca Kozdronia i taki "Portret Reginy Lewensztajn" (Portret pani z pieskiem), który olśniewa doprecyzowanymi detalami, kolorystyką i światłocieniem.


      Jak wspomniałam, na wystawie i w dorobku malarza portrety są dominującą formą twórczości. Nie sposób wymienić nawet tych, które wyróżniają się poziomem artystycznym. A przecież znajdziemy równie ciekawe i zastanawiające formą i ujęciem inne tematy. Stosunkowo najmniej, bo w zasadzie tylko jeden obraz z martwą naturą. Za to jaką!


To, co dzieje tutaj po lewej stronie obrazu jest wprost niewiarygodne. Jakaś leśmianowska materializacja wprost z niebytu. Niestey, Michalak  n i e   m a l o w a ł  martwej natury. Jest jeszcze kilka zaledwie dzieł o tej tematyce. Czy nie chciał? Czy go to nie interesowało? Czy uważał, że nie potrafi?... Nie wiadomo.
       Więcej nieco zainteresowania poświęcił pejzażom, w tym różnym ujęciom ulubionego miasteczka, w którym spędził niemal całe artystyczne życie, począwszy od pierwszych zauroczeń w 1923 roku. Tym miasteczkiem był Kazimierz Dolny, późniejsza mekka wielu polskich malarzy. Antoni Michalak uwiecznił Kazimierz w różnych porach roku. Na wystawie obejrzeć można Kazimierz zimą i latem. Portrety zimowe z iście fałatowskimi zwałami śniegu. Rozpoznawalna panorama miasta przyciągała malarza urokiem uliczek, zamkowych ruin i specyficzną topografią.


         Kazimierz Dolny ważną rolę odgrywa w kolejnej odsłonie malarstwa Michalaka - mianowicie w malarstwie religijnym. Tematykę tę umiejscawia na tle szczegółów topograficzno-architektonicznych miasteczka. Tak jest np. na obrazie "Stygmatyzacja św. Franciszka". Daleką panoramę Kazimierza Dolnego z trzema charakterystycznymi budowlami:  wieżą, ruinami zamku i farą odnajdziemy na obrazie "Trójca  Święta".  Mało tego,  malarz umieścił na obrazie także koryto rzeki,, przypominającej Wisłę, a na dalszym planie po jej drugiej stronie na wynisołym wzgórzu ruiny zamku, które  zidentyfikować można jako Janowiec.
         Dochodzimy w ten sposób do kolejnej odsłony tajemnic malarstwa Antoniego Michalaka. Tak jak potrafił nadać indywidualny i nieraz bardzo osobisty rys portretowanym osobom, tak jego malarstwo religijne ma specyficzny subiektywny charakter. Ciekwostką jest, że większość tych dzieł powstawała na zamówienie jako wystrój kościołów. Malarz trzyma się więc oficjalnej teologicznej treści. A jednak po pierwszej wystawie jego dzieł wspólnie z innymi członkami Bractwa św. Łukasza, do którego należał, napisano, że jego obrazy relgijne "można podziwiać, ale nie modlić się przed nimi".  Mimo wierności tradycji, świadomego nawiązywania do kanonów malarstwa dawnego, mimo obecności w jego obrazach widocznych nawiązań do gotyku, malarstwa renesansowego czy barokowego, były jego dzieła jak na owe czasy nowatorskie. I właśnie, proponowały inne, subiektywne odczytywanie sacrum i sakralnej tematyki znanej czy to  z oficjalnego nauczania Kościoła, czy  z apokoryfów. Na niezwykłym i wstrząsającym obrazie "Ukrzyżowanie z Marią Magdaleną" umieszcza artysta nie tylko znane z ewangelicznego przekazu postacie, ale też łączy z nimi treści apokryficzne, każąc chociażby św. Janowi w wyciągniętej dłoni trzymać kielich, do którego spływa krew z przebitego boku Jezusa. To jednak postać Marii Magdaleny stała się przyczynkiem małej dyskusji między zwiedzajacymi, ponieważ trzyma ona u stóp Jezusa białą chustę. Skojarzenie ze św. Weroniką nasuwa się samo, jednakże to nie jest chusta św. Weroniki! Nie ma na niej odbicia twarzy, nie ma wizerunku Ukrzyżowanego. Jest biała i trzymana tak, jakby  miała na nią spływać krew ze stóp Jezusa. A może to nawiązanie do przypowieści o jawnogrzesznicy, która obmyła stopy Jezusa łzami, namaściła olejkiem i wytarła własnymi włosami? W niektórych egzegezach utożsamia się ją właśnie z Marią Magdaleną. W każdym razie takie dziwne pomysły sprawiały, że mimo formalnego tradycjonalizmu obrazy Michalaka wzbudzały kontrowersje. Ja jednak zwróciłam uwagę na sam sposób sportretowania postaci Magdaleny. Mimo wszelkich różnic dramatyczność przedstawienia przypomina mi "Ukrzyżowanie" Grünewalda.


Antoni Michalak "Ukrzyżowanie z Marią Magdaleną", detal

           Jest kilka obrazów o szczególnie oryginalnym rozwiązaniu kompozycyjnym. I tak nietypowe ujęcie Świętej Trójcy zobrazowane jako mistyczne zdjęcie z krzyża. Bezwładne ciało Chrystusa z ugiętymi kolanami podtrzymywane jest przez Boga Ojca, przedstawionego jako cierpiący starzec w koronie. Pod drugiej stronie Duch Święty jako gołębica, niemniej skrzydła zgoła bardziej orła przypominają niż gołębia. Obrazem bliźniaczym jest monochromatyczne "Złożenie do grobu", na którym ułożenie ciała Chrystusa jak i szat, prześcieradła są identyczne jak w porzednim, a na obu obrazach przypominają gotyckie draperie postaci z ołtarza Wita Stwosza.
     

        Cóż więcej? Jedna zrealizowana polichromia z aniołami jak u Giotta, kilkanaście projektów witraży, z których nieliczne zostały zrealizowane, cykl obrazów ilustrujacych ważne wydarzenia historyczne z dziejów Polski, m. in. "Chrobry wbijający pale w Odrę", św. Barbara przedstawiona jako patronka śmierci zamykajaca oczy zmarłemu wypisz wymaluj jak uosobienie śmierci na słynnym obrazie Malczewskiego... Monumentalna "Śmierć matki", dzieło wstrząsające, niedokończone, nikt nie wie, dlaczego.  Można przed nim stać godzinę i podziwiać z jednej strony realizm detali, z drugiej symbolikę  gestów, a z trzeciej fenomenalną kreskę widoczną spod  niedokończonego nałożenia farby. Michalak nie należał do żadnej awangardowej grupy, a przeciwnie, był członkiem wspomnianego Bractwa św. Łukasza, które pod egidą Tadeusza Pruszkowskiego z założenia było grupą kontynuatorów tradycyjnych wzorców malarstwa. A jednak indywidualizm twórczy daje o sobie znać i zwłaszcza dzieła z okresu XX-lecia znamionuje kunszt warsztatowy, odkrywcza kolorystyka, kompozycyjne eksperymenty i nowatorksie łączenie różnych wątków, skojarzeń, motywów.
        W latach powojennych coraz mniej w malarstwie Michalaka oryginalnych poszukiwań. Malarstwo sakralne i portretowe wykonywane na zamówienie pozwalało mu żyć i utrzymać rodzinę. Jego obrazy znajdują się w licznych kościołach Lubelszczyzny i kraju, nieraz w całkiem małych zapomnianych miasteczkach i wsiach. Zdobią kościoły i - wbrew obawom krytyki - ludzie się przed nimi modlą: w Lądzie nad Wartą, Puławach, Górecku Kościelnym, Tymienicy Nowej, Kazimierzu Dolnym,  Gorzkowie, Tereszpolu, Sokolnikach, Garbowie, Gorajcu-Starej Wsi, Czemiernikach, Suszcu, Wąwolnicy, Zagłobie (polichromia), we Wrocławiu (katedra), w Kościerzynie, Lublinie (kościół Jezuitów) oraz w niektórych zbiorach diecezjalnych. Jeśli tam będziecie, zwróćcie uwagę na nazwisko Antoniego Michalaka, chłopskiego syna z Mazowsza, który obrał własną drogę twórczą nie oglądając się na mody i trendy, a ukochał Kazimierz Dolny nad Wisłą na Lubelszczyźnie.

Autoportret młodzieńczy i autoportret ostatni, na rok przed śmiercią

Wystawa malarstwa Antoniego Michalaka, Muzeum Lubelskie na zamku, styczeń - kwiecień 2018
       Mam z wystawy grubaśny katalog, a właściwie album z opracowaniem tematyki malarstwa Michalaka, jego warsztatu, znaczących dzieł. Nie czytałam jeszcze. Wszystko, co napisałam jest wrażeniem na gorąco, subiektywnym, wzbogaconym kilkoma ciekawostkami usłyszanymi podczas oprowadzania po wystawie. Gdy przeczytam mądrości zawarte w książce, może się okazać, że napisałam bzdury. Ale drugiego wpisu nie będzie. Najlepiej zobaczyć osobiście i sobie wyrobić własny osąd ;-)

sobota, 3 lutego 2018

Opowiem wam o...

...pewnym mieszkaniu na siódmym piętrze Osiedla Marii Konopnickiej w Lublinie. Nie jest duże, budownictwo z wielkiej płyty pozwalało na trzy maluteńkie pokoiki z kuchnią i balkonem ledwo wystającym z płaskiej niebotycznej ściany. I nie z powodu metrażu jest interesujące, a dlatego, że na niewielkiej przestrzeni mieści się historia czterech pokoleń dwóch rodów. W największym z trzech pokoi zwraca uwagę zabytkowe pianino, na którym grała jeszcze kilka lat temu seniorka rodu. W małych ramkach na klapie i na pokojowym kredensie można odszukać jej zdjęcia, była piękną kobietą. Na ścianie tegoż saloniku wiszą milczące od lat skrzypce. Należały do seniora, który zapowiadał się na dobrego muzyka i prawdopodobnie wzorem innego antenata grałby w jakiejś orkiestrze, organizował koncerty, ale wojenna kontuzja ręki uniemożliwiła mu karierę wirtuoza. Grywał więc podczas uroczystości rodzinnych i świąt, kiedy wszyscy gromadzili się przy fortepianie i śpiewano kolędy lub patriotyczne pieśni. Mieszkanie kryje jeszcze inne skarby. Na ścianie małego podłużnego pokoiku uwagę przykuwa sporych rozmiarów obraz w drewnianej nadgryzionej czasem ramie. W melancholijnym pochyleniu pękatych chryzantem widać sprawną rękę malarza. Martwa natura kwiatów w wazonie zachwyca niewymuszoną kompozycją i ciepłym, choć jesiennym nastrojem. To dzieło dziadka obecnej gospodyni mieszkania na siódmym piętrze. Dziadek miał żywą kreskę i wprawne oko. W dokumentach historii miasta, w którego Radzie Miejskiej pracował, zachowały się fenomenalne karykatury kolegów rajców. Z czasów wojny natomiast pochodzą rysunki jego syna z prześmiewczą karykaturą wojennych polityków z Hitlerem na czele. Wojenna zawierucha nie zniszczyła ich ani nie stępiła ostrości widzenia. Historię rodów w mieszkaniu na siódmym piętrze tworzyły też kobiety. W szeregu rodzinnych pamiątek błyszczy zabytkowa maszyna do szycia prababci, która w niedostatku lat jeszcze rozbiorowych ratowała starą garderobę i nicowała stare płaszcze, sukienki, dziecięce paltociki tchnąc w nie przy pomocy igły i nici nowe życie. Maszyna jest nadal sprawna, chociaż trudno byłoby znaleźć osobę umiejącą na niej szyć i odpowiednie igły na wymianę. No i jest napędzana ręcznie, kto umiałby dzisiaj kręcić jej wypolerowanym kołem? Do pamiątek przeszłości mniejszych rozmiarów należy powstańcza broszka  praprababci obecnej gospodyni. Jest to broszka w kształcie wieńca laurowego, w który wpisany jest krzyż. Broszki takie nosiły żony, matki, siostry i wdowy powstańców. Rozglądam się po niewielkim mieszkaniu i co rusz natrafiam na pamiątki przeszłości. Za każdym razem znajduję coś innego. Obrazy na szkle malowane ręką dziadka, pożółkłe fotografie z drugiej połowy XIX wieku, milczące skrzypce na ścianie, stary zegar szafkowy z mosiężnymi obciążnikami... A w regałach, na stołkach, na kredensie w stosach książki, papiery, teczki rękopisów, brudnopis nowo powstającej książki pisanej przez obecną mieszkankę, spadkobierczynię czterech pokoleń rodzinnej historii, kustosza pamięci. Na poczcie czeka na mnie kolejna jej książka. Wkrótce się nad nią pochylę.  

sobota, 27 stycznia 2018

Pora koncertowa

      Zajrzałam przez przypadek, szukając motywacji, żeby wyjechać. I patrzę, a tu NAZWISKO! REPERTUAR! TEN KONCERT! No to JADĘ! Na podglądzie sali jedno wolne miejsce, no może kilka, ale na parterze w dogodnym miejscu zostało jedno. Robię trzy rzeczy jednocześnie: dzwonię do kasy Filharmonii, próbuję zarezerwować bilet elektronicznie i dzwonię do koleżanki z pytaniem, czy jest w domu i może mnie przenocować. Internet się zerwał i nie zdołałam zarezerwować, telefonu w kasie nikt nie odbierał, tylko koleżanka się odezwała, że mam zielone światło. Po kilku jeszcze próbach pisania jednoczesnego e-maila i dzwonienia udało mi się w końcu dorwać kogoś w tej kasie. Bilet jest, ale zapłacić przelewem nie zdążę, więc umawiamy się, że koniecznie, ale to koniecznie na 100% przyjadę i zapłące na miejscu przy odbiorze, tylko żeby trochę wcześniej. Oczywiście, to się da zrobić. I tak oto wczoraj o wpół do szóstej siedziałam w 2 Pi Er prawie naprzeciwko Filharmonii Lubelskiej pijąc spóźnioną kawę i nabierajac odechu po natychmiastowej ewakuacji z pracy do domu, z  domu na bus i z busa do celu. Uff! Chwila na zebranie myśli: dotarłam, wysyłam tryumfalne smsy do znajomych, bezwstydnie się chwalę, że zaraz, za chwilę, za moment będę słuchać tego:




      I nie z nagrania, nie z YouTuba, ale na żywo - III koncert fortepianowy Rachmaninowa w wykonaniu Szymona Nehringa. No jak miałam nie jechać? Choćby nie wiem co, musiałam ten bilet zdobyć. Sala była pełniusieńka, nawet twarde drewniane rozkładane krzesełka zajęte. Na widowni lubelska plejada gwiazd: od dam wyfiokowanych w stylu przedwojennym, przez starszą (na oko pięćdziesięcioletnią) luzacką młodzież w stylu sportowym po oryginał z półmetrowym warkoczykiem zaplecionym na brodzie (sic!). A kiedy wyszedł oczekiwany Szymon Nehring do drugiej części koncertowego wieczoru, taki chudzieńki, poważny, w czarnym garniturze z bordową poszetką w kieszonce, gdzieś z tyłu za mną usłyszłam pełen zachwytu szept: "Jaki on ładny!".
A nasz zwycięzca Międzynarodowego Mistrzowskiego Konkursu Pianistycznego zagrał w tempie ekspresowym tego Rachmaninowa jak burza. Miałam patrzeć na zegarek, ale zapomniałam, jednak wydawało mi się, że popędził szybciej niż w Tel Aviviwe, bo przerwy między Adagio a Finale nie było wcale, tyle co rękę wznieść nad kalwiaturą. Ze swojego miejsca widziałam obie ręce pianisty i wszystkie przeplatanki lewą dłonią nad prawą wykonane jakby ktoś tkał na krosnach kolorową muzyczną przędzę. Czy to zasługa nagrania z ubiegłorocznego konkursu, że wtedy nie było problemu z odsłuchem, czy wada Massimilliano Caldiego nieumiejącego uciszyć orkiestry, że chwilami przykrywała pianistę i się wtedy złościłam, że go za słabo słychać. Ale z drugiej strony wyczuwało sie, że Nehring daje radę i wybija się dosyć zdecydowanie. Może to tylko niedostatki mojego słuchu sprawiały mi psikusy. Publiczność była zachwycona. Wstała, tupała i wymusiła dwa bisy :-) Nieco na uspokojenie euforii dwa kawałki Szymanowskiego (?). Eee tam, a mnie się ten Rachmaninow coraz bardziej podoba. I coraz więcej smaczków w nim odnajduję. Dla przypomnienia TUTAJ wpis po zwycięstwie Nehringa w Tel Avivie i całość.
       To była druga część wieczoru, bo - jak wspomniałam - to ta część mnie zmobilizowała do wyjazdu. W pierwszej orkiestra Filharmoni Lubelskiej pod Massimilliano Caldim zagrała na rozgrzewkę Uwerturę do Włoszki w Algierze Rossiniego, a nastepnie V Symfonię Reformacyjną Mendelssohna-Bartholdy`ego. Dyrygent też swojego chowu ;-) Jakby go opisać? Czupryną machał jak Beethoven, ale nogi, jego nogi chodziły jak TUTAJ (filmik). Może batuta nie wygladała aż tak morderczo i połyskliwie, ale dziw, że mu podestu nie zabrakło ;-) A muzyka zabrzmiała, no właśnie, bardzo bojowo, bardziej jak z Wilhelma Tella niż anonsowanej w programie Włoszki. Może maestro Caldi po prostu nie może sie zdecydować, co mu się bardziej podoba.
      V Symfonia tzw. Reformacyjna to z kolei dzieło o tak skrajnie róznych nastrojach, że tu znowuż sam kompozytor nie może się zdecydować, czy ma być patetycznie i wzniośle, intelektualnie i naukowo, czy delikatnie i z prostotą. Zdecydowanie patosu jest więcej, ale równie zdecydowanie to te inne fragmenty podobają mi się bardziej. Takie, w których jest i prościej, i delikatniej, i intymniej, i nawet taneczniej. Początek jest prawie nieznośny, jak wstępowanie Mojżesza na Synaj. A ptem coraz gorzej, to znaczy jeszcze poważniej. Odzywają sie "tromby", czy jerychońskie, nie wiem, jakie na myśli miał kompozytor ;-) Ciekawe doświadczenie, ale przy trzeciej nagle mnie olśniło: przecież ja to znam! I pewnie większość, jeśli nie wszyscy, znają, bo to bardzo popularny kawałek. Nie wiem, gdzie się spopularyzował, ale przecież znacie to:


 To chyba najpiękniejszy fragment z całej Symfonii.
 
        W trzeciej części dokonałam odkrycia. Jest tam taki kilkusekundowy motyw przewijający sie w kilku wariacjach i powracajacy jeszcze, a który przypomina mi "Exodus" Kilara. Słychać wyraźne podobieństwo. Takie nawiązanie w utworze, jakby nie było również mającym za temat wielką epopeję relacji człowieka z Bogiem, wcale nie byłoby czymś nienaturalnym i niezwykłym. Niezwykłe jest dla mnie, że to zauważyłam. Chodzi o kilka sekund na poczatku tutaj:




I tutaj Kilar kiedy wchodzą skrzypce, aczkolwiek w kompozycji polskiego kompozytora całość oparta jest na powtarzajacej się sekwencji taktów jak w "Bolero" Ravela. Może więc chodzi o to, że w ogóle jeden motyw z V symfonii stał się inspiracją dla Kilara do zbudowania na nim większego utworu.



     Takie to mnie naszły skojarzenia i refleksje w trakcie koncertu. A dyrygent wywijał batutą, machał czupryną i niebezpiecznie prawie zbiegał z podestu.
     A poza tym odkryłam przy okazji dwie nowe kawiarnie, nasłuchałam się kuluarowych rozmów, spotkałam znajomą melomankę i poznałam kolejną, nagadałam się o sztukach wszelkich, dostałam książkę i zastnawiam się czy jechać na jakąś niesamowitą akcję pod nazwą "10 tenorów" ;-)



środa, 24 stycznia 2018

Nastał wiek, w którym się już człowiek przestał zapowiadać źle ;-)

      O tym, że warto mieć marzenia i życzenia nawet nie do spełnienia, choćby po to, żeby wygrać płytowy box. I to jaki! "Piosenki Kabaretu Starszych Panów" - 6 płyt z piosenkami, kupletami, spisem treści, nazwiskami wykonawców, datami emisji, zdjęciami z planu i zabawnymi rysunkami. Śliczności! Czytam wstęp Grzegorza Wasowskiego do powtórnego uzupełnionego wydania, w którym znalazły się po raz pierwszy odzyskane niektóre nagrania. Słucham, jednocześnie upajam się cudowną polszczyzną, zabawną muzyką, humorem, minioną epoką elegancji Starszych Panów Dwóch. Ach, zapomniałam! Box dostałam w prezencie od Dwójki za życzenia noworoczne :-)
      Sprawa druga ostatnich dni: książki pisane dla pieniędzy, czyli Balzac. Natrzaskał tego co niemiara, stron tysiące, tytułów kilkadziesiąt. "Bal w Sceaux" z 1930 roku to jeszcze początki wielkiego cyklu "Komedii ludzkiej". Ale zaiste, jakie znane perypetie bohaterów. Bohaterka Emilia de Fontaine ma ambicję wyjść co najmniej za para Francji. Przebierajac w adoratorach zakochuje się w tajemniczym nieznajomym, który ujmuje ją samą i rodzinę prawdziwie szlachetnym charakterem i prezencją. Wkrótce doprowadza do bliższego poznania go, ale nadal nic nie wie o Maksymilianie Longuevillem, a zjamuje ją przede wszystkim pytanie, czy jest szlachciem. Wierzy, że tak. Sielanka zakochanych trwa do czasu, gdy Emilia znajduje Maksymiliana w sklepie, jak to się mówiło, bławatnym, gdzie jest subiektem. Koniec miłości! Subiekt?! No proszę! Czy Emilia nie jest tutaj pierwowzorem niejakiej panny Łęckiej? A Maksymilian Wokulskiego? Ach, bo Maksymilian to też prawdziwy szlachcic, nawet więcej, syn wicehrabiego, lecz zrzekł się tytułu na rzecz swego brata.
      Balzac miał tyle poczucia realizmu, że nie kazał Maksymilianowi umierać z miłości, wysadzać się w powietrze ani rzucać pod pociąg ;-) Pojechał do Brazylii, zbił majątek, a po śmierci brata przejął tytuł rodowy i został parem Francji. Ale cóż, Emilia jest już w tym czasie mężatką. Zdesperowana zawiedzionymi oczekiwaniami wychodzi za mąż za 70-letniego hrabiego de Kergarouet, swojego wuja zresztą.
       A Starsi Danowie Dwaj śpiewają mi, o, nie, teraz śpiewa Michnikowski :-) A zaraz będzie Barabara Krafftówna - Walc Embarras. Kurczę, nie wiedziałam, że to ich. "Sopran skrzypiec i alt" - piękne, ale Amor - helikopter miłości? - to już Przybora komentuje po swojemu ;-)
     
     

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Nieznany autor, stary temat

      Przeszłość nadal się uzupełnia, przeniosłam jedną trzecią wpisów. Trochę sobie przy okazji odświeżam, przypominam, zaskakując siebie samą odkryciami rzeczy dawno zapisanych a zapomnianych. Więc gdyby ktoś chciał o książkach, to wyodrębniłam na nowym przenoszonym blogu osobny dział pod etykietka "o książkach". I inne też: o muzyce,  o operze, osobowości... Dla porządku. Dopóki jednak nie dojdę z przenoszonymi wpisami do bieżącej daty, o pewnej książce  napiszę tutaj. Zresztą i tak pisałam, w zależności od nastroju i... symetrii. 
      Pamięta ktoś japońskiego pieska Lulu, który miał prawo spać w cesarskim łożu i sikał na buty dygnitarzy? To oczywiście motyw z "Cesarza" Kapuścińskiego. I tutaj też jest pies: bezdomny kundel, który zaczął wyć podczas uroczystej parady w trakcie grania hymnu państwowego. Zasłużył tym na kopniaka. W samym tytule też jest pies, a może prędzej ludzie jak psy: ćwiczeni w  karności, usłużni do granic śmieszności i śmiechu zamierającego na ustach, groteskowi, potępieni, nieludzcy. Francisco Ayala właściwie nie napisał zbyt wielu utworów literackich. Bardziej był znany jako socjolog i publicysta. Jednak tych kilka utworów, jak zdołałam się przekonać, zasługuje na uwagę: "Zdechnąć jak pies", "Dno szklanki", "Uzurpatorzy"... Sięgnęłam po tę pierwszą z wymienionych nie znając w ogóle autora. No i pojawił się ten kundel szczekający prześmiewczo w rytm melodii hymnu państwowego podczas państwowej uroczystości w pewnym niewielkim kraju Ameryki Południowej, gdzie rządy sprawuje dyktator o znaczącym nazwisku Anton Bocanegra (czarne usta). Temat identyczny jak w "Cesarzu" - portret dyktatora. Mało tego, opisywany nie wprost przez narratora, lecz za pośrednictwem innej osoby. Kapuściński oddaje głos członkom cesarskiego dworu, jak temu, który przez 10 lat zajmował się wycieraniem dygnitarskich butów po obsikaniu ich przez Lulu. Francisco Ayala wykorzystuje konstrukcję narracji w narracji, powieść, a właściwie opowieść w powieści. Opowieścią wewnętrzną są obszerne fragmenty pamiętnika Tadea Requeny, najbardziej zaufanego sekretarza dyktatora Bocanegry. Tadeo w wieku 17 lat, niespodziewanie dla niego samego, aczkolwiek nie dla postronnych mieszkańców miasteczka San Cosme, zostaje zabrany bez słowa wyjaśnienia do stolicy, na dwór dyktatora i w trybie natychmiastowym dostaje potężną lekcję wiedzy i obycia, aby spełniać posłusznie każde polecenie faworyzującego go Bocanegry. W ekspresowym tempie otrzymuje tytuły naukowe, stopnie dygnitarskie i formalnego opiekuna wtłaczającego mu do głowy tzw. kulturę wyższą, aby umiał się odpowiednio wysławiać. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że Tadeo jest nieślubnym synem Bocanegry, więc jego nagła kariera w zasadzie nikogo nie dziwi. Jest tylko przykładem, jednym z wielu, procedur awansu dygnitarzy, ministrów, generałów, całego politycznego establishmentu. 
      Postać samego dyktatora, podobnie jak w "Cesarzu" poznajemy z opowieści innych. Główny narrator co rusz powołuje się także na gromadzone różne dokumenty, niespodziewane karteluszki, fragment pamiętnika córki ministra, który popełnił samobójstwo. Nie ujawni ich zbyt wiele, zapowiada, że kiedyś uczyni z nich użytek pisząc wielką monografię o państwie i dyktaturze, teraz jednak zapisuje tylko najważniejsze i najciekawsze fakty. Powołuje się jednak na swoje rozmowy z ludźmi, którzy mogli coś wiedzieć, być czegoś świadkami, streszcza ich relacje, jak np. swojej ciotki Lorety, która była najbliższą przyjaciółką i powiernicą żony dyktatora, doñii Conchy. Narrator usilnie stara się zachować obiektywizm i zrelacjonować źródła. Czy mu się udaje? Rzecz względna, jeśli weźmie się pod uwagę zakończenie. Narrator, Luis Pinedo, dziennikarz gromadzący "dokumentację" dyktatury, a przy tym człowiek ułomny, kaleka na inwalidzkim wózku, okazuje się beneficjentem profitów pokrewieństwa z osobą, która pociągała za sznurki doprowadzając do przejęcia władzy przez juntę wojskową po upadku Bocanegry. Powieść bowiem pisana jest z perspektywy czasu jako retrospektywna analiza mechanizmów powstawania dyktatury i jej upadku. Rzecz w tym, że nowe władze są równie groźne, równie nieprzewidywalne, a nawet jeszcze bardziej tajemnicze.
      O pisarstwie Ayali twierdzi się, żę jest ono skrajnie pesymistyczne, a wręcz nihilistyczne. W szeregu ludzkich portretów nie ma postaci pozytywnych. Można by mniemać, że skoro Bocanegra został obalony - o ironio! w wyniku prywatnej intrygi jego żony przy współudziale kochanka, czyli najwierniejszego sekretarza, wspomnianego Requeny - społeczeństwo powinno odzyskać oddech. Tymczasem pada w sidła kolejnego manipulatora, którym jest tajemniczy "obrzydliwy połamaniec, ten czcigodny starzec Oloriz". Ale i Oloriz zostaje usunięty. Jak? Tego nie zdradzę, ponieważ rzecz jest zaskakująca, może nawet absurdalna. Niemniej idea jest jasna: dyktatora nie można usunąć pokojowo. Ktokolwiek to zrobi, też jest zbrodniarzem. Albo dosłownym bezpośrednim zabójcą, albo intrygantem i manipulatorem posługującym się cudzymi rękami. Żądni sprawiedliwości idealiści nie są moralnie czyści. Nikt nie jest niewinny.
      "Cesarz" Kapuścińskiego powstał w 1978 roku, Francisco Ayala napisał swoja powieść 20 lat wcześniej (1958), tłumaczenie polskie ukazało się w 1977 roku. Czy ma to znaczenie? Dla oceny ludzkich postaw żadnego, dla śledzenia zbieżności czasów i regionów może być inspirujące.


Francisco Ayala: Zdechnąć jak pies. Tłum. Henryk Czesław Śliwiński. WL Kraków. Seria: Literatura iberyjska.