czwartek, 19 kwietnia 2018

Dopóki istnieje Europa

     Bez obaw, to nie będzie wieszczenie końca naszego świata, naszego kontynentu, naszej kultury, chociaż, w jakimś sensie, jednak koniec nastąpił. Koniec złotej ery europejskich festiwali muzycznych, których migotliwą historię, urozmaiconą niezliczonym bogactwem anegdotycznych  smaków,  opisuje Janusz Ekiert. Zaczynają się wiosną i stopniowo opanowują bardziej i mniej znane centra kulturowe, centra turystyki oraz zapomniane a często starożytne miejscowości od Atlantyku po wschodnią granicę Europy. Tą granica wschodnią jest Warszawa, gdzie od 1956 roku odbywa się Warszawska Jesień - międzynarodowy festiwal muzycznej awangardy, o którym John Cage twierdził: "Publiczność warszawskiej jesieni jest elegancka: nigdy nie gwiżdże podczas wykonywania moich utworów, tylko zawsze po".
   
      Pobieżnie kalendarz wygląda mniej więcej następująco:
  • koniec kwietnia do lipca - Maggio Musicale Fioretino we Florencji organizowany od 1933 roku
  • od 12 maja do początku czerwca - Praska Wiosna - Międzynarodowy Festiwal Muzyczny w Pradze - z ogromnym rozmachem
  • czerwiec - Holland Festival w Amsterdamie, ale i w innych miastach, co sprawia, że festiwal trwa nawet dłużej, bo i w lipcu - jest to najstarszy europejski festiwal performatywny, organizowany od 1947 roku
  • koniec czerwca do końca sierpnia - Letni festiwal w Dubrowniku
  • lipiec - festiwal teatralny w Wiesbaden, gdzie triumfy święciła opera "Manekiny" (1981) Zbigniewa Rudzińskiego
  • lipiec - Festiwal Opery w Savonlinnie (Finlandia), odbywający się w scenerii średniowiecznego Zamku św. Olafa
  • lipiec/sierpień - festiwal operowy w Weronie, gdzie wystawia się opery w dawnym rzymskim cyrku - Arena di Verona oraz festiwal baletowy i szekspirowski w Teatro  Romano
  • 18 lipca - 19 sierpnia - Festiwal w Bregencji, gdzie wszystkie spektakle operowe odbywają się na wodzie
  • 20 lipca - 30 sierpnia - Festiwal w Salzburgu - chociaż patronuje mu Mozart nie gra się na nim tylko Mozarta, a nawet jego utwory bywają w repertuarze w mniejszości niż innych kompozytorów
  • 25 lipca - 29 sierpnia - Bayreuth Festival, czyli Festiwal Wagnerowski w Bayreuth - rzeczywiście najstarszy w Europie - od 1876 roku - na potrzeby festiwalu wybudowano specjalny teatr, co roku wystawia się na nim te same 10 oper Ryszarda Wagnera, ale co kilka lat  zmienionej reżyserii i obsadzie
Dodajmy do tego wspomniane przez autora dwa festiwale warszawskie:
  • połowa czerwca do połowy lipca - Festiwal Mozartowski Warszawskiej Opery Kameralnej (mój Boże, czy nie jest to już niestety czas przeszły dokonany, a nieodnawialny??)
  • II poł. września - Warszawska Jesień

       Jak widać NIE DA SIĘ co roku być na każdym ;-) A przecież można i trzeba uzupełnić ten kalendarz o nowe festiwale, wielkiej renomy już i wielkiego rozmachu, a przy tym z bogatym programem muzycznym (choćby nasze w Polsce: Misteria Paschalia i Opera Rara w Krakowie, Festiwal Beethovenowski w Warszawie, Actus Humanus w Gdańsku, KODY w Lublinie, Muzyka w Raju w Paradyżu, Wratislavia Cantans we Wrocławiu). Janusz Ekiert snuje wspomnienia rzecz jasna z festiwali europejskich, zgodnie z przewrotnym tytułem książki: "Zwiedzajcie Europę, póki jeszcze istnieje. Pożegnanie złotego wieku festiwali muzycznych",  której patronuje  na okładce fotografia króla, cesarza i boga muzyki XX wieku w jednej osobie - Herberta von Karajana. Stąd też narracja o festiwalach w Lucernie czy Salzburgu, gdzie przez wiele lat Karajan był niekwestionowanym autorytetem i nieznoszącym sprzeciwu dyktatorem muzycznego wykonawstwa, siłą rzeczy odtwarza tamta - dziś przebrzmiałą - atmosferę wielkich osobowości, wielkich artystów, operowych diw i wielkich śpiewaków, wizjonerów baletu. Ma się wrażenie, że rzeczywiście skończyła się epoka niezwykłych talentów i żyjemy, tworzymy dzisiaj niesieni na "ramionach olbrzymów" przeszłości.
       Trochę żal... Niemniej na tych wymienionych festiwalach zaczynali międzynarodową karierę także polscy wielcy kompozytorzy: Baird, Lutosławski, Kilar, Penderecki... A dzisiaj w większym stopniu i częściej to artyści z Europy (i nie tylko) przyjeżdżają do nas. Korzystajmy póki czas.



     
       To była jedna z tych książek, które można było wygrzebać z wielkiego kosza w supermarkecie, gdzie wszystko jest za dychę. Nie mogłam nie kupić :-) Dlatego teraz mogę sobie podróżować nieco zazdroszcząc, że nie urodziłam się wcześniej ;-)

 










 A jako komentarz muzyczny Prosto z Arena di Verona:

We wspomnieniach z Festiwalu w Weronie Ekiert podaje pyszną anegdotkę, jak to podczas antraktu sprzedawca napojów chłodzących zachęcał do kupna śpiewając toast z "Traviaty": "Libiamo, ne!lieti calici...":




PS A dla koneserów swojszczyzny - rekomendacja książeczki o jednej z polskich "małych ojczyzn"

środa, 11 kwietnia 2018

Seks tuż przed północą ;-)

     (Dodatek - a na Okolicach książek ostatni odcinek o życiu muzycznym na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego) 


     Co bardziej wstydliwych uspokajam: seks będzie muzyczny ;-) Ale to właśnie za sprawą muzyki, wyrażającej najbardziej gwałtowną i nieposkromioną kobiecą naturę, William Henderson napisał, że Szostakowicz to "największy kompozytor pornograficzny w dziejach opery" (Cyt. za P. Kamiński: Tysiąc i jedna opera, tom II).  Poza tym zmienili ramówkę i jak zaczyna się słuchanie sobotniego pasma operowego w Dwójce, tak kończy się dopiero o północy ;-) Przynajmniej ostatnio tak było.  Co prawda, Mariss Jansons nadał odpowiednie tempo i całość skończyła się nieco wcześniej, ale żeby ochłonąć, przetrawić muzykę i emocje, też trzeba czasu. Tak więc parafrazując słowa poety: północ jej godzina, w sam raz na operowe doznania. Tym bardziej, że czteroaktowe dzieło Szostakowicza ma i rozmach, i dynamikę, i mroczność odpowiednią. A mowa o muzycznej "pornografii", czyli Lady Makbet mceńskiego powiatu (1934).
       Tak pokrótce. Tytułową powiatową Lady Makbet jest Katarzyna Izmajłowa, sfrustrowana, niezaspokojona seksualnie młoda mężatka. Mąż nie staje na wysokości zadania, teść  patrzy na nią pożądliwie,  ale ona wolałaby przecież kogoś młodszego. Nudzi się, więc nowy parobek Siergiej, mający już na sumieniu uwiedzenie poprzedniej swojej chlebodawczyni, będzie miał ułatwione zadanie. Noc należy do niego. Ale to przecież Lady Makbet ma być, nie Emma Bovary na prowincji, więc jest i zbrodnia. Najpierw Katarzyna truje grzybami teścia (to znaczy grzyby były jadalne, ale dosypała do nich trutkę na szczury), potem wraz z kochankiem morduje powracającego męża, zamykając trupa w szafie, nie, przepraszam, nie w szafie, tylko w piwnicy ;-) Trup sobie leży nie wadząc nikomu, gdy Katarzyna i Siergiej biorą ślub. No ale nie ma tak prosto i łatwo. Pijaczki to jednak nieobliczalni są i jeden taki zagląda, gdzie go nie posiali, to znaczy do piwnicy. Robi się raban na cały powiat! Para morderców zostaje zesłana na syberyjską katorgę. Niestety, nie będzie moralnego odrodzenia, Katarzyna to nie cierpiąca pohańbienie pokorna Sonia Marmieładowa, a Siergiej nie intelektualista Rodion Raskolnikow. W trudzie zesłańczej wędrówki były parobek szuka pociechy w ramionach innej, cynicznie wykorzystując w tym celu nawet przywiązanie żony. Niedługo! Bo kiedy prawda wychodzi na jaw, morderczyni znowu się nie cofnie. Topi w rzece kochankę męża i sama ginie razem z nią  w wirach lodowatej wody.
        Muzyka oddaje charakter postaci, nieokiełznane pożądanie, frustracyjne niezaspokojenie, trywialne charaktery. Nocna scena spotkania Siergieja i Katarzyny uważana jest wręcz za muzyczną pornografię. Powód ten - obraza dobrych obyczajów - stał się przyczyną, że po pierwszych sukcesach i triumfie dzieła na scenach Leningradu i Moskwy, opera została zdjęta a Szostakowicz wyklęty z muzycznego istnienia. Orkiestrowe interludium pod koniec aktu I niewątpliwie zapada w pamięć niesamowitą energią i siła wyrazu. Podobnie jak partia wokalna Katarzyny rozchwiana emocjonalnie od rozpaczy, krzyku pożądania, po rozkosz i liryczną tęsknotę.

O ten kawałek muzyki rozegrała się cała afera polityczna Stalin uznał ją za niemoralną. Szostakowicz usunął ten fragment z drugiej wersji opery zmieniając także jej tytuł na "Katarzyna Izmajłowa".  Dzisiaj na scenach światowych oper wystawia się wersję pierwszą, z usuniętymi fragmentami. 






wtorek, 3 kwietnia 2018

Znajdź 5 podobieństw :-)

     Mischa Maisky jest starszy, urodził się w 1948 roku w w Rydze, wówczas w granicach Związku Radzieckiego, dzisiejsza Łotwa. Jest obecnie jedynym wiolonczelistą, który uczył się u słynnego Mścisława Rostropowicza. Jego pochodzenie można określić jako rosyjsko-żydowskie. Obecnie mieszka w Belgii. Ma sześcioro dzieci. Dwoje najstarszych z pierwszego małżeństwa poszło w ślady ojca i rozwijają kariery muzyczne: Lily jest pianistką, Sasza skrzypkiem. We trójkę występują pod nazwą Maisky Trio. Także starszy brat Walery Maisky zasłynął w dziejach muzyki jako organista, klawesynista i muzykolog.  Mischa Maisky uważa się za obywatela świata: "Gram na włoskiej wiolonczeli z francuskimi i niemieckimi smyczkami, austriackimi i niemieckimi strunami, moja córka urodziła się we Francji, mój najstarszy syn w Belgii, środkowy we Włoszech i najmłodszy w Szwajcarii, jeżdżę samochodem japońskim, noszę szwajcarski zegarek, indyjski naszyjnik i czuję się jak w domu wszędzie, gdzie ludzie doceniają i lubią muzykę klasyczną." Owa włoska wiolonczela to dzieło weneckiego lutnika Domenica Montagnany (1686 - 1750). Montagnana tworzył zarówno skrzypce, jak i wiolonczele. Te drugie są do dzisiaj instrumentami poszukiwanymi i pożądanymi przez muzyków i kolekcjonerów, osiągając  zawrotne ceny na aukcjach. Mischa Maisky podobno swoją koncertową wiolonczelę otrzymał w prezencie od anonimowego wielbiciela.
       Steven Isserlis urodził się 19 grudnia 1958 roku w Londynie. Jego dziadek był rosyjskim Żydem, który wyemigrował w latach dwudziestych XX wieku. Dziadek Isserlisa był pianistą, a ojciec skrzypkiem amatorem, matka zaś była nauczycielką gry na fortepianie. Dwie siostry również kontynuują muzyczne rodzinne tradycje: jedna jest  altowiolistką, druga skrzypaczką. Mówi o sobie, że jako dziecko był rozpieszczonym bachorem, który w niczym nie był tak dobry, jak jego siostry, więc postanowił zająć się czymś innym i został wiolonczelistą. Grał na słynnych wiolonczelach włoskich lutników: Montagnany z 1740 roku i Guadagniniego z 1745 roku. Obecnie gra na wiolonczeli Stradivariusa z 1726 roku Marquis de Corberon.
      To tyle wstępu o najważniejszych różnicach (choć podobieństwa też się pojawiły) ;-) A zadanie dla czytających i komentujących: znajdź 5 podobieństw między załączonymi fragmentami nagrań jednego i drugiego artysty. Powodzenia i dobrej zabawy! :-)))

Mischa Maisky




Steven Isserlis

czwartek, 29 marca 2018

Hardkorowy Jezus

     Wczoraj wieczorem mieliśmy tutaj 1-2 stopnie powyżej zera. Ludzie przyszli okutani w szaliki, w czapkach, kapturach, rękawicach, ja włożyłam na nogi najgrubsze skarpetki i zimowe kozaki. Stanie dwie godziny w zapadającym zmierzchu, prawie poza miastem, gdzie wiatr hulał, wymagało determinacji i zacięcia. Niektórzy nie dotrwali do końca, odeszli nie doczekawszy Zmartwychwstania. A kto wytrwał, zobaczył co to znaczy poświęcenie dla sztuki.
       O czym piszę? O Misterium Męki Pańskiej - tradycji bardzo starej, sięgającej czasów średniowiecza, kiedy misterium jako gatunek religijnego przedstawienia się rozwinęło. Zgodnie z z zaleceniami soboru w Trydencie misterium rozgrywa się w wolnej przestrzeni: na placu, na ulicach, poza budynkiem kościelnym. Tym bardziej, że wymaga sporo miejsca ze względu na symultaniczność odgrywanych scen. W misterium wielkanocnym byliśmy w Wieczerniku, na obradach Sanhedrynu, w Ogrodzie Oliwnym, w pałacu Piłata, w pałacu Heroda, gdzieś na polnych drogach Palestyny w scenach z cudzołożnicą i uwolnienia opętanych, no a potem szliśmy drogą krzyżową na Golgotę. Na wielkiej naturalnej scenie paliły się ogniska, przy jednym z nich grzał się Piotr apostoł odżegnując się od związków z Jezusem, któremu niedawno przysięgał wierność, jeźdźcy w strojach antycznych przemykali na koniach w mrocznym cieniu na tle budynków.
       Szerokość scenerii i przenoszenie kolejnych scen w kierunku miejsca ukrzyżowania sprawiały, że widzowie podążali za aktorami, żeby lepiej widzieć. Co prawda był też telebim, więc można było śledzić akcję nie ruszając się z miejsca. Współczesna technika znacznie udoskonaliła odbiór. Dialogi i wypowiedzi aktorów zostały wcześniej nagrane i w trakcie przedstawienia na bieżąco synchronicznie zgrywane z toczącymi się scenami, ale aktorzy grali naturalnie, z dynamiczną gestykulacją wypowiadając swoje kwestie. Także ten telebim dla wielu okazał się zbawienny, ponieważ nie wszyscy mogli stać w pierwszym rzędzie. Efekty dramatyczne potęgowała muzyka.
        Scena ukrzyżowania rozgrywała się w czasie realnym. Nie da się jak na filmie przyspieszyć, dlatego długo wisieli na krzyżach dwaj złoczyńcy zanim ustawiono centralnie krzyż z Jezusem. To był czas na własną refleksję, na zastanowienie się nad własną obecnością i rolą w wydarzeniach. Podobnie po zdjęciu z krzyża w ciemnościach zapadającej coraz głębiej nocy wyczekiwaliśmy na triumfalny koniec - Zmartwychwstanie.
         Technika techniką, nasze zmarznięte mimo skarpetek i zimowych butów nogi to pikuś przy tym, co działo się na tej dużej naturalnej scenie. Aktorzy grający apostołów, zwłaszcza ci, którzy dostąpili zaszczytu umywania nóg, grali z gołymi nogami i w sandałach. Woda z dzbanka też leciała prawdziwa. Tylko że oni potem po aresztowaniu w Ogrodzie Oliwnym pouciekali. Może wtedy mieli chwilę czasu na ogrzanie się gdzieś za kulisami, nie wiem. Raczej nie zmarzli za to przedstawiciele Sanhedrynu w szatach odświętnych, kolorowych sukniach i płaszczach, oczywiście z frędzlami, o których mowa w Ewangeliach. Także lud krzyczący i płaczący zabezpieczony przed zimnem w chałatach, chustach, wielowarstwowych sukniach.
        Ale Jezus - ten to dopiero hardkor! Ubrany w długą białą suknię, jak to w Biblii opisane, z  gołymi nogami w samych sandałach cały czas. Przypominam - 1 stopień powyżej zera, a z powodu wiatru chyba nawet zimniej się czuło. W pierwszych scenach to jeszcze miał na wierzchu coś jak płaszcz w kształcie ornatopodobnym, ale do biczowania został rozebrany, w samej tej białej koszulinie został, która wnet zaczerwieniła się dramatycznie. I krzyż dźwigany w drodze krzyżowej nie był ze styropianu, tylko prawdziwy, drewniany. No ale wszystko przebiła scena Zmartwychwstania. W nowej śnieżnobiałej już sukni, boso! przemaszerował po całym placu powoli przy wtórze chórów anielskich. I słusznie. Bo przecież na pewno nie złożono Jezusa do grobu w sandałach! Do oklasków widzowie zdjęli z dłoni swoje rękawiczki :-)
         A wracając jeszcze do misterium jako gatunku: tekst dialogu jest oczywiście przede wszystkim budowany na podstawie Ewangelii, ale wykorzystuje się też apokryfy oraz uzupełnia go o specyficzne wypowiedzi i sceny obyczajowe nawet współczesne. W dialogach uzupełniających można sobie pozwolić na potoczność języka i humor. Taki charakter miała scena w pałacu Heroda i sam sposób przedstawienia jego postaci. Bardzo życiowo i realistycznie została zagrana scena z Szymonem z Cyreny, który wykłócał się z żołnierzami, żeby go zostawili w spokoju. Tutaj nawet w rekwizytach oddano związek z realiami tutejszymi, gdyż Szymon szedł z sitem, które jest jednym z symboli miasta. Naiwne i pełne żywiołowości rozmowy apostołów przekonująco oddawały ich dezorientację i niezrozumienie wagi wydarzeń. Nie da się odeprzeć wrażenia, że najbardziej przekonująco wypadli członkowie Sanhedrynu z Kajfaszem na czele. Podobnie jak Piłat. I chociaż cała obsada była amatorska, to aktorzy grający główne role: Jezusa, Piłata czy Kajfasza nie są nowicjuszami. Część osób tworzy tutejszy amatorski zespół teatralny. 
        A na koniec ciekawostka. Jezus, poza oczywiście adekwatnym strojem, nie wymagał dodatkowej charakteryzacji ;-) 
     

sobota, 24 marca 2018

Muzyczna podróż do Lubeki

       Moja podróż do Lubeki nie była tak desperacka jak Jana Sebastiana Bacha, który ponoć szedł 400 km pieszo. Zaledwie do sąsiedniej parafii się udałam, dokąd dzieło Buxtehudego przywieźli lubelscy artyści The Snopkers Ensemble i Zespół Instrumentów Dawnych Senza Battuta z solistami: Ewą Lalką (sopran), Michałem Wajdą Chłopickim (alt), Rafałem Grozdewem (tenor) i Łukaszem Rynkowskim (bas) pod dyrygentem Dominikiem Mielko.  Najpierw się wsłuchiwałam dostosowując odbiór do wnętrza nieco zimnej, bo nieogrzewanej świątyni. Ja to jeszcze nic, ale skrzypce cierpiały :-( Byłoby cieplej, gdyby frekwencja dopisała, tymczasem kościół ział pustkami. Chyba za słaba reklama była, a ludziska na prowincji nie wiedzą, czego mieli okazję posłuchać A bez Buxtehudego nie byłoby Bacha.
       Na szczęście instrumentacja została wzmocniona jeszcze jakąś teorbą, barokową wiolą, czymś dużym prawie jak kontrabasem, ale też dawny instrument z epoki oraz organami. Z zaplanowanych przez kompozytora pięciu głosów również usłyszeliśmy dodatkowo niewielki chórek - w sumie czternastoosobowy razem z solistami. Autentyczny wystrój świątyni sprzyjał kontemplacji bliskiej już liturgii Wielkiego Piątku. Przy "Pectus" już było mi wszystko jedno, gdzie się znajduję i odleciałam, a przy "Vulnerasti" przestałam cokolwiek widzieć - zamieniłam się w słuchanie.
       Pełny tytuł brzmi: Membra Jesu nostri patientis sanctissima (Najświętsze członki naszego cierpiącego Jezusa) - siedmioczęściowe dzieło z 1680 roku. Te siedem części to siedem kantat, z których każda opiewa inne części Umęczonego: stopy, kolana, ręce, przebity bok, klatkę piersiową, serce i głowę
1. Ad pedes: Ecce super montes (SSATB, dwoje skrzypiec,  wiola, continuo)
2. Ad genua: Ad uber portabimini (j.w)
3. Ad manus: Quid sunt plagae istae (j.w.)
4. Ad latus: Surge amica mea (j.w.)
5. Ad pectus: Sicut modo geniti infantes (ATB, dwoje skrzypiec, wiola, continuo)
6. Ad cor: Vulnerasti cor meum (SSB, 5 wiol, continuo)
7. Ad faciem: Illustra faciem tuam (SSATB, dwoje skrzypiec, wiola, continuo)
      Kompozycja rozpisana na pięć głosów: dwa soprany, alt, tenor i bas (SSATB) słowami średniowiecznego poety Arnulfa z Louvain (XIII w.) opowiada o męczeństwie Jezusa, jest więc jak najbardziej wielkopostna w wymowie. Jednakże końcowe Amen podnosi na duchu, prowadząc myśl raczej ku przeżywaniu miłości Zbawiciela do człowieka, nie pozwalając pogrążyć się słuchaczom zanadto w rozpaczy. Ostatecznie bowiem Zmartwychwstanie jest najbardziej radosnym świętem, mimo że poprzedzonym skruchą i pokutą. 
       O samym kompozytorze  istnieją niepełne informacje. Dietrich Buxtehude (1637 - 1707), urodził się w Helsingborg (niektórzy uważają, że w Oldesloe), który wchodził w skład królestwa Danii, a obecnie mieści się na terenie Szwecji, z kolei Lubeka, gdzie zmarł, leży na terytorium Niemiec. Toteż mówi się o nim nieraz, że jest kompozytorem duńsko-niemieckim. Z zawirowaniami pochodzenia łączy się różnoraki zapis imienia, które podobno brzmiało  Diderich, a z czasem sam je zgermanizował na Dieterich. 
       Niewiele wiadomo o dzieciństwie i młodości kompozytora. Przyjmuje się, że pierwsze nauki pobierał u swojego ojca, który był organistą w kościele św. Olafa w Helsinør. Muzyczna, kompozytorska i organistowska działalność Buxtehudego syna przez prawie 40 lat była ściśle związana z Lubeką, gdzie pełnił rolę organisty, kierownika chóru i nauczyciela. Sława Buxtehudego jako największego organisty swoich czasów sprawiła, że odwiedzali go w Lubece późniejsi wielcy reformatorzy muzyki epoki: Telemann, Haendel, Matthesson. Jednak najsłynniejsze odwiedziny, z czasem obrośnięte w legendę, należą do Jana Sebastiana Bacha, którego czteromiesięczny pobyt w Lubece do dzisiaj stanowi materiał do wielu badań i spekulacji muzykologów. 400-kilometrową odległość z Arnstadt do Lubeki w 1705 roku  Bach podobno w przebył pieszo. Badacze do dziś spierają się o to, jak wielki wpływ miała ta wizyta na ukształtowanie się swoistego stylu lipskiego kantora. Być może nawet najsłynniejsze (w sensie najbardziej popularne) dzieło, Toccata i fuga d-moll, wcale nie jest jego oryginalną kompozycją, lecz przeróbką utworu mistrza z Lubeki, przetransponowanym przez Bacha z oryginalnej wersji skrzypcowej na organy. 
       Zostawmy jednak te zagadki znawcom, a my udajmy się  sami w podróż, niekoniecznie tak daleką, posłuchać Buxtehudego. Z nieznanych do końca rozmiarów jego twórczości zachowało się około 120 dzieł wokalnych. Na uwagę zasługuje fakt, że o ile większość dzieł Bacha powstała niejako na zamówienie, jako wypełnienie obowiązków organisty, to Buxtehude tworzył sam z siebie, spontanicznie, dając wyraz swoim potrzebom duchowym i muzycznej wyobraźni. Są to więc dzieła często bardzo osobiste, komponowane na przykład do tekstów biblijnych, hymnów i poezji, które go inspirowały. "Membra Jesu nostri" może dostarczyć słuchaczom różnorodnych przeżyć i fascynacji. na przykład sposobem połączenia tekstu średniowiecznego poety z cytatami z Biblii, z Pieśni nad pieśniami, np.:

Vulnerasti cor meum,
soror mea, sponsa,
vulnerasti cor meum

(Zraniłaś moje serce,
siostro moja, oblubienico,
zraniłaś moje serce)

albo:

Surge, amica mea,
speciosa mea, et veni,
columba mea in foraminibus petrae,
in caverna maceriae.

(Powstań, przyjaciółko moja,
piękna moja, i pójdź,
głęboko moja, ukryta w zagłębieniach skały,
w szczelinach przepaści) 

Można też, zgodnie z sugestią Alberta Schweitzera, że "u Buxtehudego interesujące jest wszystko", zasłuchać się w doskonałą harmonię głosów, dochodząc do wniosku, że centrum kultury nie tam jest, gdzie stolica państwa, lecz tam, gdzie ulokuje się duch wielkiego artysty, czasami na peryferiach, na uboczu, a jego dzieło i tak stanie się drogowskazem dla następców. A dla słuchaczy wirtualnych kompozycja Buxtehudego w wykonaniu mistrzowskim: Schola Cantorum Basiliensis pod kierunkiem Rene Jacobsa, z Andreasem Schollem w partii altowej. To nagranie mam na płycie i jest dostępne w całości:





Oraz na okolicach książek literackie pożegnanie z Kresami, czyli "Nadberezyńcy" Czarnyszewskiego - już przeczytałam, chociaż w Dwójce dopiero drugi tom zaczęto czytać.

niedziela, 18 marca 2018

Garniec pełen skarbów

(Dla miłośników Kresów wpis o "Nadberezyńcach" na Okolicach książek, nawet mapkę znalazłam :-))


         Garniec jest nieduży i posklejany, widać pęknięcia. Wygląda niepozornie. Wiosną 2011 roku znaleziono w  nim główny skarb Czerwienia, stolicy Grodów Czerwieńskich, obecnie w pobliżu Czermna nad Huczwą w powiecie tomaszowskim (województwo lubelskie). Za odkrycia archeologiczne w miejscu dawnego grodziska, dziś porośniętego trawą wzniesienia w pobliżu wioski i póL uprawnych, badacze z Instytutu Archeologii UMCS - prof. dr hab. Andrzej Kokowski, mgr Marcin Piotrowski - kierownik naukowy projektu "Czermno-Czerwień stolica grodów Czerwieńskich" oraz Artur Troncik- współodkrywca skarbów - otrzymali tytuł Odkrycia Roku National Geographic 2011. Historię tę opisywałam już z okazji wędrującej wystawy, na której prezentowano znalezione skarby - Skarb słowiańskiej Atlantydy. Teraz znowu miałam okazję przyjrzeć się dokładnie niektórym znaleziskom, ponieważ wystawa przywędrowała do mnie, to znaczy do mojego miasteczka. I tutaj mogłam poszaleć czasowo i zdjęciowo.
       Wystawie towarzyszą filmy, prezentacje, rekonstrukcje średniowiecznych strojów, omówienie tła historyczno-politycznego - dzieje walk o Grody Czerwieńskie pomiędzy Piastami a Rurykowiczami. Dwa drzewa genealogiczne przedstawiają wzajemne koligacje dwóch królewskich rodów. Nie do ogarnięcia! A kolorowa plansza obrazowo pokazuje położenie Czerwienia i wprowadza w średniowieczne plany architektoniczne. Całość nie zmieściła mi się w komórce - poniżej główny gród z podgrodziem.


      Pierwsza nowożytna wzmianka o pozostałościach dawnego Czerwienia znajduje się w liście Zoriana Dołęgi Chodakowskiego z 1818 roku do Jerzego Samuela Bandkiego. Obecnie, po ostatnich odkryciach i badaniach wykopaliskowych, wiadomo już znacznie więcej, a półtora tysiąca odkrytych zabytkowych przedmiotów daje wielostronny obraz przeszłości. Wśród znalezisk są przedmioty codziennego użytku w gospodarstwie domowym i rolnictwie (narzędzia rolnicze, guziki, sprzączki, szalki wagi, szydła), akcesoria wojenne i wyposażenie bojarów (toporki, elementy broni, ostrogi), biżuteria i ozdoby (kołty, pierścionki, bransolety, korale), świadectwa życia politycznego (pieczęcie) oraz sakralne (krzyże, relikwiarze). Najcenniejszy zbiór, jako się rzekło, znajdował się w niepozornym garnku. Jak twierdzą archeolodzy, skarby znajdują się nawet kilkanaście, kilkadziesiąt metrów w głąb ziemi, toteż kopać i znajdować cenne pamiątki można jeszcze przez wiele lat. 
     A tymczasem już odkryte skarby poświadczają, że mityczne niemal Grody Czerwieńskie, sporne ziemie między piastowskimi dziedzicami a ruskimi Rurykowiczami istniały naprawdę i były łakomym kąskiem dla ówczesnych władców. Tak jak dzisiaj łakomym kąskiem dla badaczy są skarby ukryte w ziemi. Czasami w niepozornym garnku ;-)
    
  

Czerwieńska biżuteria, poniżej rekonstrukcja elegantki z dawnego Czerwienia:



Przedmioty domowego użytku:


Klucze, u góry kłódka


Ozdobne gwoździe


Sierp i fragment kosy


Takie cudeńka :-) Chyba jakieś sprzączki, guziki, zapinki...

Oraz sprawy najwyższej wagi sakralnej i politycznej:







      Dużo ciekawostek można się dowiedzieć. A to, że nakładane na uczy ozdoby nazywają się kołty, a to, że malutkie relikwiarze w kształcie krzyży to enkolpiony - jeden taki pokazywano na filmiku jak się otwiera, ale w środku był pusty. O hetkach i pętelkach pisałam poprzednio - link wyżej do postu o skarbie słowiańskiej Atlantydy. 
      Wały wzniesienia po zamczysku obejmują obszar 190 na 120 metrów, ale całość grodu była znacznie bardziej rozległa. Dzisiaj na tym terenie są łąki i pola uprawne, na których po deszczach czy głębszej orce znaleźć można na przykład fragmenty cennej szkliwionej ceramiki. Być może głębsze warstwy odkryją jeszcze niejeden skarb. 

piątek, 9 marca 2018

Jak pisać o sztuce?

     Od niechcenia ironicznie, bywa, że sarkastycznie i aforystycznie, z wyczuciem dramaturgii zdarzeń pisał Cyprian Norwid. Do dziś cytuje się jego opinie, rzekomo powołując się na mądrość i przenikliwość autora, a w rzeczywistości bez zrozumienia. Te "ciężkie norwidy" poezji "ciemnej" tak naprawdę są jasne, przesycone światłem, owiane muzyką: 

... ptaki często mi śpiewały,
Że już zbudzona i odczarowana
Pomiędzy smoki wychodzi z wieżyce,
Że lampę trzyma w ręku, a potwory
Nie mogąc światła znieść, w ziemię się ryją (...)
                                                         (Epos - nasza. 1848)

Trudne? A co piękne jest łatwe? Kompozycje Szostakowicza powstawały w bolesnym czasie próby, piękne budowle wznoszono w strugach potu, piękne książki pisane są w trudach codziennego życia. Co łatwo przychodzi, nie zatrzymuje uwagi, nie angażuje emocji, nie zapada w pamięć. 

Poeta? - jeśli poetą prawdziwie, 
Żyć pierwej musi w tym samym żywiole,
Który rozlewa potem w swoim śpiewie.
- Nie mają tętna wymarzone bole,
Ni burz opisy przy biurowym stole...
                                        (Krytyka)

Jednakże dalej ostrzega:

Strzeż się brać na się zbiorową ułomność
I tę wyrzucać sobie w monologu,
Strzeż się rozpaczy!...
                     (Teofilowi)

     Jak więc pisać o sztuce? Błądząc wzrokiem po ścian rysunku na niebie, wspinając się po wież strzelistych lotach, szukając ukrytych symboli, plącząc się w arabeskach, dociekając znaczeń ... pisać tak, jak Norwid:
       "Tam, o południowym świetle, widzisz tajemnice kolorów Veronese, Tintoretta, Tycjana... Turcy, Grecy, Ormianie i Słowianie różni, w strojach różnych, z różnym się akcentem przechadzają, na okręta swe patrząc. Tam, o blasku księżyca, znikają okręty w mroku wielkim, a gdzie światło miesięczne wysrebrzyło falę, lśniący topór u gondoli dzioba przytwierdzony, profilem zębatym się określa, potem wioślarz półnagi we frygijskiej czapce, potem budka kirem kryta z szybą kryształową, a potem znów drugi kształt wioślarza, a potem blask fali, skrzelą wiosła odepchniętej w światłość księżycową... i tak tam gondole przepływają. 
Tam to w 1843 r. przechodził się B. ze mną, o Pałacu Dożów i o sztuki w nim złożonych skarbach rozmawiając; wątpił, aby Ganimed w Jowiszowych szponach uniesiony był utworem Fidiasza, i miał słuszność... Potem, gdyśmy schodzili z ostatniego już mostku ku Piazzeta, zwrócił moją uwagę na bogactwo inwencji kapitelów, które podpierają Pałac Dożów, i jęliśmy wszystkie po kolei szczegółowo oglądać... Co może być ta postać z więdniejących liści wychylona, której profil żółtawy na sklepienia ciemność tak wybiega?... albo owa w hełmie?... albo tamta, kibici wygięciem nie bez trudu wypowijająca się z kamienia?... Miałżeby architekt je wykreślać albo rzeźbiarz sam tworzył co dzień, wedle natchnienia: tam o niebie myśląc, tam o ziemi,  tam obywatelu w Rzeczypospolitej  znanym,  owdzie o Adamie i Ewie, a owdzie o patronie swoim i żony swojej lub o wielkim kupcu, co przyjechał z dalekiego Wschodu na okręcie pełnym drzewa wonnego i drzewa farbiarskiego, i drogich kamieni na pieczęcie dla senatu Rzeczypospolitej, i zielonych papug dla panienek...
[...] I mówiłem dalej: Gdyby kiedyś znaleziono te plany pokolorowane elegancko, których dzisiaj pełno na wystawach, trzeba by stu nowych Witruwiuszów i sto razy śmielszych w przypuszczaniu, ażeby współczesnym dać pojęcie, jakich to pomników śladu nawet nie zostało na ziemi! Tylko, widzisz, nic tu nie zginęło, co prawdziwie piękne, bo to ma w sobie nieśmiertelności iskrę, miłość! Trzeba gmachu pięknego, ażeby  mógł piękną być ruiną. Trzeba pięknej ruiny, ażeby dotrwała aż do końca, aż do posad budowy i pierwszego planu rozłożenia, aż do głazu pierwszego, na którym legendy siadać będą w ciężkich wieńcach bluszczowych, aż do głębi pod głazem, gdzie medale stare w wazach leżą i pergamin żółty z opisaniem pierwotnego pomysłu! Roma, quanta fuit, ipsa ruina docet."

piątek, 2 marca 2018

Pieśni gotyckich murów

        Kiedy powstał chorał, właściwie nie wiadomo. Chorał gregoriański datuje się od wieku IX, chociaż w nazwie ma imię papieża Grzegorza Wielkiego, który żył dwa wieki wcześniej. Śpiewy chorałowy istniał już wcześniej, w obrządku bizantyńskim, czyli w języku greckim. Chorał gregoriański zaś wykonywano w liturgii Kościoła rzymskiego, więc po łacinie. A potem i tak to wszystko się wymieszało, ponieważ chorał nie pozostał pierwotną jednogłosową pieśnią. Rozwinął się, spolifonizował, ewoluował i stał się klasykiem, który do dziś pozostaje atrakcyjnym źródłem kultury, o czym świadczą podejmowane badania i zespoły specjalizujące się w śpiewie chorałowym. Nie tylko Bacha oczywiście. Także tych najstarszych pieśni liturgicznych z głębokiego średniowiecza. Na ile uda się odnaleźć i odczytać dawne zapiski. Chorał jest niemal stworzony do niebotycznych gotyckich wież i mrocznych naw kierujących wzrok wiernych ku górze, ku światłu. Jest jak brama między teraźniejszością a przeszłością. 
        Marcel Peres i jego Ensemble Organum specjalizuje się w wykonywaniu chorału gregoriańskiego. Muzyce średniowiecza poświęcił wiele lat studiów i poszukiwań, zwłaszcza w trzech klasztornych ośrodkach: Senanque, Royaumont i Moissac. W tym ostatnim założył swoje centrum badań nad muzyka dawną. I nie, nie jest to muzyka i śpiew daleki od polskich źródeł kultury czy obcy naszej tradycji. Peres ze swoim zespołem bywa w Polsce, występował w Jarosławiu na Festiwalu "Pieśń Naszych Korzeni". W 2013 roku Marcel Peres otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Miasta  Jarosławia. To tyle wstępu, a teraz posłuchajmy.







I Marcel Peres w Jarosławiu - dyryguje chórem festiwalowym. Śpiewają bardzo różni ludzie, jak widać.



Dodatek:
Skoro o gotyku mowa, w bazylice św. Floriana na Kleparzu (tak w ogóle przy okazji dowiedziałam się, gdzie ten Kleparz jest) w Krakowie znalazłam tryptykowy ołtarz poświęcony św. Janowi Chrzcicielowi. W środkowej części postacie rzeźbione jak w ołtarzu Wita Stwosza, a na bocznych skrzydłach sceny z życia świętego. Misterna konstrukcja wieżyczek zachwyca i wyzwala skojarzenia. Ołtarz z ok. 1518 roku był pierwotnie przeznaczony rzeczywiście do Kościoła Mariackiego. Wykonany został w warsztacie bawarskiego artysty Hansa Suessa w Kulmbachu. 


niedziela, 25 lutego 2018

Zabawa w zgadywanki

      Wystawa Najcenniejsze. Kolekcja Książąt Czartoryskich ze względu na remont głównego budynku miała miejsce w Arsenale wchodzącym w skład murów obok Bramy Floriańskiej. Czasowa wystawa dzisiaj ma swój finisaż, ale z okazji kończącego się czasu już od kilku dni zobaczyć ją było można za symboliczną złotówkę, z czego skorzystałam wczoraj. A jeszcze biorąc pod uwagę, że trafiła mi się darmowa podwózka do Krakowa i z powrotem, nie skorzystać z takiej okazji byłoby grzechem i marnotrawstwem darów losu nie do odżałowania ;-) Toteż zaopatrzona w złotówkowy bilecik wyruszyłam w podróż do początków polskiego muzealnictwa. 
      Ze zbiorów księżnej Izabeli ze Świątyni Sybilli (1801) i Domku Gotyckiego (1809), wzbogacanych następnie zwłaszcza przez jej wnuka, księcia Władysława Czartoryskiego,  wybrano część niezwykle reprezentacyjną, złożoną z arcydzieł sztuki światowej, pamiątek historycznych z dziejów Polski oraz wytworów o charakterze kulturowo-sentymentalnym czy wręcz czysto literackim, jak np. dwa kamyczki z grobów Romea i Julii. Niemniej ciekawe niektóre zestawienia zachęcają do odkrywania niekiedy naprawdę zaskakujących analogii, np. pomiędzy mumiowymi portretami Rzymian z III wieku mieszkającymi w Egipcie a polskim portretem trumiennym . Zmarli obu epok patrzą prosto na nas i ubrani są w eleganckie ozdobne stroje. Z perspektywy śmierci zapewne mogliby to samo chcieć nam powiedzieć o znikomości ludzkiego życia.  Z kolei seria tarcz, buzdyganów, elementów zbroi, rapierów i szabel buduje narrację o bohaterstwie, odwadze i poświęceniu, zwłaszcza gdy są to pamiątki po bohaterach polskiej historii: Janie III Sobieskim, Czarnieckim, Kościuszce, Poniatowskim, Dąbrowskim, Kniaziewiczu... Zastanawiałam się, dlaczego olbrzymia żelazna tarcza z wyrytą sceną bitewnego spotkania wojsk Konstantyna Wielkiego z wojskami Maskencjusza  nad Tybrem w 312 roku nazywana jest tarczą wróżebną Sobieskiego. Otóż nazwał ją tak poeta Jan z Wilamowic Gawiński w poemacie z 1680 roku dedykowanym królowi, odczytując jej znaczenie jako zapowiedź przyszłych zwycięstw nad Turkami. Tarczę Sobieski otrzymał w prezencie.



        Spośród tak zwanych trofeów wojennych wzrok przykuwa przepiękna chorągiew wojskowa w zbiorze puławskim określana jako "chorągiew Carów Szujskich wzięta pod Kłuszynem w 1610 r." Nie jest to oczywiście prawda, niemniej należy do najcenniejszych zbiorów kolekcji ze względu na wartość artystyczną. Sporych wymiarów (196 na 254 cm) dzieło wykonane na jedwabnym adamaszku przedstawia w centralnej części ikonę Matki Bożej Tronującej z Jezusem siedzącym na kolanach. Nad kolistym centralnym wyobrażeniem Matki Bożej z Jezusem usytuowani zostali aniołowie, a ponad nimi wizerunek cerkwi. Z lewej i prawej strony w szeregu postaci ukazani święci z Janem Chrzcicielem i  Janem Damasceńskim. Ponad nimi w górze chorągwi z jednej strony Archanioł Gabriel, z drugiej Maria w scenie Zwiastowania. Chorągiew obramowana jest misternymi zdobieniami roślinnymi. Ze szczegółowej analizy dokonanej przez Iwonę Kowalik-Gran wynika, że jest to chorągiew pułkowa i  jej czas powstania jest późniejszy niż to przyjęto w zapiskach puławskiego pierwszego muzeum. (Chorągiew moskiewska tzw. Carów Szujskich w Muzeum Czartoryskich w Krakowie - faksymile - można sobie poczytać)


        W jednej przestronnej sali rozplanowano prezentację dzieł od starożytności po wiek XIX, z wyodrębnieniem osobnej przestrzeni na najcenniejsze dzieła malarskie ze szczególnym wyeksponowaniem "Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem" Rembrandta. Obok "Damy z gronostajem" Leonarda da Vinci jest to najbardziej cenna i rozpoznawalna wizytówka Muzeum Książąt Czartoryskich. Ponieważ obecnie obraz Leonarda prezentowany jest w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie, otoczony ławeczkami Rembrandt zaprasza do poświęcenia mu szczególnej uwagi i kontemplacji. Trzeba wytężyć wzrok, aby tytułowego Samarytanina znaleźć, schował się za osiołka, na którym posadził pobitego bliźniego. Pod centralnie usytuowanym drzewem dwie postacie nie wiadomo, co robią, ale według mnie zachowują się podejrzanie ;-) W jasnym polu widać nieco więcej: malowniczy wodospadzik, ludzie na brzegu, jeszcze głębiej karoca zaprzężona w cztery konie, w głębi na wzniesieniu wiatraki - pejzaż holenderski a nie biblijny. Obraz zakupiony przez Jana Piotra Norblina w 1774 roku wzbogacił zbiory puławskie w roku 1813. Nie jestem pewna czy księżna Izabela w ogóle Samarytanina widziała, skoro w opisie kolekcji zanotowano jako tytuł "Widok burzy olejno malowany".   

Grafika bez ustawionego tekstu alternatywnego: Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem

By Rembrandt - Elżbieta M Hyży (1998) Muzeum Czartoryskich. Historia i zbiory, Kraków: Muzeum Narodowe, ISBN 83-87312-11-8., Domena publiczna, Link
 
        Kilka jeszcze innych ciekawostek opiszę w osobnym wpisie poświęconym konotacjom literackim. Ponieważ miałam jeszcze czas zwiedzić wystawę zupełnie inną (czy rzeczywiście?), poświęconą sztuce współczesnej w Kamienicy Szołayskich. Pod hasłem Sztuka Teraz zostały zebrane prace współczesnych artystów, początkujących i już bardziej znanych, aczkolwiek ja większości nie znam w ogóle, więc może to dobra okazja się zapoznać? Koncepcja Sztuki Teraz polega na połączeniu trzech wątków: prezentacji kierunków współczesnej sztuki polskiej, promocji artystów oraz aukcji na cele charytatywne (Szlachetna Paczka). Wystawa obejmuje dzieła różnego autoramentu, od obrazów, przez grafiki, kolaże, fotografie, po nowoczesne formy wydruków kolorystycznych i układania zapałek. Kiedy stykamy się ze sztuką nowoczesną, najczęściej pojawia się pytanie, czy to jeszcze da się jakoś zrozumieć? ;-) Na pewno nie pomagają w tym nie tylko abstrakcyjne kształty większości współczesnego malarstwa, ale i dziwne pomysły na nic niemówiące tytuły, typu "Kompozycja 7R/12". Im bardziej enigmatycznie, tym bardziej artystycznie?
       Na szczęście odnalazłam kilka całkiem, całkiem ciekawych rzeczy, a  nawet jedną w zupełnie tradycyjnym stylu ikonę! :-) Z kolei jeśli nie wiem, co mógłby oznaczać portal z pustym tłem w środku, przynajmniej daje pole wyobraźni:



Mam wrażenie, że artyści się z nami bawią w domysły. Mnie się nie zawsze zgadywać chce, ale można przynajmniej się uśmiechnąć, gdy widzimy taki "tryptyk" pod tytułem "Odpoczynek":


Leciał, leciał i teraz odpoczywa ;-) A może śledzimy druty, śledzimy, wzrok się nam zmęczył, więc zatrzymując go na ptaszku, możemy sami odpocząć? Taka zabawa w domysły.

W przypadku obrazów abstrakcyjnych sprawa jest trudniejsza, bo wszystko pasuje. jeden z poniższych obrazów był zatytułowany "Gondole", ale nie pamiętam który. Pasują oba :-) 



A tutaj rzecz, której sensu jeszcze nie odkryłam. Kod obrazkowy namalowany na zapałkach z przepalonymi główkami naklejonymi na desce. Żyjemy w świecie utowarowionym, wszystko ma swoje kody i ceny. No dobrze, ok, jakiś w tym przekaz jest, ale czemu na zapałkach?


Na koniec bardzo łatwa zagadka: kto namalował tego konia? Nie, nie jest to malarz z tej wystawy współczesnej, a z Muzeum Czartoryskich. Obraz dostali Czartoryscy w podarunku. Zdjęcie robiłam swoją komórką, więc podpis malarza jest wystarczająco nieczytelny ;-) 




Sztuka Teraz. Kamienica Szołayskich, pl. Szczepański 9, Kraków. 02.02 - 15.04. 2018
Najcenniejsze. Kolekcja Książąt Czartoryskich. Arsenał, ul. Pijarska 8, Kraków. 7 kwietnia 2017 - 25 lutego 2018.

PS. Tak gwoli wyjaśnienia: bohomaz na niebieskim tle umieszczony został nie dość, że jakoś nie tak jak należy, to znaczy bokiem albo całkiem do góry nogami (a co za różnica, skoro nie wiadomo, gdzie góra, gdzie dół?), to ma tytuł "Balony", toteż "Gondole" muszą być wyżej, nad tym niebieskim ;-) 

poniedziałek, 19 lutego 2018

Pierwsza opera angielska

       Pięknie dobrane głosy wyśpiewały dzieje tragicznej miłości. Poza tym, że Adonis umiera na rękach Wenus, nic dramatycznego się nie dzieje. Akcja bez fajerwerków, za to głosy piękne. I tak się zasłuchałam w zasadzie nie wnikając w treść. "Venus i Adonis" (1683) Johna Blowa uważa się za pierwszą angielską operę. Kontynuatorem operowej muzyki będzie Purcell, ale to już inna epoka, inne wartości i wyższa półka. Tymczasem w scenerii pastersko-myśliwskiej Wenus się zakochuje, Adonis idzie na polowanie, a dzik szaleje. Baletowych wstawek w koncertowej wersji w Teatrze Słowackiego w Krakowie nie było, a i zabawnych scen Kupidynowych zmagań z nauczaniem ortografii innych amorków w pałacu Wenus nie zobaczyliśmy ani nie wysłuchaliśmy. Zostały tylko powaga, smutek i żałość. Z ciekawostek premierowych można wspomnieć, że partię Wenus śpiewała Mary "Moll" Davies, kochanka króla Karola II Stuarta, a Kupidynem była ponoć ich dziesięcioletnia nieślubna córka Mary Tudor. Słowem, przedstawienie rodzinne ;-) W Krakowie natomiast śpiewali: Mhairi Lawson jako Wenus i Edward Grint jako Adonis; grał Dunedin Consort z Johnem Buttem jako dyrygentem. 


niedziela, 11 lutego 2018

Serca z adamantu

      Zygmunt Kubiak swego czasu opisywał trudności z tłumaczeniem słowa "adamantus", z którym zetknął się, a jakże, w literaturze starogreckiej. Nie udało mu się jednoznacznie określić znaczenia słowa. Kojarzył je z kamieniem, twardością, nieprzypadkowo chyba "adamant" to diament w języku angielskim, a i w języku polskim podobieństwo rdzenia jest znamienne. Stąd "kamienne serca" w ostatecznym tłumaczeniu Kubiaka. W mitologii greckiej Adamastus był ojcem Achamenidesa, towarzysza Odyseusza.
       Tłumaczy się też jako "niewzruszony", "nieugięty" - oba określenia w rodzinie słów wokół adamantusa krążą. W języku biblijnym adamant to termin dosyć niewyraźny, używany do opisania każdego bardzo twardego kamienia. W tłumaczeniach oddawany np. jako krzemień, a współcześnie już z użyciem słowa diament: "...dałem ci czoło jak diament, twardszy od krzemienia." (Ez 3,9); "Serca ich stały się twarde jak diament.." (Za 7, 12)
       Craugastor adamastus to gatunek nie wiadomo czego (?) odkryty w Gwatemali w 1994 r., dosyć endemiczny, zaliczany do Klasy gadów, ale jakby ryba (?), w siedlisku akwenów słodkowodnych. Wikipedia twierdzi, że to żaba, którą z twardością choćby skorupy trudno kojarzyć. 
       

sobota, 10 lutego 2018

Od czerwieni do mistyki

      Zaczęło się od portretu na plakacie.  Od razu pomyślałam, że muszę to zobaczyć osobiście. A kiedy okazało się, że organizowane jest zwiedzanie z kuratorem wystawy, a więc będzie można dowiedzieć się czegoś więcej, plan wyjazdu momentalnie się wykrystalizował. I tak oto zachwycająca "kobieta w czerwieni" urzekła mnie jak niegdyś Chrisa de Burgha. Tak mi się skojarzyło od razu z jego piosenką.

      Lady in red w dwóch odsłonach:

Portret Wandy Hoffmanowej (Dama w czerwieni) na plakacie wystawy malarstwa Antoniego Michalaka w Muzeum Lubelskim na Zamku


I piosenka z dawnych lat, śpiewa Chris de Burgh:



       W oryginale,  gdy stoi się przed obrazem 109 na 80 cm, portret wywiera niesamowite wrażenie owym niezwykłym intensywnym odcieniem czerwieni, dopełnionym szminką, a skontrastowanym z białą bluzką. Zresztą wszystko w tym portrecie jest doskonałe: uniesiona prawa dłoń kobiety przypomina podobny gest Damy z łasiczką, delikatny uśmiech jak Giocondy, zamyślone spojrzenie w dal, a jakby zwrócone w głąb siebie,  zawadiacki kaszkiet i drewniana ławeczka czy stołek, na kórym usiadła, wielość odcieni tła, z którego czerwień kostiumu wyrywa się i wylewa wprost na widza. Piękny!
       W malarstwie Antoniego Michalaka (1902 - 1975), twórcy prawie zupełnie zapomnianego - jakże niesłusznie! - portrety stanowią znaczący dorobek. I chociaż, bywało, malował często na zamówienie czy po prostu dla pieniędzy, stosujac konwencjonalne sposoby hieratyzacji kościelnych i uniwersyteckich dostojników, w przypadkach osób, które dobrze znał i z którymi łączyła go głębsza nić porozumienia, pozwalał sobie na czułość, delikatnośc i wnikliwość, które odkrywały psychologiczną głębię postaci. Taki jest portret ojca namalowany zwykłą kredką na papierze przez zaledwie dwunasto- trzynastoletniego chłopca, taki też późniejszy portret słynnego kazimierzowskiego ślepca Kozdronia i taki "Portret Reginy Lewensztajn" (Portret pani z pieskiem), który olśniewa doprecyzowanymi detalami, kolorystyką i światłocieniem.


      Jak wspomniałam, na wystawie i w dorobku malarza portrety są dominującą formą twórczości. Nie sposób wymienić nawet tych, które wyróżniają się poziomem artystycznym. A przecież znajdziemy równie ciekawe i zastanawiające formą i ujęciem inne tematy. Stosunkowo najmniej, bo w zasadzie tylko jeden obraz z martwą naturą. Za to jaką!


To, co dzieje tutaj po lewej stronie obrazu jest wprost niewiarygodne. Jakaś leśmianowska materializacja wprost z niebytu. Niestey, Michalak  n i e   m a l o w a ł  martwej natury. Jest jeszcze kilka zaledwie dzieł o tej tematyce. Czy nie chciał? Czy go to nie interesowało? Czy uważał, że nie potrafi?... Nie wiadomo.
       Więcej nieco zainteresowania poświęcił pejzażom, w tym różnym ujęciom ulubionego miasteczka, w którym spędził niemal całe artystyczne życie, począwszy od pierwszych zauroczeń w 1923 roku. Tym miasteczkiem był Kazimierz Dolny, późniejsza mekka wielu polskich malarzy. Antoni Michalak uwiecznił Kazimierz w różnych porach roku. Na wystawie obejrzeć można Kazimierz zimą i latem. Portrety zimowe z iście fałatowskimi zwałami śniegu. Rozpoznawalna panorama miasta przyciągała malarza urokiem uliczek, zamkowych ruin i specyficzną topografią.


         Kazimierz Dolny ważną rolę odgrywa w kolejnej odsłonie malarstwa Michalaka - mianowicie w malarstwie religijnym. Tematykę tę umiejscawia na tle szczegółów topograficzno-architektonicznych miasteczka. Tak jest np. na obrazie "Stygmatyzacja św. Franciszka". Daleką panoramę Kazimierza Dolnego z trzema charakterystycznymi budowlami:  wieżą, ruinami zamku i farą odnajdziemy na obrazie "Trójca  Święta".  Mało tego,  malarz umieścił na obrazie także koryto rzeki,, przypominającej Wisłę, a na dalszym planie po jej drugiej stronie na wynisołym wzgórzu ruiny zamku, które  zidentyfikować można jako Janowiec.
         Dochodzimy w ten sposób do kolejnej odsłony tajemnic malarstwa Antoniego Michalaka. Tak jak potrafił nadać indywidualny i nieraz bardzo osobisty rys portretowanym osobom, tak jego malarstwo religijne ma specyficzny subiektywny charakter. Ciekwostką jest, że większość tych dzieł powstawała na zamówienie jako wystrój kościołów. Malarz trzyma się więc oficjalnej teologicznej treści. A jednak po pierwszej wystawie jego dzieł wspólnie z innymi członkami Bractwa św. Łukasza, do którego należał, napisano, że jego obrazy relgijne "można podziwiać, ale nie modlić się przed nimi".  Mimo wierności tradycji, świadomego nawiązywania do kanonów malarstwa dawnego, mimo obecności w jego obrazach widocznych nawiązań do gotyku, malarstwa renesansowego czy barokowego, były jego dzieła jak na owe czasy nowatorskie. I właśnie, proponowały inne, subiektywne odczytywanie sacrum i sakralnej tematyki znanej czy to  z oficjalnego nauczania Kościoła, czy  z apokoryfów. Na niezwykłym i wstrząsającym obrazie "Ukrzyżowanie z Marią Magdaleną" umieszcza artysta nie tylko znane z ewangelicznego przekazu postacie, ale też łączy z nimi treści apokryficzne, każąc chociażby św. Janowi w wyciągniętej dłoni trzymać kielich, do którego spływa krew z przebitego boku Jezusa. To jednak postać Marii Magdaleny stała się przyczynkiem małej dyskusji między zwiedzajacymi, ponieważ trzyma ona u stóp Jezusa białą chustę. Skojarzenie ze św. Weroniką nasuwa się samo, jednakże to nie jest chusta św. Weroniki! Nie ma na niej odbicia twarzy, nie ma wizerunku Ukrzyżowanego. Jest biała i trzymana tak, jakby  miała na nią spływać krew ze stóp Jezusa. A może to nawiązanie do przypowieści o jawnogrzesznicy, która obmyła stopy Jezusa łzami, namaściła olejkiem i wytarła własnymi włosami? W niektórych egzegezach utożsamia się ją właśnie z Marią Magdaleną. W każdym razie takie dziwne pomysły sprawiały, że mimo formalnego tradycjonalizmu obrazy Michalaka wzbudzały kontrowersje. Ja jednak zwróciłam uwagę na sam sposób sportretowania postaci Magdaleny. Mimo wszelkich różnic dramatyczność przedstawienia przypomina mi "Ukrzyżowanie" Grünewalda.


Antoni Michalak "Ukrzyżowanie z Marią Magdaleną", detal

           Jest kilka obrazów o szczególnie oryginalnym rozwiązaniu kompozycyjnym. I tak nietypowe ujęcie Świętej Trójcy zobrazowane jako mistyczne zdjęcie z krzyża. Bezwładne ciało Chrystusa z ugiętymi kolanami podtrzymywane jest przez Boga Ojca, przedstawionego jako cierpiący starzec w koronie. Pod drugiej stronie Duch Święty jako gołębica, niemniej skrzydła zgoła bardziej orła przypominają niż gołębia. Obrazem bliźniaczym jest monochromatyczne "Złożenie do grobu", na którym ułożenie ciała Chrystusa jak i szat, prześcieradła są identyczne jak w porzednim, a na obu obrazach przypominają gotyckie draperie postaci z ołtarza Wita Stwosza.
     

        Cóż więcej? Jedna zrealizowana polichromia z aniołami jak u Giotta, kilkanaście projektów witraży, z których nieliczne zostały zrealizowane, cykl obrazów ilustrujacych ważne wydarzenia historyczne z dziejów Polski, m. in. "Chrobry wbijający pale w Odrę", św. Barbara przedstawiona jako patronka śmierci zamykajaca oczy zmarłemu wypisz wymaluj jak uosobienie śmierci na słynnym obrazie Malczewskiego... Monumentalna "Śmierć matki", dzieło wstrząsające, niedokończone, nikt nie wie, dlaczego.  Można przed nim stać godzinę i podziwiać z jednej strony realizm detali, z drugiej symbolikę  gestów, a z trzeciej fenomenalną kreskę widoczną spod  niedokończonego nałożenia farby. Michalak nie należał do żadnej awangardowej grupy, a przeciwnie, był członkiem wspomnianego Bractwa św. Łukasza, które pod egidą Tadeusza Pruszkowskiego z założenia było grupą kontynuatorów tradycyjnych wzorców malarstwa. A jednak indywidualizm twórczy daje o sobie znać i zwłaszcza dzieła z okresu XX-lecia znamionuje kunszt warsztatowy, odkrywcza kolorystyka, kompozycyjne eksperymenty i nowatorksie łączenie różnych wątków, skojarzeń, motywów.
        W latach powojennych coraz mniej w malarstwie Michalaka oryginalnych poszukiwań. Malarstwo sakralne i portretowe wykonywane na zamówienie pozwalało mu żyć i utrzymać rodzinę. Jego obrazy znajdują się w licznych kościołach Lubelszczyzny i kraju, nieraz w całkiem małych zapomnianych miasteczkach i wsiach. Zdobią kościoły i - wbrew obawom krytyki - ludzie się przed nimi modlą: w Lądzie nad Wartą, Puławach, Górecku Kościelnym, Tymienicy Nowej, Kazimierzu Dolnym,  Gorzkowie, Tereszpolu, Sokolnikach, Garbowie, Gorajcu-Starej Wsi, Czemiernikach, Suszcu, Wąwolnicy, Zagłobie (polichromia), we Wrocławiu (katedra), w Kościerzynie, Lublinie (kościół Jezuitów) oraz w niektórych zbiorach diecezjalnych. Jeśli tam będziecie, zwróćcie uwagę na nazwisko Antoniego Michalaka, chłopskiego syna z Mazowsza, który obrał własną drogę twórczą nie oglądając się na mody i trendy, a ukochał Kazimierz Dolny nad Wisłą na Lubelszczyźnie.

Autoportret młodzieńczy i autoportret ostatni, na rok przed śmiercią

Wystawa malarstwa Antoniego Michalaka, Muzeum Lubelskie na zamku, styczeń - kwiecień 2018
       Mam z wystawy grubaśny katalog, a właściwie album z opracowaniem tematyki malarstwa Michalaka, jego warsztatu, znaczących dzieł. Nie czytałam jeszcze. Wszystko, co napisałam jest wrażeniem na gorąco, subiektywnym, wzbogaconym kilkoma ciekawostkami usłyszanymi podczas oprowadzania po wystawie. Gdy przeczytam mądrości zawarte w książce, może się okazać, że napisałam bzdury. Ale drugiego wpisu nie będzie. Najlepiej zobaczyć osobiście i sobie wyrobić własny osąd ;-)

sobota, 3 lutego 2018

Opowiem wam o...

...pewnym mieszkaniu na siódmym piętrze Osiedla Marii Konopnickiej w Lublinie. Nie jest duże, budownictwo z wielkiej płyty pozwalało na trzy maluteńkie pokoiki z kuchnią i balkonem ledwo wystającym z płaskiej niebotycznej ściany. I nie z powodu metrażu jest interesujące, a dlatego, że na niewielkiej przestrzeni mieści się historia czterech pokoleń dwóch rodów. W największym z trzech pokoi zwraca uwagę zabytkowe pianino, na którym grała jeszcze kilka lat temu seniorka rodu. W małych ramkach na klapie i na pokojowym kredensie można odszukać jej zdjęcia, była piękną kobietą. Na ścianie tegoż saloniku wiszą milczące od lat skrzypce. Należały do seniora, który zapowiadał się na dobrego muzyka i prawdopodobnie wzorem innego antenata grałby w jakiejś orkiestrze, organizował koncerty, ale wojenna kontuzja ręki uniemożliwiła mu karierę wirtuoza. Grywał więc podczas uroczystości rodzinnych i świąt, kiedy wszyscy gromadzili się przy fortepianie i śpiewano kolędy lub patriotyczne pieśni. Mieszkanie kryje jeszcze inne skarby. Na ścianie małego podłużnego pokoiku uwagę przykuwa sporych rozmiarów obraz w drewnianej nadgryzionej czasem ramie. W melancholijnym pochyleniu pękatych chryzantem widać sprawną rękę malarza. Martwa natura kwiatów w wazonie zachwyca niewymuszoną kompozycją i ciepłym, choć jesiennym nastrojem. To dzieło dziadka obecnej gospodyni mieszkania na siódmym piętrze. Dziadek miał żywą kreskę i wprawne oko. W dokumentach historii miasta, w którego Radzie Miejskiej pracował, zachowały się fenomenalne karykatury kolegów rajców. Z czasów wojny natomiast pochodzą rysunki jego syna z prześmiewczą karykaturą wojennych polityków z Hitlerem na czele. Wojenna zawierucha nie zniszczyła ich ani nie stępiła ostrości widzenia. Historię rodów w mieszkaniu na siódmym piętrze tworzyły też kobiety. W szeregu rodzinnych pamiątek błyszczy zabytkowa maszyna do szycia prababci, która w niedostatku lat jeszcze rozbiorowych ratowała starą garderobę i nicowała stare płaszcze, sukienki, dziecięce paltociki tchnąc w nie przy pomocy igły i nici nowe życie. Maszyna jest nadal sprawna, chociaż trudno byłoby znaleźć osobę umiejącą na niej szyć i odpowiednie igły na wymianę. No i jest napędzana ręcznie, kto umiałby dzisiaj kręcić jej wypolerowanym kołem? Do pamiątek przeszłości mniejszych rozmiarów należy powstańcza broszka  praprababci obecnej gospodyni. Jest to broszka w kształcie wieńca laurowego, w który wpisany jest krzyż. Broszki takie nosiły żony, matki, siostry i wdowy powstańców. Rozglądam się po niewielkim mieszkaniu i co rusz natrafiam na pamiątki przeszłości. Za każdym razem znajduję coś innego. Obrazy na szkle malowane ręką dziadka, pożółkłe fotografie z drugiej połowy XIX wieku, milczące skrzypce na ścianie, stary zegar szafkowy z mosiężnymi obciążnikami... A w regałach, na stołkach, na kredensie w stosach książki, papiery, teczki rękopisów, brudnopis nowo powstającej książki pisanej przez obecną mieszkankę, spadkobierczynię czterech pokoleń rodzinnej historii, kustosza pamięci. Na poczcie czeka na mnie kolejna jej książka. Wkrótce się nad nią pochylę.  

sobota, 27 stycznia 2018

Pora koncertowa

      Zajrzałam przez przypadek, szukając motywacji, żeby wyjechać. I patrzę, a tu NAZWISKO! REPERTUAR! TEN KONCERT! No to JADĘ! Na podglądzie sali jedno wolne miejsce, no może kilka, ale na parterze w dogodnym miejscu zostało jedno. Robię trzy rzeczy jednocześnie: dzwonię do kasy Filharmonii, próbuję zarezerwować bilet elektronicznie i dzwonię do koleżanki z pytaniem, czy jest w domu i może mnie przenocować. Internet się zerwał i nie zdołałam zarezerwować, telefonu w kasie nikt nie odbierał, tylko koleżanka się odezwała, że mam zielone światło. Po kilku jeszcze próbach pisania jednoczesnego e-maila i dzwonienia udało mi się w końcu dorwać kogoś w tej kasie. Bilet jest, ale zapłacić przelewem nie zdążę, więc umawiamy się, że koniecznie, ale to koniecznie na 100% przyjadę i zapłące na miejscu przy odbiorze, tylko żeby trochę wcześniej. Oczywiście, to się da zrobić. I tak oto wczoraj o wpół do szóstej siedziałam w 2 Pi Er prawie naprzeciwko Filharmonii Lubelskiej pijąc spóźnioną kawę i nabierajac odechu po natychmiastowej ewakuacji z pracy do domu, z  domu na bus i z busa do celu. Uff! Chwila na zebranie myśli: dotarłam, wysyłam tryumfalne smsy do znajomych, bezwstydnie się chwalę, że zaraz, za chwilę, za moment będę słuchać tego:




      I nie z nagrania, nie z YouTuba, ale na żywo - III koncert fortepianowy Rachmaninowa w wykonaniu Szymona Nehringa. No jak miałam nie jechać? Choćby nie wiem co, musiałam ten bilet zdobyć. Sala była pełniusieńka, nawet twarde drewniane rozkładane krzesełka zajęte. Na widowni lubelska plejada gwiazd: od dam wyfiokowanych w stylu przedwojennym, przez starszą (na oko pięćdziesięcioletnią) luzacką młodzież w stylu sportowym po oryginał z półmetrowym warkoczykiem zaplecionym na brodzie (sic!). A kiedy wyszedł oczekiwany Szymon Nehring do drugiej części koncertowego wieczoru, taki chudzieńki, poważny, w czarnym garniturze z bordową poszetką w kieszonce, gdzieś z tyłu za mną usłyszłam pełen zachwytu szept: "Jaki on ładny!".
A nasz zwycięzca Międzynarodowego Mistrzowskiego Konkursu Pianistycznego zagrał w tempie ekspresowym tego Rachmaninowa jak burza. Miałam patrzeć na zegarek, ale zapomniałam, jednak wydawało mi się, że popędził szybciej niż w Tel Aviviwe, bo przerwy między Adagio a Finale nie było wcale, tyle co rękę wznieść nad kalwiaturą. Ze swojego miejsca widziałam obie ręce pianisty i wszystkie przeplatanki lewą dłonią nad prawą wykonane jakby ktoś tkał na krosnach kolorową muzyczną przędzę. Czy to zasługa nagrania z ubiegłorocznego konkursu, że wtedy nie było problemu z odsłuchem, czy wada Massimilliano Caldiego nieumiejącego uciszyć orkiestry, że chwilami przykrywała pianistę i się wtedy złościłam, że go za słabo słychać. Ale z drugiej strony wyczuwało sie, że Nehring daje radę i wybija się dosyć zdecydowanie. Może to tylko niedostatki mojego słuchu sprawiały mi psikusy. Publiczność była zachwycona. Wstała, tupała i wymusiła dwa bisy :-) Nieco na uspokojenie euforii dwa kawałki Szymanowskiego (?). Eee tam, a mnie się ten Rachmaninow coraz bardziej podoba. I coraz więcej smaczków w nim odnajduję. Dla przypomnienia TUTAJ wpis po zwycięstwie Nehringa w Tel Avivie i całość.
       To była druga część wieczoru, bo - jak wspomniałam - to ta część mnie zmobilizowała do wyjazdu. W pierwszej orkiestra Filharmoni Lubelskiej pod Massimilliano Caldim zagrała na rozgrzewkę Uwerturę do Włoszki w Algierze Rossiniego, a nastepnie V Symfonię Reformacyjną Mendelssohna-Bartholdy`ego. Dyrygent też swojego chowu ;-) Jakby go opisać? Czupryną machał jak Beethoven, ale nogi, jego nogi chodziły jak TUTAJ (filmik). Może batuta nie wygladała aż tak morderczo i połyskliwie, ale dziw, że mu podestu nie zabrakło ;-) A muzyka zabrzmiała, no właśnie, bardzo bojowo, bardziej jak z Wilhelma Tella niż anonsowanej w programie Włoszki. Może maestro Caldi po prostu nie może sie zdecydować, co mu się bardziej podoba.
      V Symfonia tzw. Reformacyjna to z kolei dzieło o tak skrajnie róznych nastrojach, że tu znowuż sam kompozytor nie może się zdecydować, czy ma być patetycznie i wzniośle, intelektualnie i naukowo, czy delikatnie i z prostotą. Zdecydowanie patosu jest więcej, ale równie zdecydowanie to te inne fragmenty podobają mi się bardziej. Takie, w których jest i prościej, i delikatniej, i intymniej, i nawet taneczniej. Początek jest prawie nieznośny, jak wstępowanie Mojżesza na Synaj. A ptem coraz gorzej, to znaczy jeszcze poważniej. Odzywają sie "tromby", czy jerychońskie, nie wiem, jakie na myśli miał kompozytor ;-) Ciekawe doświadczenie, ale przy trzeciej nagle mnie olśniło: przecież ja to znam! I pewnie większość, jeśli nie wszyscy, znają, bo to bardzo popularny kawałek. Nie wiem, gdzie się spopularyzował, ale przecież znacie to:


 To chyba najpiękniejszy fragment z całej Symfonii.
 
        W trzeciej części dokonałam odkrycia. Jest tam taki kilkusekundowy motyw przewijający sie w kilku wariacjach i powracajacy jeszcze, a który przypomina mi "Exodus" Kilara. Słychać wyraźne podobieństwo. Takie nawiązanie w utworze, jakby nie było również mającym za temat wielką epopeję relacji człowieka z Bogiem, wcale nie byłoby czymś nienaturalnym i niezwykłym. Niezwykłe jest dla mnie, że to zauważyłam. Chodzi o kilka sekund na poczatku tutaj:




I tutaj Kilar kiedy wchodzą skrzypce, aczkolwiek w kompozycji polskiego kompozytora całość oparta jest na powtarzajacej się sekwencji taktów jak w "Bolero" Ravela. Może więc chodzi o to, że w ogóle jeden motyw z V symfonii stał się inspiracją dla Kilara do zbudowania na nim większego utworu.



     Takie to mnie naszły skojarzenia i refleksje w trakcie koncertu. A dyrygent wywijał batutą, machał czupryną i niebezpiecznie prawie zbiegał z podestu.
     A poza tym odkryłam przy okazji dwie nowe kawiarnie, nasłuchałam się kuluarowych rozmów, spotkałam znajomą melomankę i poznałam kolejną, nagadałam się o sztukach wszelkich, dostałam książkę i zastnawiam się czy jechać na jakąś niesamowitą akcję pod nazwą "10 tenorów" ;-)



środa, 24 stycznia 2018

Nastał wiek, w którym się już człowiek przestał zapowiadać źle ;-)

      O tym, że warto mieć marzenia i życzenia nawet nie do spełnienia, choćby po to, żeby wygrać płytowy box. I to jaki! "Piosenki Kabaretu Starszych Panów" - 6 płyt z piosenkami, kupletami, spisem treści, nazwiskami wykonawców, datami emisji, zdjęciami z planu i zabawnymi rysunkami. Śliczności! Czytam wstęp Grzegorza Wasowskiego do powtórnego uzupełnionego wydania, w którym znalazły się po raz pierwszy odzyskane niektóre nagrania. Słucham, jednocześnie upajam się cudowną polszczyzną, zabawną muzyką, humorem, minioną epoką elegancji Starszych Panów Dwóch. Ach, zapomniałam! Box dostałam w prezencie od Dwójki za życzenia noworoczne :-)
      Sprawa druga ostatnich dni: książki pisane dla pieniędzy, czyli Balzac. Natrzaskał tego co niemiara, stron tysiące, tytułów kilkadziesiąt. "Bal w Sceaux" z 1930 roku to jeszcze początki wielkiego cyklu "Komedii ludzkiej". Ale zaiste, jakie znane perypetie bohaterów. Bohaterka Emilia de Fontaine ma ambicję wyjść co najmniej za para Francji. Przebierajac w adoratorach zakochuje się w tajemniczym nieznajomym, który ujmuje ją samą i rodzinę prawdziwie szlachetnym charakterem i prezencją. Wkrótce doprowadza do bliższego poznania go, ale nadal nic nie wie o Maksymilianie Longuevillem, a zjamuje ją przede wszystkim pytanie, czy jest szlachciem. Wierzy, że tak. Sielanka zakochanych trwa do czasu, gdy Emilia znajduje Maksymiliana w sklepie, jak to się mówiło, bławatnym, gdzie jest subiektem. Koniec miłości! Subiekt?! No proszę! Czy Emilia nie jest tutaj pierwowzorem niejakiej panny Łęckiej? A Maksymilian Wokulskiego? Ach, bo Maksymilian to też prawdziwy szlachcic, nawet więcej, syn wicehrabiego, lecz zrzekł się tytułu na rzecz swego brata.
      Balzac miał tyle poczucia realizmu, że nie kazał Maksymilianowi umierać z miłości, wysadzać się w powietrze ani rzucać pod pociąg ;-) Pojechał do Brazylii, zbił majątek, a po śmierci brata przejął tytuł rodowy i został parem Francji. Ale cóż, Emilia jest już w tym czasie mężatką. Zdesperowana zawiedzionymi oczekiwaniami wychodzi za mąż za 70-letniego hrabiego de Kergarouet, swojego wuja zresztą.
       A Starsi Danowie Dwaj śpiewają mi, o, nie, teraz śpiewa Michnikowski :-) A zaraz będzie Barabara Krafftówna - Walc Embarras. Kurczę, nie wiedziałam, że to ich. "Sopran skrzypiec i alt" - piękne, ale Amor - helikopter miłości? - to już Przybora komentuje po swojemu ;-)
     
     

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Nieznany autor, stary temat

      Przeszłość nadal się uzupełnia, przeniosłam jedną trzecią wpisów. Trochę sobie przy okazji odświeżam, przypominam, zaskakując siebie samą odkryciami rzeczy dawno zapisanych a zapomnianych. Więc gdyby ktoś chciał o książkach, to wyodrębniłam na nowym przenoszonym blogu osobny dział pod etykietka "o książkach". I inne też: o muzyce,  o operze, osobowości... Dla porządku. Dopóki jednak nie dojdę z przenoszonymi wpisami do bieżącej daty, o pewnej książce  napiszę tutaj. Zresztą i tak pisałam, w zależności od nastroju i... symetrii. 
      Pamięta ktoś japońskiego pieska Lulu, który miał prawo spać w cesarskim łożu i sikał na buty dygnitarzy? To oczywiście motyw z "Cesarza" Kapuścińskiego. I tutaj też jest pies: bezdomny kundel, który zaczął wyć podczas uroczystej parady w trakcie grania hymnu państwowego. Zasłużył tym na kopniaka. W samym tytule też jest pies, a może prędzej ludzie jak psy: ćwiczeni w  karności, usłużni do granic śmieszności i śmiechu zamierającego na ustach, groteskowi, potępieni, nieludzcy. Francisco Ayala właściwie nie napisał zbyt wielu utworów literackich. Bardziej był znany jako socjolog i publicysta. Jednak tych kilka utworów, jak zdołałam się przekonać, zasługuje na uwagę: "Zdechnąć jak pies", "Dno szklanki", "Uzurpatorzy"... Sięgnęłam po tę pierwszą z wymienionych nie znając w ogóle autora. No i pojawił się ten kundel szczekający prześmiewczo w rytm melodii hymnu państwowego podczas państwowej uroczystości w pewnym niewielkim kraju Ameryki Południowej, gdzie rządy sprawuje dyktator o znaczącym nazwisku Anton Bocanegra (czarne usta). Temat identyczny jak w "Cesarzu" - portret dyktatora. Mało tego, opisywany nie wprost przez narratora, lecz za pośrednictwem innej osoby. Kapuściński oddaje głos członkom cesarskiego dworu, jak temu, który przez 10 lat zajmował się wycieraniem dygnitarskich butów po obsikaniu ich przez Lulu. Francisco Ayala wykorzystuje konstrukcję narracji w narracji, powieść, a właściwie opowieść w powieści. Opowieścią wewnętrzną są obszerne fragmenty pamiętnika Tadea Requeny, najbardziej zaufanego sekretarza dyktatora Bocanegry. Tadeo w wieku 17 lat, niespodziewanie dla niego samego, aczkolwiek nie dla postronnych mieszkańców miasteczka San Cosme, zostaje zabrany bez słowa wyjaśnienia do stolicy, na dwór dyktatora i w trybie natychmiastowym dostaje potężną lekcję wiedzy i obycia, aby spełniać posłusznie każde polecenie faworyzującego go Bocanegry. W ekspresowym tempie otrzymuje tytuły naukowe, stopnie dygnitarskie i formalnego opiekuna wtłaczającego mu do głowy tzw. kulturę wyższą, aby umiał się odpowiednio wysławiać. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że Tadeo jest nieślubnym synem Bocanegry, więc jego nagła kariera w zasadzie nikogo nie dziwi. Jest tylko przykładem, jednym z wielu, procedur awansu dygnitarzy, ministrów, generałów, całego politycznego establishmentu. 
      Postać samego dyktatora, podobnie jak w "Cesarzu" poznajemy z opowieści innych. Główny narrator co rusz powołuje się także na gromadzone różne dokumenty, niespodziewane karteluszki, fragment pamiętnika córki ministra, który popełnił samobójstwo. Nie ujawni ich zbyt wiele, zapowiada, że kiedyś uczyni z nich użytek pisząc wielką monografię o państwie i dyktaturze, teraz jednak zapisuje tylko najważniejsze i najciekawsze fakty. Powołuje się jednak na swoje rozmowy z ludźmi, którzy mogli coś wiedzieć, być czegoś świadkami, streszcza ich relacje, jak np. swojej ciotki Lorety, która była najbliższą przyjaciółką i powiernicą żony dyktatora, doñii Conchy. Narrator usilnie stara się zachować obiektywizm i zrelacjonować źródła. Czy mu się udaje? Rzecz względna, jeśli weźmie się pod uwagę zakończenie. Narrator, Luis Pinedo, dziennikarz gromadzący "dokumentację" dyktatury, a przy tym człowiek ułomny, kaleka na inwalidzkim wózku, okazuje się beneficjentem profitów pokrewieństwa z osobą, która pociągała za sznurki doprowadzając do przejęcia władzy przez juntę wojskową po upadku Bocanegry. Powieść bowiem pisana jest z perspektywy czasu jako retrospektywna analiza mechanizmów powstawania dyktatury i jej upadku. Rzecz w tym, że nowe władze są równie groźne, równie nieprzewidywalne, a nawet jeszcze bardziej tajemnicze.
      O pisarstwie Ayali twierdzi się, żę jest ono skrajnie pesymistyczne, a wręcz nihilistyczne. W szeregu ludzkich portretów nie ma postaci pozytywnych. Można by mniemać, że skoro Bocanegra został obalony - o ironio! w wyniku prywatnej intrygi jego żony przy współudziale kochanka, czyli najwierniejszego sekretarza, wspomnianego Requeny - społeczeństwo powinno odzyskać oddech. Tymczasem pada w sidła kolejnego manipulatora, którym jest tajemniczy "obrzydliwy połamaniec, ten czcigodny starzec Oloriz". Ale i Oloriz zostaje usunięty. Jak? Tego nie zdradzę, ponieważ rzecz jest zaskakująca, może nawet absurdalna. Niemniej idea jest jasna: dyktatora nie można usunąć pokojowo. Ktokolwiek to zrobi, też jest zbrodniarzem. Albo dosłownym bezpośrednim zabójcą, albo intrygantem i manipulatorem posługującym się cudzymi rękami. Żądni sprawiedliwości idealiści nie są moralnie czyści. Nikt nie jest niewinny.
      "Cesarz" Kapuścińskiego powstał w 1978 roku, Francisco Ayala napisał swoja powieść 20 lat wcześniej (1958), tłumaczenie polskie ukazało się w 1977 roku. Czy ma to znaczenie? Dla oceny ludzkich postaw żadnego, dla śledzenia zbieżności czasów i regionów może być inspirujące.


Francisco Ayala: Zdechnąć jak pies. Tłum. Henryk Czesław Śliwiński. WL Kraków. Seria: Literatura iberyjska.