czwartek, 27 grudnia 2018

100 lat dla Maestra

To dawny film, ale nadal fascynujący, jak fascynująca jest osobowść Jerzego Maksymiuka.




Na 08-lecie w tym roku zrealizowano nowy film: "Maksymiuk. Portret na dwoje" w reżyserii Tomasza Drozdowicza. Film powstawał przez cztery lata jako zapis codziennego życia Jerzego Maksymiuka. Kamera jeździła za nim wszędzie: do 12 miast w trzech krajach, nagrano 6 orkiestr, na ścieżce dźwiękowej słychać dzieła 13 kompozytorów. Jak ktoś napisał komentarz: "Sfilmowano wulkan energii". Niedawno o pracy nad filmem opowiadała scenarzystka i pomysłodawczyni Maria Nockowska. 

Tutaj nagranie wideo audycji radiowej ze spotkania z Marią Nockowską - kliknąć na trójkącik na zielonym okienku 

I zapowiedź filmu:


A teraz pytanie: gdzie go można obejrzeć?

środa, 19 grudnia 2018

Rano, jeszcze przed świtem

Rano, jeszcze przed świtem, śpiewają u mnie w mieście chorały. Teraz adwentowy "Ave Maris Stella". Nie jest to może takie wykonanie jak u Benedyktynów tynieckich, ale rano, jeszcze przed świtem, ma swoją moc rozpraszania ciemności.



Chorały same w sobie mają moc. Słuchać można bez końca.



środa, 12 grudnia 2018

Tu był post

Ale go nie ma. usunęłam go przez przypadek i przepadło! Jestem niepocieszona. Tyle pracy! Nie nadaję się do tej zabawy, mam dość, jestem zmęczona, wkurzona... 

czwartek, 6 grudnia 2018

Dzień Świętego Mikołaja

      W czasie ponadtrzydziestoletniej służby dla dworu Esterhazych miał Joseph Haydn wiele okazji do komponowania utworów na rodzinne uroczystości. Akurat w rok po zameldowaniu się kompozytora w Eisenstad sukcesję po starszym bracie objął książę Miklos Josef nazwany Wspaniałym. To on w 1766 roku  rozpoczął prace nad budową pałacu Esterhaza, nazywanego węgierskim Wersalem. Dla Haydna istotne było, że książę Miklos był miłośnikiem, wykonawcą a nawet twórcą muzyki. W swojej olbrzymiej  i bardzo drogiej posiadłości pałacowej kazał wybudować budynek opery oraz teatr marionetek. Haydn otrzymał czteropokojowe mieszkanie w osobnym budynku. Książę Miklos był człowiekiem surowym, wręcz despotycznym, ale dbał o rozwój muzyki na swoim dworze. W czasach nawiększej prosperity wystawiano dwie opery tygodniowo i wykonywano mnóstwo koncertów muzyki salonowej, kameralnej. Z okazji wyjątkowych uroczystości Haydn komponował osobne oryginalne utwory. Jednym z nich jest Missa Sancti Nikolai - Msza na Dzień Świętego Mikołaja z 1772 roku, skomponowana na dzień imienin księcia, który "uczynił ten zaszczyt, że dzielił imię ze świętym" (Miklos, czyli Nikolaus - Mikołaj). Msza napisana została na cztery głosy solowe: SATB, chór, dwa rogi, dwa oboje, smyczki i organy. Później dodano jeszcze trąby i kotły.


piątek, 23 listopada 2018

Tam, gdzie kończy się droga

      Dobrze jest żyć w krainach nieoczywistych, ponieważ ich granice zawierają w sobie więcej przestrzeni, niż wskazuje geografia. Nawet ograniczenia geometrii bywają złudne i niektórzy potrafią w nich organizować wielopokoleniowe istnienie. W drewnianej dwuizbowej chałupie ogacanej na zimę liśćmi i słomą mieszkały rodziny z dziećmi, wnukami i prawnukami, którzy dzisiaj budują dla siebie trzystumetrowe imitacje pałacyków zasiedlane koniec końców przez starzejącą się parę porzuconą przez progeniturę na samotność. Na przeciwnym biegunie, a raczej w środku wsi pęcznieje, puchnie wręcz dom, obrastający w dobudówki, naddasza, podpiwniczenia, balkony i tarasy. Zajmuje już całą przestrzeń działki, która dzielona od czterech pokoleń na coraz węższe pasma, pozostała trzynastometrowej szerokości kiszką ciągnącą się od lasu na południu do gościńca na północy. A co mają powiedzieć właściciele obdarowani w spadku tzw trzecizną, czyli wstążką ośmiometrowej szerokości? Toż na tym nawet traktorem z pługiem nie zawróci, a o użyciu kombajnu nie ma co marzyć. Dlatego jest ciasno. Chałupa przy chałupie, okno naprzeciw okna, drzwi w drzwi. Koty i tak nie uznają miedzy i wałęsają się po całości jak po swoim. Niektórzy mieszkańcy także. Wczesnym rankiem, gdy mgła przykrywa łąki za stodołami, albo wieczorami, gdy gospodarze zajęci obrządkiem uciszają nerwowo szczekające psy, nachodzą spuszczone z oka warzywne ogrody i sady zabierając z grządek i drzew jak ze straganów na jarmarku wszystko, co można zjeść. Różnica tylko taka, że na targu musieliby zapłacić, a tutaj znikają bez słowa skąd przyszli. Najczęściej za sąsiednim zagonem mają jednoizbowy dom okolony resztkami płotu z nieistniejącą od dawna furtką. To jedni. Ale są i drudzy. Ci wybudowawszy trzynastometrowej szerokości gmach, czyli od miedzy do miedzy, w miejscu, gdzie dawniej wyrzucano gnojówkę teraz stawiają fontannę. Schowana jest więc za domem, nie na widoku, bo jej obecność tak dziwaczna na tle kasztanowego starodrzewia i bocianich gniazd na słupach wzbudza zdumienie poparte często znaczącym kółkiem na czole. Odkąd letnie, a nawet wczesnowiosenne upały zmusiły wielu do mozolnego wożenia wody na warzywniki, a potem władze samorządowe kategorycznie zakazały podlewania pól i trawników, fontanna też wyschła i stoi szara jak niezrealizowany sen beduina. Wszystko, co nowe, jest tu podrabiane i dopiero gdy się zestarzeje, zniszczeje, zetleje i rozkruszy, nabiera jakiegoś znaczenia.  Najtrwalsze bywają prowizorki, jak mówi przysłowie i blaszany płaski prostopadłościan Urzędu Gminy jest tego najtrwalszym dowodem. Stoi już 40, może 50 lat. Wygląda jak nieco większy kontener. Miał być tymczasową siedzibą, został prawie zabytkiem. Nowy gmach jest wciąż w budowie, aczkolwiek widać już przeszkloną fasadę i geometryczny postmodernizm bryły. W każdym razie trudno będzie uwierzyć, że to wszystko istnieje naprawdę, że nie jest odbiciem, cieniem, fatamorganą albo parodią. W miejscowych nazwach przetrwała zapomniana już dzisiaj historia, geografia i przestrzeń inaczej niegdyś poukładana. Gościńcem nazywa się asfaltowa szosa, po której śmigają zabytkowe motory i auta na doroczne zloty, przejeżdżają dudniące ciężarówki z towarem do supermarketów i mlecznobiałe lub srebrne cysterny z ostrzegawczymi obrazkami. Dawniej była to pylista polna droga, gościniec pozwalający ominąć wsie i dojechać do długich kiszek wąskich pól ciągnących się od lasu na południu do lasu na północy. Na skrzyżowaniu z poprzecznym traktem pozostał drewniany krzyż na lekkim wzniesieniu zwanym Osterią. Na pytanie, gdzie posiano proso albo gdzie ktoś posadził tytoń, słyszało się w odpowiedzi "na Osterii". To znaczy tam, na łuku zakrętu dawnego gościńca. Oczywiście stała tam niegdyś austeria, czyli żydowska karczma, skupiająca okolicznych chłopów przy wódce i grajkach. Austerii dawno nie ma, ślad po niej zaginął, z gościńca zrobiono główną trasę przelotową z polsko-ukraińskiego pogranicza do rozjazdowego węzła, od którego można udać się w każdą stronę świata. Droga przez wieś spadła do rangi lokalnej, ślepo zakończonej chałupą jak szyjka butelki korkiem. Nic tędy nie jeździ. To znaczy nic poza prywatnymi samochodami mieszkańców. W każdym razie na publiczną komunikację nie ma szans. Mimo to kiedyś wszędzie było bliżej, bo po obu stronach wioski pola poprzecinane były ścieżkami prowadzącymi wprost do przystanków PKS-u. Przecinało się zaorane pola, przekraczało się depresyjną zawsze mokrą łączkę po rzuconcyh na wierzch pięciocalowych balach, dudniło się po co roku odnawianym mostku nad potokiem i ostatni kawałek po prostej pod górkę, obok sklepu, szkoły, kościoła i gminnego "blaszaka" na wprost przystanku. Nie ma dzisiaj ścieżek przez pola. Po wyasfaltowanej szosie jeżdżą nastolatki na skuterach i rolkach. Pola i łąki pozostały daleko, poza sferą zainteresowania współczesnych dzieci. Nawet pójść na wodne pałki się nie da, bo nie ma którędy, a mostek zdaje się utracił ze środka deski i woda w potoku bez przeszkód może patrzeć prosto w niebo. Cała okolica wygląda na nieczynną. To właśnie tam, gdy jeszcze okolica była czynną stroną świata, na ścieżce przez sam środek pól i łąk, spotkałam Jesień w ludzkiej postaci. U schyłku dnia stara kobieta w grubej spódnicy i  kaftanie, w kwiecistej chustce na głowie, niosła na plecach wiązkę patyków przewiązaną dużą płachtą, część snopka słomy,  a do jednej żerdzi przytwierdzony miała woreczek foliowy z grzybami. Z przodu pod brodą płachta związana była w gruby węzeł. W jednej ręce trzymała gruby krzywy kostur, którym się podpierała. Patrzyła przed siebie i szła na wprost w sobie tylko wiadomym kierunku. W jej oczach odbijało się minione lato i nadzieja na zimowy sen. Nigdy nie dowiedziałam się, kim była i gdzie mieszkała. Nigdy więcej jej nie spotkałam. Świat jest teraźniejszością i ma gdzieś opowieść. 

Cytaty kursywą z "Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuka

wtorek, 13 listopada 2018

Ignacy Jan Paderewski jako Ignacy Jan Paderewski

      Pianista, wirtuoz, kompozytor, polityk, mąż stanu, filantrop, ekscentryczny artysta i wielki patriota ... W roku stulecia odzyskania niepodległości nazwisko Paderewskiego odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Pojawił się - jakże mogłoby go nie być! - w Dwójkowym plebiscycie "Wielcy polscy artyści muzyki poważnej na płytach". W głosowaniu słuchaczy rozstrzygniętym 11 listopada zajął drugie miejsce, po Krystianie Zimermanie. Nagrania obu wypełniły muzyczny wieczór do samej północy. Słuchanie interpretacji Zimermana to zawsze duchowa uczta pełna nieoczekiwanych odkryć. Jego gra kojarzy mi się z dźwiękiem kryształu, czasem aż za bardzo wysublimowanym i porażająco logicznym. W przypadku Paderewskiego, biorąc nawet poprawkę na jakość nagrań sprzed stu lat, zadziwia intymność jego kontaktu z muzyką. Człowiek ma wrażenie, że tylko przypadkiem podsłuchuje i podgląda coś, czego świadkiem mogłyby być gwiazdy i księżyc. Tę umiejętność Paderewskiego pianisty umiał wykorzystać Lothar Mendes, reżyser filmu "Sonata księżycowa" z 1937 roku. W filmie Ignacy Jan Paderewski gra samego siebie, czyli gra na fortepianie i daje koncerty. Fenomenalnie zagrał tytułową "Sonatę ksieżycową" Beethovena, której część pierwsza nie tylko stanowi tło filmowej sceny, ale sama w sobie jest wzruszającym testamentem 77-letniego wówczas pianisty. Jak wspominał Jerzy Waldorff, pamiętający ostatnie lata wielkiego pianisty, Paderewski podczas koncertów tworzył absolutnie niesamowitą oderalnioną atmosferę, jakby jego muzyka przekraczała już granicę tego świata.

Ignacy Jan Paderewski gra "Sonatę księżycową" w scenie filmowej




A tu, proszę Państwa, cały film. Zaczyna się od koncertu, na którym Ignacy Jan Paderewski gra Chopina.

wtorek, 6 listopada 2018

Magia absolutna


Mówią, że jest największym pianistą naszych czasów. Kilka wyimków z opinii krytyków i melomanów:
"fenomen wyjątkowy"
"charyzmatyczny artyzm"
 "geniusz"
"gigant"
"parę sekund wystarczy, by wybić się na nieśmiertelność"
"W ostatnim dniu mego życia chciałbym słuchać Sokołowa grającego Beethovena"
"ma moc skupiania uwagi publiczności na kontemplowaniu i odkrywaniu na nowo nawet tych najbardziej znanych utworów"
"Przyjeżdża, gra program, bisuje, odjeżdża. I wraca. Każdy dźwięk jest obietnicą kolejnego"
"fenomenalna technika palcowa"
"duch absolutnego skupienia na muzyce"
"z innej planety... kosmita"
"i przywalić potrafi"
"dźwięk ma przepiękny, pełny"
"śmiga jak ponaddźwiękowy odrzutowiec"
"Palce Sokołowa mogą zrobić wszystko"
I z smsów od znajomego, którego wysłałam na koncert Sokołowa ;-)
"Sokolov boski. ... było 7 bisów. Ale to geniusz. Choć raz walnął w 2 klawisze naraz."

A poza tym:
- zawsze gra na przyciemnionej scenie
- nie mizdrzy się do publiczności
- bisuje, jak wyżej powiedziane, po 5 - 7 razy
- nie nagrywa w studio, bo nie lubi
- publikowania nagrań z koncertów też nie za bardzo sobie życzy
- od lat występuje tylko solo
- jego żona była poetką
- na budowie fortepianu zna się lepiej niż konstruktorzy Steinwaya
- zna na pamięć rozkłady lotów różnych towrzystw lotniczych
- rozszyfrowuje kody kreskowe na towarach w supermarkecie
- zna na wyrywki przepowiednie Nostradamusa

czyli, jakby nie patrzeć: fenomen wyjątkowy!

I jak gra! jak gra! Usłyszeć go na żywo i umrzeć .... byłoby pięknie!


niedziela, 4 listopada 2018

"Wzdłuż tych wszystkich dróg, nad którymi unosił się piasek, a wokół ciągnęła się nicość"

TU mnie zachęcił i mną zawładnął ;-)

     Na samochodach się nie znam, rozkoszy prowadzenia auta za kierownicą nie posmakowałam, a jednak przeczytałam "Osiołkiem" Andrzeja Stasiuka prawie na jednym oddechu. Podróże z artystycznie upakowanym bagażem w za małym samochodziku znam aż za dobrze. Stasiuk wybrał się zielonym "osiołkiem" na Środkowy Wschód: Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan, zauralska Rosja, Rosja azjatycka, pustynie, wielbłądy, piasek zasypujący szosy. A po drodze Ukraina, Dostojewski, Jerofiejew, Temudżyn, Tamerlan, Irtysz czy Irkuck, nazwy się plączą, ale skąd Kiszyniów? Przejazd nad Donem, przejazd wzdłuż pustynnego pustkowia, a we wspomnieniach "Znikający punkt", który akurat oglądałam, więc przynajmniej wiem, o czym mowa ;-) W innych miejscach, bardziej samochodowych, rozumiem mniej, albo wcale. Jednak powtórzę: przeczytałam na jednym oddechu. I dodam rzecz, o której się nie spodziewałam, że kiedykolwiek to przyznam: to pierwsza książka, w której wulgaryzmy, zresztą powtarzane w dwóch najpopularniejszych odmianach (;-) mnie nie rażą. A nie, nawet jeszcze wulgaryzujące dialektyzmy są. Mało tego, one tam są na miejscu. Gdyby ich nie było, właściwie rzecz cała byłaby wybrakowana, wydestylowana, ocenzurowana, wykastrowana, bez duszy, bez ikry. No więc są, w dialogach, w myślach narratora. Ale zacytuję coś innego. A`propos samochodów dawniej i dziś, a tak naprawdę o różnicach między człowiekiem dawniejszym a dzisiejszym, a jeszcze dokładniej to chyba o różnicy między przygodą a wygodą: "kiedyś wyprawa i jazda to były heroizm i wyzwanie. A teraz w dziurę wjedziesz, to ci się wszystkie światła zapalają, osiemnaście poduszek odpala, satelita zgłasza śmiertelne niebezpieczeństwo i za pięć minut jest pogotowie, straż pożarna i wsparcie psychologa". Pamiętam! Podróż "maluchem" pięcioosobową ekipą nad Morze Czarne! Nie oddałabym tych wspomnień za żadne poduszki, ABS-y, GPS-y i wszystkie satelity. No więc o tym ta książka jest: o przygodzie. O prawdziwej podróży, a nie tylko przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. O podróży w dal, w głąb, w czas przeszły i świat wyobraźni. 
      Niezaprzeczalna zaleta prozy Stasiuka to język. Nie, nie chodzi o wulgaryzmy ;-) Chodzi o przystawalność języka do sytuacji, do przestrzeni i stanu ducha . Język o podszewce widzialnego i nicowaniu stereotypów. Wszyscy widzimy to samo, ale nie wszyscy umiemy to opisać. Na przykład  gdy się jedzie, jedzie i jedzie gapiąc w okno bez końca. Niby się myśli, ale właściwie wcale nie myśli, tylko patrzy: "Siedziałem z boku i patrzyłem. Nic nie było, ale patrzyłem. Piach, płasko po horyzont, nic." Albo o różnicach mentalności, a właściwie to cały czas mowa jest o złudzeniach europejskości, europocentryzmu, o tym, że zaskorupieliśmy w swoim europejskim poczuciu wyjątkowości i poczuciu wyższości "W całej tej Rosji, na całym tym Wschodzie wiedzą, że nie będzie ładnie. Bo ładnie robimy sobie po to, żeby uciec od grozy. Modląc się i cywilizując. Tak jak my na tym naszym zadupiu europejskim z espresso i prosecco. W tym ogródku jordanowskim ludzkości. Robimy zdjęcia i puszczamy znajomym na pociechę, że proszę: może być tak fajnie i jak się napniemy, to też se zrobimy. A tymczasem ci tutaj mają tylko piach do przesypywania z ręki do ręki. Materię podstawową. Początek i koniec. Jakby wiedzieli, że wszystko jest piachem w różnych stanach skupienia." 
      I to by było na tyle, jakby powiedział profesor mniemanologii stosowanej. Zostanie tylko piach. Prawdziwa podróż nie wiedzie przez turystyczne centra, lecz manowcami błotnistych poboczy i na przekór wygodzie ;-)
     

niedziela, 28 października 2018

Perły

       To pierwsza książka Mariusza Szczygła, która naprawdę mi się podoba. Przy czym, gwoli ścisłości, muszę dodać, że to w ogóle pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam w całości, więc za dużego porównania nie mam ;-) A właściwie nie przeczytałam, lecz pochłonęłam. A odstręczało od niej wszystko: tytuł - lekceważący, powierzchowny, żartobliwie deprecjonujący; okładka - różowa (!), co bardziej wyrafinowane znawczynie kolorystyki powiedziałyby może, że raczej fuksja, co i tak dla mnie nie ma znaczenia - odstręczający; no i grafika - kolekcja agrafek na okładce. Z czym to wszystko może się kojarzyć, no z czym?!
       A jednak zajrzałam, zaczęłam czytać i wsiąkłam. Jak to jest, że gdy czytam książki o kobietach pisane przez kobiety, kompletnie do mnie nie przemawiają. Najczęściej nie bardzo wiem, o co w nich chodzi. Nie widzę żadnego podobieństwa między sobą, swoim życiem, a losami bohaterek, żadnego powinowactwa duchowego. Nie wzbudzają we mnie żadnych emocji. Najwyżej wzruszenie ramion i nudę. Może tylko niektórzy mężczyźni potrafią pisać o kobietach? Szczygieł w "Kaprysiku" opisał kilka różnych kobiet, czasami całkowicie oddając im głos, a czasami dociekając przyczyn ich znalezienia się w określonym miejscu, w określonym kontekście. Sa to historie zabawne i pouczajace zarazem. Ale nie w nachalny dydaktyczny sposób. Nic z tych rzeczy! Pouczające ze względu na nieodgadnione meandry losu, na przypadkowość wpisaną w codzienność, a że tym losem obdarzone zostały akurat kobiety, całość nabiera dodatkowego waloru, pwoiedziałabym, estetycznego.
      "Kaprysik. Damskie historie" jest zbiorem na poły reportaży, na poły wspomnień, w których bohaterkami są kobiety spotkane przez autora niejako przypadkiem,  za sprawą nieodgadnionego kaprysu zdarzeń. Jak Zofia Czerwińska, po której wprowadził się po latach, jak się okazało, do tego samego wynajętego mieszkania. Ale bohaterkami pozostałych reportaży są kobiety zupełnie nieznane, anonimowe - z jednym wyjątkiem - Idy Kamińskiej, wybitnej aktorki, której portret zamyka całą książkę. Wcześniej poznajemy Janinę Turek, która pozostawiła po sobie 728 zeszytów zapisanych drobiazgowymi notatkami z codzienności. Przez 57 lat pani Janina w tajemnicy przed wszystkimi pisała krótkie notatki podzielone na kilka tematów, dziedzin życia. Znajdują się w tych zapisach wizyty, spotkania, telefony do kogos i od kogoś, śniadania, obiady,  kolacje, wizty towarzystkie i wizyty przypadkowe, obejrzane programy, filmy, spektakle... Okruchy dni z życia gospodyni domowej. Zeszyty odziedziczyła i odnalazła po jej śmierci córka, która sprawuje nad nimi pieczę. Prawdziwie można powiedzieć, że jest to zapis dzień po dniu życia kobiety. Podobnie jak w listach dwóch przyjaciółek, które pisały do siebie co tydzień przez 52 lata, dzieląc się opisem swojej codzienności. W sumie nie mieszkały nawet daleko, niecałe 40 km od siebie, a jednak łatwiej im było regularnie wysyłać listy niż się spotykać.  I znowu Szczygieł oddaje głos swoim bohaterkom, dokonując selektywnego wyboru fragmentów listów od 1971 do 2004 roku, kiedy obie panie przeszły na kontakt sms-owy.
        Jest jeszcze jedna znana kobieta - Izabella Skrybant-Dziewiątkowska, czyli ta trzecia z Tercetu Egzotycznego. Ta część ma formę wywiadu, luźnej kompozycyjnie rozmowy, w której bohaterka opowiada o swoim doświadczeniu śmierci, żałoby i metafizyczności losu. Ale wracajmy do bohaterek anonimnowych, choć częściwo oddtajnionych, jeśli wyraziły na to zgodę. Na przykład Anna, pani stomatolog z małego miasteczka, która od dziesięciu lat przyjeżdża do fotografa w Szczecinie i pozuje do sesji fotograficznych według własnego pomysłu. Nigdzie tych zdjęć nie wysyła, nikomu nie pokazuje, trzyma je dla siebie w domu. I dla wnuków, jak mówi. Na potrzeby pisanego przez Mariusza Szczygła reportażu przygotowała sesję także z jego udziałem. Przebrała go za zielonego skrzata. To zdjęcie znajduje się w książce :-) W innym rozdziale bohaterką jest kobieta, ale opowieść zaczyna się od mężczyzny, rektora AGH w Krakowie Ryszarda Tadeusiewicza, który na korytarzu uczelni umieścił spiżowy pomnik swojej żony. Dodajmy, żony, która żyje, ma się dobrze, i czasami nawet przysiada na ławeczce koło swojej pomnikowej podobizny, nie jest to więc żaden pomnik pośmiertny czy coś w tym rodzaju. przeciwnie, to pomnik żywej, kwitnącej miłości. I cały tekst o tym opowiada. Z kolei rozdział "Kartka" ma niemal sensacyjną akcję. Autor znalazł kartkę z zapisanymi nazwiskami kobiet i postanawia odkryć jej tajemnicę. Prowadzi formalne śledztwo, wydzwania do kobiet znajdujacych się na liście, szuka punktu wspólnego, jakichś związków. Na liście znajdują się między innymi Hanna Krall i Krystyna Sienkiewicz. Podczas śledztwa pojawiają się różne teorie, np. że kartka zawiera nazwiska kobiet, które jako dzieci żydowskie zostały ocalone z holocaustu albo że to lista kochanek jakiegoś mężczyzny. Rozwiązanie tyleż zaskakujące, co zwyczajne pojawia się na samym końcu. Karkta wróciła do właściciela.
       "Damskie historie" to lektura lekka, ale i zastanawiająca. Jakie są właściwie kobiety? Czym żyją, dla kogo, czego oczekują od życia, jak radzą sobie ze światem? A może świat, nie z ekranów stacji telewizyjnych i medialnych doniesień, ale ten prawdziwy, nie z wyżyn abstrakcyjnej polityki, ale ten konkretny, nie z obietnic bez pokrycia, ale ten codzienny, tak naprawdę jest kobietą? A kobieta, jest prawdziwa i jest tylko sobą, a nie dodatkiem i kwiatkiem, gdy jak Zofia Czerwińska może powiedzieć: "Mężczyzna mojego życia  to mężczyzna z walizką za drzwiami"? "Kaprysik. Damskie historie" - osiem historii, osiem kobiet, osiem pereł realizmu i codzienności. Osiem powodów do przeczytania.
     


Ależ on ma piękny ten głos :-)


niedziela, 14 października 2018

No i jest...

... debiutancka płyta Jakuba Józefa Orlińskiego.  (TU wcześniejsza notka o nim) "Anima Sacra" nagrana z zespołem Il pomo d`oro będzie miała premierę 26 października. Zawiera arie kompozytorów pierwszej połowy XVIII wieku, zwłaszcza szkoły neapolitańskiej, choć nie tylko, bo jeśli zgodnie z zapowiedzią są tam także Zelenka i Hasse, to znajdujemy się w Dreźnie. Oooo, JPC podaje spis treści, rzeczywiście jest Zelenka, jest Hasse, a poza tym Fago, Feo i Sarro - wiem, dziwnie to brzmi, ale naprawdę tak się nazywali ;-) Francesco Nicola Fago, Francesco Feo i Domenico Sarro - wszyscy związani z Neapolem i tamtejszą szkołą kompozytorską. W każdym razie muzyczne zapowiedzi już są. Apetyt rośnie.




środa, 10 października 2018

Tak jakby pożegnanie




 

La Superba (Wspaniała), La Stupenda (Zdumiewająca) - 
Maria de Montserrat Viviana Concepción Caballé i Folch - ur. 12 kwietnia 1933 roku w Barcelonie, zmarła 6 października 2018 roku też w Barcelonie; 




niedziela, 7 października 2018

Nowy Świat - cz. 2

    Polska była orkiestra, a poza tym dyrygent z Chin, solista z Hiszpanii, muzyka węgierska i czeska. A, prawda, widownia też w większości polska, ale nie całkiem, bo chiński dyrygent oklaskiwany był też przez chińskich słuchaczy, chociaż kto ich tam wie, czy oni byli Chińczykami :-) Lio Kuokman ma kilkanaście stron internetowych i mnóstwo żródeł o nim pisze, ale nigdzie nie ma daty i miejsca urodzenia. W każdym razie jest młody. Może gdzieś na chińskiej stronie, ale tych znaczków nie umiem przeczytać. Angielskojęzyczne źródła podają wszelkie nagrody, osiągnięcia, nagrania, koncerty, czyli cała sfera muzyczna udokumentowana. Strona Szalonych Dni Muzyki skrupulatnie odnotowuje, że poprowadził na nich cztery koncerty. Byłam na jednym. ze wspomnianą muzyką węgierską i czeską.
     Węgierska to Zoltán Kodály (1882 - 1967), kompozytor i etnograf. Właściwie nic o nim nie wiem. W każdym razie jego muzyka czerpie ze źródeł ludowych i takie też reminiscencje pojawiają się w "Ballet Music" z opery "Háry János" zaprezentowanej na sobotnim koncercie. Początek raczej w stylu Strawińskiego, a i w całości kojarzyło mi się momentami ze "Świętem wiosny".  Za mało znam ludową muzykę węgierską, żeby ocenić i docenić kunszt kompozytora. Łatwiej było przy "Koncercie wiolonczelowym h-moll" Dvořáka, w którym z orkiestrą zaprezentował się Pablo Ferrández (27 lat), niezywkle ekspresyjny hiszpański wilonczelista. Jego grę, choć właśnie ekspresyjną i dynamiczną, odebrałam też jako niezywkle skupioną. Tak to wyglądało na pierwszym koncercie, natomiast następnego dnia słyszałam go w koncercie kameralnym w duecie z Plameną Mangovą i to było piękne :-) Najpierw "Kol Nidrei" Maxa Brucha, oryginalnie skomponowane na wiolonczelę z orkiestrą, ale tutaj transkrybowane na wiolonczelę z fortepianem. Stosownie do judaistycznego źródła modlitewnego utwór poważny i podniosły w  tonie. Drugim utworem zagranym przez duet Ferrández/Mangova była "Sonata wiolonczelowa" Rachmaninowa, w której oboje wykazali duży temperament. Ferrández musiał sobie radzić ze zrywającym się włosiem smyczka, którego resztki wyszarpał zębami (;-) a Mangova latała po klawiaturze jak, nie przymierzając, Martha Argerich. Bułgarska pianistka specjalizuje się w muzyce kameralnej i widać, że czuje się w tym dobrze. Rachmaninow w wykonaniu obojga porwał słuchaczy do owacji, co zaowocowało bisami. 
      Oklaski pojawiały się też w środku utworu, między częściami sonaty i to już nie było tak świetne ;-) Po pierwszej części przechodzącej z Lento do Allegro moderato część widzów zaczęła klaskać, ale się zorientowali, że są w mniejszości i po części drugiej Allegro scherzando  zaległa skupiona cisza. Kiedy jednak skończyła się trzecia w tempie Andante, znowu rozległy się oklaski, w które wdarły się tony części ostatniej Allegro mosso. Ludzie klaszczący nie zdążyli wyhamować, a muzycy niejako przewidując reakcję na Andante, od razu uderzyli w tony następne. No i się pokiełbasiło ;-) Doprawdy, też nie jestem muzykiem, ale czy nie można zapamietać, że sonata ma cztery części, a jeśli nie, to i tak ma budowę symetryczną i po podwójnym Allegro NIE MOŻE się kończyć na Andante, bo to by po prostu nie pasowało? W żaden sposób nijak nie pasuje, żeby się kończyła na Andante,  no nijak, a poza tym można obserwować muzyków. Oni naprawdę dają znak, kiedy koniec ;-)

Poniżej Andante, które nie jest zakończeniem całej Sonaty ;-)



Oklaski i czar pryska. Tymczasem to jest właściwe zakończenie:



Ale w sumie to należałoby posłuchać bohatera koncertu, czyli Pablo Ferrándeza:

niedziela, 30 września 2018

Gdzie jest Nowy Świat?

     Nie, nie chodzi o warszawską słynną ulicę. Może troszeczkę zerkano za ocean śladami Kolumba, ale też nie za każdym razem. Sięgano w przeszłość do Raju Utraconego, tam bez wątpienia można wciąż znaleźć inspirację, ale i stamtąd trzeba kiedyś wrócić. Więc Ziemia Obiecana? Podróż w przyszłość? Albo po prostu podróż w ogóle? Od "Podróży zimowej" po  "amerykańskiego" Dvořaka i jeszcze dalej?  W popkulturowe rejony muzyki filmowej? Tegoroczne Szalone Dni Muzyki znowu zgromadziły tłumy wędrowców przemierzających wszelkie dostępne i niedostępne zakulisowe terytoria Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Ba, po raz pierwszy szaleństwo zawładnęło nawet okolicznymi ulicami. I ja tam byłam, słuchałam i oglądałam, a w międzyczasie jak zwykle kawę piłam ;-)
     Maraton zaczęłam dopiero w sobotę, ale za to byłam na pięciu koncertach pod rząd. No, z małymi przerwami. Jak zasiadłam w tym Nowym Świecie o trzynastej, tak wyszłam stamtąd po dwudziestej. No, z małymi przerwami siedziałam, bo po drodze polonez ulicami Śródmieścia był. Właściwie od tego koncertu zaczęłam. Zaraz... bajzel mi się robi. No to po kolei. Słuchałam trzech różnych orkiestr, byłam w sumie na sześciu koncertach: czterech orkiestrowych i dwóch kameralnych, wysłuchałam czterech prawykonań, po raz pierwszy na żywo widziałam jak dyryguje Agnieszka Duczmal, poznałam nowego młodego polskiego dyrygenta oraz wirtuoza wiolonczeli z Hiszpanii, zobaczyłam wreszcie i usłyszałam jak gra nasz "Pianohooligan" i ... nie mogę napisać, czego i kogo nie udało mi się posłuchać, bo mi żal.
      Do koncertu "Polonez dla Niepodległej" wyszedł dyrygent młody, jeszcze mi nieznany, Paweł Kapuła. Z włosem starannie rozwianym i wzrokiem jak "Mickiewicz na Judahu skale" poprowadził cykl utworów polskich, w tym prawykonania czterech polonezów nagrodzonych w konkursie "Warszawski polonez dla Niepodległej" ogłoszony przez Sinfonię Varsovię. Do konkursu przystąpiło ponad stu kompozytorów, a w czerwcu ogłoszono wyniki. Nagrodzone utwory zostały już nagrane i to właśnie pod batutą Pawła Kapuły, ale dopiero wczoraj, 29 września, odbyło się publiczne prawykonanie. Pierwsze miejsce zdobył polonez absolutnie awangardowy. Owszem, rytm poloneza pozostał, ale poza tym... no, tańczyć do tego byłoby trudno ;-) To polonez raczej do słuchania i zapewne musiałabym posłuchać co najmniej trzy razy, żeby zrozumieć "o co chodziło kompozytorowi" - Emilowi Wojtackiemu. Może troszkę przesadzam, ale tak całkiem serio, w sumie utwór mi się podobał, ale że odbiega od łatwej polonezowej frazy, przyznaje sam kompozytor. Miejsce drugie przypadło Pawłowi Siekowi, a trzecie zdobył Ireneusz Boczek. W ich kompozycjach poloneza było znacznie więcej. Z kolei na zakończenie wybrzmiał utwór zaledwie 12-letniego autora Adama Józefa Falenty, który zapowiada się na całkiem ciekawego kompozytora. jego "Polonez dla Niepodległej" jest bowiem częścią większej całości, którą komponuje, I Symfonii h-moll. Młody autor przyznaje, że o konkursie powiedziała mu jego nauczycielka kompozycji i wówczas postanowił przerobić część swojego większego utworu, dostosować do wymogów konkursu, zmienić nawet orkiestrację. Przy dźwiękach właśnie tego utworu najmłodszego uczestnika konkursu wyszli przed scenę tancerze w strojach szlacheckich i poprosili do poloneza obecnych na widowni przedstawicieli władz Warszawy oraz jednego posła, następnie korowód wyszedł na zewnątrz, uformował się w czwórki i dołączyli do niego chętni, którzy w rytmie nagrań rozlegajacych się z poprzedzającej platformy samochodowej przemaszerowali Senatorską, Miodową, Krakowskim Przedmieściem, do Placu Piłsudskiego, Moliera i z powrotem na Plac Teatralny.
      I owszem, owszem, bardzo to ciekawe, że setna rocznica odzyskania niepodległości zainspirowała do tworzenia nowych kompozycji, ale na początku tego całego koncertu orkiestra zagrała "Krzesanego" Kilara i po raz kolejny nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to arcydzieło nieprzemijające. Jak niesamowitą rolę kompozytor wyznaczył tam kontrabasom. Majstersztyk po prostu! A te nutki góralskiej muzyki tu i tam porozsypywane jak dzwoneczki i te skrzypce z hal ciągnące, hej! Nuta nie do podrobienia :-)
      Ale idźmy dalej. W następną podróż zabrała mnie Agnieszka Duczmal i jej orkiestra Amadeus. Podróżowaliśmy Orient Expressem, więc były tańce irańskie i hiszpańskie na odmianę. Suitę "Radif" Knippera słyszałam po raz pierwszy. Ale cały czas podziwiałam panią dyrygentkę. Jej lewa dłoń, ręka cała to swoista maestria gestu. Dłoń wydaje polecenia jednej części orkiestry, przedramię drugiej, a ramię jeszcze trzeciej. Całość jest baletem godnym podziwu bez względu na muzykę. Takim dłoniom i takim rękom chyba nie grozi artretyzm ;-) Na zakończenie Agnieszka Duczmal dała też popis poczucia humoru, gdy się okazało, że potrafi także dowcipnie dyrygować. A chodziło o "Plink, Plank, Plunk!" Leroya Andersona.  Świetna zabawa :-)))




     Trzeci koncert orkiestrowy był bardzo warszawski, nawet tak zatytułowany: "Pocztówka z Warszawy". Złożyły się na niego kompozycje Henryka Warsa (Koncert fortepianowy, Szkice miejskie) i Mieczysława Wajnberga (Melodie polskie). W pierwszym utworze z Polską Orkiestrą Radiową pod batutą Michała Klauzy jako solista zagrał "Pianohooligan", czyli Piotr Orzechowski. To też muzyk z kategorii "młody gniewny", ale bardzo dobrze wykształcony i niesamowicie zdolny. Słuchałam jego nagrań, nie wszystko mi sie pdooba, bo ja zbyt wielką fanką jazzu nie jestem, ale parę rzeczy mnie urzekło i ostrzyłam sobie zęby na ten występ. Dlatego troszeczkę się rozczarowałam, że tak krótko. Wyszedł do fortepianu bardzo skromniutko, usiadł jakby na brzeżku, zagrał, ukłonił się i poszedł. 

Tak mówi o swoim komponowaniu Piotr Orzechowski:



A tak gra:



cdn.

poniedziałek, 24 września 2018

Szymanowski się cieszy

      Dopiero wczoraj podczas koncertu laureatów dowiedzieliśmy się, kto wygrał w kategorii kompozycji I Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.  Okazało się też, że w tej konkurencji zgłosiło się najwięcej, bo 101 uczestników z całego świata.  Nagrodzeni zostali dwaj Włosi i dwaj Koreańczycy. Trzy trzecie nagrody ex aequo: Koreańczyk, Włoch i Koreańczyk - jeden miał pseudonim metropera :-) Drugiej nagrody nie przyznano, a pierwszą zgarnął kolejny Włoch. Pseudonim miał nie do wymówienia, ale już wiem, że nazywa się Giovanni Bonato - bardzo ładne nazwisko dla  kompozytora. Jurorzy musieli te 101 partytur przeczytać i sobie w głowie chyba zagrać, bo jak inaczej ocenić, która komozycja lepsza. Wśród jurorów był między innymi Krzysztof Penderecki. Organizatorzy obeicuję, że nagrodzone utwory zostaną przedstawione publiczności i zagrane, zapewne na jakimś specjalnym koncercie.
      Patron konkursu był kompozytorem wszechstronnym, więc pewnie cieszy się, że jego imię i jego muzyka patronuje współczesnym muzykom, śpiewakom i kompozytorom. Może trochę w kategorii śpiewu możliwości są nieco ograniczone ze względu na charakter partytur pisanych przez Szymanowskiego, który jedne głosy lubił, inne jakoś pomijał w obsadzie swoich oper. A swoją drogą po raz pierwszy słyszałam inną - poza "Królem Rogerem" - operę Szymanowskiego pod tytułem "Hagith". Zupełnie nie miałam pojęcia, że coś takiego napisał. To króki utwór z 1922 roku, zaledwie jednaoktowy z librettem napisanym przez Feliksa Dörmanna na podstawie tekstów biblijnych. Najnowsza realizacja została zwykonana i zarejestrowana 19 września tego roku przez Polską Orkiestrę Radiową, Chór Filharmonii Narodowej i solistów: Wiolettę Chodowicz, Ryszarda Minkiewicza, Andrzeja Lamperta, Dariusza Macheja i Łukasza Rosiaka pod dyrygentem Michałem Klauzą. Słuchałam retransmisji w Dwójce i z wielkim pozytywnym zaskoczeniem muszę przyznać, że rozumiałam, co się śpiewa ;-)
      A wracając do zakończonego Konkursu im. Karola Szymanowskiego, na podsumowanie przy okazji wręczania nagród lauretom prof. Jasiński przywołał (wywołał?) ducha patrona konkursu, życząc by towarzyszył wszystkim laureatom w dalszym rozwoju. Obok zwycięzców muzycznych jeszcze jedna laureatką została prof. Joanna Wnuk-Nazarowa, spiritus movens NOSPR-u przez ponad 17 lat (od 2000 r.), inicjatorka wybudowania nowej, nowoczesnej siedziby orkiestry, inicjatorka konkursu, za wszystkie zasługi na polu kultury muzycznej otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Profesor Jasiński podsumowuje:



Laureatki III nagrody w kategorii kwartetów - New Music Quartet: Katarzyna Gluza (I skrzypce), Paulina Marcisz (II skrzypce), Karolina Orsik-Sauter (altówka), Dominika Szczypka (wiolonczela)

piątek, 21 września 2018

Rozkoncertowani, rozśpiewani...

... uczestnicy I Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego zakończyli zmagania w kategoriach:  fortepian, skrzypce, śpiew operowy oraz muzyka kwartetowa. Przedsięwzięcie ogromne! Organizatorem konkursu jest Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach we współpracy z Polskim Radiem, Akademią Muzyczną im. Karola Szymanowskiego w Katowicach oraz Towarzystwem Muzycznym im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem. Jak numeracja wskazuje, jest to pierwszy konkurs i wzorem wilekiego Konkursu Chopinowwskiego ma się odbywać co pięć lat. To już kolejny, po opisywanym przez mnie i zakończonym niedawno Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych, konkursowy debiut w tym roku. Jeśli oba będą kontynuowane i na stałe wejdą do kalendarza, rok 2018 okaże się niezwykle owocny w muzyczne inicjatywy o międzynarodowym zasięgu.
      Przesłuchania eliminacyjne odbywały się równolegle, ale kolejne etapy i finały rozłożone zostały tak,  aby można je było śledzić w radiowych transmisjach. W najwczesniej rozstrzygniętej kategorii kwartetów startowało siedem zespołów, spośród których polski New Music Quartet zajął trzecie miejsce, a zwyciężył Eliot Quartett w międzynarodowym składzie rosyjsko-kanadyjsko-niemieckim. Drugą rozstrzygnięta kategorią był fortepian, w którym startowało piętnastu uczestników, spośród których Polacy zajęli dwa najwyższe stopnie podium: Tymoteusz Bies (23 lata)  miejsce I oraz Mateusz Krzyżowski (19 lat) miejsce II. Miejsce III przypadło Koreance Seung Hui Kim (19 lat). Najliczniejszą grupą byli uczestnicy w kategorii skrzypiec, pnieważ aż 33. muzyków zostało dopuszczonych do udziału w konkursie.  W finale wystapiło sześć pań: cztery z Polski, jedna ze Słowenii i jedna z Belgii. Decyzją jury, które kazało strasznie długo czekać, gdy ja tu prawie zasypiałam przy radiu w nocy 19 września, I miejsce zdobyła Sławomira Wilga (24 lata), II miejsce - Roksana Kwaśnikowska (24 l.), III miejsce Maja Horvat (22 l.) ze Słowenii. W kategorii śpiewu bardzo silna polska ekipa zdominowała rywalizację. W finale znaleźli się sami Polacy: pięć pań i jeden pan. 20 września jury po przesłuchaniach finałowych przyznało I miejsce Ewie Tracz (30 l.), II miejsce Sylwii Olszyńskiej (33 l.) i III miejsce Agnieszce Jadwidze Grochali (25 l.). Na moje ucho wszyscy finaliści śpiewali wspaniale, ale jury kogoś wybrać musiało ;-) Ciekawostka lokalna - Ewa Tracz pochodzi z Hrubieszowa :-)

Rozmowa na gorąco z Tymoteuszem Biesem - zwycięzcą w kategorii fortepianu:





Dawniejszy występ Ewy Tracz, laureatki I nagrody w kategorii śpiewu operowego:




czwartek, 13 września 2018

Oooo, lublinianin! (aktualizacja)

     Tomasz Ritter zwyciężył w I Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych. Konkurs zapoczątkowany 2 września koncertem inauguracyjnym, rozgrywany od 4 września I etapem, w którym uczestniczyło 30. pianistów z dziewięciu krajów, zakończył się dzisiaj etapem finałowym, do którego weszło sześcioro uczestników, w tym troje z Polski. Przed  chwilą jury ogłosiło werdykt: I miejsce przyznano Tomaszowi Ritterowi (23 lata), pianiście urodzonemu w Lublinie. Na miejscu drugim ex aequo uplasowali się Aleksandra Świgut i Naruhiko Kawaguchi (Japonia), a na trzecim Krzysztof Książek, który otrzymał też nagrodę specjalną za wykonanie mazurków. Tego pianistę znamy już z udziału w ostatnim Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w 2015 roku, w którym niestety nie udało mu się wejść do finału. Dwaj pozostali finaliści Konkursu na Instrumentach Historycznych, Dmitry Ablogin z Rosji i Antoine de Grolee z Francji otrzymali wyróżnienia. 
     Nie miałam swoich typów, ponieważ nie słuchałam pilnie wszystkich transmisji. Za mało, aby wyrobić sobie zdanie. Tomasz Ritter nie jest tutaj wcale nowicjuszem, ma w dorobku już wiele prestiżowych nagród i to także w konkursach międzynarodowych. A biorąc pod uwagę, że studiuje nie tylko pianistykę na współczesnym fortepianie, ale i na fortepianie historycznym i klawesynie, może nie jest dziwne ani nieoczekiwane, że wygrał. Zapewne wykonanie przez niego Koncertu fortepianowego f-moll pojawi się na YouTube, a tymczasem na stronie konkursu jest nagranie finałowego występu całej polskiej trójki :-) (Link poniżej) 

Polski finał konkursu w kolejności: Książek, Ritter, Świgut

      W wieloosobowym jury znaleźli się znani wykonawcy i specjaliści od muzyki na instrumentach historycznych, jak Tobias KochAndreas Staier czy Claire Chevallier oraz laureaci tego bardziej znanego Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, np. Dang Thai Son czy Ewa Pobłocka. Jako ciekawostkę można dodać, że na koncercie inauguracyjnym wystąpił między innymi Szymon Nehring, finalista XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2015 r., w którym rywalizował przed trzema laty z Krzysztofem Książkiem. Uczestnicy obecnego konkursu, jak nazwa wskazuje, grali na instrumentach historycznych, na jakich grał Chopin: pleyelach, erardach i  buchholtzu. O, nie, pomyłka, to był broadwood z 1848 roku. No ale ja ich, kurczę, po dźwięku nie rozróżniam ;-) Jednak buchholtz też był. Na szczęście na stronie konkursu są wszystkie informacje :-)
      Tak więc nowy konkurs przeszedł do historii i ciekawe czy będzie tak samo odbywał się co pięć lat. 

KONCERT FINAŁOWY TOMASZA RITTERA JUŻ JEST





Śliczności :-)

czwartek, 6 września 2018

Dwa sierpniowe filmy

      Łączy je sierpień w tytule i postacie starych kobiet. Dzieli wszystko pozostałe, włącznie z oceanem. "Sierpniowe wieloryby" są popisem aktorstwa dwóch aktorek: Bette Davis miała wówczas 79 lat, a Lillian Gish 93 i była to jej ostatnia rola filmowa. Film Lindsaya Andersona z 1987 roku jest wzruszającą opowieścią o przemijaniu. Prawdę mówiąc, prawie nie ma w nim fabuły. Dwie starsze siostry spędzają kolejne lato wspólnie w rodzinnym domu w Maine. Wspominają lata młodości, kiedy w sierpniu przepływały tamtędy wieloryby. Obecnie są stare, schorowane i skazane na siebie; młodsza Sarah opiekuje się starszą, ociemniałą i zgorzkniałą Libby. Co mnie urzekło w tym filmie? Przepiękne pejzaże, wspaniałe mistrzowskie aktorstwo, psychologiczne studium starości i lęku przed śmiercią. A mimo to nie jest to film smutny, raczej pogodny i refleksyjny, pełen ciepła i wzruszeń. Sierpniowe wieloryby są symbolem minionej młodości i trwałości marzeń. Piękny, wzruszający film o życiu mimo wszystko.



   

      "Sierpniowa rapsodia" z kolei to jeden z ostatnich filmów Akiry Kurosawy, cesarza kina japońskiego, którego 20 rocznica śmierci przypada dzisiaj. Jak twierdził Coppola zdaje się, fenomen Kurosawy polegał nie na tym, że zrobił arcydzieło, lecz że zrobił ich aż osiem. Jego filmy raz obejrzane zostają w pamięci na zawsze, jak "Rashomon", "Ran", "Tron we krwi", "Siedmiu samurajów".  Do dziś pamiętam poplątane relacje z wydarzeń bohaterów "Rashomona" czy mroczne, przejmujące zdjęcia z filmu "Ran". Ze względu na korzystanie ze  źródeł szekspirowskich nazywany też Szekspirem japońskiego kina, Kurosawa był najmniej japoński z reżyserów Kraju Kwitnącej Wiśni, lecz to on właśnie przetarł drogi japońskiemu kinu do światowych festiwali, na których zdobywał nagrody. "Sierpniowa rapsodia" nie jest tak mroczna jak "Ran", nie tak wyrafinowana jak "Rashomon", nie tak samurajska jak "Siedmiu samurajów". Bohaterka, 90-letnia Kane była świadkiem zrzucenia bomby na Nagasaki. Straciła wówczas męża. Nie może zapomnieć tamtego dnia i nie potrafi wybaczyć Amerykanom. Dlatego sceptycznie odnosi się do wizyty amerykańskiego bratanka, który przyjechał z Hawajów ją poznać, poznać japońską rodzinę ojca, który wyemigrował z Japonii przed wojną. Film opowiada o konfrontacji dwóch gałęzi rodziny: japońskiej i amerykańskiej, które  nic prawie nawzajem o sobie nie wiedza, nie znają też wzajemnej historii. Kane własnym wnukom i bratankowi opowiada o dniu zrzucenia bomby. Wspomnienia Kane mają w sobie siłę archetypu apokalipsy. Dlatego ten film zapada w pamięć.
      Ciekawostka: Richard Gere grający amerykańskiego bratanka mówi w filmie swoje kwestie po japońsku.




     Takie to dwa filmy kojarzą mi się z sierpniem. I zapewne nic już tego nie zmieni. Kto dzisiaj potrafi robić takie filmy, które pamięta się po tylu latach?

niedziela, 2 września 2018

Ptaki i anioły

     Olivier Messiaen (1908 - 1992) był najlepszym kompozytorem wśród ornitologów i najlepszym ornitologiem wśród kompozytorów. Ptaki kochał tak bardzo, że w każdym niemal utworze umieszczał dźwięki naśladujące ich głosy. Kilka dzieł poświęcił specjalnie im ze słynnym "Katalogiem ptaków" (1958) na czele. Nie dziwi wcale, że w dorobku kompozytora znalazła się opera "Święty Franciszek" (1975) - jakże wdzięczny temat do zaprezentowania bogactwa ptasich głosów.  Ale już wcześniej ptaki były wielką fascynacją Messiaena, toteż w niesamowitym "Kwartecie na koniec czasu" - pisanym przy prawie 30-stopniowych mrozach podczas pobytu w jenieckim obozie w 1940 roku - umieścił między innymi "Otchłań ptaków". Dzieło jest jednym z najznakomitszych utworów kameralnych XX wieku.  Prawykonanie odbyło się w styczniu 1941 roku we wspomnianym obozie jenieckim, a słuchaczami byli jeńcy i strażnicy obozu. Szczególną rolę w kompozycji odgrywa klarnet, którego dźwiękami kompozytor oddaje głosy ptaków i - po części - aniołów. Messiaen zadedykował utwór "Pamięci Anioła Apokalipsy, który wznosi ramię ku niebiosom, mówiąc "Nie będzie już czasu".  W tytułach poszczególnych części pojawiają się apokaliptyczne motywy: otchłań, trąby, aniołowie, gniew i oczywiście koniec świata. Na próżno jednak szukać w kompozycji prostego ilustracyjnego przełożenia biblijnych obrazów na język muzyki. Messiaen był kompozytorem na wskroś nowatorskim i nowoczesnym. Jego poszukiwania i eksperymenty odbiegają od tradycyjnej harmoniczności, w rytmice nawiązywał do tradycji muzyki Wschodu i przez całe życie utrzymywał, że w budowaniu specyficznej melodyki naśladuje śpiew ptaków, o których mawiał, że są jego  "pierwszymi i największymi mistrzami". W "Kwartecie" znajdujemy wiele z owych ptasich inspiracji, a klarnet odgrywa w nich rolę istotną, choć nie tylko on. Spowolnione rytmy fortepianu i płynne dźwięki wiolonczeli i skrzypiec kierują wyobraźnię ku wiecznej bezczasowości, stąd też mówi się, że za każdym razem, gdy gdziekolwiek "Kwartet na koniec czasu" jest wykonywany",  czas przestaje istnieć. Prawie 50 minut w zawieszeniu? Warto posłuchać :-)

Olivier Messiaen: Kwartet na koniec czasu
Części:
1. Liturgie de cristal (Liturgia kryształu)
2. Vocalise pour l`Ange qui annonce la fin du temps (Wokaliza dla Anioła ogłaszającego koniec świata)
3. Abime des oiseaux (Otchłań ptaków)
4. Intermede (Intermedium)
5. Louange a l`Eternite de Jesus (Pochwała wieczności Jezusa)
6. Danse de la fureur pour les sept trompettes (Taniec gniewu siedmiu trąb) 
7. Fouillis d`arcs-en-ciel pour l`Ange qui annonce la fin du temps (Gra barw tęczowych dla Anioła ogłaszającego koniec świata) 
8. Louange a l`Immortalite de Jesus (Pochwała nieśmiertelności Jezusa)


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Zasłuchałam się wieczorowo

     Sierpniowe wieczory już nie tak upalne i dłuższe, zaczynają się wcześniej. Prawie równo z wieczornymi koncertami w Dwójce. Przynajmniej niektórymi, bo gdy zaczynają o siedemnastej, to jednak nie zdążam. W sobotę też nie zdążyłam na początek, ale zdążyłam na kwintesencję. Jak ja odpoczęłam! Muzycznie i słownie! Rzadko kiedy zdarza się taki blok, że słucham jak leci z równą uwagą i zachwytem przez ponad cztery godziny (oczywiście o ile nie leci akurat Wagner ;-))  Zdążyłam na to, co warte było poznania, odświeżenia bądź wzruszenia.
      Najpierw dzieło odkryte po 140. latach niepamięci. Maurycego Moszkowskiego (1854 - 1925) Koncert fortepianowy h-moll. Jedni piszą, ze Polak, inni, że Niemiec, co Wikipedia iście pokojowo podsumowuje jako pochodzenie "niemiecko-polsko-żydowskie".  Jakby nie było, trudno być stuprocentowym Polakiem, urodziwszy się w połowie XIX wieku we Wrocławiu. Ale nazwisko ma ładne :-) I łatwe do zapamiętania. Ten swój pierwszy Koncert fortepianowy skomponował mając 20 lat, a jest to dzieło ogromne, trwające ok. 50 minut. Podobno zachwycił się nim sam Liszt, który podczas specjalnie zorganizowanego koncertu grał obok Moszkowskiego na drugim fortepianie partię orkiestry. Samemu kompozytorowi dzieło się jednak nie podobało i nigdy nie włączał go do listy opusów ani nie opublikował. Toteż z czasem zaginęło i nigdy nie było wykonywane. Aż do momentu przypadkowego odkrycia dokonanego w paryskiej bibliotece w 2011 r. (Moszkowski zmarł w Paryżu, tam właśnie pozostawiając swoją spuściznę). Ludmil Angelov otrzymał manuskrypt od przyjaciela, który go znalazł w Paryżu i rozpoznał jako zaginiony koncert Moszkowskiego. Bułgarski pianista postanowił przywrócić muzycznemu światu dzieło i dokonał jego prawykonania w wielu krajach, w tym w Polsce po raz pierwszy 9 stycznia 2014 r. i od tamtej pory niestrudzenie je propaguje, uważając, że warte jest włączenia do repertuaru współczesnej pianistyki. Przedwczoraj (25 sierpnia) wykonał je podczas festiwalu Chopin i Jego Europa z  Sinfonią Varsovią pod Jackiem Kaspszykiem. 
      Dla mnie to absolutna nowość. Nastawiłam się na słuchanie permanentne, gdyż utwór wykonywany jest bez przerwy, mimo że składa się z czterech części. Przez 50 minut nie można się ani na moment zdekoncentrować. O ile poprawnie udało mi się zarejestrować owe niewidoczne cezury, najbardziej podobała mi się część druga. Fortepian niezwykle dźwięczny, delikatny, melodyjny, trochę taki marzycielski. Finał niezwykle wirtuozowski i dynamiczny, bardzo trudny. Umknęło mi wiele rzeczy podczas tego pierwszego słuchania. Mam jednak nadzieję, że nie było ostatnie. Koncert jest na pewno warty, by do niego wracać.
      Poniżej nagranie z wykonania premierowego. Pod okienkiem z nagraniem można kliknąć na minuty oznaczające każdą z części i posłuchać każdej osobno.


   

        Druga część długiego wieczoru upłynęła pod znakiem radiowego teatru. "Burza" Szekspira w reżyserii Waldemara Modestowicza. Literacki tekst wspaniale współgrał z wysłuchanym przed chwilą koncertem. Jakby był dalszym ciągiem tej samej sztuki. Najbardziej podobał mi się Adam Ferency jako Prospero. Świetnie zagrane! Natomiast istny fajerwerkowy popis głosowy dała Anna Dereszowska jako Ariel. I tu się przyznam, nie doceniałam tej aktorki. W wielu rolach, w tym oglądanych na scenach na żywo, rozczarowała mnie. Tym razem była rewelacyjna. Nie tak, żebym akurat takiego Ariela mogła zaakceptować, chwilami był dla mnie "niestrawny", ale doceniam głosową maestrię. Rozbawił mnie zaś Paweł Woronowicz jako Trynkulo, no naprawdę biedny on był, gdy mu się obrywało za niewidzialnego Ariela, podkładającego ostrzegawczy i przedrzeźniający głos.
       Trzecia część wieczoru miała ponownie charakter muzyczny i to w całości polski. Utwory Ignacego Jana Paderewskiego grał Dang Thai-Son. Na samy początku Elegia b-moll zagrana została tak wyciszająco, elegijnie właśnie,  że przeniosłam się w inny wymiar.  I tak zaczął się,a potem trwał pod magnetyzmem Paderewskiego długi sobotni wieczór, zakończony nie wiem, o której, bo chyba na Nokturnie zasnęłam, nie doczekawszy przerwy i po nim Koncertu fortepianowego ;-) Za dużo wrażeń, jak na jeden wieczór.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Ludowa Europa

      Dwunasty Jarmark Jagielloński w Lublinie zgromadził rzesze turystów i kilkuset wystawców z siedmiu krajów na 180. straganach. Liczby robią wrażenie, ale konkretniej będzie podać kraje, z jakich pochodzili: Białoruś, Litwa, Ukraina, Słowacja, Węgry, Maroko i oczywiście Polska.  Tak, tak, Maroko też, chociaż w tytule jest Europa. Słowem, jarmark się rozrasta. Obawiam się, że więcej straganów już się nie zmieści, a i tak zajmują niemal całe Stare Miasto i deptak na Krakowskim Przedmieściu. Wędrowanie między nimi jest jak zwiedzanie starodawnych kultur. Z jednej strony dymią kowalskie stoiska, dźwięczą blachy, syczą hartowane żelaza,  z drugiej opoczyński zespół ludowy śpiewa starodawne pieśni, a z daleka dobiegają wysokie tony drewnianych i glinianych fujarek, piszczałek i okaryn. Zatrzymałam się przy duecie lirnika i skrzypka z Ukrainy. Dziadek z pomarszczoną twarzą kręcił korbową lirą, młody czarnobrody zawodził nostalgicznie na skrzypeczkach. Do futerału wpadały drobne monety. Na drugim krańcu jarmarku młody, lecz również brodaty muzyk i garncarz z Białorusi uczył grać na glinianych świstawkach i okarynach. "Zagra pan na baranku?" I słychać tony wysokie jak z górskich hal. "A żabka jak śpiewa?" "To okaryna"- pada wyjaśnienie i leci tęskna melodia wzdłuż deptaku. Każda gliniana figurka miała dziurkę, przez którą sprzedawca przewlekał rzemyczek i zawieszał na szyi kupującego. A na Grodzkiej usadowiła się rodzinna kapela, najmniejszy chłopiec wystukiwał rytm na bębenku. Wokół przystawał wielojęzyczny tłum. Niektórzy w pół kroku, inni z pierogiem w ręce, a ktoś jeszcze w tradycyjnym ukraińskim wianku na głowie. Nie pamiętam już, z jakiego kraju pochodziły misterne słomiane opaski na włosy. Natomiast tłok największy zrobił się przy węgierskim straganie z piernikami z Debreczyna. I ja też skosztowałam zanim przystanęłam przy ulubionych huculskich wzorach. Ostatecznie wyjechałam z lnianym obrusem z Mińska, torebką z haftem łowickim, misterną słowacką broszką do kapelusza oraz kartkami pocztowymi z koniakowskimi koronkami (niedługo pofruną w świat). Bo koronki w tym roku były tematem przewodnim, a koniakowskie szczególnie królowały na straganach i na wystawie. Koronkarstwo wciąż jest sztuką, w której mistrzostwo przychodzi z wiekiem. Trzeba mieć w palcach całe wieki tradycji i lata praktyki, by jak 83-letnia koronczarka z Koniakowa móc stworzyć własną wersję serwety z innym "kwiotkiem" w każdej kolejnej warstwie.  Ech, za mało czasu, aby jednego dnia obejrzeć i wchłonąć wszystko. W "Pożegnaniu z Afryką" nad kawą Jamaica Blue Mountain planowałam już przyjazd za rok.
   
Muzyczny akcent na stoisku kowalskim:

piątek, 17 sierpnia 2018

Skojarzenia

     Ponieważ pierwsza część wrażeń z lektury "Portretu damy" była na tym blogu, a nie na Okolicach książek, więc i tutaj będzie część druga. Dobrnęłam do końca już jakiś czas temu, ale dopiero dzisiaj zebrało się na pisanie. Zdecydowanie druga część nabrała tempa, jeśli chodzi o wydarzenia i czas, który nagle przeskakuje jakieś dwa lata. Bohaterka, Isabel wychodzi za mąż i zostaje panią Osmond. W tym momencie, a właściwie jeszcze wcześniej, gdy poznaje madame Merle, rzecz cała zaczyna w coraz większym stopniu przypominać "Niebezpieczne związki" Laclosa, powieść niemal dokładnie sto lat wcześniejszą. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Henry James Laclosa doskonale znał. Isabel nieświadomie wpada w sieć intrygi snutej przez madame Merle wespół z jej dawnym kochankiem Osmondem. Ma w tym swój ważki prywatny interes, ale nie będę spoilerować ;-) W każdym razie moje rozczarowanie wzrosło. W drugiej części książki analiza psychologiczna bohaterki, tak intrygująca na początku, stopniowo ustępuje miejsca niemal opisowi behawiorystycznemu. A im bliżej końca, tym bardziej odczuwa się powierzchowność analizy psychologicznej. Motywacje Isabel, której mąż niczym pan Graba Orzeszkowej zaraz po ślubie ujawnia nikczemną naturę ukrytą pod maską wykwintnych manier, nie są przekonujące. Poza tym już sama decyzja poślubienia Gilberta Osmonda jest z gruntu naciągana. Jakby autor zamierzał po prostu zilustrować z góry założoną tezę, nie zważając na prawdopodobieństwo psychologiczne. A może rzeczywiście najbardziej prawdopodobne jest, że kiedy wszyscy wokół mówią dziewczynie, że jej wybranek jest absolutnie nieodpowiedni, to ona tym bardziej brnie w toksyczny układ na przekór całemu światu? No nie wiem, nigdy nie byłam w takiej sytuacji i trudno mi zrozumieć, że bohaterka, która w bardzo młodym wieku stopniowo uświadamia sobie wagę niezależności i robi wszystko, żeby tę niezależność i swobodę smakowania świata pogłębiać, w momencie, kiedy finansowo staje się rzeczywiście niezależna od nikogo, nagle nie pragnie niczego innego, tylko uwikłać się w nieodpowiednie małżeństwo. Dotąd uważnie analizowała swoją sytuację i rozsądnie podchodziła do decyzji; teraz nagle traci rozsądek oraz rezygnuje z życiowych aspiracji. Bez sensu zupełnie. Autor wcale bowiem tak usilnie nie buduje wcale zauroczenia i ślepej miłości jako motywacji!  Czymże więc kieruje się Isabel? Przyznaję, nie wiem. Jestem rozczarowana.
       Paradoksalnie więcej życia nabiera w tym kontekście umierający Ralph, który przed śmiercią dostrzegł jak pomylił się w swoich oczekiwaniach co do losów Isabel. Głębszego wymiaru nabiera lord Warburton, ba, nawet pierwszy wielbiciel Isabel, Caspar Goodwood okazuje się coraz bardziej interesujący jako postać literacka. Autor widać nie miał już pomysłu na swoją bohaterkę. Zrobił z niej cierpiętnicę  na modłę pozytywistycznej powieści Orzeszkowej - nie przypadkiem wspomniałam wyżej pana Grabę, który robił wszystko, żeby złamać żonę, zniszczyć jej psychikę. No ale, na litość,  Isabel miała inny punkt wyjściowy! Była osobą bardziej świadomą swoich uczuć i międzyludzkich relacji, jej aspiracją było poznawanie ludzkich charakterów, w osobie ciotki, pani Touchett miała naoczny przykład, jak może postąpić kobieta, której małżeństwo nie satysfakcjonuje, nawet gdy nie chce oficjalnie się rozwieść i zerwać całkowicie stosunki z mężem. Tymczasem pani Touchett, od lat mieszkająca we Włoszech i zaglądająca do domu mężowskiego raz w roku na miesiąc czy dwa, stanęła na wysokości zadania i osobiście czuwała zarówno przy umierającym mężu, jak i później synu, nie tracąc ani odrobiny ze swojej wyniosłej i oschłej niezależności.
        W kontekście załamania się linii osobistego rozwoju bohaterki tytuł powieści jawi mi się jako głęboko ironiczny.  Jakiż to portret damy, której z wielkich aspiracji zostaje prezent z 70 tysięcy uczyniony zwykłemu oszustowi, łowcy posagu? To raczej portret głupiej prowincjonalnej gęsi ;- )

piątek, 10 sierpnia 2018

Pierwsze wrażenie i drugie rozczarowanie

      Kolejny raz doświadczam pewnej prawidłowości. Jeśli zachwyci mnie pierwsze zetknięcie z jakimś pisarzem, drugie okazuje się rozczarowaniem. Bywa to bardziej prawdopodobne, gdy pierwsza przeczytana książka jest wybitna. Tak było z Hermannem Brochem. "Śmierć Wergilego" wciągnęła mnie totalnie i do dziś jestem zauroczona. Kiedy jednak sięgnęłam po "Lunatyków", doznałam rozczarowania i - przyznaję - nawet nie dobrnęłam do połowy! Podobne wrażenie mam teraz, czytając "Portret damy" Henry`ego Jamesa. Kontakt z twórczością pisarza rozpoczęłam od niewątpliwego - według zgodnej opinii wielu krytyków - arcydzieła, jakim są "Ambasadorowie".  Faktycznie, perfekcja narracji może zdumiewać i fascynować. Opisałam swoje wrażenia na Okolicach książek . Idąc tropem powszechnej opinii, sięgnęłam po również zachwalany "Portret damy" i - nie, nie powiem, żebym była zdegustowana, ale odrobina rozczarowania jest. Być może jeszcze za wcześnie na ostateczną ocenę, gdyż jestem dopiero na 178. stronie ;-) Narracja Jamesa i tutaj ma swoje specyficzne zalety. Duża doza subiektywizmu mowy pozornie zależnej pozwala śledzić psychologiczne aspekty osobowości głównej bohaterki. W przeciwieństwie do"Ambasadorów" tutaj całość obejmuje jednak trzecioosbowy obiektywny narrator, a przynajmniej  silący się na obiektywizm w bezpośrednim zwracaniu się - niejako ponad głowami bohaterów - do czytelnika, starając się wzbudzić jego sympatię do głównej bohaterki.
      Zgodnie z tytułem, jest nią kobieta, młoda dziewczyna, Amerykanka, która po przybyciu do Europy zdobywa doświadczenie i, rzec by można, towarzyską ogładę w wysokich sferach towarzystwa. Nie jest oczywiście tak, że panna Archer nie ma obycia. Przeciwnie, jest nieprzeciętnie inteligentna, ciekawa świata i ludzi, chce jak najszerzej i dokładniej poznać Europę i stosunki międzyludzkie w niej panujące, a które są dla niej, w porównaniu z amerykańskimi, bardziej skomplikowane. Nie miejsce tu na streszczanie fabuły. Zresztą u Jamesa w ogóle jest to zbyt skomplikowane. Spora część zdarzeń właściwie rozgrywa się w psychice bohaterów. Przeżycia, emocje, ich refleksje działają jak lustrzane odbicia postaw, zachowań i uczuć innych ludzi. Istota narracji zawiera się w przenikaniu się światów: zewnętrznych zdarzeń i wewnętrznej autorefleksji bohaterki.Ona sama z kolei stanowi ośrodek zainteresowań kilkorga innych postaci, jak kuzyna Ralpha czy ciotki Touchett, którzy, każde na swój sposób, roztoczyli nad Isabel swoistą opiekę umożliwiającą jej poznawanie i badanie "okazów ludzkich", jak to ujęła. Dążenie do niezależności przejawia się na początku w formie odrzucenia propozycji małżeństwa zafascynowanego nią lorda Warburtona, a następnie odesłaniu do Ameryki Caspara Godwooda, zabiegającego o jej rękę biznesmena, który przypłynął za nią do Anglii. W jednym i drugim przypadku małżeństwo wydawało się bohaterce "niepotrzebną komplikacją codziennego życia".  W którym kierunku rozwiną się zainteresowania Isabel, dowiem się z dalszej lektury. Tymczasem zastanawiam się, czy w ostatecznym rachunku znowu okaże się, że albo powinnam czytać książki w chronologicznej kolejności ich powstawania, śledząc rozwój talentu pisarza i kolejne etapy wspinania się na szczyt perfekcji, albo po zapoznaniu się z książką najlepszą, resztę sobie zwyczajnie odpuścić, nie dopuszczając do rozczarowań ;-)

PS. No, ale gdybym tak postępowała, nigdy nie przeczytałabym tylu książek Parnickiego! ;-)

niedziela, 29 lipca 2018

Polacy w Bayreuth

       25 lipca rozpoczął się Festiwal Wagnerowski w Bayreuth. Nazwa zobowiązuje: wystawia się na nim 10 kanonicznych dzieł Richarda Wagnera: Latającego Holenrda, Tannhausera, Lohengrina, Tristana i Izoldę, Śpiewaków norymberskich, Parsifala  oraz cztery części Pierścienia Nibelunga: Złoto Renu, Walkirię, Zygfryda i Zmierzch bogów.  Oczywiście kolejność bywa różna. O randze festiwalu świadczy fakt, że odbywa się on od 1867 roku w specjalnie do tego celu zaprojektowanym budynku, zaprojektowanym zresztą przez samego Wagnera. Festiwalem przez wszystkie te lata kierują członkowie rodziny Wagnera. Można by rzec, impreza rodzinna ;-) Niemniej, na potrzeby festiwalu organizowana  jest specjalna orkiestra, a wagnerowskie chóry zajmują szczyty światowego rankingu. Istnieją śpiewacy specjalizujący się w Wagnerze i stale w Bayreuth występujący, jak Waltraud Meier, która po kilkunastu latach przerwy wróciła jako Ortruda  na scenę Festspielhaus w Bayreuth. Ale tegoroczny sezon w Bayreuth jest niezwykły z innego powodu. Na otwarcie w Lohengrinie zaśpiewali dwaj Polacy:  Piotr Beczała w partii tytułowej i Tomasz Konieczny jako Telramund. Obaj rewelacyjni, co zresztą zostało docenione przez recenzentów "Berliner Zeitung" oraz w MDR Culture  No niestety, na czytanie wszystkich recenzji nie miałam jeszcze czasu. Zastanawiające, że w obu ocenach powtarza się krytyka pomysłu scenograficznego. Na szczęście w radiu można było skoncentrować się na muzyce i śpiewie, nie rozpraszając się mniej czy bardziej nietrafionymi reżyserskimi wizualizacjami. Piotr Beczała właściwie niespodziewanie zastąpił w partii Lohengrina Roberta Alagnę. W opiniach recenzentów pojawia się sugestia, że to dobry wybór a nawet że szczęśliwy traf. Głosowo Lehnegrin jest partia bardziej liryczną niż inni bohaterowie Wagnera. Przyjemnie było słuchać dwóch Polaków w jednym z najbardziej prestiżowych festiwali operowych świata. Otwarcie Festiwalu Wagnerowskiego w świecie opery ma rangę jak Festiwal Filmowy w Cannes w świecie kinematografii: każda osobistość czuje się zobowiązana tam być ;-) A z pobożnych życzeń, a może nawet mających coś w sobie prawdy, jest informacja, że Tomasz Konieczny ma szansę zaśpiewać partię Wotana. To byłoby coś!

A na razie dwóch Polaków na rozpoczęcie festiwalu. Piotr Beczała jako Lohengrin i Tomasz Konieczny jako Telramund - szlachetny rycerz i czarny charakter w "Lohengrinie"A przy okazji widok na, no cóż, cudaczną scenografię i kosmiczną wizję kostiumowo-charakteryzatorską;-)


poniedziałek, 23 lipca 2018

Skutki nocnego słuchania muzyki

     Na początek koncertu się spóźniłam, toteż czekałam na komentarz prowadzącego audycję, żeby wiedzieć, czego i kogo słucham. Ze zrozumieniem nazwy zespołu również nie tak łatwo poszło: Lauter? Laugher? W każdym razie grają barok. W końcu okazało się, że chodzi o Lautten Compagney - instrumentalny zespół niemiecki specjalizujący się w muzyce Haendla i baroku. Ale tym razem grali chyba Telemanna. Podobno z nowej płyty. Niestety, nie znalazłam tego nagrania na YouTube. Nie jestem pewna czy czegoś nie pomyliłam. W każdym razie zespół gra na historycznych instrumentach, współpracując z wieloma wykonawcami, ale stosują też nowoczesne aranżacje w połączeniu z brzmieniami elektronicznymi.

Tradycja i nowoczesność w wykonaniu Lautten Compagney:




środa, 18 lipca 2018

Cadfael ;-)

      Braciszek Cadfael jest benedyktynem i mieszka w opactwie Sherwsbury. Życie miał burzliwe i teraz chce mieć święty spokój,uprawiając ziołowy klasztorny ogródek.  Jednak dawne przyzwyczajenia nie pozwalają mu gnuśnieć,gdy wokół dzieją się rzeczy niezwykłe i tajemnicze. Bo brat Cadfael ma żyłkę detektywistyczną, jak brat Wilhelm z "Imienia róży". Rzecz podobnie jak w powieści Eco rozgrywa się w średniowieczu. Dawno temu oglądałam serial BBC "Kroniki braciszka Cadfaela" Derekiem Jacobim w roli głównej (niezapomnianym z roli tytułowej w serialu"Ja, Klaudiusz"). I teraz przeglądając stare książki, na wewnętrznej okładce jednej z nich znalazłam reklamę serii "Mnich" Ellis Peters. Czytam, czytam i oczom nie wierzę. "Mnich" to seria 20 tomów przygód Cadfaela napisanych przez Edith Pargeter (1913 - 1995) używającej pseudonimu Ellis Peters. Ostatni tom kazał się na rok przed śmiercią pisarki. Oglądając przed laty serial,nie pamiętam, żebym kojarzyła literacki pierwowzór. Chyba nawet nie wiedziałam, że film nakręcono na podstawie książek. Uświadomiłam to sobie dopiero teraz, przypadkowo odnajdując reklamę serii polskich tłumaczeń. Czyżby brat Cadfael z nudów prowadząc swoje śledztwo odnalazł teraz mnie? I jakie to jednak nieprzypadkowe, skoro właśnie skończyłam czytać o Fryderyku II Hohenstaufie (wpis na Okolicach książek), czyli czasy bardzo bliskie. Cadfael rozwiązuje swoje zagadki w wieku XII, Fryderyk II rządził w I połowie wieku XIII. Średniowiecze to chyba moje czytelnicze przeznaczenie ;-) 

czwartek, 12 lipca 2018

Koncert pod pomnikiem

       I wcale nie chodzi o pomnik Chopina ani warszawskie Łazienki. Po raz trzeci odbywają się latem koncerty plenerowe pod pomnikiem Karola Szymanowskiego w Parku im. Jerzego Waldorffa w Słupsku. Zdarzyło mi się zawitać w tamte okolice i akurat trafiłam na koncert na poły klasyczny. Barbara Witkowska na harfie i Adrian Janda na klarnecie przypomnieli polskie i zagraniczne przeboje filmowe. Soliści na co dzień  grają w orkiestrze Filharmonii Narodowej, a razem tworzą duet dokonując adaptacji muzyki filmowej  na te dwa instrumenty. Barbara Witkowska zresztą od lat muzyką filmową się zajmuje, wykonywała ścieżki dźwiękowe w polskich filmach, jak "Saga prastarej puszczy" (serial dokumentalny), "Wino truskawkowe", "Zabić Sekala", "Bandyta" i innych.
        Podczas niedzielnego koncertu program został ułożony czteroczęściowe bloki, w których dominowała raz muzyka taneczna, raz ciekawostki dawnego kina, a w kolejnych musicalowe szlagiery. Z ciekawostek warto wspomnieć o Charliem Chaplinie, który - jak się okazało - nie tylko reżyserował swoje znane filmy, ale i komponował do nich muzykę. Szczególne miejsce w koncercie zajął Nino Rota, jeden z najsłynniejszych kompozytorów muzyki filmowej. Słuchaliśmy między innymi muzyki z "Ojca chrzestnego".  Nie mogło oczywiście zabraknąć polskiego twórcy filmowej muzyki - Wojciecha Kilara i jego walca z "Trędowatej", a jakby na zasadzie dopełnienia walc Waldemara Kazaneckiego z "Nocy i dni". Kontrastowo zaś mocne rytmy Gershwina z "Amerykanina w Paryżu" oraz "Libertango" Astora Piazzolli. Były jeszcze instrumentalne wersje przebojów Franka Sinatry i Elvisa Presleya, ale przyznam, że takie utwory zdecydowanie wolę słuchać w wersji oryginalnej. W każdym razie program jak na letnią przygodę z muzyką dość zróżnicowany i zapewne dlatego publiczność dopisała, co widać na zdjęciach, które można obejrzeć na poniższym linku. Jest tam też załączony krótki filmik.

Garden Party u Karola

      Koncerty odbywają się właśnie pod nazwą Garden Party u Karola, patronuje im z pomnika Karol Szymanowski oraz jako organizator Sinfonia Baltica im. Wojciecha Kilara. Lato nie lato, wakacje czy nie, a ludzie złaknieni są muzyki, o czym świadczy duża frekwencja i fakt, że koncerty odbywają się  w ramach budżetu partycypacyjnego miasta. Tak więc społeczeństwo zażyczyło sobie tych koncertów, a ja 8 lipca byłam w Słupsku i się załapałam przy okazji :-)

"Libertango" w wersji tanecznej:


wtorek, 3 lipca 2018

Kultura w odwrocie?

      Kulturę zmyły deszcze. Rozmyła się? A gdzie nie pada(ło) rozsypała się w proch. Kultura gdzieś się ulokowała w stałych punktach, samemu trzeba do niej pojechać. Czyli w podróży być stale. A może i książki podróżują, tylko inaczej? Pod koniec czerwca nawet na prowincji pojawiła się półka uwolnionych książek. Zaniosłam dwie. I na drugi dzień jednej z moich uwolnionych książek już nie było. Wyruszyła w podróż. Niestety, to nie była wielka literatura. Z wielką literaturą rozstać się nie potrafię. Dlatego z ruchomych książek udało mi się jak dotąd skorzystać tylko raz, gdy ktoś po prostu pozbył się pozycji antykwarycznych, a nie chciało mu się wystawiać na Allegro ;-) Znalazłam pozycję, którą znam, a jakże, ale nie miałam w swojej biblioteczce. To był Brecht. Teraz z biblioteki wygarnęłam gruby tom, ale jak targać go w zapełnionej po brzegi walizce? Kalendarz kultury zapełni się bliżej końca lipca, przełomu lipca i sierpnia. No, wówczas z kolei trudność będzie polegała na nadmiarze spośród nakładających się w tym samym czasie wydarzeń. 

do 7 lipca trwa Zamojskie Lato Teatralne
1 lipca - 19 sierpnia - Wieczory Muzyki Organowej i Kameralnej w Rzeszowie
10- 15 lipca - Festiwal Artystów Filmu i telewizji w Janowie Lubelskim
26 - 29 lipca - Carnaval Sztukmistrzów w Lublinie
3 - 12 sierpnia - Letni Festiwal Filmowy w Zwierzyńcu
5 - 12 sierpnia - Festiwal Stolica języka Polskiego w Szczebrzeszynie
11 - 12 sierpnia - Festiwal kaszy "Gryczaki" w Janowie Lubelskim
17 - 19 sierpnia - Jarmark Jagielloński w  Lublinie
9 - 31 sierpnia - Chopin i Jego Europa w Warszawie

oraz inne okoliczności :-)

czwartek, 21 czerwca 2018

Ojej! :-(

      Zrobiłam sobie jeden dzień wolny od radia i mediów i przegapiłam wczoraj smutną wiadomość. Zmarł Dominik Połoński, wybitny wiolonczelista. Miał 41 lat, przez kilkanaście lat walczył z nowotworem mózgu. W wyniku choroby stracił władzę w lewej ręce, a mimo to wrócił do grania i jako jedyny na świecie grał tylko jedną ręką. Wielu kompozytorów  specjalnie dla niego komponowało muzykę uwzględniając jego fizyczne ograniczenia. Cóż powiedzieć? Najlepiej posłuchać.








środa, 20 czerwca 2018

Stosy, śmierć i muzyka

Monfort
es mort
es mort
es mort
viva Toloza
ciotat gloriosa
et poderosa
tornan lo paratge et l`onor!

Na nic się jednak zdała nieoczekiwana i niezbyt chwalebna śmierć Montforta pod Tuluzą, gdyż ostatecznie potężne królestwo Rajmunda VI (następnie zaś po jego śmierci Rajmunda VII), sławna poetycka Langwedocja niknie z kulturalnej mapy Europy. Szymon de Montfort był wojskowym dowódcą krucjaty przeciwko albigensom, mającym swoje duchowe i kulturowe stolice w miastach Langwedocji: Tuluzie, Carcassonne, Albi, Brieziers. Krucjata rozpoczęta w 1209 roku przeciągała się, a Montfort to tracił, to odzyskiwał utracone miasta. Aż 25 czerwca 1218 roku  został przypadkowo, gdy wybiegał z namiotu, trafiony przez obrońców Tuluzy kamieniem wystrzelonym z czegoś w rodzaju katapulty, w każdym razie z jakiejś maszyny miotającej kamienie. Obrońcy radowali się głośno, krzyżowcy stracili ducha. Jednakże historia podaje zimne fakty: po dwudziestu latach w 1229 roku zawarto ostateczny traktat poddający Langwedocję pod panowanie królów Francji. Pociągnęło to za sobą rzecz jasna skrupulatne eliminowanie  podejrzanych o wszelkie herezje. Długi i szczegółowy esej na ten temat napisał Zbigniew Herbert w zbiorze "Barbarzyńca w ogrodzie"- "O albigensach, inkwizytorach i trubadurach". Stamtąd zaczerpnęłam zacytowany na początku okrzyk radości mieszkańców Tuluzy po śmierci Montforta. Nie wiem, czy Szymonowi de Montfort poświęcono jakiś muzyczny utwór, ale tragedię katarów opowiedział sięgając po dawną muzykę i poematy tamtego czasu Jordi Savall w "Zapomnianym królestwie" ("Le Royaume Oublie: La Thragedie Cathare"). Stamtąd fragment muzyczny.



środa, 13 czerwca 2018

Barokowy kontratenor z bonusem

        Nowoczesność nowoczesnością, ale co tradycja to tradycja. Zwłaszcza barokowa. I zwłaszcza Vivaldi. I zwłaszcza w takim wykonaniu. Piękny, młody i zdolny. czegóż chcieć więcej? Ach, no właśnie,  na dodatek Polak :-) Śpiewał już w Metropolitan Opera i Carnegie Hall, a to za sprawą sukcesu w National Council Auditions, którego został zwycięzcą. Śpiewał już w barokowych operach, między innymi "Burzy" (jako Ariel) Purcella, "Alcinie" (jako  Ruggiero) i "Agrippinie" (jako Narciso) Haendla, "Venus i Adonisie" (jako Kupidyn) Johna Blowa. W ubiegłym roku śpiewał partię księcia Kolchidy Orimeno w operze Francesco Cavallego "Erismene" podczas Aix-en-Provence Festival. I w tejże partii usłyszymy go w sobotę w Dwójce w wieczorze operowym. Libretto jest strasznie pokręcone, bohaterowie mają po dwie tożsamości, a na końcu w niektórych przypadkach ujawnia się jeszcze trzecia. Połapać się w tym trudno ;-) Natomiast dzisiaj,13 czerwca nasz śpiewak występuje z recitalem w londyńskiej Wigmore Hall - ciekawe czy są jeszcze bilety ;-)
      No i najważniejsze:
nazywa się Jakub Józef Orliński, jest kontratenorem i... niespodzianka na samym dole ;-)

Tu  śpiewa Vivaldiego:



A tu niespodzianka - druga pasja kontratenora :-))

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Unowocześniam się ;-)

       Może nie całkiem ja, ale moje ucho ;-) Najpierw trafiłam na audycję z utworami na przędzalniczych krosnach. Co prawda, jaka to nowoczesność, skoro krosna są z połowy XIX wieku. Znajdują się w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. I jak opowiadał główny kustosz Józef Kłosiński, nadal działają. Słuchał ich między innymi Marcin Stańczyk, który zafascynowany dźwiękami krosien skomponował "Muzykę tkaną".  Znalazłam nagranie w Ninatece, do posłuchania. Prawdziwa energia tkactwa zaczyna się na kilkanaście sekund przed czwartą minuta, a potem jest coraz ciekawiej :-) Nie patrząc na orkiestrą bardzo łatwo wyobrazić sobie te pracujące w rytmie maszyny, szeregi krosien, biegające czółenka. Jest w tym jakieś podobieństwo do repetytywnej muzyki Steve Reicha, ale nie szukajmy podobieństw na siłę. Wszelkie mechanizmy mają to do siebie, że działają w sposób powtarzalny w określonym rytmie: krosna, pociągi, wahadła, zegary, młoty pneumatyczne itp. Nic dziwnego, że ich wykorzystywanie w muzyce prowadzi do podobnych efektów. Akurat wizja tkacka jest bliska człowiekowi; oczyma wyobraźni widzimy błam materiału nawijany na wielką belę spod tysiąca drobnych nitek.

Marcin Stańczyk: Muzyka tkana
(trzeba kliknąć  na strzałkę w okienku)


PS Czytanie Czapskiego

wtorek, 5 czerwca 2018

Arie na krótkie noce lata, podczas których nie warto spać

      Wszyscy się obudzili, tylko oczywiście Rozyna  udaje, że nie słyszy ;-)



Ale przybywa Figaro! Nic w Sewilli nie dzieje się bez jego udziału ;-)



I znajduje wyjście z sytuacji. Przynajmniej tak mu się wydaje. Za co zresztą pobiera słoną prowizję, jak widać ;-)



Oczywiście, jak to bywa, kończy się awanturą i szaleństwem. Bartolo traci rozum.



Drugi akt nie pozostawia złudzeń.



Fragmenty różnych realizacji "Cyrulika sewilskiego"  Giacomo Rossiniego dają szeroki wachlarz wyboru ulubionej scenicznej i głosowej wersji. Opera buffa, która podczas premiery (20 lutego 1816)  wywołała kosmiczną awanturę, stała się wkrótce samograjem złożonym z przebojów. Niedoścignione popisy wirtuozerii do dzisiaj sprawiają trudność wielu śpiewakom, a najlepszym dają możliwość pokazania mistrzostwa śpiewu i aktorstwa. Popisy w sam raz na krótkie upalne noce :-)

niedziela, 27 maja 2018

Na początku był Monteverdi

     Aha, na Okolicach książek o tym, że poważny filozof może być jednocześnie niezwykle dowcipnym człowiekiem ;-)


      Zastał głosy a capella a zostawił zakompaniowane ;-) I narodziła się opera. Gdy się człowiek nasłucha późniejszych różnych kombinacji, wariacji i reinterpretacji, aż chce się wrócić do początku i oczyścić pamięć z naleciałości. Na początku był Monteverdi i jego "L`Orfeo" (1607). Słynna pieśń wzruszająca bóstwa ciemności - "Possente spirto" - z wirtuozowskimi  skrzypcowymi zawijasami do dziś budzi podziw: jak On to zrobił? Jak wpadł na pomysł stworzenia pieśni i muzyki "przeciw śmierci"? Podobno w czasie, kiedy komponował, jego żona była ciężko chora. Zmarła jeszcze w tym samym roku, kilka miesięcy po premierze "Orfeusza".
     Nie, oczywiście, ze nie pierwszy Monteverdi sięgnął po mit o Orfeuszu, żeby stworzyć dzieło muzyczne, ale przed  Monteverdim nie było opery! A tutaj mamy dramat z całą psychologiczną komplikacją. I Charon wcale nie daje się ubłagać, o nie! Zapewne był głuchy ;-) Natomiast Orfeusz, jak to artysta, rośnie, gdy widzi i czuje natychmiastowy skutek swojej sztuki, No wiec ogląda się, żeby sprawdzić, czy jego śpiew rzeczywiście odwrócił prawo natury. Bo może nie? Bogowie go oszukali? Nie, skądże, nie o bogów chodzi. On CHCE SIĘ PRZEKONAĆ, ŻE JEGO MUZYKA MA MOC WSKRZESZANIA! Ot, pycha artysty. Niebezpieczna to rzecz.
      Żebyśmy nie płakali, Monteverdi, a raczej Alessandro Striggio, librecista, każe boskiemu ojcu Orfeusza, Apollinowi zejść po nieszczęśliwego syna i umieścić go wśród gwiazd. Do dziś widać tam jego lutnię.


         Zanim to nastąpiło Orfeusz śpiewał w Teatro Regio w Turynie.



Inny trailer z tego samego przedstawienia:



A tu inna realizacja. Christian Gerhaher nie tylko śpiewa jak Orfeusz, ale i wygląda jakby otarł się o piekło: