niedziela, 14 października 2018

No i jest...

... debiutancka płyta Jakuba Józefa Orlińskiego.  (TU wcześniejsza notka o nim) "Anima Sacra" nagrana z zespołem Il pomo d`oro będzie miała premierę 26 października. Zawiera arie kompozytorów pierwszej połowy XVIII wieku, zwłaszcza szkoły neapolitańskiej, choć nie tylko, bo jeśli zgodnie z zapowiedzią są tam także Zelenka i Hasse, to znajdujemy się w Dreźnie. Oooo, JPC podaje spis treści, rzeczywiście jest Zelenka, jest Hasse, a poza tym Fago, Feo i Sarro - wiem, dziwnie to brzmi, ale naprawdę tak się nazywali ;-) Francesco Nicola Fago, Francesco Feo i Domenico Sarro - wszyscy związani z Neapolem i tamtejszą szkołą kompozytorską. W każdym razie muzyczne zapowiedzi już są. Apetyt rośnie.




środa, 10 października 2018

Tak jakby pożegnanie




 

La Superba (Wspaniała), La Stupenda (Zdumiewająca) - 
Maria de Montserrat Viviana Concepción Caballé i Folch - ur. 12 kwietnia 1933 roku w Barcelonie, zmarła 6 października 2018 roku też w Barcelonie; 




niedziela, 7 października 2018

Nowy Świat - cz. 2

    Polska była orkiestra, a poza tym dyrygent z Chin, solista z Hiszpanii, muzyka węgierska i czeska. A, prawda, widownia też w większości polska, ale nie całkiem, bo chiński dyrygent oklaskiwany był też przez chińskich słuchaczy, chociaż kto ich tam wie, czy oni byli Chińczykami :-) Lio Kuokman ma kilkanaście stron internetowych i mnóstwo żródeł o nim pisze, ale nigdzie nie ma daty i miejsca urodzenia. W każdym razie jest młody. Może gdzieś na chińskiej stronie, ale tych znaczków nie umiem przeczytać. Angielskojęzyczne źródła podają wszelkie nagrody, osiągnięcia, nagrania, koncerty, czyli cała sfera muzyczna udokumentowana. Strona Szalonych Dni Muzyki skrupulatnie odnotowuje, że poprowadził na nich cztery koncerty. Byłam na jednym. ze wspomnianą muzyką węgierską i czeską.
     Węgierska to Zoltán Kodály (1882 - 1967), kompozytor i etnograf. Właściwie nic o nim nie wiem. W każdym razie jego muzyka czerpie ze źródeł ludowych i takie też reminiscencje pojawiają się w "Ballet Music" z opery "Háry János" zaprezentowanej na sobotnim koncercie. Początek raczej w stylu Strawińskiego, a i w całości kojarzyło mi się momentami ze "Świętem wiosny".  Za mało znam ludową muzykę węgierską, żeby ocenić i docenić kunszt kompozytora. Łatwiej było przy "Koncercie wiolonczelowym h-moll" Dvořáka, w którym z orkiestrą zaprezentował się Pablo Ferrández (27 lat), niezywkle ekspresyjny hiszpański wilonczelista. Jego grę, choć właśnie ekspresyjną i dynamiczną, odebrałam też jako niezywkle skupioną. Tak to wyglądało na pierwszym koncercie, natomiast następnego dnia słyszałam go w koncercie kameralnym w duecie z Plameną Mangovą i to było piękne :-) Najpierw "Kol Nidrei" Maxa Brucha, oryginalnie skomponowane na wiolonczelę z orkiestrą, ale tutaj transkrybowane na wiolonczelę z fortepianem. Stosownie do judaistycznego źródła modlitewnego utwór poważny i podniosły w  tonie. Drugim utworem zagranym przez duet Ferrández/Mangova była "Sonata wiolonczelowa" Rachmaninowa, w której oboje wykazali duży temperament. Ferrández musiał sobie radzić ze zrywającym się włosiem smyczka, którego resztki wyszarpał zębami (;-) a Mangova latała po klawiaturze jak, nie przymierzając, Martha Argerich. Bułgarska pianistka specjalizuje się w muzyce kameralnej i widać, że czuje się w tym dobrze. Rachmaninow w wykonaniu obojga porwał słuchaczy do owacji, co zaowocowało bisami. 
      Oklaski pojawiały się też w środku utworu, między częściami sonaty i to już nie było tak świetne ;-) Po pierwszej części przechodzącej z Lento do Allegro moderato część widzów zaczęła klaskać, ale się zorientowali, że są w mniejszości i po części drugiej Allegro scherzando  zaległa skupiona cisza. Kiedy jednak skończyła się trzecia w tempie Andante, znowu rozległy się oklaski, w które wdarły się tony części ostatniej Allegro mosso. Ludzie klaszczący nie zdążyli wyhamować, a muzycy niejako przewidując reakcję na Andante, od razu uderzyli w tony następne. No i się pokiełbasiło ;-) Doprawdy, też nie jestem muzykiem, ale czy nie można zapamietać, że sonata ma cztery części, a jeśli nie, to i tak ma budowę symetryczną i po podwójnym Allegro NIE MOŻE się kończyć na Andante, bo to by po prostu nie pasowało? W żaden sposób nijak nie pasuje, żeby się kończyła na Andante,  no nijak, a poza tym można obserwować muzyków. Oni naprawdę dają znak, kiedy koniec ;-)

Poniżej Andante, które nie jest zakończeniem całej Sonaty ;-)



Oklaski i czar pryska. Tymczasem to jest właściwe zakończenie:



Ale w sumie to należałoby posłuchać bohatera koncertu, czyli Pablo Ferrándeza:

niedziela, 30 września 2018

Gdzie jest Nowy Świat?

     Nie, nie chodzi o warszawską słynną ulicę. Może troszeczkę zerkano za ocean śladami Kolumba, ale też nie za każdym razem. Sięgano w przeszłość do Raju Utraconego, tam bez wątpienia można wciąż znaleźć inspirację, ale i stamtąd trzeba kiedyś wrócić. Więc Ziemia Obiecana? Podróż w przyszłość? Albo po prostu podróż w ogóle? Od "Podróży zimowej" po  "amerykańskiego" Dvořaka i jeszcze dalej?  W popkulturowe rejony muzyki filmowej? Tegoroczne Szalone Dni Muzyki znowu zgromadziły tłumy wędrowców przemierzających wszelkie dostępne i niedostępne zakulisowe terytoria Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Ba, po raz pierwszy szaleństwo zawładnęło nawet okolicznymi ulicami. I ja tam byłam, słuchałam i oglądałam, a w międzyczasie jak zwykle kawę piłam ;-)
     Maraton zaczęłam dopiero w sobotę, ale za to byłam na pięciu koncertach pod rząd. No, z małymi przerwami. Jak zasiadłam w tym Nowym Świecie o trzynastej, tak wyszłam stamtąd po dwudziestej. No, z małymi przerwami siedziałam, bo po drodze polonez ulicami Śródmieścia był. Właściwie od tego koncertu zaczęłam. Zaraz... bajzel mi się robi. No to po kolei. Słuchałam trzech różnych orkiestr, byłam w sumie na sześciu koncertach: czterech orkiestrowych i dwóch kameralnych, wysłuchałam czterech prawykonań, po raz pierwszy na żywo widziałam jak dyryguje Agnieszka Duczmal, poznałam nowego młodego polskiego dyrygenta oraz wirtuoza wiolonczeli z Hiszpanii, zobaczyłam wreszcie i usłyszałam jak gra nasz "Pianohooligan" i ... nie mogę napisać, czego i kogo nie udało mi się posłuchać, bo mi żal.
      Do koncertu "Polonez dla Niepodległej" wyszedł dyrygent młody, jeszcze mi nieznany, Paweł Kapuła. Z włosem starannie rozwianym i wzrokiem jak "Mickiewicz na Judahu skale" poprowadził cykl utworów polskich, w tym prawykonania czterech polonezów nagrodzonych w konkursie "Warszawski polonez dla Niepodległej" ogłoszony przez Sinfonię Varsovię. Do konkursu przystąpiło ponad stu kompozytorów, a w czerwcu ogłoszono wyniki. Nagrodzone utwory zostały już nagrane i to właśnie pod batutą Pawła Kapuły, ale dopiero wczoraj, 29 września, odbyło się publiczne prawykonanie. Pierwsze miejsce zdobył polonez absolutnie awangardowy. Owszem, rytm poloneza pozostał, ale poza tym... no, tańczyć do tego byłoby trudno ;-) To polonez raczej do słuchania i zapewne musiałabym posłuchać co najmniej trzy razy, żeby zrozumieć "o co chodziło kompozytorowi" - Emilowi Wojtackiemu. Może troszkę przesadzam, ale tak całkiem serio, w sumie utwór mi się podobał, ale że odbiega od łatwej polonezowej frazy, przyznaje sam kompozytor. Miejsce drugie przypadło Pawłowi Siekowi, a trzecie zdobył Ireneusz Boczek. W ich kompozycjach poloneza było znacznie więcej. Z kolei na zakończenie wybrzmiał utwór zaledwie 12-letniego autora Adama Józefa Falenty, który zapowiada się na całkiem ciekawego kompozytora. jego "Polonez dla Niepodległej" jest bowiem częścią większej całości, którą komponuje, I Symfonii h-moll. Młody autor przyznaje, że o konkursie powiedziała mu jego nauczycielka kompozycji i wówczas postanowił przerobić część swojego większego utworu, dostosować do wymogów konkursu, zmienić nawet orkiestrację. Przy dźwiękach właśnie tego utworu najmłodszego uczestnika konkursu wyszli przed scenę tancerze w strojach szlacheckich i poprosili do poloneza obecnych na widowni przedstawicieli władz Warszawy oraz jednego posła, następnie korowód wyszedł na zewnątrz, uformował się w czwórki i dołączyli do niego chętni, którzy w rytmie nagrań rozlegajacych się z poprzedzającej platformy samochodowej przemaszerowali Senatorską, Miodową, Krakowskim Przedmieściem, do Placu Piłsudskiego, Moliera i z powrotem na Plac Teatralny.
      I owszem, owszem, bardzo to ciekawe, że setna rocznica odzyskania niepodległości zainspirowała do tworzenia nowych kompozycji, ale na początku tego całego koncertu orkiestra zagrała "Krzesanego" Kilara i po raz kolejny nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to arcydzieło nieprzemijające. Jak niesamowitą rolę kompozytor wyznaczył tam kontrabasom. Majstersztyk po prostu! A te nutki góralskiej muzyki tu i tam porozsypywane jak dzwoneczki i te skrzypce z hal ciągnące, hej! Nuta nie do podrobienia :-)
      Ale idźmy dalej. W następną podróż zabrała mnie Agnieszka Duczmal i jej orkiestra Amadeus. Podróżowaliśmy Orient Expressem, więc były tańce irańskie i hiszpańskie na odmianę. Suitę "Radif" Knippera słyszałam po raz pierwszy. Ale cały czas podziwiałam panią dyrygentkę. Jej lewa dłoń, ręka cała to swoista maestria gestu. Dłoń wydaje polecenia jednej części orkiestry, przedramię drugiej, a ramię jeszcze trzeciej. Całość jest baletem godnym podziwu bez względu na muzykę. Takim dłoniom i takim rękom chyba nie grozi artretyzm ;-) Na zakończenie Agnieszka Duczmal dała też popis poczucia humoru, gdy się okazało, że potrafi także dowcipnie dyrygować. A chodziło o "Plink, Plank, Plunk!" Leroya Andersona.  Świetna zabawa :-)))




     Trzeci koncert orkiestrowy był bardzo warszawski, nawet tak zatytułowany: "Pocztówka z Warszawy". Złożyły się na niego kompozycje Henryka Warsa (Koncert fortepianowy, Szkice miejskie) i Mieczysława Wajnberga (Melodie polskie). W pierwszym utworze z Polską Orkiestrą Radiową pod batutą Michała Klauzy jako solista zagrał "Pianohooligan", czyli Piotr Orzechowski. To też muzyk z kategorii "młody gniewny", ale bardzo dobrze wykształcony i niesamowicie zdolny. Słuchałam jego nagrań, nie wszystko mi sie pdooba, bo ja zbyt wielką fanką jazzu nie jestem, ale parę rzeczy mnie urzekło i ostrzyłam sobie zęby na ten występ. Dlatego troszeczkę się rozczarowałam, że tak krótko. Wyszedł do fortepianu bardzo skromniutko, usiadł jakby na brzeżku, zagrał, ukłonił się i poszedł. 

Tak mówi o swoim komponowaniu Piotr Orzechowski:



A tak gra:



cdn.

poniedziałek, 24 września 2018

Szymanowski się cieszy

      Dopiero wczoraj podczas koncertu laureatów dowiedzieliśmy się, kto wygrał w kategorii kompozycji I Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.  Okazało się też, że w tej konkurencji zgłosiło się najwięcej, bo 101 uczestników z całego świata.  Nagrodzeni zostali dwaj Włosi i dwaj Koreańczycy. Trzy trzecie nagrody ex aequo: Koreańczyk, Włoch i Koreańczyk - jeden miał pseudonim metropera :-) Drugiej nagrody nie przyznano, a pierwszą zgarnął kolejny Włoch. Pseudonim miał nie do wymówienia, ale już wiem, że nazywa się Giovanni Bonato - bardzo ładne nazwisko dla  kompozytora. Jurorzy musieli te 101 partytur przeczytać i sobie w głowie chyba zagrać, bo jak inaczej ocenić, która komozycja lepsza. Wśród jurorów był między innymi Krzysztof Penderecki. Organizatorzy obeicuję, że nagrodzone utwory zostaną przedstawione publiczności i zagrane, zapewne na jakimś specjalnym koncercie.
      Patron konkursu był kompozytorem wszechstronnym, więc pewnie cieszy się, że jego imię i jego muzyka patronuje współczesnym muzykom, śpiewakom i kompozytorom. Może trochę w kategorii śpiewu możliwości są nieco ograniczone ze względu na charakter partytur pisanych przez Szymanowskiego, który jedne głosy lubił, inne jakoś pomijał w obsadzie swoich oper. A swoją drogą po raz pierwszy słyszałam inną - poza "Królem Rogerem" - operę Szymanowskiego pod tytułem "Hagith". Zupełnie nie miałam pojęcia, że coś takiego napisał. To króki utwór z 1922 roku, zaledwie jednaoktowy z librettem napisanym przez Feliksa Dörmanna na podstawie tekstów biblijnych. Najnowsza realizacja została zwykonana i zarejestrowana 19 września tego roku przez Polską Orkiestrę Radiową, Chór Filharmonii Narodowej i solistów: Wiolettę Chodowicz, Ryszarda Minkiewicza, Andrzeja Lamperta, Dariusza Macheja i Łukasza Rosiaka pod dyrygentem Michałem Klauzą. Słuchałam retransmisji w Dwójce i z wielkim pozytywnym zaskoczeniem muszę przyznać, że rozumiałam, co się śpiewa ;-)
      A wracając do zakończonego Konkursu im. Karola Szymanowskiego, na podsumowanie przy okazji wręczania nagród lauretom prof. Jasiński przywołał (wywołał?) ducha patrona konkursu, życząc by towarzyszył wszystkim laureatom w dalszym rozwoju. Obok zwycięzców muzycznych jeszcze jedna laureatką została prof. Joanna Wnuk-Nazarowa, spiritus movens NOSPR-u przez ponad 17 lat (od 2000 r.), inicjatorka wybudowania nowej, nowoczesnej siedziby orkiestry, inicjatorka konkursu, za wszystkie zasługi na polu kultury muzycznej otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Profesor Jasiński podsumowuje:



Laureatki III nagrody w kategorii kwartetów - New Music Quartet: Katarzyna Gluza (I skrzypce), Paulina Marcisz (II skrzypce), Karolina Orsik-Sauter (altówka), Dominika Szczypka (wiolonczela)

piątek, 21 września 2018

Rozkoncertowani, rozśpiewani...

... uczestnicy I Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego zakończyli zmagania w kategoriach:  fortepian, skrzypce, śpiew operowy oraz muzyka kwartetowa. Przedsięwzięcie ogromne! Organizatorem konkursu jest Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach we współpracy z Polskim Radiem, Akademią Muzyczną im. Karola Szymanowskiego w Katowicach oraz Towarzystwem Muzycznym im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem. Jak numeracja wskazuje, jest to pierwszy konkurs i wzorem wilekiego Konkursu Chopinowwskiego ma się odbywać co pięć lat. To już kolejny, po opisywanym przez mnie i zakończonym niedawno Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych, konkursowy debiut w tym roku. Jeśli oba będą kontynuowane i na stałe wejdą do kalendarza, rok 2018 okaże się niezwykle owocny w muzyczne inicjatywy o międzynarodowym zasięgu.
      Przesłuchania eliminacyjne odbywały się równolegle, ale kolejne etapy i finały rozłożone zostały tak,  aby można je było śledzić w radiowych transmisjach. W najwczesniej rozstrzygniętej kategorii kwartetów startowało siedem zespołów, spośród których polski New Music Quartet zajął trzecie miejsce, a zwyciężył Eliot Quartett w międzynarodowym składzie rosyjsko-kanadyjsko-niemieckim. Drugą rozstrzygnięta kategorią był fortepian, w którym startowało piętnastu uczestników, spośród których Polacy zajęli dwa najwyższe stopnie podium: Tymoteusz Bies (23 lata)  miejsce I oraz Mateusz Krzyżowski (19 lat) miejsce II. Miejsce III przypadło Koreance Seung Hui Kim (19 lat). Najliczniejszą grupą byli uczestnicy w kategorii skrzypiec, pnieważ aż 33. muzyków zostało dopuszczonych do udziału w konkursie.  W finale wystapiło sześć pań: cztery z Polski, jedna ze Słowenii i jedna z Belgii. Decyzją jury, które kazało strasznie długo czekać, gdy ja tu prawie zasypiałam przy radiu w nocy 19 września, I miejsce zdobyła Sławomira Wilga (24 lata), II miejsce - Roksana Kwaśnikowska (24 l.), III miejsce Maja Horvat (22 l.) ze Słowenii. W kategorii śpiewu bardzo silna polska ekipa zdominowała rywalizację. W finale znaleźli się sami Polacy: pięć pań i jeden pan. 20 września jury po przesłuchaniach finałowych przyznało I miejsce Ewie Tracz (30 l.), II miejsce Sylwii Olszyńskiej (33 l.) i III miejsce Agnieszce Jadwidze Grochali (25 l.). Na moje ucho wszyscy finaliści śpiewali wspaniale, ale jury kogoś wybrać musiało ;-) Ciekawostka lokalna - Ewa Tracz pochodzi z Hrubieszowa :-)

Rozmowa na gorąco z Tymoteuszem Biesem - zwycięzcą w kategorii fortepianu:





Dawniejszy występ Ewy Tracz, laureatki I nagrody w kategorii śpiewu operowego:




czwartek, 13 września 2018

Oooo, lublinianin! (aktualizacja)

     Tomasz Ritter zwyciężył w I Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych. Konkurs zapoczątkowany 2 września koncertem inauguracyjnym, rozgrywany od 4 września I etapem, w którym uczestniczyło 30. pianistów z dziewięciu krajów, zakończył się dzisiaj etapem finałowym, do którego weszło sześcioro uczestników, w tym troje z Polski. Przed  chwilą jury ogłosiło werdykt: I miejsce przyznano Tomaszowi Ritterowi (23 lata), pianiście urodzonemu w Lublinie. Na miejscu drugim ex aequo uplasowali się Aleksandra Świgut i Naruhiko Kawaguchi (Japonia), a na trzecim Krzysztof Książek, który otrzymał też nagrodę specjalną za wykonanie mazurków. Tego pianistę znamy już z udziału w ostatnim Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w 2015 roku, w którym niestety nie udało mu się wejść do finału. Dwaj pozostali finaliści Konkursu na Instrumentach Historycznych, Dmitry Ablogin z Rosji i Antoine de Grolee z Francji otrzymali wyróżnienia. 
     Nie miałam swoich typów, ponieważ nie słuchałam pilnie wszystkich transmisji. Za mało, aby wyrobić sobie zdanie. Tomasz Ritter nie jest tutaj wcale nowicjuszem, ma w dorobku już wiele prestiżowych nagród i to także w konkursach międzynarodowych. A biorąc pod uwagę, że studiuje nie tylko pianistykę na współczesnym fortepianie, ale i na fortepianie historycznym i klawesynie, może nie jest dziwne ani nieoczekiwane, że wygrał. Zapewne wykonanie przez niego Koncertu fortepianowego f-moll pojawi się na YouTube, a tymczasem na stronie konkursu jest nagranie finałowego występu całej polskiej trójki :-) (Link poniżej) 

Polski finał konkursu w kolejności: Książek, Ritter, Świgut

      W wieloosobowym jury znaleźli się znani wykonawcy i specjaliści od muzyki na instrumentach historycznych, jak Tobias KochAndreas Staier czy Claire Chevallier oraz laureaci tego bardziej znanego Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, np. Dang Thai Son czy Ewa Pobłocka. Jako ciekawostkę można dodać, że na koncercie inauguracyjnym wystąpił między innymi Szymon Nehring, finalista XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2015 r., w którym rywalizował przed trzema laty z Krzysztofem Książkiem. Uczestnicy obecnego konkursu, jak nazwa wskazuje, grali na instrumentach historycznych, na jakich grał Chopin: pleyelach, erardach i  buchholtzu. O, nie, pomyłka, to był broadwood z 1848 roku. No ale ja ich, kurczę, po dźwięku nie rozróżniam ;-) Jednak buchholtz też był. Na szczęście na stronie konkursu są wszystkie informacje :-)
      Tak więc nowy konkurs przeszedł do historii i ciekawe czy będzie tak samo odbywał się co pięć lat. 

KONCERT FINAŁOWY TOMASZA RITTERA JUŻ JEST





Śliczności :-)

czwartek, 6 września 2018

Dwa sierpniowe filmy

      Łączy je sierpień w tytule i postacie starych kobiet. Dzieli wszystko pozostałe, włącznie z oceanem. "Sierpniowe wieloryby" są popisem aktorstwa dwóch aktorek: Bette Davis miała wówczas 79 lat, a Lillian Gish 93 i była to jej ostatnia rola filmowa. Film Lindsaya Andersona z 1987 roku jest wzruszającą opowieścią o przemijaniu. Prawdę mówiąc, prawie nie ma w nim fabuły. Dwie starsze siostry spędzają kolejne lato wspólnie w rodzinnym domu w Maine. Wspominają lata młodości, kiedy w sierpniu przepływały tamtędy wieloryby. Obecnie są stare, schorowane i skazane na siebie; młodsza Sarah opiekuje się starszą, ociemniałą i zgorzkniałą Libby. Co mnie urzekło w tym filmie? Przepiękne pejzaże, wspaniałe mistrzowskie aktorstwo, psychologiczne studium starości i lęku przed śmiercią. A mimo to nie jest to film smutny, raczej pogodny i refleksyjny, pełen ciepła i wzruszeń. Sierpniowe wieloryby są symbolem minionej młodości i trwałości marzeń. Piękny, wzruszający film o życiu mimo wszystko.



   

      "Sierpniowa rapsodia" z kolei to jeden z ostatnich filmów Akiry Kurosawy, cesarza kina japońskiego, którego 20 rocznica śmierci przypada dzisiaj. Jak twierdził Coppola zdaje się, fenomen Kurosawy polegał nie na tym, że zrobił arcydzieło, lecz że zrobił ich aż osiem. Jego filmy raz obejrzane zostają w pamięci na zawsze, jak "Rashomon", "Ran", "Tron we krwi", "Siedmiu samurajów".  Do dziś pamiętam poplątane relacje z wydarzeń bohaterów "Rashomona" czy mroczne, przejmujące zdjęcia z filmu "Ran". Ze względu na korzystanie ze  źródeł szekspirowskich nazywany też Szekspirem japońskiego kina, Kurosawa był najmniej japoński z reżyserów Kraju Kwitnącej Wiśni, lecz to on właśnie przetarł drogi japońskiemu kinu do światowych festiwali, na których zdobywał nagrody. "Sierpniowa rapsodia" nie jest tak mroczna jak "Ran", nie tak wyrafinowana jak "Rashomon", nie tak samurajska jak "Siedmiu samurajów". Bohaterka, 90-letnia Kane była świadkiem zrzucenia bomby na Nagasaki. Straciła wówczas męża. Nie może zapomnieć tamtego dnia i nie potrafi wybaczyć Amerykanom. Dlatego sceptycznie odnosi się do wizyty amerykańskiego bratanka, który przyjechał z Hawajów ją poznać, poznać japońską rodzinę ojca, który wyemigrował z Japonii przed wojną. Film opowiada o konfrontacji dwóch gałęzi rodziny: japońskiej i amerykańskiej, które  nic prawie nawzajem o sobie nie wiedza, nie znają też wzajemnej historii. Kane własnym wnukom i bratankowi opowiada o dniu zrzucenia bomby. Wspomnienia Kane mają w sobie siłę archetypu apokalipsy. Dlatego ten film zapada w pamięć.
      Ciekawostka: Richard Gere grający amerykańskiego bratanka mówi w filmie swoje kwestie po japońsku.




     Takie to dwa filmy kojarzą mi się z sierpniem. I zapewne nic już tego nie zmieni. Kto dzisiaj potrafi robić takie filmy, które pamięta się po tylu latach?

niedziela, 2 września 2018

Ptaki i anioły

     Olivier Messiaen (1908 - 1992) był najlepszym kompozytorem wśród ornitologów i najlepszym ornitologiem wśród kompozytorów. Ptaki kochał tak bardzo, że w każdym niemal utworze umieszczał dźwięki naśladujące ich głosy. Kilka dzieł poświęcił specjalnie im ze słynnym "Katalogiem ptaków" (1958) na czele. Nie dziwi wcale, że w dorobku kompozytora znalazła się opera "Święty Franciszek" (1975) - jakże wdzięczny temat do zaprezentowania bogactwa ptasich głosów.  Ale już wcześniej ptaki były wielką fascynacją Messiaena, toteż w niesamowitym "Kwartecie na koniec czasu" - pisanym przy prawie 30-stopniowych mrozach podczas pobytu w jenieckim obozie w 1940 roku - umieścił między innymi "Otchłań ptaków". Dzieło jest jednym z najznakomitszych utworów kameralnych XX wieku.  Prawykonanie odbyło się w styczniu 1941 roku we wspomnianym obozie jenieckim, a słuchaczami byli jeńcy i strażnicy obozu. Szczególną rolę w kompozycji odgrywa klarnet, którego dźwiękami kompozytor oddaje głosy ptaków i - po części - aniołów. Messiaen zadedykował utwór "Pamięci Anioła Apokalipsy, który wznosi ramię ku niebiosom, mówiąc "Nie będzie już czasu".  W tytułach poszczególnych części pojawiają się apokaliptyczne motywy: otchłań, trąby, aniołowie, gniew i oczywiście koniec świata. Na próżno jednak szukać w kompozycji prostego ilustracyjnego przełożenia biblijnych obrazów na język muzyki. Messiaen był kompozytorem na wskroś nowatorskim i nowoczesnym. Jego poszukiwania i eksperymenty odbiegają od tradycyjnej harmoniczności, w rytmice nawiązywał do tradycji muzyki Wschodu i przez całe życie utrzymywał, że w budowaniu specyficznej melodyki naśladuje śpiew ptaków, o których mawiał, że są jego  "pierwszymi i największymi mistrzami". W "Kwartecie" znajdujemy wiele z owych ptasich inspiracji, a klarnet odgrywa w nich rolę istotną, choć nie tylko on. Spowolnione rytmy fortepianu i płynne dźwięki wiolonczeli i skrzypiec kierują wyobraźnię ku wiecznej bezczasowości, stąd też mówi się, że za każdym razem, gdy gdziekolwiek "Kwartet na koniec czasu" jest wykonywany",  czas przestaje istnieć. Prawie 50 minut w zawieszeniu? Warto posłuchać :-)

Olivier Messiaen: Kwartet na koniec czasu
Części:
1. Liturgie de cristal (Liturgia kryształu)
2. Vocalise pour l`Ange qui annonce la fin du temps (Wokaliza dla Anioła ogłaszającego koniec świata)
3. Abime des oiseaux (Otchłań ptaków)
4. Intermede (Intermedium)
5. Louange a l`Eternite de Jesus (Pochwała wieczności Jezusa)
6. Danse de la fureur pour les sept trompettes (Taniec gniewu siedmiu trąb) 
7. Fouillis d`arcs-en-ciel pour l`Ange qui annonce la fin du temps (Gra barw tęczowych dla Anioła ogłaszającego koniec świata) 
8. Louange a l`Immortalite de Jesus (Pochwała nieśmiertelności Jezusa)


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Zasłuchałam się wieczorowo

     Sierpniowe wieczory już nie tak upalne i dłuższe, zaczynają się wcześniej. Prawie równo z wieczornymi koncertami w Dwójce. Przynajmniej niektórymi, bo gdy zaczynają o siedemnastej, to jednak nie zdążam. W sobotę też nie zdążyłam na początek, ale zdążyłam na kwintesencję. Jak ja odpoczęłam! Muzycznie i słownie! Rzadko kiedy zdarza się taki blok, że słucham jak leci z równą uwagą i zachwytem przez ponad cztery godziny (oczywiście o ile nie leci akurat Wagner ;-))  Zdążyłam na to, co warte było poznania, odświeżenia bądź wzruszenia.
      Najpierw dzieło odkryte po 140. latach niepamięci. Maurycego Moszkowskiego (1854 - 1925) Koncert fortepianowy h-moll. Jedni piszą, ze Polak, inni, że Niemiec, co Wikipedia iście pokojowo podsumowuje jako pochodzenie "niemiecko-polsko-żydowskie".  Jakby nie było, trudno być stuprocentowym Polakiem, urodziwszy się w połowie XIX wieku we Wrocławiu. Ale nazwisko ma ładne :-) I łatwe do zapamiętania. Ten swój pierwszy Koncert fortepianowy skomponował mając 20 lat, a jest to dzieło ogromne, trwające ok. 50 minut. Podobno zachwycił się nim sam Liszt, który podczas specjalnie zorganizowanego koncertu grał obok Moszkowskiego na drugim fortepianie partię orkiestry. Samemu kompozytorowi dzieło się jednak nie podobało i nigdy nie włączał go do listy opusów ani nie opublikował. Toteż z czasem zaginęło i nigdy nie było wykonywane. Aż do momentu przypadkowego odkrycia dokonanego w paryskiej bibliotece w 2011 r. (Moszkowski zmarł w Paryżu, tam właśnie pozostawiając swoją spuściznę). Ludmil Angelov otrzymał manuskrypt od przyjaciela, który go znalazł w Paryżu i rozpoznał jako zaginiony koncert Moszkowskiego. Bułgarski pianista postanowił przywrócić muzycznemu światu dzieło i dokonał jego prawykonania w wielu krajach, w tym w Polsce po raz pierwszy 9 stycznia 2014 r. i od tamtej pory niestrudzenie je propaguje, uważając, że warte jest włączenia do repertuaru współczesnej pianistyki. Przedwczoraj (25 sierpnia) wykonał je podczas festiwalu Chopin i Jego Europa z  Sinfonią Varsovią pod Jackiem Kaspszykiem. 
      Dla mnie to absolutna nowość. Nastawiłam się na słuchanie permanentne, gdyż utwór wykonywany jest bez przerwy, mimo że składa się z czterech części. Przez 50 minut nie można się ani na moment zdekoncentrować. O ile poprawnie udało mi się zarejestrować owe niewidoczne cezury, najbardziej podobała mi się część druga. Fortepian niezwykle dźwięczny, delikatny, melodyjny, trochę taki marzycielski. Finał niezwykle wirtuozowski i dynamiczny, bardzo trudny. Umknęło mi wiele rzeczy podczas tego pierwszego słuchania. Mam jednak nadzieję, że nie było ostatnie. Koncert jest na pewno warty, by do niego wracać.
      Poniżej nagranie z wykonania premierowego. Pod okienkiem z nagraniem można kliknąć na minuty oznaczające każdą z części i posłuchać każdej osobno.


   

        Druga część długiego wieczoru upłynęła pod znakiem radiowego teatru. "Burza" Szekspira w reżyserii Waldemara Modestowicza. Literacki tekst wspaniale współgrał z wysłuchanym przed chwilą koncertem. Jakby był dalszym ciągiem tej samej sztuki. Najbardziej podobał mi się Adam Ferency jako Prospero. Świetnie zagrane! Natomiast istny fajerwerkowy popis głosowy dała Anna Dereszowska jako Ariel. I tu się przyznam, nie doceniałam tej aktorki. W wielu rolach, w tym oglądanych na scenach na żywo, rozczarowała mnie. Tym razem była rewelacyjna. Nie tak, żebym akurat takiego Ariela mogła zaakceptować, chwilami był dla mnie "niestrawny", ale doceniam głosową maestrię. Rozbawił mnie zaś Paweł Woronowicz jako Trynkulo, no naprawdę biedny on był, gdy mu się obrywało za niewidzialnego Ariela, podkładającego ostrzegawczy i przedrzeźniający głos.
       Trzecia część wieczoru miała ponownie charakter muzyczny i to w całości polski. Utwory Ignacego Jana Paderewskiego grał Dang Thai-Son. Na samy początku Elegia b-moll zagrana została tak wyciszająco, elegijnie właśnie,  że przeniosłam się w inny wymiar.  I tak zaczął się,a potem trwał pod magnetyzmem Paderewskiego długi sobotni wieczór, zakończony nie wiem, o której, bo chyba na Nokturnie zasnęłam, nie doczekawszy przerwy i po nim Koncertu fortepianowego ;-) Za dużo wrażeń, jak na jeden wieczór.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Ludowa Europa

      Dwunasty Jarmark Jagielloński w Lublinie zgromadził rzesze turystów i kilkuset wystawców z siedmiu krajów na 180. straganach. Liczby robią wrażenie, ale konkretniej będzie podać kraje, z jakich pochodzili: Białoruś, Litwa, Ukraina, Słowacja, Węgry, Maroko i oczywiście Polska.  Tak, tak, Maroko też, chociaż w tytule jest Europa. Słowem, jarmark się rozrasta. Obawiam się, że więcej straganów już się nie zmieści, a i tak zajmują niemal całe Stare Miasto i deptak na Krakowskim Przedmieściu. Wędrowanie między nimi jest jak zwiedzanie starodawnych kultur. Z jednej strony dymią kowalskie stoiska, dźwięczą blachy, syczą hartowane żelaza,  z drugiej opoczyński zespół ludowy śpiewa starodawne pieśni, a z daleka dobiegają wysokie tony drewnianych i glinianych fujarek, piszczałek i okaryn. Zatrzymałam się przy duecie lirnika i skrzypka z Ukrainy. Dziadek z pomarszczoną twarzą kręcił korbową lirą, młody czarnobrody zawodził nostalgicznie na skrzypeczkach. Do futerału wpadały drobne monety. Na drugim krańcu jarmarku młody, lecz również brodaty muzyk i garncarz z Białorusi uczył grać na glinianych świstawkach i okarynach. "Zagra pan na baranku?" I słychać tony wysokie jak z górskich hal. "A żabka jak śpiewa?" "To okaryna"- pada wyjaśnienie i leci tęskna melodia wzdłuż deptaku. Każda gliniana figurka miała dziurkę, przez którą sprzedawca przewlekał rzemyczek i zawieszał na szyi kupującego. A na Grodzkiej usadowiła się rodzinna kapela, najmniejszy chłopiec wystukiwał rytm na bębenku. Wokół przystawał wielojęzyczny tłum. Niektórzy w pół kroku, inni z pierogiem w ręce, a ktoś jeszcze w tradycyjnym ukraińskim wianku na głowie. Nie pamiętam już, z jakiego kraju pochodziły misterne słomiane opaski na włosy. Natomiast tłok największy zrobił się przy węgierskim straganie z piernikami z Debreczyna. I ja też skosztowałam zanim przystanęłam przy ulubionych huculskich wzorach. Ostatecznie wyjechałam z lnianym obrusem z Mińska, torebką z haftem łowickim, misterną słowacką broszką do kapelusza oraz kartkami pocztowymi z koniakowskimi koronkami (niedługo pofruną w świat). Bo koronki w tym roku były tematem przewodnim, a koniakowskie szczególnie królowały na straganach i na wystawie. Koronkarstwo wciąż jest sztuką, w której mistrzostwo przychodzi z wiekiem. Trzeba mieć w palcach całe wieki tradycji i lata praktyki, by jak 83-letnia koronczarka z Koniakowa móc stworzyć własną wersję serwety z innym "kwiotkiem" w każdej kolejnej warstwie.  Ech, za mało czasu, aby jednego dnia obejrzeć i wchłonąć wszystko. W "Pożegnaniu z Afryką" nad kawą Jamaica Blue Mountain planowałam już przyjazd za rok.
   
Muzyczny akcent na stoisku kowalskim:

piątek, 17 sierpnia 2018

Skojarzenia

     Ponieważ pierwsza część wrażeń z lektury "Portretu damy" była na tym blogu, a nie na Okolicach książek, więc i tutaj będzie część druga. Dobrnęłam do końca już jakiś czas temu, ale dopiero dzisiaj zebrało się na pisanie. Zdecydowanie druga część nabrała tempa, jeśli chodzi o wydarzenia i czas, który nagle przeskakuje jakieś dwa lata. Bohaterka, Isabel wychodzi za mąż i zostaje panią Osmond. W tym momencie, a właściwie jeszcze wcześniej, gdy poznaje madame Merle, rzecz cała zaczyna w coraz większym stopniu przypominać "Niebezpieczne związki" Laclosa, powieść niemal dokładnie sto lat wcześniejszą. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Henry James Laclosa doskonale znał. Isabel nieświadomie wpada w sieć intrygi snutej przez madame Merle wespół z jej dawnym kochankiem Osmondem. Ma w tym swój ważki prywatny interes, ale nie będę spoilerować ;-) W każdym razie moje rozczarowanie wzrosło. W drugiej części książki analiza psychologiczna bohaterki, tak intrygująca na początku, stopniowo ustępuje miejsca niemal opisowi behawiorystycznemu. A im bliżej końca, tym bardziej odczuwa się powierzchowność analizy psychologicznej. Motywacje Isabel, której mąż niczym pan Graba Orzeszkowej zaraz po ślubie ujawnia nikczemną naturę ukrytą pod maską wykwintnych manier, nie są przekonujące. Poza tym już sama decyzja poślubienia Gilberta Osmonda jest z gruntu naciągana. Jakby autor zamierzał po prostu zilustrować z góry założoną tezę, nie zważając na prawdopodobieństwo psychologiczne. A może rzeczywiście najbardziej prawdopodobne jest, że kiedy wszyscy wokół mówią dziewczynie, że jej wybranek jest absolutnie nieodpowiedni, to ona tym bardziej brnie w toksyczny układ na przekór całemu światu? No nie wiem, nigdy nie byłam w takiej sytuacji i trudno mi zrozumieć, że bohaterka, która w bardzo młodym wieku stopniowo uświadamia sobie wagę niezależności i robi wszystko, żeby tę niezależność i swobodę smakowania świata pogłębiać, w momencie, kiedy finansowo staje się rzeczywiście niezależna od nikogo, nagle nie pragnie niczego innego, tylko uwikłać się w nieodpowiednie małżeństwo. Dotąd uważnie analizowała swoją sytuację i rozsądnie podchodziła do decyzji; teraz nagle traci rozsądek oraz rezygnuje z życiowych aspiracji. Bez sensu zupełnie. Autor wcale bowiem tak usilnie nie buduje wcale zauroczenia i ślepej miłości jako motywacji!  Czymże więc kieruje się Isabel? Przyznaję, nie wiem. Jestem rozczarowana.
       Paradoksalnie więcej życia nabiera w tym kontekście umierający Ralph, który przed śmiercią dostrzegł jak pomylił się w swoich oczekiwaniach co do losów Isabel. Głębszego wymiaru nabiera lord Warburton, ba, nawet pierwszy wielbiciel Isabel, Caspar Goodwood okazuje się coraz bardziej interesujący jako postać literacka. Autor widać nie miał już pomysłu na swoją bohaterkę. Zrobił z niej cierpiętnicę  na modłę pozytywistycznej powieści Orzeszkowej - nie przypadkiem wspomniałam wyżej pana Grabę, który robił wszystko, żeby złamać żonę, zniszczyć jej psychikę. No ale, na litość,  Isabel miała inny punkt wyjściowy! Była osobą bardziej świadomą swoich uczuć i międzyludzkich relacji, jej aspiracją było poznawanie ludzkich charakterów, w osobie ciotki, pani Touchett miała naoczny przykład, jak może postąpić kobieta, której małżeństwo nie satysfakcjonuje, nawet gdy nie chce oficjalnie się rozwieść i zerwać całkowicie stosunki z mężem. Tymczasem pani Touchett, od lat mieszkająca we Włoszech i zaglądająca do domu mężowskiego raz w roku na miesiąc czy dwa, stanęła na wysokości zadania i osobiście czuwała zarówno przy umierającym mężu, jak i później synu, nie tracąc ani odrobiny ze swojej wyniosłej i oschłej niezależności.
        W kontekście załamania się linii osobistego rozwoju bohaterki tytuł powieści jawi mi się jako głęboko ironiczny.  Jakiż to portret damy, której z wielkich aspiracji zostaje prezent z 70 tysięcy uczyniony zwykłemu oszustowi, łowcy posagu? To raczej portret głupiej prowincjonalnej gęsi ;- )

piątek, 10 sierpnia 2018

Pierwsze wrażenie i drugie rozczarowanie

      Kolejny raz doświadczam pewnej prawidłowości. Jeśli zachwyci mnie pierwsze zetknięcie z jakimś pisarzem, drugie okazuje się rozczarowaniem. Bywa to bardziej prawdopodobne, gdy pierwsza przeczytana książka jest wybitna. Tak było z Hermannem Brochem. "Śmierć Wergilego" wciągnęła mnie totalnie i do dziś jestem zauroczona. Kiedy jednak sięgnęłam po "Lunatyków", doznałam rozczarowania i - przyznaję - nawet nie dobrnęłam do połowy! Podobne wrażenie mam teraz, czytając "Portret damy" Henry`ego Jamesa. Kontakt z twórczością pisarza rozpoczęłam od niewątpliwego - według zgodnej opinii wielu krytyków - arcydzieła, jakim są "Ambasadorowie".  Faktycznie, perfekcja narracji może zdumiewać i fascynować. Opisałam swoje wrażenia na Okolicach książek . Idąc tropem powszechnej opinii, sięgnęłam po również zachwalany "Portret damy" i - nie, nie powiem, żebym była zdegustowana, ale odrobina rozczarowania jest. Być może jeszcze za wcześnie na ostateczną ocenę, gdyż jestem dopiero na 178. stronie ;-) Narracja Jamesa i tutaj ma swoje specyficzne zalety. Duża doza subiektywizmu mowy pozornie zależnej pozwala śledzić psychologiczne aspekty osobowości głównej bohaterki. W przeciwieństwie do"Ambasadorów" tutaj całość obejmuje jednak trzecioosbowy obiektywny narrator, a przynajmniej  silący się na obiektywizm w bezpośrednim zwracaniu się - niejako ponad głowami bohaterów - do czytelnika, starając się wzbudzić jego sympatię do głównej bohaterki.
      Zgodnie z tytułem, jest nią kobieta, młoda dziewczyna, Amerykanka, która po przybyciu do Europy zdobywa doświadczenie i, rzec by można, towarzyską ogładę w wysokich sferach towarzystwa. Nie jest oczywiście tak, że panna Archer nie ma obycia. Przeciwnie, jest nieprzeciętnie inteligentna, ciekawa świata i ludzi, chce jak najszerzej i dokładniej poznać Europę i stosunki międzyludzkie w niej panujące, a które są dla niej, w porównaniu z amerykańskimi, bardziej skomplikowane. Nie miejsce tu na streszczanie fabuły. Zresztą u Jamesa w ogóle jest to zbyt skomplikowane. Spora część zdarzeń właściwie rozgrywa się w psychice bohaterów. Przeżycia, emocje, ich refleksje działają jak lustrzane odbicia postaw, zachowań i uczuć innych ludzi. Istota narracji zawiera się w przenikaniu się światów: zewnętrznych zdarzeń i wewnętrznej autorefleksji bohaterki.Ona sama z kolei stanowi ośrodek zainteresowań kilkorga innych postaci, jak kuzyna Ralpha czy ciotki Touchett, którzy, każde na swój sposób, roztoczyli nad Isabel swoistą opiekę umożliwiającą jej poznawanie i badanie "okazów ludzkich", jak to ujęła. Dążenie do niezależności przejawia się na początku w formie odrzucenia propozycji małżeństwa zafascynowanego nią lorda Warburtona, a następnie odesłaniu do Ameryki Caspara Godwooda, zabiegającego o jej rękę biznesmena, który przypłynął za nią do Anglii. W jednym i drugim przypadku małżeństwo wydawało się bohaterce "niepotrzebną komplikacją codziennego życia".  W którym kierunku rozwiną się zainteresowania Isabel, dowiem się z dalszej lektury. Tymczasem zastanawiam się, czy w ostatecznym rachunku znowu okaże się, że albo powinnam czytać książki w chronologicznej kolejności ich powstawania, śledząc rozwój talentu pisarza i kolejne etapy wspinania się na szczyt perfekcji, albo po zapoznaniu się z książką najlepszą, resztę sobie zwyczajnie odpuścić, nie dopuszczając do rozczarowań ;-)

PS. No, ale gdybym tak postępowała, nigdy nie przeczytałabym tylu książek Parnickiego! ;-)

niedziela, 29 lipca 2018

Polacy w Bayreuth

       25 lipca rozpoczął się Festiwal Wagnerowski w Bayreuth. Nazwa zobowiązuje: wystawia się na nim 10 kanonicznych dzieł Richarda Wagnera: Latającego Holenrda, Tannhausera, Lohengrina, Tristana i Izoldę, Śpiewaków norymberskich, Parsifala  oraz cztery części Pierścienia Nibelunga: Złoto Renu, Walkirię, Zygfryda i Zmierzch bogów.  Oczywiście kolejność bywa różna. O randze festiwalu świadczy fakt, że odbywa się on od 1867 roku w specjalnie do tego celu zaprojektowanym budynku, zaprojektowanym zresztą przez samego Wagnera. Festiwalem przez wszystkie te lata kierują członkowie rodziny Wagnera. Można by rzec, impreza rodzinna ;-) Niemniej, na potrzeby festiwalu organizowana  jest specjalna orkiestra, a wagnerowskie chóry zajmują szczyty światowego rankingu. Istnieją śpiewacy specjalizujący się w Wagnerze i stale w Bayreuth występujący, jak Waltraud Meier, która po kilkunastu latach przerwy wróciła jako Ortruda  na scenę Festspielhaus w Bayreuth. Ale tegoroczny sezon w Bayreuth jest niezwykły z innego powodu. Na otwarcie w Lohengrinie zaśpiewali dwaj Polacy:  Piotr Beczała w partii tytułowej i Tomasz Konieczny jako Telramund. Obaj rewelacyjni, co zresztą zostało docenione przez recenzentów "Berliner Zeitung" oraz w MDR Culture  No niestety, na czytanie wszystkich recenzji nie miałam jeszcze czasu. Zastanawiające, że w obu ocenach powtarza się krytyka pomysłu scenograficznego. Na szczęście w radiu można było skoncentrować się na muzyce i śpiewie, nie rozpraszając się mniej czy bardziej nietrafionymi reżyserskimi wizualizacjami. Piotr Beczała właściwie niespodziewanie zastąpił w partii Lohengrina Roberta Alagnę. W opiniach recenzentów pojawia się sugestia, że to dobry wybór a nawet że szczęśliwy traf. Głosowo Lehnegrin jest partia bardziej liryczną niż inni bohaterowie Wagnera. Przyjemnie było słuchać dwóch Polaków w jednym z najbardziej prestiżowych festiwali operowych świata. Otwarcie Festiwalu Wagnerowskiego w świecie opery ma rangę jak Festiwal Filmowy w Cannes w świecie kinematografii: każda osobistość czuje się zobowiązana tam być ;-) A z pobożnych życzeń, a może nawet mających coś w sobie prawdy, jest informacja, że Tomasz Konieczny ma szansę zaśpiewać partię Wotana. To byłoby coś!

A na razie dwóch Polaków na rozpoczęcie festiwalu. Piotr Beczała jako Lohengrin i Tomasz Konieczny jako Telramund - szlachetny rycerz i czarny charakter w "Lohengrinie"A przy okazji widok na, no cóż, cudaczną scenografię i kosmiczną wizję kostiumowo-charakteryzatorską;-)


poniedziałek, 23 lipca 2018

Skutki nocnego słuchania muzyki

     Na początek koncertu się spóźniłam, toteż czekałam na komentarz prowadzącego audycję, żeby wiedzieć, czego i kogo słucham. Ze zrozumieniem nazwy zespołu również nie tak łatwo poszło: Lauter? Laugher? W każdym razie grają barok. W końcu okazało się, że chodzi o Lautten Compagney - instrumentalny zespół niemiecki specjalizujący się w muzyce Haendla i baroku. Ale tym razem grali chyba Telemanna. Podobno z nowej płyty. Niestety, nie znalazłam tego nagrania na YouTube. Nie jestem pewna czy czegoś nie pomyliłam. W każdym razie zespół gra na historycznych instrumentach, współpracując z wieloma wykonawcami, ale stosują też nowoczesne aranżacje w połączeniu z brzmieniami elektronicznymi.

Tradycja i nowoczesność w wykonaniu Lautten Compagney:




środa, 18 lipca 2018

Cadfael ;-)

      Braciszek Cadfael jest benedyktynem i mieszka w opactwie Sherwsbury. Życie miał burzliwe i teraz chce mieć święty spokój,uprawiając ziołowy klasztorny ogródek.  Jednak dawne przyzwyczajenia nie pozwalają mu gnuśnieć,gdy wokół dzieją się rzeczy niezwykłe i tajemnicze. Bo brat Cadfael ma żyłkę detektywistyczną, jak brat Wilhelm z "Imienia róży". Rzecz podobnie jak w powieści Eco rozgrywa się w średniowieczu. Dawno temu oglądałam serial BBC "Kroniki braciszka Cadfaela" Derekiem Jacobim w roli głównej (niezapomnianym z roli tytułowej w serialu"Ja, Klaudiusz"). I teraz przeglądając stare książki, na wewnętrznej okładce jednej z nich znalazłam reklamę serii "Mnich" Ellis Peters. Czytam, czytam i oczom nie wierzę. "Mnich" to seria 20 tomów przygód Cadfaela napisanych przez Edith Pargeter (1913 - 1995) używającej pseudonimu Ellis Peters. Ostatni tom kazał się na rok przed śmiercią pisarki. Oglądając przed laty serial,nie pamiętam, żebym kojarzyła literacki pierwowzór. Chyba nawet nie wiedziałam, że film nakręcono na podstawie książek. Uświadomiłam to sobie dopiero teraz, przypadkowo odnajdując reklamę serii polskich tłumaczeń. Czyżby brat Cadfael z nudów prowadząc swoje śledztwo odnalazł teraz mnie? I jakie to jednak nieprzypadkowe, skoro właśnie skończyłam czytać o Fryderyku II Hohenstaufie (wpis na Okolicach książek), czyli czasy bardzo bliskie. Cadfael rozwiązuje swoje zagadki w wieku XII, Fryderyk II rządził w I połowie wieku XIII. Średniowiecze to chyba moje czytelnicze przeznaczenie ;-) 

czwartek, 12 lipca 2018

Koncert pod pomnikiem

       I wcale nie chodzi o pomnik Chopina ani warszawskie Łazienki. Po raz trzeci odbywają się latem koncerty plenerowe pod pomnikiem Karola Szymanowskiego w Parku im. Jerzego Waldorffa w Słupsku. Zdarzyło mi się zawitać w tamte okolice i akurat trafiłam na koncert na poły klasyczny. Barbara Witkowska na harfie i Adrian Janda na klarnecie przypomnieli polskie i zagraniczne przeboje filmowe. Soliści na co dzień  grają w orkiestrze Filharmonii Narodowej, a razem tworzą duet dokonując adaptacji muzyki filmowej  na te dwa instrumenty. Barbara Witkowska zresztą od lat muzyką filmową się zajmuje, wykonywała ścieżki dźwiękowe w polskich filmach, jak "Saga prastarej puszczy" (serial dokumentalny), "Wino truskawkowe", "Zabić Sekala", "Bandyta" i innych.
        Podczas niedzielnego koncertu program został ułożony czteroczęściowe bloki, w których dominowała raz muzyka taneczna, raz ciekawostki dawnego kina, a w kolejnych musicalowe szlagiery. Z ciekawostek warto wspomnieć o Charliem Chaplinie, który - jak się okazało - nie tylko reżyserował swoje znane filmy, ale i komponował do nich muzykę. Szczególne miejsce w koncercie zajął Nino Rota, jeden z najsłynniejszych kompozytorów muzyki filmowej. Słuchaliśmy między innymi muzyki z "Ojca chrzestnego".  Nie mogło oczywiście zabraknąć polskiego twórcy filmowej muzyki - Wojciecha Kilara i jego walca z "Trędowatej", a jakby na zasadzie dopełnienia walc Waldemara Kazaneckiego z "Nocy i dni". Kontrastowo zaś mocne rytmy Gershwina z "Amerykanina w Paryżu" oraz "Libertango" Astora Piazzolli. Były jeszcze instrumentalne wersje przebojów Franka Sinatry i Elvisa Presleya, ale przyznam, że takie utwory zdecydowanie wolę słuchać w wersji oryginalnej. W każdym razie program jak na letnią przygodę z muzyką dość zróżnicowany i zapewne dlatego publiczność dopisała, co widać na zdjęciach, które można obejrzeć na poniższym linku. Jest tam też załączony krótki filmik.

Garden Party u Karola

      Koncerty odbywają się właśnie pod nazwą Garden Party u Karola, patronuje im z pomnika Karol Szymanowski oraz jako organizator Sinfonia Baltica im. Wojciecha Kilara. Lato nie lato, wakacje czy nie, a ludzie złaknieni są muzyki, o czym świadczy duża frekwencja i fakt, że koncerty odbywają się  w ramach budżetu partycypacyjnego miasta. Tak więc społeczeństwo zażyczyło sobie tych koncertów, a ja 8 lipca byłam w Słupsku i się załapałam przy okazji :-)

"Libertango" w wersji tanecznej:


wtorek, 3 lipca 2018

Kultura w odwrocie?

      Kulturę zmyły deszcze. Rozmyła się? A gdzie nie pada(ło) rozsypała się w proch. Kultura gdzieś się ulokowała w stałych punktach, samemu trzeba do niej pojechać. Czyli w podróży być stale. A może i książki podróżują, tylko inaczej? Pod koniec czerwca nawet na prowincji pojawiła się półka uwolnionych książek. Zaniosłam dwie. I na drugi dzień jednej z moich uwolnionych książek już nie było. Wyruszyła w podróż. Niestety, to nie była wielka literatura. Z wielką literaturą rozstać się nie potrafię. Dlatego z ruchomych książek udało mi się jak dotąd skorzystać tylko raz, gdy ktoś po prostu pozbył się pozycji antykwarycznych, a nie chciało mu się wystawiać na Allegro ;-) Znalazłam pozycję, którą znam, a jakże, ale nie miałam w swojej biblioteczce. To był Brecht. Teraz z biblioteki wygarnęłam gruby tom, ale jak targać go w zapełnionej po brzegi walizce? Kalendarz kultury zapełni się bliżej końca lipca, przełomu lipca i sierpnia. No, wówczas z kolei trudność będzie polegała na nadmiarze spośród nakładających się w tym samym czasie wydarzeń. 

do 7 lipca trwa Zamojskie Lato Teatralne
1 lipca - 19 sierpnia - Wieczory Muzyki Organowej i Kameralnej w Rzeszowie
10- 15 lipca - Festiwal Artystów Filmu i telewizji w Janowie Lubelskim
26 - 29 lipca - Carnaval Sztukmistrzów w Lublinie
3 - 12 sierpnia - Letni Festiwal Filmowy w Zwierzyńcu
5 - 12 sierpnia - Festiwal Stolica języka Polskiego w Szczebrzeszynie
11 - 12 sierpnia - Festiwal kaszy "Gryczaki" w Janowie Lubelskim
17 - 19 sierpnia - Jarmark Jagielloński w  Lublinie
9 - 31 sierpnia - Chopin i Jego Europa w Warszawie

oraz inne okoliczności :-)

czwartek, 21 czerwca 2018

Ojej! :-(

      Zrobiłam sobie jeden dzień wolny od radia i mediów i przegapiłam wczoraj smutną wiadomość. Zmarł Dominik Połoński, wybitny wiolonczelista. Miał 41 lat, przez kilkanaście lat walczył z nowotworem mózgu. W wyniku choroby stracił władzę w lewej ręce, a mimo to wrócił do grania i jako jedyny na świecie grał tylko jedną ręką. Wielu kompozytorów  specjalnie dla niego komponowało muzykę uwzględniając jego fizyczne ograniczenia. Cóż powiedzieć? Najlepiej posłuchać.








środa, 20 czerwca 2018

Stosy, śmierć i muzyka

Monfort
es mort
es mort
es mort
viva Toloza
ciotat gloriosa
et poderosa
tornan lo paratge et l`onor!

Na nic się jednak zdała nieoczekiwana i niezbyt chwalebna śmierć Montforta pod Tuluzą, gdyż ostatecznie potężne królestwo Rajmunda VI (następnie zaś po jego śmierci Rajmunda VII), sławna poetycka Langwedocja niknie z kulturalnej mapy Europy. Szymon de Montfort był wojskowym dowódcą krucjaty przeciwko albigensom, mającym swoje duchowe i kulturowe stolice w miastach Langwedocji: Tuluzie, Carcassonne, Albi, Brieziers. Krucjata rozpoczęta w 1209 roku przeciągała się, a Montfort to tracił, to odzyskiwał utracone miasta. Aż 25 czerwca 1218 roku  został przypadkowo, gdy wybiegał z namiotu, trafiony przez obrońców Tuluzy kamieniem wystrzelonym z czegoś w rodzaju katapulty, w każdym razie z jakiejś maszyny miotającej kamienie. Obrońcy radowali się głośno, krzyżowcy stracili ducha. Jednakże historia podaje zimne fakty: po dwudziestu latach w 1229 roku zawarto ostateczny traktat poddający Langwedocję pod panowanie królów Francji. Pociągnęło to za sobą rzecz jasna skrupulatne eliminowanie  podejrzanych o wszelkie herezje. Długi i szczegółowy esej na ten temat napisał Zbigniew Herbert w zbiorze "Barbarzyńca w ogrodzie"- "O albigensach, inkwizytorach i trubadurach". Stamtąd zaczerpnęłam zacytowany na początku okrzyk radości mieszkańców Tuluzy po śmierci Montforta. Nie wiem, czy Szymonowi de Montfort poświęcono jakiś muzyczny utwór, ale tragedię katarów opowiedział sięgając po dawną muzykę i poematy tamtego czasu Jordi Savall w "Zapomnianym królestwie" ("Le Royaume Oublie: La Thragedie Cathare"). Stamtąd fragment muzyczny.



środa, 13 czerwca 2018

Barokowy kontratenor z bonusem

        Nowoczesność nowoczesnością, ale co tradycja to tradycja. Zwłaszcza barokowa. I zwłaszcza Vivaldi. I zwłaszcza w takim wykonaniu. Piękny, młody i zdolny. czegóż chcieć więcej? Ach, no właśnie,  na dodatek Polak :-) Śpiewał już w Metropolitan Opera i Carnegie Hall, a to za sprawą sukcesu w National Council Auditions, którego został zwycięzcą. Śpiewał już w barokowych operach, między innymi "Burzy" (jako Ariel) Purcella, "Alcinie" (jako  Ruggiero) i "Agrippinie" (jako Narciso) Haendla, "Venus i Adonisie" (jako Kupidyn) Johna Blowa. W ubiegłym roku śpiewał partię księcia Kolchidy Orimeno w operze Francesco Cavallego "Erismene" podczas Aix-en-Provence Festival. I w tejże partii usłyszymy go w sobotę w Dwójce w wieczorze operowym. Libretto jest strasznie pokręcone, bohaterowie mają po dwie tożsamości, a na końcu w niektórych przypadkach ujawnia się jeszcze trzecia. Połapać się w tym trudno ;-) Natomiast dzisiaj,13 czerwca nasz śpiewak występuje z recitalem w londyńskiej Wigmore Hall - ciekawe czy są jeszcze bilety ;-)
      No i najważniejsze:
nazywa się Jakub Józef Orliński, jest kontratenorem i... niespodzianka na samym dole ;-)

Tu  śpiewa Vivaldiego:



A tu niespodzianka - druga pasja kontratenora :-))

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Unowocześniam się ;-)

       Może nie całkiem ja, ale moje ucho ;-) Najpierw trafiłam na audycję z utworami na przędzalniczych krosnach. Co prawda, jaka to nowoczesność, skoro krosna są z połowy XIX wieku. Znajdują się w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. I jak opowiadał główny kustosz Józef Kłosiński, nadal działają. Słuchał ich między innymi Marcin Stańczyk, który zafascynowany dźwiękami krosien skomponował "Muzykę tkaną".  Znalazłam nagranie w Ninatece, do posłuchania. Prawdziwa energia tkactwa zaczyna się na kilkanaście sekund przed czwartą minuta, a potem jest coraz ciekawiej :-) Nie patrząc na orkiestrą bardzo łatwo wyobrazić sobie te pracujące w rytmie maszyny, szeregi krosien, biegające czółenka. Jest w tym jakieś podobieństwo do repetytywnej muzyki Steve Reicha, ale nie szukajmy podobieństw na siłę. Wszelkie mechanizmy mają to do siebie, że działają w sposób powtarzalny w określonym rytmie: krosna, pociągi, wahadła, zegary, młoty pneumatyczne itp. Nic dziwnego, że ich wykorzystywanie w muzyce prowadzi do podobnych efektów. Akurat wizja tkacka jest bliska człowiekowi; oczyma wyobraźni widzimy błam materiału nawijany na wielką belę spod tysiąca drobnych nitek.

Marcin Stańczyk: Muzyka tkana
(trzeba kliknąć  na strzałkę w okienku)


PS Czytanie Czapskiego

wtorek, 5 czerwca 2018

Arie na krótkie noce lata, podczas których nie warto spać

      Wszyscy się obudzili, tylko oczywiście Rozyna  udaje, że nie słyszy ;-)



Ale przybywa Figaro! Nic w Sewilli nie dzieje się bez jego udziału ;-)



I znajduje wyjście z sytuacji. Przynajmniej tak mu się wydaje. Za co zresztą pobiera słoną prowizję, jak widać ;-)



Oczywiście, jak to bywa, kończy się awanturą i szaleństwem. Bartolo traci rozum.



Drugi akt nie pozostawia złudzeń.



Fragmenty różnych realizacji "Cyrulika sewilskiego"  Giacomo Rossiniego dają szeroki wachlarz wyboru ulubionej scenicznej i głosowej wersji. Opera buffa, która podczas premiery (20 lutego 1816)  wywołała kosmiczną awanturę, stała się wkrótce samograjem złożonym z przebojów. Niedoścignione popisy wirtuozerii do dzisiaj sprawiają trudność wielu śpiewakom, a najlepszym dają możliwość pokazania mistrzostwa śpiewu i aktorstwa. Popisy w sam raz na krótkie upalne noce :-)

niedziela, 27 maja 2018

Na początku był Monteverdi

     Aha, na Okolicach książek o tym, że poważny filozof może być jednocześnie niezwykle dowcipnym człowiekiem ;-)


      Zastał głosy a capella a zostawił zakompaniowane ;-) I narodziła się opera. Gdy się człowiek nasłucha późniejszych różnych kombinacji, wariacji i reinterpretacji, aż chce się wrócić do początku i oczyścić pamięć z naleciałości. Na początku był Monteverdi i jego "L`Orfeo" (1607). Słynna pieśń wzruszająca bóstwa ciemności - "Possente spirto" - z wirtuozowskimi  skrzypcowymi zawijasami do dziś budzi podziw: jak On to zrobił? Jak wpadł na pomysł stworzenia pieśni i muzyki "przeciw śmierci"? Podobno w czasie, kiedy komponował, jego żona była ciężko chora. Zmarła jeszcze w tym samym roku, kilka miesięcy po premierze "Orfeusza".
     Nie, oczywiście, ze nie pierwszy Monteverdi sięgnął po mit o Orfeuszu, żeby stworzyć dzieło muzyczne, ale przed  Monteverdim nie było opery! A tutaj mamy dramat z całą psychologiczną komplikacją. I Charon wcale nie daje się ubłagać, o nie! Zapewne był głuchy ;-) Natomiast Orfeusz, jak to artysta, rośnie, gdy widzi i czuje natychmiastowy skutek swojej sztuki, No wiec ogląda się, żeby sprawdzić, czy jego śpiew rzeczywiście odwrócił prawo natury. Bo może nie? Bogowie go oszukali? Nie, skądże, nie o bogów chodzi. On CHCE SIĘ PRZEKONAĆ, ŻE JEGO MUZYKA MA MOC WSKRZESZANIA! Ot, pycha artysty. Niebezpieczna to rzecz.
      Żebyśmy nie płakali, Monteverdi, a raczej Alessandro Striggio, librecista, każe boskiemu ojcu Orfeusza, Apollinowi zejść po nieszczęśliwego syna i umieścić go wśród gwiazd. Do dziś widać tam jego lutnię.


         Zanim to nastąpiło Orfeusz śpiewał w Teatro Regio w Turynie.



Inny trailer z tego samego przedstawienia:



A tu inna realizacja. Christian Gerhaher nie tylko śpiewa jak Orfeusz, ale i wygląda jakby otarł się o piekło:

środa, 16 maja 2018

Rocznica spóźniona o dwa lata

       I znowu różnice między życiem a autokreacją. Tamara Łempicka urodziła się w  Moskwie w 1896 roku. Podkreślając jednak, że jest Polską, zmieniła sobie metrykę na Warszawę 1898. No i dzisiejsze Google upamiętnia 120. rocznicę urodzin malarki, ponieważ Google nie "czyta" polskich źródeł informacyjnych, tylko międzynarodową Wikipedię ;-)
      Jej pierwszy mąż, Tadeusz Łempicki, był synem Marii Norwid, bratanicy Cypriana Norwida. Z kolei drugi mąż, baron Roul Kuffner był właścicielem największego majątku ziemskiego w Austro-Węgrzech. 
       Jej rodzina przyjaźniła się z Paderewskim i Rubinsteinem. Ona sama brylowała w paryskich salonach artystycznych, romansowała na prawo i lewo, prowokowała skandale. Malowała kobiety wyzwolone, czego klasycznym przykładem jest "Autoportret w zielonym Bugatti" 



Ale ja tu zamieszczę obraz inny, muzyczny:



      Jej znakiem rozpoznawczym były właśnie portrety, a portrety kobiet w szczególności. Niemniej jej falista kreska i operowanie czystą kolorystyką świetnie nadawały się do funkcji dekoracyjnych. Przykładem może być martwa natura z kwiatami - "Kalie"


      Był czas niezwykłej popularności malarstwa Łempickiej, potem o niej zapomniano, do głosu doszedł abstrakcjonizm. Obecnie na fali zainteresowania epoką art déco jej obrazy okazują się całkiem aktualne i można je znowu wieszać na ścianie ;-) 

sobota, 12 maja 2018

Zdarzyło się w Paryżu...

    Dramat napisał Friedrich Schiller w 1787 roku, libretto na tej podstawie stworzyli Joseph Mery i Camille du Locle w 1866. Muzykę skomponował Giuseppe Verdi w tymże 1866 roku, a później przez 20 lat ją poprawiał, skracał, przerzucał, przestawiał i - mówiąc językiem modnej dzisiaj dekonstrukcji - dekomponował, tworząc ostatecznie trzy wersje: francuską pięcioaktową, włoską czteroaktową i włoską pięcioaktową "Modene".  10 października 2017 roku na rozpoczęcie sezonu w Opera Bastille francuską wersję "Don Carlosa" w międzynarodowej obsadzie wyreżyserował Krzysztof Warlikowski.  W obsadzie znaleźli się miedzy innymi: Jonas Kaufamann jako Don Carlos, Sonya Yoncheva jako Elżbieta, Elina Garanca jako Eboli, w partii króla Filipa Ildar Abdrazakov oraz Dmitry Belosselskiy jako Wielki Inkwizytor. Ponadto wystąpiło czterech Polaków: trzech w postaciach posłów flandryjskich, a Krzysztof Bączyk jako Mnich, który okazuje się duchem Karola V.
   Na temat reżyserii się nie wypowiem przede wszystkim dlatego, że nie lubię uwspółcześniania oper, przenoszenia akcji w czasy współczesne. Tradycyjne libretto staje się strasznie anachroniczne i wszystko zamiast logicznie się wiązać, staje się wręcz groteskowe. A i tak ostatecznie najważniejsza jest muzyka, więc rozkoszowałam się przede wszystkim nią. I niech tak zostanie :-)

Ale trzeba przyznać, że Warlikowski gada jak nawiedzony ;-)






piątek, 4 maja 2018

Spóźnione wspomnienie

       1 maja zmarła Wanda Wiłkomirska - wybitna polska skrzypaczka. Miała 89 lat. To piękny wiek i cała muzyczna epoka. Słuchałam wspomnień o niej, pożegnań i nagrań. Jej kariera miała zasięg prawdziwie międzynarodowy. Nie była więc tylko polską skrzypaczką, lecz wirtuozem klasy światowej.  Występowała na wszystkich kontynentach i pod najwybitniejszymi dyrygentami. Grała między innymi na otwarciu dzisiaj powszechnie znanej i kojarzonej Opery w Sydney. Dźwięk skrzypiec weneckiego lutnika Pietra Guarneriego z 1743 roku w jej rękach brzmiał niepowtarzalnie i wzruszająco. A teraz brzmią jakoś tak smutniej...




Niestrudzenie propagowała polską muzykę w świecie. Jej ulubionym koncertem był I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego.  Utrzymany w wysokich rejestrach dźwiękowych, taki ćwierkający trochę ;-) Jak ptasi koncert z baśniowego ogrodu, w sam raz na majowe wieczorne zadumanie na łonie natury i z muzyką w tle.


poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Zdradzony i porzucony

Na Okolicach książek - ciekawostki polskie w muzyce światowej


      Tak śpiewał Piotr Beczała w Metropolitan Opera jako Rodolfo w "Luizie Miller" Verdiego.



       Zemści się strasznie: otruje ją (Luizę) i siebie. A zanim umrą oboje dowie się, że wszystko to nieprawda. Tak to jest jak się ma wokół siebie intrygantów, a na dodatek ojca kanalię. No i mamy dramat. 
      Pełnię głosu można docenić, gdy się tylko słucha. Najpierw słuchałam więc w radiu, a potem zobaczyłam, jak to zagrał. Po arii zaś w transmisji słychać było gromkie oklaski. jak zresztą po każdej niemal arii w tej operze. Duety dwóch czarnych charakterów też porywające, ale dzisiaj nie będzie o złych ludziach. 

czwartek, 19 kwietnia 2018

Dopóki istnieje Europa

     Bez obaw, to nie będzie wieszczenie końca naszego świata, naszego kontynentu, naszej kultury, chociaż, w jakimś sensie, jednak koniec nastąpił. Koniec złotej ery europejskich festiwali muzycznych, których migotliwą historię, urozmaiconą niezliczonym bogactwem anegdotycznych  smaków,  opisuje Janusz Ekiert. Zaczynają się wiosną i stopniowo opanowują bardziej i mniej znane centra kulturowe, centra turystyki oraz zapomniane a często starożytne miejscowości od Atlantyku po wschodnią granicę Europy. Tą granica wschodnią jest Warszawa, gdzie od 1956 roku odbywa się Warszawska Jesień - międzynarodowy festiwal muzycznej awangardy, o którym John Cage twierdził: "Publiczność warszawskiej jesieni jest elegancka: nigdy nie gwiżdże podczas wykonywania moich utworów, tylko zawsze po".
   
      Pobieżnie kalendarz wygląda mniej więcej następująco:
  • koniec kwietnia do lipca - Maggio Musicale Fioretino we Florencji organizowany od 1933 roku
  • od 12 maja do początku czerwca - Praska Wiosna - Międzynarodowy Festiwal Muzyczny w Pradze - z ogromnym rozmachem
  • czerwiec - Holland Festival w Amsterdamie, ale i w innych miastach, co sprawia, że festiwal trwa nawet dłużej, bo i w lipcu - jest to najstarszy europejski festiwal performatywny, organizowany od 1947 roku
  • koniec czerwca do końca sierpnia - Letni festiwal w Dubrowniku
  • lipiec - festiwal teatralny w Wiesbaden, gdzie triumfy święciła opera "Manekiny" (1981) Zbigniewa Rudzińskiego
  • lipiec - Festiwal Opery w Savonlinnie (Finlandia), odbywający się w scenerii średniowiecznego Zamku św. Olafa
  • lipiec/sierpień - festiwal operowy w Weronie, gdzie wystawia się opery w dawnym rzymskim cyrku - Arena di Verona oraz festiwal baletowy i szekspirowski w Teatro  Romano
  • 18 lipca - 19 sierpnia - Festiwal w Bregencji, gdzie wszystkie spektakle operowe odbywają się na wodzie
  • 20 lipca - 30 sierpnia - Festiwal w Salzburgu - chociaż patronuje mu Mozart nie gra się na nim tylko Mozarta, a nawet jego utwory bywają w repertuarze w mniejszości niż innych kompozytorów
  • 25 lipca - 29 sierpnia - Bayreuth Festival, czyli Festiwal Wagnerowski w Bayreuth - rzeczywiście najstarszy w Europie - od 1876 roku - na potrzeby festiwalu wybudowano specjalny teatr, co roku wystawia się na nim te same 10 oper Ryszarda Wagnera, ale co kilka lat  zmienionej reżyserii i obsadzie
Dodajmy do tego wspomniane przez autora dwa festiwale warszawskie:
  • połowa czerwca do połowy lipca - Festiwal Mozartowski Warszawskiej Opery Kameralnej (mój Boże, czy nie jest to już niestety czas przeszły dokonany, a nieodnawialny??)
  • II poł. września - Warszawska Jesień

       Jak widać NIE DA SIĘ co roku być na każdym ;-) A przecież można i trzeba uzupełnić ten kalendarz o nowe festiwale, wielkiej renomy już i wielkiego rozmachu, a przy tym z bogatym programem muzycznym (choćby nasze w Polsce: Misteria Paschalia i Opera Rara w Krakowie, Festiwal Beethovenowski w Warszawie, Actus Humanus w Gdańsku, KODY w Lublinie, Muzyka w Raju w Paradyżu, Wratislavia Cantans we Wrocławiu). Janusz Ekiert snuje wspomnienia rzecz jasna z festiwali europejskich, zgodnie z przewrotnym tytułem książki: "Zwiedzajcie Europę, póki jeszcze istnieje. Pożegnanie złotego wieku festiwali muzycznych",  której patronuje  na okładce fotografia króla, cesarza i boga muzyki XX wieku w jednej osobie - Herberta von Karajana. Stąd też narracja o festiwalach w Lucernie czy Salzburgu, gdzie przez wiele lat Karajan był niekwestionowanym autorytetem i nieznoszącym sprzeciwu dyktatorem muzycznego wykonawstwa, siłą rzeczy odtwarza tamta - dziś przebrzmiałą - atmosferę wielkich osobowości, wielkich artystów, operowych diw i wielkich śpiewaków, wizjonerów baletu. Ma się wrażenie, że rzeczywiście skończyła się epoka niezwykłych talentów i żyjemy, tworzymy dzisiaj niesieni na "ramionach olbrzymów" przeszłości.
       Trochę żal... Niemniej na tych wymienionych festiwalach zaczynali międzynarodową karierę także polscy wielcy kompozytorzy: Baird, Lutosławski, Kilar, Penderecki... A dzisiaj w większym stopniu i częściej to artyści z Europy (i nie tylko) przyjeżdżają do nas. Korzystajmy póki czas.



     
       To była jedna z tych książek, które można było wygrzebać z wielkiego kosza w supermarkecie, gdzie wszystko jest za dychę. Nie mogłam nie kupić :-) Dlatego teraz mogę sobie podróżować nieco zazdroszcząc, że nie urodziłam się wcześniej ;-)

 










 A jako komentarz muzyczny Prosto z Arena di Verona:

We wspomnieniach z Festiwalu w Weronie Ekiert podaje pyszną anegdotkę, jak to podczas antraktu sprzedawca napojów chłodzących zachęcał do kupna śpiewając toast z "Traviaty": "Libiamo, ne!lieti calici...":




PS A dla koneserów swojszczyzny - rekomendacja książeczki o jednej z polskich "małych ojczyzn"

środa, 11 kwietnia 2018

Seks tuż przed północą ;-)

     (Dodatek - a na Okolicach książek ostatni odcinek o życiu muzycznym na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego) 


     Co bardziej wstydliwych uspokajam: seks będzie muzyczny ;-) Ale to właśnie za sprawą muzyki, wyrażającej najbardziej gwałtowną i nieposkromioną kobiecą naturę, William Henderson napisał, że Szostakowicz to "największy kompozytor pornograficzny w dziejach opery" (Cyt. za P. Kamiński: Tysiąc i jedna opera, tom II).  Poza tym zmienili ramówkę i jak zaczyna się słuchanie sobotniego pasma operowego w Dwójce, tak kończy się dopiero o północy ;-) Przynajmniej ostatnio tak było.  Co prawda, Mariss Jansons nadał odpowiednie tempo i całość skończyła się nieco wcześniej, ale żeby ochłonąć, przetrawić muzykę i emocje, też trzeba czasu. Tak więc parafrazując słowa poety: północ jej godzina, w sam raz na operowe doznania. Tym bardziej, że czteroaktowe dzieło Szostakowicza ma i rozmach, i dynamikę, i mroczność odpowiednią. A mowa o muzycznej "pornografii", czyli Lady Makbet mceńskiego powiatu (1934).
       Tak pokrótce. Tytułową powiatową Lady Makbet jest Katarzyna Izmajłowa, sfrustrowana, niezaspokojona seksualnie młoda mężatka. Mąż nie staje na wysokości zadania, teść  patrzy na nią pożądliwie,  ale ona wolałaby przecież kogoś młodszego. Nudzi się, więc nowy parobek Siergiej, mający już na sumieniu uwiedzenie poprzedniej swojej chlebodawczyni, będzie miał ułatwione zadanie. Noc należy do niego. Ale to przecież Lady Makbet ma być, nie Emma Bovary na prowincji, więc jest i zbrodnia. Najpierw Katarzyna truje grzybami teścia (to znaczy grzyby były jadalne, ale dosypała do nich trutkę na szczury), potem wraz z kochankiem morduje powracającego męża, zamykając trupa w szafie, nie, przepraszam, nie w szafie, tylko w piwnicy ;-) Trup sobie leży nie wadząc nikomu, gdy Katarzyna i Siergiej biorą ślub. No ale nie ma tak prosto i łatwo. Pijaczki to jednak nieobliczalni są i jeden taki zagląda, gdzie go nie posiali, to znaczy do piwnicy. Robi się raban na cały powiat! Para morderców zostaje zesłana na syberyjską katorgę. Niestety, nie będzie moralnego odrodzenia, Katarzyna to nie cierpiąca pohańbienie pokorna Sonia Marmieładowa, a Siergiej nie intelektualista Rodion Raskolnikow. W trudzie zesłańczej wędrówki były parobek szuka pociechy w ramionach innej, cynicznie wykorzystując w tym celu nawet przywiązanie żony. Niedługo! Bo kiedy prawda wychodzi na jaw, morderczyni znowu się nie cofnie. Topi w rzece kochankę męża i sama ginie razem z nią  w wirach lodowatej wody.
        Muzyka oddaje charakter postaci, nieokiełznane pożądanie, frustracyjne niezaspokojenie, trywialne charaktery. Nocna scena spotkania Siergieja i Katarzyny uważana jest wręcz za muzyczną pornografię. Powód ten - obraza dobrych obyczajów - stał się przyczyną, że po pierwszych sukcesach i triumfie dzieła na scenach Leningradu i Moskwy, opera została zdjęta a Szostakowicz wyklęty z muzycznego istnienia. Orkiestrowe interludium pod koniec aktu I niewątpliwie zapada w pamięć niesamowitą energią i siła wyrazu. Podobnie jak partia wokalna Katarzyny rozchwiana emocjonalnie od rozpaczy, krzyku pożądania, po rozkosz i liryczną tęsknotę.

O ten kawałek muzyki rozegrała się cała afera polityczna Stalin uznał ją za niemoralną. Szostakowicz usunął ten fragment z drugiej wersji opery zmieniając także jej tytuł na "Katarzyna Izmajłowa".  Dzisiaj na scenach światowych oper wystawia się wersję pierwszą, z usuniętymi fragmentami. 






wtorek, 3 kwietnia 2018

Znajdź 5 podobieństw :-)

     Mischa Maisky jest starszy, urodził się w 1948 roku w w Rydze, wówczas w granicach Związku Radzieckiego, dzisiejsza Łotwa. Jest obecnie jedynym wiolonczelistą, który uczył się u słynnego Mścisława Rostropowicza. Jego pochodzenie można określić jako rosyjsko-żydowskie. Obecnie mieszka w Belgii. Ma sześcioro dzieci. Dwoje najstarszych z pierwszego małżeństwa poszło w ślady ojca i rozwijają kariery muzyczne: Lily jest pianistką, Sasza skrzypkiem. We trójkę występują pod nazwą Maisky Trio. Także starszy brat Walery Maisky zasłynął w dziejach muzyki jako organista, klawesynista i muzykolog.  Mischa Maisky uważa się za obywatela świata: "Gram na włoskiej wiolonczeli z francuskimi i niemieckimi smyczkami, austriackimi i niemieckimi strunami, moja córka urodziła się we Francji, mój najstarszy syn w Belgii, środkowy we Włoszech i najmłodszy w Szwajcarii, jeżdżę samochodem japońskim, noszę szwajcarski zegarek, indyjski naszyjnik i czuję się jak w domu wszędzie, gdzie ludzie doceniają i lubią muzykę klasyczną." Owa włoska wiolonczela to dzieło weneckiego lutnika Domenica Montagnany (1686 - 1750). Montagnana tworzył zarówno skrzypce, jak i wiolonczele. Te drugie są do dzisiaj instrumentami poszukiwanymi i pożądanymi przez muzyków i kolekcjonerów, osiągając  zawrotne ceny na aukcjach. Mischa Maisky podobno swoją koncertową wiolonczelę otrzymał w prezencie od anonimowego wielbiciela.
       Steven Isserlis urodził się 19 grudnia 1958 roku w Londynie. Jego dziadek był rosyjskim Żydem, który wyemigrował w latach dwudziestych XX wieku. Dziadek Isserlisa był pianistą, a ojciec skrzypkiem amatorem, matka zaś była nauczycielką gry na fortepianie. Dwie siostry również kontynuują muzyczne rodzinne tradycje: jedna jest  altowiolistką, druga skrzypaczką. Mówi o sobie, że jako dziecko był rozpieszczonym bachorem, który w niczym nie był tak dobry, jak jego siostry, więc postanowił zająć się czymś innym i został wiolonczelistą. Grał na słynnych wiolonczelach włoskich lutników: Montagnany z 1740 roku i Guadagniniego z 1745 roku. Obecnie gra na wiolonczeli Stradivariusa z 1726 roku Marquis de Corberon.
      To tyle wstępu o najważniejszych różnicach (choć podobieństwa też się pojawiły) ;-) A zadanie dla czytających i komentujących: znajdź 5 podobieństw między załączonymi fragmentami nagrań jednego i drugiego artysty. Powodzenia i dobrej zabawy! :-)))

Mischa Maisky




Steven Isserlis

czwartek, 29 marca 2018

Hardkorowy Jezus

     Wczoraj wieczorem mieliśmy tutaj 1-2 stopnie powyżej zera. Ludzie przyszli okutani w szaliki, w czapkach, kapturach, rękawicach, ja włożyłam na nogi najgrubsze skarpetki i zimowe kozaki. Stanie dwie godziny w zapadającym zmierzchu, prawie poza miastem, gdzie wiatr hulał, wymagało determinacji i zacięcia. Niektórzy nie dotrwali do końca, odeszli nie doczekawszy Zmartwychwstania. A kto wytrwał, zobaczył co to znaczy poświęcenie dla sztuki.
       O czym piszę? O Misterium Męki Pańskiej - tradycji bardzo starej, sięgającej czasów średniowiecza, kiedy misterium jako gatunek religijnego przedstawienia się rozwinęło. Zgodnie z z zaleceniami soboru w Trydencie misterium rozgrywa się w wolnej przestrzeni: na placu, na ulicach, poza budynkiem kościelnym. Tym bardziej, że wymaga sporo miejsca ze względu na symultaniczność odgrywanych scen. W misterium wielkanocnym byliśmy w Wieczerniku, na obradach Sanhedrynu, w Ogrodzie Oliwnym, w pałacu Piłata, w pałacu Heroda, gdzieś na polnych drogach Palestyny w scenach z cudzołożnicą i uwolnienia opętanych, no a potem szliśmy drogą krzyżową na Golgotę. Na wielkiej naturalnej scenie paliły się ogniska, przy jednym z nich grzał się Piotr apostoł odżegnując się od związków z Jezusem, któremu niedawno przysięgał wierność, jeźdźcy w strojach antycznych przemykali na koniach w mrocznym cieniu na tle budynków.
       Szerokość scenerii i przenoszenie kolejnych scen w kierunku miejsca ukrzyżowania sprawiały, że widzowie podążali za aktorami, żeby lepiej widzieć. Co prawda był też telebim, więc można było śledzić akcję nie ruszając się z miejsca. Współczesna technika znacznie udoskonaliła odbiór. Dialogi i wypowiedzi aktorów zostały wcześniej nagrane i w trakcie przedstawienia na bieżąco synchronicznie zgrywane z toczącymi się scenami, ale aktorzy grali naturalnie, z dynamiczną gestykulacją wypowiadając swoje kwestie. Także ten telebim dla wielu okazał się zbawienny, ponieważ nie wszyscy mogli stać w pierwszym rzędzie. Efekty dramatyczne potęgowała muzyka.
        Scena ukrzyżowania rozgrywała się w czasie realnym. Nie da się jak na filmie przyspieszyć, dlatego długo wisieli na krzyżach dwaj złoczyńcy zanim ustawiono centralnie krzyż z Jezusem. To był czas na własną refleksję, na zastanowienie się nad własną obecnością i rolą w wydarzeniach. Podobnie po zdjęciu z krzyża w ciemnościach zapadającej coraz głębiej nocy wyczekiwaliśmy na triumfalny koniec - Zmartwychwstanie.
         Technika techniką, nasze zmarznięte mimo skarpetek i zimowych butów nogi to pikuś przy tym, co działo się na tej dużej naturalnej scenie. Aktorzy grający apostołów, zwłaszcza ci, którzy dostąpili zaszczytu umywania nóg, grali z gołymi nogami i w sandałach. Woda z dzbanka też leciała prawdziwa. Tylko że oni potem po aresztowaniu w Ogrodzie Oliwnym pouciekali. Może wtedy mieli chwilę czasu na ogrzanie się gdzieś za kulisami, nie wiem. Raczej nie zmarzli za to przedstawiciele Sanhedrynu w szatach odświętnych, kolorowych sukniach i płaszczach, oczywiście z frędzlami, o których mowa w Ewangeliach. Także lud krzyczący i płaczący zabezpieczony przed zimnem w chałatach, chustach, wielowarstwowych sukniach.
        Ale Jezus - ten to dopiero hardkor! Ubrany w długą białą suknię, jak to w Biblii opisane, z  gołymi nogami w samych sandałach cały czas. Przypominam - 1 stopień powyżej zera, a z powodu wiatru chyba nawet zimniej się czuło. W pierwszych scenach to jeszcze miał na wierzchu coś jak płaszcz w kształcie ornatopodobnym, ale do biczowania został rozebrany, w samej tej białej koszulinie został, która wnet zaczerwieniła się dramatycznie. I krzyż dźwigany w drodze krzyżowej nie był ze styropianu, tylko prawdziwy, drewniany. No ale wszystko przebiła scena Zmartwychwstania. W nowej śnieżnobiałej już sukni, boso! przemaszerował po całym placu powoli przy wtórze chórów anielskich. I słusznie. Bo przecież na pewno nie złożono Jezusa do grobu w sandałach! Do oklasków widzowie zdjęli z dłoni swoje rękawiczki :-)
         A wracając jeszcze do misterium jako gatunku: tekst dialogu jest oczywiście przede wszystkim budowany na podstawie Ewangelii, ale wykorzystuje się też apokryfy oraz uzupełnia go o specyficzne wypowiedzi i sceny obyczajowe nawet współczesne. W dialogach uzupełniających można sobie pozwolić na potoczność języka i humor. Taki charakter miała scena w pałacu Heroda i sam sposób przedstawienia jego postaci. Bardzo życiowo i realistycznie została zagrana scena z Szymonem z Cyreny, który wykłócał się z żołnierzami, żeby go zostawili w spokoju. Tutaj nawet w rekwizytach oddano związek z realiami tutejszymi, gdyż Szymon szedł z sitem, które jest jednym z symboli miasta. Naiwne i pełne żywiołowości rozmowy apostołów przekonująco oddawały ich dezorientację i niezrozumienie wagi wydarzeń. Nie da się odeprzeć wrażenia, że najbardziej przekonująco wypadli członkowie Sanhedrynu z Kajfaszem na czele. Podobnie jak Piłat. I chociaż cała obsada była amatorska, to aktorzy grający główne role: Jezusa, Piłata czy Kajfasza nie są nowicjuszami. Część osób tworzy tutejszy amatorski zespół teatralny. 
        A na koniec ciekawostka. Jezus, poza oczywiście adekwatnym strojem, nie wymagał dodatkowej charakteryzacji ;-)