wtorek, 31 grudnia 2013

On już napisał to, co przeczuwałam

      Zaskakujące jest odkrycie, że ktoś napisał to, co sami byśmy chcieli, tylko zabrakło nam słów. Patrząc na absurdalny czasami bunt współczesnych wobec tradycji - w jakiejkolwiek dziedzinie - zawsze mam podejrzenia, że u podstaw takiego zachowania nie leżą wcale czyste intencje. Przeciwnie, jest to podszyte fałszem i egoistyczną arogancją, może nawet megalomanią. I niech mi tu współcześni "twórcy" nie mydlą oczu taką czy inną teorią, gloryfikowaniem wolności twórczej, prawem do indywidualnej ekspresji artystycznej i podobnymi bzdurami. To samo dotyczy odbiorców kultury, tych, którzy nie znając tradycji, z góry zakładają, że jest przebrzmiała i anachroniczna i że jej znajomość, a tym bardziej respektowanie - nie tylko w sztuce - nie jest współczesnemu człowiekowi potrzebna. U podstaw podobnych postaw znajdują się dwa czytelne - dla mnie były czytelne zawsze - źródła: lenistwo i ignorancja. Nie znać, nie wiedzieć, nie chcieć jest po prostu wygodnie. Niewiedza natomiast od dawna przestała być we współczensej kulturze powodem do wstydu. 
     Herbert dodaje trzecie: niepokój własnego sumienia. Ciekawe to bardzo. Współczesny człowiek nie wytrzymuje konfrontacji z tradycją, bo ona burzy spokój jego sumienia, przegląda się w niej jak w lustrze i widzi swoją intelektualną, moralną, duchową nędzę, więc ucieka. Nic już nie dodam. Herbert napisał wszystko. Będzie to cytat z krótkiego eseju Duszyczka.

      "Jest dobrym prawem arcydzieł, że burzą naszą zarozumiałą pewność i że kwestionują naszą ważność. (...) 
       Jednym z grzechów śmiertelnych kultury współczesnej jest to, że małodusznie unika ona frontalnej konfrontacji z wartościami najwyższymi. A także aroganckie przeświadczenie, że możemy obyć się bez wzorów (zarówno estetycznych, jak i moralnych), bo rzekomo nasza sytuacja w świecie jest wyjątkowa i nieporównywalna z niczym. Dlatego właśnie odrzucamy pomoc tradycji, brniemy w naszą samotność, grzebiemy w ciemnych zakamarkach opuszczonej duszyczki.
      Istnieje błędny pogląd, że tradycja jest czymś podobnym do masy spadkowej i że dziedziczy się ją mechanicznie, bez wysiłku, dlatego ci, którzy są przeciw dziedziczeniu i niezasłużonym przywilejom, występują przeciw tradycji. A tymczasem w istocie każdy kontakt z przeszłością wymaga wysiłku, pracy, jest przy tym trudny i niewdzięczny, bo nasze małe "ja" skrzeczy i broni się przed nim.
       Pragnąłem zawsze, żeby nie opuszczała mnie wiara, iż wielkie dzieła ducha są bardziej obiektywne od nas. I one będą nas sądzić. Ktoś słusznie powiedział, że to nie tylko my czytamy Homera, oglądamy freski Giotta, słuchamy Mozarta, ale Homer, Giotto i Mozart przypatrują się, przysłuchują nam i stwierdzają naszą próżność i głupotę. Biedni utopiści, debiutanci w historii, podpalacze muzeów, likwidatorzy przeszłości podobni są do owych szaleńców, którzy niszczą dzieła sztuki, ponieważ nie mogą wybaczyć ich spokoju, godności i chłodnego promieniowania."


 Homer

  Giotto

 Mozart

Oni patrzą na nas poprzez swoje dzieła. Co widzą?



jeśli tematem sztuki
będzie dzbanek rozbity
mała rozbita dusza
z wielkim żalem nad sobą

to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
kiedy świtają tapety

             Herbert, Dlaczego klasycy, fragm.

niedziela, 29 grudnia 2013

Zboczami Orawy w rytmie krzesanego do Ziemi Obiecanej... Exodus Wojciecha Kilara

Link z wiadomością Zmarł Wojciech Kilar

I jeszcze jeden artykuł - lista filmów, do których skomponował muzykę

       Szykowałam notkę o nowych płytach, a wśród nich Polonium zespołu Motion Trio. Najnowsza płyta zawiera kompozycje - jak wskazuje tytuł - polskich kompozytorów współczesnych: Witolda Lutosławskiego, Krzysztofa Pendereckiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Wojciecha Kilara. Trzej akordeoniści z Krakowa złożyli hołd największym twórcom XX i XXI wieku, którzy rozsławili polską muzykę w świecie. Miał to być wpis niejako noworoczny, ułożony w listę pożądanych i planowanych w przyszłym roku zakupów. Miałam nawet adekwatny wymyślony tytuł.
       Jednak smutna okazja sprawia, że już teraz, już dziś sięgam po jeden z utworów z tej płyty: Orawa Wojciecha Kilara w transkrypcji na trzy akordeony - gra Motion Trio





A na dokładkę jeden z moich ulubionych utworów Kilara - też z intencją wpisania na listę komopozycji na mój pogrzeb - Exodus. Nie jest to może najlepsze wykonanie, ale jedno z ostatnich tak spektakularnych, z ubiegłego roku na 80 urodziny Kompozytora.


sobota, 28 grudnia 2013

"Delikatny proces, jazda na tygrysie"

      Początek jest biały. Biała  płaszczyzna, biała otchłań, biała dziura lęku.

      Geza Révész wyodrębnił cztery etapy twórczego procesu:
1. zbieranie;
2. dojrzewanie;
3. oświecenie;
4. formowanie.
Dla uniknięcia zbytniego uproszczenia wymagają one pełniejszego wyjaśnienia, a zapewne i to nie wystarczy do pełnego zrozumienia istoty rzeczy. Weźmy takie zbieranie: może się odbywać świadomie i nieświadomie; co prawda intelekt pracuje, ale są w nim poziomy głęboko ukryte jak góra lodowa - największa część pozostaje pod wodą. Trzeba umieć nurkować. W etapie drugim wszystko odbywa się poza udziałem świadomości. Rzecz, temat, dzieło, odkrycie... dojrzewa powoli, długo i nieoczekiwanie. Nie wiemy, co wyjdzie. To się okazuje w etapie trzecim, etapie inspiracji czy - jak uważają tradycjonaliści - natchnienia. Jak widzimy, natchnienie nie jest i nigdy nie było żadnym początkiem. To wręcz zapowiedź końca. Przejście do etapu czwartego - etapu formowania pod dyktatem pilności, poświęcenia i samodyscypliny. To są te godziny ślęczenia nad pustą kartką, gapienia się na zagruntowane płótno na blejtramie, zamykania się przed hałasem w pracowni, uciekania przed nadmiarem świata, godziny i dni milczenia, ciszy... Początek jest biały. Biała  płaszczyzna, biała otchłań, biała dziura lęku. Potem pojawiają się słowa...
      .... albo kolor .... albo dźwięk ... albo ruch... albo przestrzeń.
Dzieło sztuki w stanie potencjalnym jest jak krajobraz, który otwiera się podczas podróży, lecz wymyka się opisowi, bowiem nie ma w nim miejsca które byłoby syntezą wszystkich wrażeń mogących się zmieścić w jednym słowie. Tak właśnie jawiła się, czy raczej wymykała Herbertowi Grecja, gdzie człowiek przyszedł na górskie  pustkowie, by wydrzeć tajemnicę bogom. Dzieło sztuki zaś stawia opór. Chce być, chce zaistnieć i potrzebuje do tego człowieka. Opór dzieła sztuki. Słowa i mity, obrazy i wizje wiodą mnie w okolice, których nie znam, jak w obcy krajobraz. Iść za słowami nizanymi w sznury zdań? Zboczyć z równej drogi, próbując grząski nieznany teren? Pełza jak we śnie mój duch ociężały.
       A więc przestaję się sprzeciwiać, płynę z prądem, takm jakim jest, takim jakim on sam chce być, szukam właściwej koleiny, próbuję się umocnić, próbuję podążyć z biegiem rzeczy, przydając i utrwalając nowo powstającemu formę labo formie treść. Jedno i drugie się zmienia, wymienia, prowadzi prowadzące bądź prowadzone. Delikatny proces, jazda na tygrysie. 


Johannes Poethen: Oddech bogów. Eseje greckie. Przekład Eugeniusz Wachowiak. Poznań 2000.
Zbigniew Herbert: Labirynt nad morzem. Warszawa 2000
William Shakespeare: Burza. Przekład Piotra Kamińskiego. WAB. Warszawa 2012

niedziela, 22 grudnia 2013

Odnaleziony kompozytor

     Jestem bezradna. Po raz pierwszy kompletnie niczego nie mogę znaleźć. Internet milczy. Niewiarygodne. A jednak. Namęczyłam się i naszukałam jak nigdy dotąd.  Jakby gościa w ogóle nie było. Jakby nie istniał. Wyparował. Ale są płyty. Ktoś je nagrał, więc gdzie się podział Bernard-Aymable Dupuy?
      Albo mój komputer już całkiem do kitu, albo mnie przedświąteczne porządki wykończyły. Zamiast francuskiego Dupuya, uparcie wyskakiwał mi szwajcarski Edouard Jean Baptiste Camille Du Puy Louis. No jak tak można?
      Przygody z wyszukiwarką mogą być pełne niespodzianek. Najpierw, jak na ironię, otworzyła się strona o właściwym Dupuyu, ale po włosku i mój translator nie chciał tego tłumaczyć. No za nic nie wychodziło. W końcu dotarłam do wersji francuskiej. I to jakiej: Centralny katalog muzyki barokowej Wersalu! (czy jakoś tak).
      No ale Dupuy to nie jest całkiem barok. Toż osiemnasty wiek! A co tam, niech sobie go tam przypisują, gdzie chcą, ważne, że wreszcie coś wiem. I wiem, dlaczego tak trudno go znaleźć: ponieważ szczegółowa biografia wraz z analizą prac są dopiero opracowywane.
      Tymczasem zaś wiadomo, że:
Bernard-Aymable Dupuy, pisany też jako: Bernard Aymable Touluse-Dupuy oraz Bernard Dupuy Aymable (no i jak miałam go znaleźć, skoro nie mogą się zdecydować, jak go pisać!) ur. się w Tuluzie w 1707 roku, zmarł 30 grudnia w 1789  w Saint-Sernin. Karierę muzyczną rozpoczął jako chórzysta, przez czas jakiś zajmował stanowisko mistrza muzyki w katedrze św. Szczepana w Tuluzie, a na koniec został nauczycielem muzyki, jednocześnie cały czas komponując.
       Do niedawna wszystkie jego kompozycje znajdowały się tylko w rękopisach, za życia kompozytora niczego nie wydano. W odnalezionych rękopisach większość to muzyka religijna, a tylko kilka ma charakter świecki. Do tych drugich należą dwa balety, jakieś kawałki opery, prolog, romanse, sielanki... Niewiele tego. Muzyka religijna przechowała się w większej liczbie: dwie msze, ponad czterdzieści motetów (antyfony, Magnificat, psalmy...). Jedną z wiekszych kompozycji jest motet na Boże Narodzenie Au milieu de la nuit. To był właśnie powód moich poszukiwań.
        Całość składa się - o ile udało mi się właściwie posklejać i policzyć kawałki znalezione na YouTube -  z czternastu części trwających w sumie 35 minut. Zaczyna się od Uwertury, a potem są na przemian arie i partie chóralne. Ostatnia partia chóru tchnie radością, z którą raźniej byłoby wracać nocą z Pasterki. Tylko kto mi to wówczas zaśpiewa?
       Jedyne nagranie jakie znalazłam wykonuje Groupe Vocal de Touluse.


Dupuy - Kantata na Boże Narodzenie, część I - Uwertura



Dupuy - Kantata na Boże Narodzenie, części II - V



Dupuy - Kantata na Boże Narodzenie, części VI - IX



Dupuy - Kantata na Boże Narodzenie, części X - XIV

środa, 18 grudnia 2013

Vox in Rama

       Mikołaj Zieleński, 1550 (prawdopodobnie ur. w Warce) - 1616 (daty życia hipotetyczne). Kompozycje Zieleńskiego przetrwały dzięki wydanym w Wenecji w 1611 roku zbiorom Offertoria totius anni oraz Communiones totius anni, w sumie zawierających 113 utworów. Nie wiadomo jednak, czy są to wszystkie jego dzieła, czy wybrane. Na dobrą sprawę więcej niczego pewnego o kompozytorze nie wiadomo, nieznane są jego losy ani miejsce śmierci, nie wiadomo, gdzie i u kogo pobierał nauki. W przedmowie do weneckeigo zbioru wspomina, że był organistą na dworze Prymasa Polski  Wojciecha Baranowskiego, który zresztą sponsorował wydanie kompozycji.

Vox in Rama - czterogłosowy motet na święto Niewiniątek, pochodzi ze zbioru Communiones. Utwór o charakterze lamentacyjnym, muzycznie wierny treści, oddaje napięcie poprzez duże skoki interwałowe i dysonanse.

Vox in Rama audita est,
prolatus et ululatus:
Rachel plorans filios suos,
noluit consolari, quia non sunt.

W Ramie daje się slyszeć
lament i gorzki płacz:
Rachel opłakuje swoich synów,
nie daje się pocieszyć, bo już ich nie ma.


Mikołaj Zieleński, Vox in Rama, śpiewa M`ottetto profano

Trzeba kliknąć na pasek pod reklamą, o ile samo nie zacznie. Obrazu nie ma ;-)

Poniżej to samo z kiepskim obrazem, ale głos się niesie jak trzeba :-)





niedziela, 15 grudnia 2013

Autentyki in crudo

      Od Godziszowa, przez Dzwolę i Kocudzę w powiecie janowskim, do Łukowej w powiecie biłgorajskim można przeciągnąć niemal linię prostą biegnącą na ukos od północnego zachodu do południowego wschodu przez Lasy Janowskie i część Puszczy Solskiej. Niedaleko stąd, właściwie na odległość jednego rzutu okiem zaczyna się pagórkowate Roztocze. Twórcy strony http://muzykaroztocza.pl/ nieco poszerzają obszar krainy geograficznej, penetrując teren aż do Kraśnika na zachodzie i Lubaczowa na południowym wschodzie. Zgodnie z geografią czy nie, jest to lubelskie zagłębie muzyki ludowej, a linia Godziszów - Dzwola - Kocudza - Łukowa leży w samym jego centrum.
      To stąd pochodzi łukowski zespół śpiewaczy, który jako jedyny zdobył czterokrotnie Złotą Basztę podczas Festiwalu w Kazimierzu Dolnym. Stąd - na terenach między Janowem Lubelskim a Biłgorajem - wywodzi się unikalny w skali nie tylko polskiej instrument muzyczny: suka biłgorajska, zrekonstruowana przez Zbigniewa Butryna z Janowa Lubelskiego i  profesor Marię Pomianowską, która od 2010 roku porowadzi na Akademii Muzycznej w Krakowie jedyną w Polsce klasę nauki gry na tym instrumencie. Suka biłgorajska doczekała się nie tylko nobilitacji akademickiej. Otóż jest ona jednym z ulubionych instrumentów specjalnie zamawianych na... japońskim dworze cesarskim, a jej entuzjaści  uczą się nie tylko na niej grać, ale i śpiewać biłgorajskie pieśni!!
      Nie liczyłam, ilu stąd wywodzących się muzyków, śpiewaków, instrumentalistów zdobywało nagrody w Kazimierzu, ale wszyscy, którzy zaprezentowali się na koncercie Pieśni spod Niebieskiej. Muzyka Roztocza są wielokrotnymi laureatami. Same autentyki. Rocznikowo - przedwojenni lub urodzeni podczas wojny; średnia wieku na oko 70 lat, a i tak chyba zaniżyłam ;-) Głosy potężne, muzyka od serca, opowieści dowcipne, dusze szerokie.


      Zespół śpiewaczy z Łukowej I, jak wspomniałam, panie czterokrotnie zdobyły Złotą Basztę w latach: 2000, 2004, 2008, 2012. Nie wiedziałam, na którą z nich patrzeć, ponieważ każda miała nieco inny sposób wymawiania niektórych głosek. Na przykład jedna z nich (nie chcę strzelać nazwiska  na ślepo, a nie jestem pewna) wymawiała "ł" przedniojęzykowo-zębowo, chociaż nie we wszystkich wyrazach, w niektórych, w bardziej archaicznych. Zespół zaśpiewał cykl pieśni weselnych, od historii narzeczeństwa, ślubu, błogosławieństwa rodziców, po dramatyczną historię utopionego wianka. 


      Janina Chmiel z Wólki Ratajskiej (gmina Godziszów), zdobywczyni Złotej Baszty śpiewaczej w 2006 roku oraz  wielu nagród w konkursach tanecznych. Kobieta krucha, skromna, można powiedzieć nawet  nieśmiała, ale głos ogromny, potężny aż ściany wydawały się za ciasne. Toć przecież te pieśni tęskne dostosowane są do szerokich pól, do  przestrzeni,  a słowa nieść się powinny daleko. I pani Janina tak właśnie śpiewa, żeby głos doleciał aż po horyzont. Jej głos jest niezwykle charakterystyczny, ciemny, chwytający za serce. Były to bardzo tęskne pieśni. I bardzo archaiczne kolędy, jakich w życiu nie słyszałam. W każdym razie w śpiewnikach oficjalnych ich nie ma. Może u Oskara Kolberga trzeba  by sprawdzić.


      Janina i Beata Oleszek: matka i córka ze słynnego za sprawą ubiegłorocznych Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej zespołu Jarzębina z Kocudzy - trzykrotnie Złota Baszta: 2001, 2007, 2011. Tutaj śpiewają pieśń pogrzebową. Dlaczego z kartki? Ponieważ według ludowych wierzeń zmarłemu nigdy nie powinno się śpiewać z pamięci. Kiedy śpiewały razem, wydawało mi się, że matka ma głos silniejszy, szerszy, ale kiedy córka zaśpiewała sama, zmieniłam zdanie. Ona po prostu w duecie się "oszczędzała" ;-) Repertuar różnorodny: od pieśni o narodzinach, takiej chrzścielnej, przez weselne, pogrzebową i tzw. pieśni sieroce, starsznie smutne, samym śpiewaczkom łzy w oczach zaświeciły.

       I na koniec mój faworyt - osiemdziesięciolatek! Stanisław Głaz z Dzwoli - laureat  Złotej Baszty w 1997 roku a potem jeszcze wielu innych nagród.


Wystąpił w duecie z Bronisławem Rawskim, kolejnym autentykiem z Kocudzy, grającym na bębenku i harmonijce ustnej, także tancerzem.



Jak sam o sobie mówi, w życiu robił wiele rzeczy, był rolnikiem, cieślą, szewcem, stolarzem, murarzem, ale zawsze też muzykantem, najpierw kolędującym, potem grającym na klarnecie w orkiestrze dętej, ostatecznie zaś na skrzypcach. Popatrzcie na jego ręce, na sylwetkę, na nogi człowieka przecież starszego, schorowanego,  spracowanego, ale w tę jego skrzypcową nutę zasłuchałam się do wzruszenia. Ludziom nogi same do tańca chodziły, ktoś nawet poszedł w tany, a na koniec zagrał, a my zaśpiewaliśmy na widowni "Cichą noc".




Kawałek nagrania. Byłam już kiedyś na koncercie Stanisława Głaza występującego z młodymi uczniami, którzy przyjeżdżają nieraz z daleka pobierać nauki podczas warsztatów organizowanych przez Towarzystwo dla Natury i Człowieka. Dowcipnie opowiadał,  że  młodzi chętni i zdolni są, ale jeszcze się dużo muszą nauczyć ;-)

Pan Remigiusz Mazur-Hanaj w komentarzu zamieścił link do koncertu na biłgorajskiej suce ze Studia im. Władysława Szpilmana - wklejam poniżej, może ktoś zechce posłuchać i obejrzeć. Otwiera się artykuł, a w środku są linki do trzech części koncertu. 

Odzyskane brzmienia suki biłgorajskiej - koncert

piątek, 13 grudnia 2013

Niech będzie adwentowo



        No to zaczynam przedświąteczną magię :-) 
        Najpierw otworzyła mi się muzyka. Oniemiałam. Zachwycająca krystaliczność szlachetnej linii melodycznej, przepiękna interpretacja, polifoniczna hramonia... Supreme! Cudowna mistyka. Tylko muzyka dawna potrafi tak unosić. Kim był jej autor? Gdzie tworzył? Juan Esquivel Barahona (1560 -1625) - Ten cudowny hszpański barok, chociaż początki twórczości Esquivela to jeszcze renesans. Pierwsze informacje o nim to: twórca muzyki sakralnej, ponad siedemdziesięciu polifonicznych czterogłosowych motetów, kilkunastu mszy od cztero- do 8-głosowych, a poza tym komponował hymny, antyfony, psalmy, szesnaście wersji Magnificat; w młodości sam należał do katedralnego chóru, z czasem i on został maestro di cappella najpierw w Oviedo, potem w Calahorra i ostatecznie w Ciudad Rodrigo. A poza tym brak informacji. Do Oxford Library trzeba się zalogować, żeby mieć dostęp do tekstów. Za to dowiedziałam się, że Bibliotece Publicznej w Toronto są dwie biograficzne ksiażki o nim. Na Oxford Reference są trzy teksty i też wymagają logowania :-( A na Requiemsurvey ostatecznie przeglądarka mi się zawiesiła. 
     
Veni, Domine, et noli tardare,
veni, Domine, visitare nos in pace,
ut laetemur coram te corde perfecto.



środa, 11 grudnia 2013

O niczym

     Dodałam gadżet na górze pod tytułem. Wolałabym, aby to było od razu okienko filmiku, ale nie potrafię. Więc tylko jako link. Ma się pojawiać zawsze nad kolejnymi wpisami. Zobaczymy, czy zadziała. 
     Co to jest? Moje ostatnie odkrycie z poprzedniego wpisu :-) Dopóki mi się nie znudzi, będzie zawsze na początku, codziennie rano ( i wieczorem).
      A tak w ogóle to bajzel totalny. Kalendarz pędzi, a ja jestem w lesie. Nie wiem, ile jeszcze do świąt. Niczego nie planuję, nie sprzątam, nie lepię uszek, nie piekę pierników... Praca mnie przywaliła :-( Nie mogę się podnieść. Dobrze że przynajmniej w Dwójce będą kolędy śpiewać, to jakoś świątecznie się nastroję. 500 lat kolęd w wykonaniu Huelgas Ensemble. Gdybym mieszkała w Gdańsku, słuchałabym na żywo i święta nie byłyby dla  mnie zaskoczeniem. A tak, zostanę jak zwykle o północy przyłapana z Mistrzem z Delft na roztrząsaniu zagadnienia pierwszorzędnej wagi: ut pictura poesis. 
       Na razie odbieram paczki. Z książkami. Pełno książek. Na biurku, na podłodze, pod łóżkiem, na krześle... Usiąść nie ma gdzie. Nie zapraszam więc. A czytać nie ma kiedy. Książki leżą żałośnie otwierając się na przypadkowych stronach. To tu, to tam zaglądam... Dlaczego tak jest, że brzydota i śmierć wyzwalają dreszcz estetycznego wzruszenia, a naocznie pokazane piękno jest najczęściej kiczowate? 

jest chwila ciszy kiedy karki
ugnie potężny wina opar
pogodzi zmarłych i zabójców
cień co zdejmuje z ściany topór

           (Z. Herbert)

sobota, 7 grudnia 2013

Idę młody genialny...

    Stan obecny:
- 31 lat
- szefuje trzem orkiestrom symfonicznym na trzech różnych kontynentach
- na koncerty lata między Europą, USA i Japonią (najczęściej)
- w styczniu 2014 r. zadebiutuje z Berlińskimi Filharmonikami
- w Polsce... był w tym roku... dwa razy - w kalendarzu koncertowym przez najbliższe dwa lata Polski nie ma

    Droga na szczyt:
- 1982 ur. w Pabianicach
- 2007 - ukończenie Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w specjalności dyrygentury symfoniczno-operowej
- 2007 - w wieku 25 lat - I miejsce w Międzynarodowym Konkursie Dyrygenckim w Pradze
- 2007 - 2009 - asystent Antoniego Wita w Filharmonii Narodowej w Warszawie
- od 2009 - współpraca z Tokyo Symphony Orchestra
- wrzesień 2009 - debiut z Trondheim Symfoniorkester
- od września 2010 r. - powołany na głównego dyrygenta  Trondheim Symfoniorkester (Norwegia) - zaledwie po jedym wspólnym z nimi występie
- od września 2011 r. także dyrektor muzyczny Orkiestry Symfonicznej w Indianapolis i adiunkt dyrygentury na Indiana University Jacobs School of Music
 - od kwietnia 2013 r. - także powołany na pierwszego gościnnego dyrygenta Tokyo Symphony Orchestra

      Sposób pracy:
- trudny i uparty: pierwszych siedem nut X Symfonii Szostakowicza  kazał orkiestrze na próbie powtarzać 30 razy, ponieważ skrzypce grały nierówno!
- koncerty prowadzi zawsze z pamięci - bez partytury
- regularnie włącza do koncertów polską muzykę: od Chopina, przez Szymanowskiego, Kilara, Lutosławskiego, Góreckiego, po Pendereckiego

    To jest taki gość, który jako dyrygent często przyciąga uwagę bardziej niż solista z założenia mający być gwiazdą. Fryzurę ma ekstrawagancką, rękami macha tak, że nie bardzo wiem, o co w tym chodzi, ale dobrze, że przynajmniej orkiestry wiedzą, miny robi niepospolite. Nie, to nie jest typ dyrygenta, za którym pojechałabym specjalnie, żeby go zobaczyć i posłuchać, ale fascynuje bardzo.  Denerwuje mnie jego machanie, ale... jednocześnie podziwiam. Jest niesamowity i doceniam. To nie jest ten rodzaj dyrygowania, na który mogłabym się zapatrzeć, jak na Abbado czy Fasolisa. Zapatrzeć się tak z bezkrytycznym zachwytem. Albo jak na Borowicza, który dyryguje z taką elegancją, że tworzy w powietrzu osobny taniec. Przeciwnie: oglądam i cały czas sobie w myślach powtarzam: zaraz go wyłączę... i nadal oglądam. Co więc w nim takiego siedzi? Pewnie to ten geniusz, którego nikt nigdy nie widział, ale niektórzy mają go w sobie ;-)

Krzysztof Urbański - najmłodszy dyrygent orkiestry symfonicznej w historii Stanów Zjednoczonych; szef Orkiestry Symfonicznej w Trondheim, pierwszy gościnny dyrygent Tokijskiej Orkiestry Symfonicznej - idzie młody genialny... 




Fot. Joanna Urbańska - ze strony artysty: www.krzysztofurbanski.com



To tylko próba, ale jaka :-)


czwartek, 5 grudnia 2013

Bóg i dyrygent

 - Na czym polega różnica między Bogiem a dyrygentem?
 - Bóg wie, że nie jest dyrygentem!
 - A na czym polega różnica między dyrygentem a terrorystą?
 - Z terrorystą można negocjować.



środa, 4 grudnia 2013

Dookoła Hiszpanii

     Strona internetowa Quatuor Europa ma cztery wersje językowe: hiszpańską, angielską, niemiecką i polską. Hiszpańska, bo obecnie członkowie zespołu mieszkają i pracują w Hiszpanii, ale pochodzą z różnych krajów Europy. Zespół powstał w 2000 roku, gdy czworo muzków współpracujacych z różnymi filharmoniami postanowiło wspólnie rozwijać muzykę kameralną. Na początku zespół tworzyli: Cristian Ifrim - I skrzypce i altówka; Anna Radomska Gardyjas - II skrzypce; Jerzy Wojtysiak - altówka; Hervig Coryn - wiolonczela. Ale dzisiaj wystapili w zmienionym, prawie polskim składzie:
Cristian Ifrim - I skrzypce, Rumunia;
Anna Radomska Gardyjas - II skrzypce, Polska;
Jacek Nycz - altówka, Polska;
Małgorzata Sęk - wiolonczela; Polska
      Cristian Ifrim i Anna Radomska od lat mieszkają w Hiszpanii, współpracując z Filharmonią i Szkołą Muzyczną w Pampelunie, w swoich europejskich tournées promują muzykę, kulturę i wina regionu Navarry, popularyzują kompozytorów hiszpańskich. Poza najszerzej, co zrozumiałe, reprezentowaną w repertuarze muzyką hiszpańską, grają też klasykę europejskiej kameralistyki oraz kompozytorów polskich, takich jak Stanisław Moniuszko, Fryderyk Chopin, Maciej Radziwiłł, Feliks Janiewicz, Grażyna Bacewicz oraz uważany za arcydzieło polskiej kameralistyki  Kwintet fortepianowy g-moll Juliusza Zarębskiego, zmarłego zaledwie w wieku 31 lat.
      Jacek Nycz, jak wyczytałam, był, a może i jest nadal, muzykiem w Sinfonii Varsovii, z kolei Małgorzata Sęk współpracowała z Filharmonia Lubelską oraz należała do Trio Concertante. Jeszcze w poprzednim składzie kameraliści Quatuor Europa od 2009 roku regularnie przyjeżdżali do Polski.
       Koncert, a wlaściwie hiszpańskie spotkanie składało się z trzech części. W pierwszej było muzycznie, koncertująco, trochę geograficznie oraz dydaktycznie. Słuchaliśmy Granadosa, Albeniza, Sarasatego, muzycznych kawałków z madryckiej zarzueli Chueca oraz... Bizeta. Utwory zostały tak dobrane, aby ilustrowały charakterystyczne cechy muzyki kompozytora, ale i oddawały charakter poszczególnych historycznych regionów Hiszpanii (nie wszystkich oczywiście): Kraju Basków, Andaluzji, Asturii, Katalonii, Navarry i samego Madrytu. Anna Radomska, która pełni rolę doradcy do spraw kultury w Konsulacie Honorowym RP w Pampelunie, zapowiadała utwory, opowiadaała o kompozytorach, przybliżała - nie tylko muzyczne - ciekawostki  o poszczególnych regionach, a w trakcie koncertu oglądaliśmy projekcję zdjęć hiszpańskich miast i pejzaży. Dlatego wspomniałam, że całość miała aspekt edukacyjny.
       Po obowiązkowym bisie nastąpiła część druga: degustacja wina Gran Feudo z winnic Navarry. Wybrałam czerwone wytrawne crianza i ulotkę z rabatem do internetowego sklepu ;-) Pani Anna opowiadała o hiszpańskich winach, winnicach, degustacji i ćwiczyliśmy analizę bukietu. Najciekawsza była próba określenia zapachu: każdy wyczuwał co innego. Od czarnej porzeczki po cytrusy, tylko nikt nie wyczuł dębowej beczki, w której wino było przechowywane ;-)))
       W trzeciej części oglądaliśmy film o atrakcjach Hiszpanii, pielgrzymkowym szlaku do Santiago de Compostella i od ponad dwudziestu lat "ojczystym" mieście p. Anny - Pampelunie. Film dzień po dniu pokazywał najciekawsze atrakcje słynnego święta ku czci patrona miasta, świętego Fermina (Sanfermines): od rozpoczęcia i procesji z figurą świętego, poprzez gonitwy byków ulicami, corridy, procesje olbrzymów, wesołe miasteczko, całonocne szaleństwa, po końcowy pokaz fajerwerków i "żałobną" pieśń. Święto trwa tydzień: w tym czasie urzędy pracują tylko trzy godziny do południa, a potem wszyscy się bawią.  Niczego w tym czasie nie można załatwić,  nie można liczyć na żadne usługi. Podobno na czas święta wyjeżdża 60% mieszkańców miasta, za to przybywa około miliona turystów.
        Wielu jeszcze rzeczy się dowiedziałam, z czego większość zapomniałam. Baskowie na przykład mają strasznie trudny język, za to świetnie dogadują się z ludami kaukaskimi, ponieważ jak głoszą niektóre teorie, stamtąd dawno temu przywędrowali. Navarrę uważają za część swojego terytorium, chociaż Nawaryjczykom wcale się to nie podoba i twierdzą, że są całkiem odrębnym regionem, zresztą mają autonomię z osobnymi finansami i szkolnictwem. Inna ciekawostka to specjalny zegar na ulicy w Pampelunie, który odmierza, ile czasu zostało do następnego Sanfermines. Albo fakt, że byków biegnących podczas słynnego wyścigu jest sześć, ale nie biegną same, tylko dla "zachęty"  wypuszczane są także krowy. Podczas święta owych sześć byków bierze udział w corridzie, a torreadorów jest trzech, więc wypada po dwa byki na jednego. Oczywiście nie naraz. Są to byki specjalnie hodowane tylko do tego jednego celu - aby dać je zabić podczas corridy. Karmione są tylko naturalnym jedzeniem, dlatego ich mięso jest zwyczajnie potem przerabiane i przeznaczone do sprzedaży i konsumpcji jako bardzo zdrowe i wolne od chemii.
        I na koniec rada dla ewentualnych chętnych do wzięcia udziału w gonitwie z bykami: w razie przewrócenia się nie wolno wstawać, tylko należy na boku skulić się w pozycję embrionalną, osłaniając rękami głowę. Widać było, że takie  leżące postacie byki całkiem zgrabnie przeskakują, o ile zdążą, i pędzą dalej za innymi uciekającymi ;-)
       
Ciężko mi znaleźć odpowiednią muzykę, bo nagrań za dużo nie ma takich, jakie by pasowały.  Może to. Co prawda nie kwartet, tylko cała orkiestra, ale przynajmniej Granados to jest.



PS A Cristian Ifrim mial kolczyk w uchu i cały czas, gdy głową machał, światło się odbijało, jakby co najmniej diamentami wysadzany ;-)

niedziela, 1 grudnia 2013

Autoportret nie reklama

    Pisanie, a wręcz tworzenie autoreklamy jest dzisiaj rzeczą powszednią i pożądaną. Bez tej umiejętności nie wróżą nam sukcesu. Wykorzystać należy wszelkie dostępne  technologie, nie pomijając FB, TT, NK, YT, sieci realnych i wirtualnych znajomych, banerów na płotach, billboardów, kolorowych ulotek, natrętnych SMS-ów i ulicznej sondy. A najlepiej wywalić wielkoformatowy autoportret, odpowiednio sfotoshopowany, na front galerii handlowej. Taak, to uwodzicielskie spojrzenie, rzęsy do połowy policzka, odpowiednio mały procent zakrytego ciała... Oj, co ja plotę, toć o mężczyznę chodzi! No to tak: fryz stojący na żelu do góry,  wygolone boki,  na szyi cóś zamotane a`la Jacyków,  spod opadających spodni wystające slipy...  chywtliwy napis: Geniusze chodzą samopas albo: Jestem dla Ciebie albo: Szukam pracy... 
    Stop! Jesteśmy dopiero na przełomie XVI/XVII wieku! Nie znamy FB, TT ani nawet hipermarketów. Piszemy gęsim piórem, mamy niewładną rękę, nikt nie zna naszej twarzy, nazwisko też niezbyt. Zaledwie lokalne. Ale geniusz w nas siedzi mimo wszystko. Geniusz zgryźliwy trochę, ironiczny, gorzka samoświadomość własnej nędzy i bezradności wobec świata. Za dużo w nas wiedzy, żeby zmyślać; za dużo dumy, żeby kłamać. Dlatego piszemy autoportret:
        Ten, którego tu widzicie, o twarzy pociągłej i chudej, z kasztanowatymi włosami, czołem jasnym i otwartym, z wesołymi oczami i zakrzywionym, choć bardzo proporcjonalnym nosem, platynową brodą, która mniej niż dwadzieścia lat temu była złota, z wielkimi wąsami i małymi ustami, zębami ani małymi, ani też wielkimi, bo ma ich tylko sześć, i w dodatku źle utrzymanych i krzywo ustawionych, jedne z drugimi nie mają bowiem  styczności; postać pomiędzy dwiema skrajnościami, ani wielka, ani mała; koloryt żywy, raczej biały, a nie brunatny; nieco pochylony w plecach i nie bardzo lekki w nogach; takie, mówię, jest oblicze autora...Potocznie nazywa się Miguel de Cervantes Saavedra.
       Po takiej autoreklamie sięgam do zbioru Nowel przykładnych. Przeczytałam dwie z dwunastu zebranych w dwóch tomach opowieści. Obie budujące, kończą się dobrze, choć los nie szczędzi bohaterom niezwykłych perypetii. Nie jestem w stanie streścić, ile razy i komu była sprzedawana Leonisa ani komu ile razy przypadał jej niestrudzony we wzdychaniu ukochany Ryszard zanim udało im się pomyślnie wydobyć z tarapatów i żyli długo i szczęśliwie. Konstrukcja fabularna Znakomitej pomywaczki jest jakby prostsza, ale zgoła nieprawdopodobna. Cervantes wprowadza tam środowisko pikarów, hiszpańskich obieżyświatów, beztroskich włóczykijów, wyrzutków i ludzi marginesu społecznego. Przy czym główni bohaterowie tylko się za takich podszywają, ostatecznie okazując się godnymi szacunku szlachcicami wracającymi pokornie na łono swojej klasy społecznej. I po rozwikłaniu tajemniczego qui pro quo znowu wszyscy żyli długo i szczęśliwie. 
      A w następnej noweli bohaterem jest angielski szlachcic Klotaldo, którego wszyscy członkowie rodziny byli sekretnymi katolikami, jakkolwiek w sprawach publicznych okazywali zgodność z poglądami swojej królowej [Elżbiety I], a mimo to nie posłuchał rozkazu hrabiego Leste i oprócz łupów zebranych Hiszpanom z Kadyksu, uwiózł do Londynu dziewczynkę w wieku lat siedmiu. 


Miguel Cervantes. Nowele przykładne. Tom I-II. Przeł. Z. Karczewska-Markiewicz, Z. Milner.  Wydawnictwo Literackie Kraków. 1976.

czwartek, 28 listopada 2013

Nie wierzę! Uszom własnym nie wierzę!

   Wyjdę teraz na straszną ignorantkę, ale TEGO to ja nie znałam!  I w życiu bym się nie domyśliła, że ON taką muzykę potrafi napisać. Nie, wróć! Że potrafi, to bym dała wiarę, ale że NAPISAŁ! Nie, tego bym nie powiedziała. A jednak!
    Pieśń cherubinów na chór a capella, rok 1987. utwor osadzony w tradycji prawosławnej pieśni religijnej. I to nawet nie jedyny w tej konwencji. Skąd to zainteresowanie? Jego ojciec został ochrzczony w Cerkwi prawosławnej, babcia zaś była Ormianką. Dla dopełnienia wielokulturowej rodziny trzeba wspomnieć jeszcze dziadka pochodzenia niemieckiego. On sam wyrastał w głęboko wierzącej rodzinie katolickiej, co nie zamyka, a przeciwnie, otwiera na wpływy innych nurtów chrześcijańskich, jak właśnie prawosławie. Muzyka jest tego najlepszym dowodem. 
     
       Helen i Wachmistrzu, jeśli jeszcze raz napiszecie, że od muzyki Pendereckiego bolą Was zęby, to nie gadam z Wami!

      Krzysztof Penderecki -  Pieśń cherubinów - prawykonanie z okazji 60. rocznicy urodzin Mścisława Rostropowicza w Waszyngtonie.



wtorek, 26 listopada 2013

Smyczkowo

       Mikołaj Górecki - to nie pomyłka MIKOŁAJ Górecki, syn Henryka Mikołaja. Ur. w 1971 r., obecnie mieszka i tworzy w Stanach Zjednoczonych. Na szczęście na swojej stronie internetowej nie zapomniał o języku ojczystym ;-) 
      Ten koncert jest dokładnie taki, jak dzisiejszy mój dzień: początek w głębokich ciemnościach jeszcze przed świtem, potem zwariowany, nieokiełznany, dynamiczny, pełen nieoczekiwanych zwrotów; teraz już spokojnie zanurzam się w miękkość nocnego wyciszenia z filiżanką herbaty w dłoni. Nie zdążyłam zrobić tylu koniecznych rzeczy, załatwić spraw pilnych i natychmiastowych. Jednak poczekają. Do jutra, pojutrza...
      Tymczasem może znowu zajrzę do repertuaru bieżącego, w którym kuszą spektakl nie wiem, o czym, i koncert muzyki hiszpańskiej. A wkrótce kolejna transmisja z Met - Falstaff! A potem... święta. I książki. I płyty. I śnieg.
      A dzisiaj - tylko smyczki. 

Mikołaj Górecki - Concerto-Notturno


niedziela, 24 listopada 2013

Tydzień słuchania

    Tydzień słuchania muzyki Krzysztofa Pendereckiego! No, może nie tak cały tydzień, ale kilka dni, owszem. Festiwal Jubilata trwał od 17 listopada, a zakończył się wczoraj koncertem w TWON. Siłą rzeczy skazana na radio łapałam transmisje. Zaczęło się w poniedziałek Metamorfozami. Potem dopiero we czwartek część następna, czyli Siedem bram Jerozolimy. W piątek De nature sonoris II, Koncert na róg i orkiestrę Winterreise, I Koncert skrzypcowy i Kadysz. Kulminacyjny koncert w sobotę w TWON dwuczęściowy: najpierw  Tren ofiarom Hiroszimy, Duo concerto, Concerto Grossso i w części drugiej pod batutą Valerego Giergieva zabrzmiało monumentalne Credo.
     Nooo i taaak jakoś... głowa mnie dzisiaj boli od samego rana. Penderecki w wersji skondensowanej to trudne doświadczenie. Ale bez przesady,  paru rzeczy nawet da się słuchać;-)
     No dobra, po kolei. Albo i nie po kolei, tylko według wrażeń.

     De natura sonoris - nie mam pojecia, co to jest i słuchać się tego nie dało. To utwór jeszcze z okresu sonorycznego, wówczas i pewnie do dziś o wielkich walorach nowatorskich, ale ja tego nie ogarniam. Podobnie Tren ofiarom Hiroszimy - zanim na dobre zaczęłam słuchać, skończyło się. Cały czas jakieś szumy, zlepy, ciągi, używając języka Białoszewskiego.
     Bardzo ciekawy I Koncert skrzypcowy - w wykonaniu Konstantego Andrzeja Kulki i orkiestry.  Interesujący początek orkiestrowy od dętych i perkusyjnych, do których Penderecki ma słabość. Dęte w ogóle grają u niego wielką rolę w wielu kompozycjach. Tutaj komponowały się z solowymi skrzypcami, napięcie rosło i rosło, rytm skrzypcowy się załamuje, popada w zgrzyty, świsty i poświsty. Słowem, szarpanina. Ale całość w porządku, jakiś sens w tym wychwyciłam.
     Przykład na szczególne faworyzowanie dętych to Koncert na róg i orkiestrę Wintereise. Super! Napisany dla  wirtuoza rogu Radovana Vlatkovića, który i tym razem specjalnie na jubileusz kompozytora przyjechał. I to jest fajne!  Kawałki rogowe świetne, raz szybkie, raz wolne, głębokie, dźwięczne, w tle brzęcząca orkiestra. Potem melodie rogu podejmują inne instrumenty. Kończy się w wielkim przyspieszeniu, jakby dźwięk uciekał, trochę takie śmieszne, szalony pęd dźwięków i nagłe zatrzymanie. Spadł w przepaść? Komentatorzy sugerowali, że to jakby zawieszone pytanie - i co dalej? Z nami? Ze mną? Z człowiekiem? Ja aż takiej metafizyki nie odebrałam, ale słuchało się przyjemnie. Dynamika,  niespodzianki,  zaskoczenie, w sumie naprawdę rzecz do wielokrotnego sluchania. Tenże Vlatković chyba nawet po występie coś po polsku mówił, że Pendereckiemu życzyć sto lat to za mało.  A później jeszcze zagrał bis, jakieś Capriccio z podtytułem Sen myśliwego. Malownicze i śmieszne trochę.
     Kadysz to taka krótsza forma oratoryjna. Ważną rolę odgrywa tekst i śpiew, bo przecież to modlitwa za zmarłych. Kadysz Penderecki zadedykował uczczeniu pamięci ofiar łódzkiego getta. Tekst modlitwy po hebrajsku nasycony egzystencjalnymi pytaniami, rozmową z Bogiem, cierpieniem, zakończony frazą modlitewną Kadysz jatom.
     Siedem bram Jerozolimy z kolei można chyba nazwać pełną formą oratorium.  Napisane z okazji 3000 rocznicy Jerozolimy dzieło monumentalne, z wielkimi partiami orkiestrowymi, chóralnymi i głosami solowymi. Są tu fragmenty recytowane przez kantora, którym w czwartkowym koncercie był Alberto Mizrahi - tenor greckiego pochodzenia o żydowskich korzeniach. To dzieło malownicze pod względem muzycznym, ale i trudne od strony ideowo-formalnej. Jak bowiem zmieścić w formie muzycznej trzy tysiące lat historii miasta? Dlatego stanowi inspirację. Można na przykład zrobić z Siedmiu bram wersję niezwykle widowiskową, filmową, z wykorzystaniem nie tylko wielkiej orkiestry, ale i baletu oraz nowoczesnej techniki animacji. Były takie eksperymenty.

Tu kawałek:

http://www.youtube.com/watch?v=E1oWAtpGjtk


Jeszcze o Concerto Grosso na trzy wiolonczele i orkiestrę zapomniałam wspomnieć. To dopiero. Nigdy nie widzialam i nie słyszałam trzech wiolonczel jako solowe instrumenty. Ładne to było, bo wiolonczele w ogóle mają przyjemny dźwięk, nawet jak się na nich eksperymentuje.
      Ale na koniec zabrzmiało monumentalne Credo. Najpierw miała to być cała msza, ale Credo się tak rozrosło, że ostatecznie jest tylko ono, ale jak rozbudowane! W oryginalny łaciński tekst wplecione polskie pieśni pasyjne, jak Ludu, mój ludu oraz chór chłopięcy śpiewający Któryś za nas cierpiał rany... Takie dzieło tworzy się tylko raz w życiu - powiedział Penderecki. Jest to i osobiste wyznanie wiary, i życiowa synteza, i summa muzyczna.
      Mocny początek, wejście chóru z przejmującym brzmieniem orkiestrowych kotłów. W części pierwszej In Unum Deum instrumenty dęte cały czas coś mi przypominają, jakieś szczególne skojarzenie z dawno słuchaną melodią, nagraniem?... Wciąż mi się kołacze podobny dźwięk, ale nie mogę przypomnieć.  Potem jakieś solówki - znowu rożek? - śliczny, jak echo. Potem klarnety czy flety? I wielki, wielki chór. Wielkie głosy solowe.  Rzecz niezwykła. Mnie się wydaje, że tutaj doskonale słychać, że mimo wszelkiego nowatorstwa, Pendercki mocno jest osadzony w tradycji.  To przecież kolejny dowód kontynuacji od wieków rozwijanej formy muzyki sakralnej.  Partie chóralne jak u Bacha mistyczne i jak u Brittena dramatyczne. To nadal wielka muzyka.



poniedziałek, 18 listopada 2013

Czarno-białe

  kartka z kalendarza:

  5:00 - pobudka, kawa; rzut oka, a raczej zapuszczenie żurawia do torby, czy wszystko jest; upychanie rzeczy, które i tak okażą się zbędne;
  6:00 - wyjazd; w czasie podróży odsypianie czy dosypianie...jak kto woli;
  8:30 - przystanek: siusiu i kawa; 
10:30 - koniec trasy; wysiadka; ma być kawa, ale w upatrzonym miejscu wszystkie stoliki zajęte! jakieś wycieczki; szukam dalej - ostatni wolny stolik, a właściwie jedno miejsce przy stoliku - espresso poproszę!;
12:00 - strawa duchowa - balet w TWON(relacja ze spektaklu)
14:40 - meta, obiad, rozpakowanie walizy, herbata; telefon - mój jutrzejszy bus odwołany! Jak wrócę do domu?! zmiana planów, szukam innego powrotu: telefon - nowa rezerwacja;
16:30 - pędem na przystanek; łapanie połączenia; na Rondzie de Gaulle`a wyje policyjna kawalkada; uciekanie przed manifestantami; docieramy do celu na piechotę - wystawa fotografii;
18:10 - Muzeum Narodowe - jesteśmy za wcześnie; uff! czekamy; obserwujemy próbę: harfistka przemieszcza się z instrumentem to w lewo, to w prawo;
19:00 - koncert; walczę z sennością; kryzys pokonany - słucham; próbuję nadążyć za Davide, który po polsku zna tylko jedno słowo, a umyślił zmienić program koncertu; czego więc słucham?...
20:30 - szatnia; na dworze mżawka;
20:45 - masakra! wszystkie tramwaje zapchane manifestantami wracającymi spod Stadionu Narodowego: zakutani po czubki nosów, z plecakami, karimatami, śpiworami i transparentami Greenpeace we wszystkich jezykach Europy (najczęściej angielski); wsiadamy w jakiś, w którym za drzwiami są dwa wolne miejsca;
21:00 - przesiadka: wysiadamy z tramwaju prosto w wielojęzyczny tłum; nie widzę nawet możliwości przeciśnięcia się do podziemnego przejścia; chyba czeka mnie koczowanie na środku ulicy razem z nimi: Precz z zatruciem powietrza! Oczyścić klimat!!; walczę o oddech, dajemy nura w głąb i na dół; uff!
21:30 - znajome drzwi mieszkania; sprawdzamy całość swoich kończyn; kolacja; uspokajająca herbatka ziołowa; długie rozmowy telefoniczne, czyli sprawozdanie reporterskie z frontu;
22:00 - co robimy jutro? 

Wystawa
Jacob Aue Sobol: Arrival and Departures
Leica Gallery, Mysia 3, Warszawa

        Wystawa pod szyldem National Geographic, w dodatku fotografii czarno-białej brzmiała zachęcająco. W nowo otwartej Leica Gallery pod swojskim adresem Mysia 3 dobiegła końca wystawa duńskiego fotografa Jacoba Aue Sobola. To był ostatni dzień przed finisażem. Kilkadziesiąt prac w tonacji czarno-białej, efekt podróży autora koleją transsyberyjską z Moskwy, przez Ułan Bator aż do Pekinu.
       Początkowe założenie było takie, że Sobol miał fotografować ludzi z pociągu. Okazało się jednak, że sławetną koleją po prostu nikt prawie nie jeździ, albo inaczej: nie jeżdżą nią zwykli ludzie. Powód prozaiczny: jest za droga. Toteż ostatecznie fotograf zestawił prace robione w Moskwie, w Ułan Bator, w Pekinie, z kilkoma ujęciami panoramicznymi Syberii oraz portretami  ludzi w zbliżeniu. Bohaterowie portretów nie wywarli na mnie żadnego wrażenia. Są bez wyrazu,  nie ma w nich głębi. Są to pary: mężczyzna i kobieta, w intymnyej bliskości, tylko że kompletnie nic z nich nie wynika.  Twarze mają zawsze takie same czy to w Moskwie czy w Pekinie. Na pewno nie są to typowe portrety psychologiczne. Tym bardziej trudno odgadnąć, czemu służy zbliżenie nóg kobiety wchodzącej po schodach. Jeden jedyny portret, który mógłby zainteresować to starszy mężczyzna ujety z profilu na tle ściany, na której ktoś narysował jedną kreską czyjś profil, takie graffiti Człowiek na fotografii jak gdyby wpisuje się w tamten rysunek na ścianie. 
       O wiele ciekawsze sa ujęcia panoramiczne: willa w Moskwie,  wielopiętrowiec z zamurowanymi balkonami; rzucone na zaśnieżoną Syberię kołki, takie jak u nas stawia się wzdłuż dróg przeciw zamieciom, dzieci grające w piłkę w Ułan Bator, świnia siedząca na podwórku po ryj w błocie i człowiek stąpający w jej kierunku po deskach czy kamnieniach: czy po to, żeby uratować, czy w innym celu, nie wiadomo. Takie fotografie Sobolowi wychodzą i mają jakiś głębszy sens. Ale nie wszystkie zaprezentowane na wystawie przemówiły do mnie w jednakowym stopniu. Chyba zrobiłabym ostrzejszą selekcję. I wcale nie robi na mnie wrażenia uhonorowanie autora nagrodami, jak World Press Photo czy Leica European Publishers Award. 
         Ciekawostkę jest jednak fakt, że Sobol robi swoje zdjęcia specjalną cyfrówką monochromatyczną do zdjęć czarno-białych.  Nie chodzi więc tylko o zwykłe przestawienie, jakie możliwe jest w pierwszym lepszym aparacie. Jest to świadomy wybór konwencji czarno-białej. Może dlatego, że świat na tych fotografiach wcale kolorowy nie jest?  I nawet uchwycony w kolorze sprawiałby wrażenie monochromatycznego? 
   


środa, 13 listopada 2013

czwartek, 7 listopada 2013

Nie podchodzić! Gryzę!

      Nie podchodzić! Od dzisiaj gryzę! I nie wiem, jak długo to potrwa...

I niech nikt nie waży się mnie uspokajać. To na nic. Nawet muzyka musi wrzeć.





poniedziałek, 4 listopada 2013

Tristis est anima mea

Tristis est anima mea usque ad mortem:
sustinete hic et vigilate mecum. 
Nunc[Iam] videbitis turbam quæ circumdabit me.
Vos fugam capietis, et ego vadam immolari pro vobis.

Versus:

Ecce appropinquat hora, et Filius hominis 
tradetur in manus peccatorum.


Carlo Gesualdo da Venosa - 1566 - 1613 - kompozytor i lutnista, w dodatku książę (posiadał tytuł księcia Venosy). Ponadto pochodził z rodziny świętych - święty Karol Boromeusz był jego wujem. Był wybitnym muzykiem o wieki wyprzedzającym swoją epokę. Ale także potrójnym zabójcą, mającym na sumieniu śmierć żony, jej kochanka i dziecka, które zabił podejrzewając, że nie jest jego ojcem. Uciekając przed zemstą, ukrywając się tu i tam, z czasem popada w chorobę psychiczną i umiera pogrążony w całkowitym obłędzie. Jego muzyka to dzieło szaleńca, a mimo to współcześni XX-wieczni twórcy znajdują w niej swoje korzenie. Kiedy w madrygale Moro, lasso, al mio duolo pojawia się wielokrotnie słowo "umieram", słychać to także w ciężkich długich akordach muzycznych.




Orlando di Lasso (Roland de Lassus) - 1532 - 1594 - autor ponad dwóch tysięcy kompozycji, w tym 70 mszy. Jako członek kapeli Ferdynanda Gonzagi przebywał w Mediolanie, Mantui, Neapolu i na Sycylii.  Potem otrzymał stanowisko kapelmistrza Bazyliki św. Jana na Lateranie w Rzymie, które porzucił po roku rozpoczynając kolejne peregrynacje po dworach niderlandzkich, angielskich i francuskich. Niespokojny duch osiadł w końcu na dworze księcia Albrechta V w Monachium, gdzie zmarł. Najważniejszym gatunkiem muzycznym Lassusa był motet psalmowy (skomponował ich ponad 1200). A z form psalmicznych popularność zyskały Psalmy pokutne. Na koniec, jako ostatnie dzieło, napisał cykl madrygałów Lagrime di San Pietro (Łzy świętego Piotra) do tekstu Luigiego Tansilla. 





Obaj komponowali utwory do tych samych tekstów, takiego na przykład jak Tristis est anima mea. Nie mogło być inaczej w epoce, kiedy muzyka religijna była głównym, choć nie jedynym nurtem twórczości.  

wtorek, 29 października 2013

Gogol nasz współczesny

     Mikołaj Gogol w 1835 roku napisał opowiadanie Nos. Pełne absurdu, ale z pietyzmem oddane poszukiwania poszkodowanego Kowaliowa, który usiłuje swój osobisty nos odnaleźć, a po odnalezieniu zmusić, aby wrócił na swoje miejsce między dwa policzki, opowiedziane zostały z powagą należną tak wielkiej stracie i z dystansem obnażającym reguły hierarchiczno-urzędniczej machiny carskiej Rosji. Dość  powiedzieć, że zwykły nos staje się Nosem - wielce ważną osobistością, żyjącą samodzielnym życiem i ani mu w głowie... eee, znaczy w nosie, powrót do podrzędnej roli ozdoby Kowaliowej twarzy.
     Gdzieś w 1927 lub `28 roku Dymitr Szostakowicz komponuje do własnego libretta, pisanego we współpracy najpierw z Jewgienijem Zamiatinem, a potem jeszcze Gieorgijem Joninem i Aleksandrem Preisem, operę pod tym samym tytułem, której premiera miała miejsce18 stycznia 1930 roku w Teatrze Małym w Leningradzie. Sztuka spotkała się z ostrą krytyką i została zdjęta z afisza.
      W 2010 roku William Kentridge dokonał nowej realizacji opery Szostakowicza dla Metropolitan Opera. Wykorzystał w niej współczesną wszechstronną sztukę różnorodnych typów animacji, w których zawarł szereg czytelnych aluzji do sowieckiego przedwojennego reżimu. Uczłowieczony  pan Nos jako jeździec wspina się na pomnik i zastyga na moment w pozie Piotra Wielkiego na słynnym petersburskim monumencie. Ale zaraz przybiera różne inne postawy znanych reżimowych, bardzej współczesnych postaci: Lenina, Stalina, Trockiego... defiluje z tłumem w rytmie marsza, bierze udział w zawodach sportowych, wspina się po szczeblach kariery i ani myśli wracać na swoje naturalne miejsce.
      Gogolowska satyra na wynaturzenia carskiej biurokracji i systemu urzędniczego przeobraża się w gorzki i momentami nawet straszny obraz sowieckiej dyktatury. Niebagatelną rolę odgrywa w nim muzyka prowadzona na granicy słuchowej wytrzymałości, kiedy Policmajstrowi kompozytor niemal całą partię układa w górnych rejestrach tenorowego głosu do wysokiego Es, którym raz po raz rani uszy. Partie Policmajstra - świetnie oddane przez rosyjskiego tenora Andrieja Popowa, w scenie z policyjnym oddziałem jako żywo przypominają szczekanie psa, bo tylko tak Policmajster umie wydawać rozkazy. Nie inaczej jest w  scenie, kiedy przychodzi on do właściciela nosa, Kowaliowa, chcąc oddać mu jego zgubę. Odda ją, owszem, ale  wcześniej swoim skrzeczącym w  wysokich rejestrach głosem zażąda sporej łapówki.
       W sobotniej powtórzonej w Met realizacji Kentridge`a w partii głównej - nieszczęsnego Kowaliowa wystapił baryton Paulo Szot. I tu niespodzianka - wystarczy popatrzeć na nazwisko. Kolejny Polak na scenie Met. Co prawda urodził się w Brazylii, ale jego rodzice wyemigrowali tam po wojnie z Polski. Mało tego, studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, a karierę rozpoczynał w zespole Śląsk.  To dlaczego nigdzie wielkimi literami tego nie napisano?! Tylko muszę doszukiwać się takich informacji pokątnie?! Partia Kowaliowa była przed trzema laty jego debiutem w Metropolitan Opera. 
       Poza tym Szostakowicz umieścił w operze 70 śpiewających osób, dlatego wystawienie  jej to trudne przedsięwzięcie związane ze zgromadzeniem aż tylu śpiewaków jednocześnie. No cóż, dwudziestodwuletni wówczas kompozytor bez oglądania się na jakiekolwiek ograniczenia realizował swój nowatorski pomysł na nowoczesną operę na miarę XX wieku.

Dymitr Szostakowicz - Nos - 26 października 2013, Metropolitan Opera
reżyseria - William Kentridge
Obsada:
Kowaliow - Paulo Szot, baryton
Policmajster - Andriej Popow, tenor
Nos - Alexander Lewis, tenor

                                         Skrótowy pokaz animacji operowej Kentridge`a

A tego nie da się inaczej wkleić - Andriej Popow jako Policmajster

Paulo Szot jako Kowaliow rozmawia z Nosem spotkanym w kościele


Bonus :-)


Brawo! Prawda, że niezły?


wtorek, 22 października 2013

Dlaczego?...

       Dlaczego umierają przedwcześnie ci, którzy powinni żyć znacznie dłużej?  Powinni, ponieważ żyją nie tylko dla siebie, ale dzięki nim jaśnieje światło dla innych. To nie jest sprawiedliwe. Nie jestem naiwna, nie oczekuję, że wszyscy wraz ze mną będą żyć wiecznie, mogę pogodzić się ze śmiercią, gdy życie zostało długo i owocnie przeżyte. Ale nie jest w porządku, gdy głos, który dzień w dzień gromadził przy radiu wiernych słuchaczy gotowych na pełną niespodzienek podróż w arkana muzyki, milknie tak wcześnie. 
      Zmarł Piotr Orawski - autor nieocenionych radiowych Lekcji muzyki, wydanych na szczęście również w formie książkowej. Ale przecież te lekcje nie zostały zakończone... 




 


Zmarł Piotr Orawski - miał 51 lat

Pan od muzyki

sobota, 19 października 2013

Poszłam na film

       Tak, tak, filmy oglądam od pewnego czasu tak rzadko, że obejrzenie jakiegoś jest wydarzeniem wartym publicznego odnotowania. Poprzednim razem - nie pamiętam dokładnie, kiedy - byłam na O północy w Paryżu Woody Allena, więc oczywiste jest, że to całkiem inna liga i z nikim ani z niczym porównywać się nie da. Tym razem poszłam do kina na polski film. A to jest godne odnotowania jeszcze bardziej. Bo ja do kina nie chodzę z założenia, a polskich filmów nie oglądam dla zasady. Ale poszłam i obejrzałam film, który i tak już chyba wszyscy widzieli, a przynajmniej wszyscy o nim słyszeli: Wałęsa. Człowiek z nadziei Andrzeja Wajdy.
      Jak tytuł wskazuje, jest to trzecia część powstałego w ten sposób - nieplanowanego przecież od samego początku - tryptyku z wcześniejszymi Człowiekiem z marmuru (1976) i Człowiekiem z żelaza (1981) z pamiętnymi kreacjami Krystyny Jandy i Jerzego Radziwiłowicza. Odnotować trzeba, że nastąpiła zmiana pokoleniowa w obsadzie aktorskiej, chociaż Krystyna Janda też tu występuje: rozdaje podziemną gazetkę pasażerom w tramwaju. Jednak główne role to aktorzy, którzy zaczęli błyszczeć w światłach rampy później niż powstawały poprzednie filmy Wajdy oraz całkiem niedawno: Robert Więckiewicz zadebiutował w filmie 1991 r., a Agnieszka Grochowska w Teatrze Telewizji w 2001. 
     Obsadzeni  przez reżysera w trudnych rolach postaci przecież żyjacych, nadal aktywnych publicznie, nierzadko kontrowersyjnych, o których większość Polaków ma wyrobione zdanie i utrwalony obraz, mogli ten film albo całkowicie położyć, albo unieść. Udało się to drugie i to znakomicie. Robert Więckiewicz jest Wałęsą z krwi i kości, nie tylko podobnym wizualnie, ale i z rewelacyjnie oddaną manierą sposobu mówienia, zachowania się, gestykulacją.  Nie znaczy to wcale, że aktor stworzył w wierną kopię Wałęsy w latach 1970 - 1989, kiedy rozgrywa się akcja filmu. Więckiewicz zrobił coś więcej: zagrał postać w taki sposób, że patrzymy na niego jak na kogoś realnego, ale odrębnego od Wałęsy dzisiejszego. Może inaczej: rola Więckiewicza to historyczna postać realnie uczestnicząca w dziejach Polski drugiej połowy XX wieku, na szczęście bez naleciałości późniejszych kontrowersji wynikających z postępowania  Lecha Wałęsy od momentu wyboru na prezydenta po dzień dzisiejszy. To także zasługa reżysera, że wiedział, w którym momencie flm zakończyć, żeby zgodnie z tytułem niósł przesłanie nadziei, a nie frustracji i rozczarowania.
      Nie wiem, na ile Agnieszka Grochowska zbliża się w swojej roli do autentycznej postaci Danuty Wałęsy, ponieważ o życiu byłej pierwszej damy nie wiem nic, książki jej nie czytałam, wystapień nie śledziłam i nie śledzę. W zasadzie nie bardzo mnie to interesuje. Sądzę, że to nieistotne nawet. Dla mnie jako widza ważne jest, że p. Grochowska stanęła na wysokości aktorskiego zadania, że jej gra jest przekonująca, że umie pokazać wątek życia prywatnego rodziny Wałęsów ani nie przejaskrawiając go, ani nie bagatelizując. Mamy małżeństwo: on jest robotnikiem, ale niepokornym, który, jak w pewnym momencie wywiadu udzielanego Orianie Fallaci (w tej roli kapitalna włoska aktorka Maria Rosaria Omaggio) sam mówi "lubi się wtrącać", ona mimowolnie zostaje żoną działacza, który regularnie zamykany na 48 godzin, raz po raz znika z życia rodziny, zostawiając żonę z gromadką dzieci. 
        Tak wygląda to od środka, gdy tymczasem na zewnątrz, w świecie tysięcy ludzi pracy, w świecie polityki, w świecie publicznym rozgrywa się autentyczny przełom, zmaganie ludzkiego ducha z równie  (nie) ludzką dyktaturą. Film Wajdy na szczęście nie jest ani koturnowy, ani tym bardziej groteskowy, chociaż komizm tu jest, jest sarkazm, jest ironia. I są oczywiście dramaty, bo przecież w grudniu 1970 roku polskie wojsko strzelało do polskcih robotników, zginęli ludzie. Mamy obrazy pałowania, tortur w areszcie, nękania, są kolejki po meble i przed sklepem z mięsem, puste półki i wymowny kosz sklepowy z napisem batoniki, w którym ani jednego batonika oczywiście nie ma. To wszystko jest nie tylko na nowo wyreżyserowane z setkami statystów, w filmie wykorzystano bowiem autentyczne nagrania i fragmenty Kroniki Filmowej mistrzowsko połączone przez Pawła Edelmana, autora zdjęć. Zdjęcia w połączeniu z bezbłędną obsadą sprawiają, że bez trudu można rozpoznać najważniejsze postaci: poza Wałęsami także Dorotę Wellman jako Henrykę Krzywonos ze słynną kwestią "ten tramwaj dalej nie jedzie", Ewę Kuryło w roli Anny Walentynowicz czy Bogdana Borusewicza, którego zagrał Bogusław Kudłek.
       Ilu reżyserów, tyle zapewne byłoby koncepcji zrobienia tego filmu; nawet każdy recenzent, a niemal i każdy widz ma swoje "ale". Tego za dużo, tamtego za mało, a ta osoba ma się nijak do prawdy historycznej. I w ogóle gdzie ta prawda jest? Czy to jest prawdziwy portret Wałęsy, gdy zastraszony podpisuje podsuwaną przez UB zgodę na współpracę, myśląc wówczas o tym, czy urodził mu się syn, czy córka? Sam Wałęsa po obejrzeniu filmu odżegnywał się, że nie był aż takim bufonem, jakiego zagrał Więckiewicz. Prawda historyczna w ogóle jest trudna do filmowania, a prawda o człowieku tym bardziej. Zresztą, nie odbieram tego filmu jako opowieści sensu stricte historycznej. Jakby nie było, jest to przecież film fabularny, a nie dokument historyczny. Nieraz się zastanawiałam, jak to jest, że Amerykanie produkują tyle filmów o różnych swoich bohaterach, pokazują ludzi rzuconych w wir historii lub ową histoprię tworzących, a przecież żaden z nich nie był święty, ale flmy pokazują i utrwalaja to, czym się najbardziej zasłużyli. Pamiętam taki film o byłym burmistrzu Nowego Jorku, Rudolphie Giulianim - The Rudy Giuliani Story ze znakomitą rolą Jamesa Woodsa w roli głównej. Bohater filmu w sensie historycznym na drodze swojej politycznej kariery również wzbudzał kontrowersje, stosował nie zawsze czyste metody, pewne fakty z życia ukrywał, miano mu wiele za złe, ale to, co zrobił, jak zorganizował służby ratownicze, jakie wykazał zaangażowanie po zamachach 11 września wystarczyło, aby powstał film o jeszcze jednym amerykańskim bohaterze. 
         Myślę, że film Andrzeja Wajdy został właśnie tak pomyślany: jako film o polskim współczesnym bohaterze. Jego atutem jest - poza obsadą, montażem, zdjęciami, a młodzi widzowie zapewne dodadza jeszcze rapowaną muzykę - świetna ścieżka dialogowa Janusza Głowackiego. Język serio przeplatany z ironią; żart słowny i sytuacyjny; wykorzystanie autentycznych zdań, wypowiedzi, zwrotów, które weszły do zasobu frazeologicznego potocznej polszczyzny, jak słynne "nie chcem, ale muszem". Podobno Wajda ingerował w scenariusz Głowackiego temperując w oryginale mocniej wyrażony sarkazm, groteskowy i absurdalny humor językowy. Na ile ostateczny obraz odchodzi od pierwowzoru być może będzie się można dowiedzieć z książki Janusza Głowackiego, która niedługo ma się ukazać pod tytułem Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy - książka ma się pojawić w księgarniach już za 4 dni - 23 października.
      

poniedziałek, 14 października 2013

Jak to Gluck mity poprawiał

      Druga zrewolucjonizowana, po Orfeuszu i Eurydyce, opera Glucka, tak samo jak tamta - wbrew mitologii, wbrew logice i wbrew dramaturgii - kończy się dobrze. Jeśli się przeżyło, w sensie, obejrzało i wysłuchało, szczęśliwego zakończenia Orfeusza, w którym bohater odzyskuje Eurydykę, mimo że złamał warunki umowy i się obejrzał, to nie będzie wstrząsem przyjąć do wiadomości, że Herkules zdolny jest wyrwać z piekielnych czeluści Alcestę, powstrzymać Admeta, który podąża za nią, a świetlisty Apollo błogosławi małżonkom, którzy żyli długo i szczęśliwie.
     Po pierwsze, Admeto powinien umrzeć, bo już nawet leżał na łóżu śmierci. Nieszczęsne jednak wyroki boskie orzekły, że może wyzdrowieć, gdy ktoś inny poświęci za niego życie. Kto więc się poświęca? Wiadomo: wierna żona Alkesta (Alceste). Jest to bowiem opera o sile małżeńskiej miłości, coś jak Rodelinda Händla czy Fidelio Beethovena (mimo wszelkich różnic).
      Kiedy Admeto cudownie uzdrowiony dowiaduje się, kto za niego poświęca życie, odrzuca ofiarę, a nie mogąc przekonać żony, aby odstąpiła od ślubów, przysięga, że podąży za nią w objęcia śmierci. Aha, mają dzieci co prawda, ale kto by się tam dziećmi przejmował, kiedy małżonkowie spierają się, które z nich ma umrzeć.
       Alcesta Christopha Willibalda Glucka ma dwie wersje: włoską  -  napisaną i skomponowaną w Wiedniu więc nazywa się wiedeńską - z 1767 roku i francuską  - ta dla odmiany zwana paryską - z 1776 wykonywaną częściej i bardziej znaną, a poza tym przez samego kompozytora zmienioną. Przede wszystkim we włoskiej nie było Herkulesa, który w wersji francuskiej zjawia się jak deus ex machina i robi jatkę.
       Ma jednak Alcesta piękne momenty warte uwagi, jak przejmujące arie tytułowej bohaterki, która zgadza się oddać życie w ofierze - Divinites du Styx z zakończenia I aktu czy też kolejną z zakończenia aktu II, gdy jest gotowa na śmierć i pogodzona z losem - Ah! malgré moi, mon faible cœur partage.  Jest jeszcze wstrząsająca aria przed wrotami piekielnymi - Ah, divinités implacables. Niezywkłe jest też wprowadzenie do Uwertury - na sam jej koniec -  chóru, który wzywa bóstwa, aby zwróciły ludowi króla, który właśnie umiera.
      Dosłownie rzecz biorąc, w operze tej nie ma akcji.  Król umiera,  Arcykapłan ogłasza możliwość zamiany: czyjeś życie za życie króla; wyzwanie i ofiarę podejmuje żona. Admeto zdrowieje, ale po chwili radości dowiaduje się, kto umrze za niego, więc postanawia razem z żoną zejść z tego świata. Herkules się zjawia - to najmniej zrozumiały moment - Apollo interweniuje. Koniec. Zero akcji, same uniesienia. A mimo to Ranieri de Calzabigi w wersji włoskiej, a potem Le Blanc Du Roullet w wersji francuskiej napisali z tego trzy akty.
      Niezbyt przychylnie została przyjęta najnowsza (12 września) realizacja Alcesty w reżyserii Oliviera Py w Palais Garnier. Mimo że to opera o wielkiej miłości, na scenie między wykonawcami emocji żadnych ponoć nie było widać, a ktoś nawet się zżymał, że w wielkim duecie Alcesty i Admeta śpiewacy nawet na siebie nie patrzyli. I co robiła ta orkiestra na scenie zamiast w kanale w III akcie?  Także autor scenografii Pierre-André Weitz zebrał niemało krytyki za ubranie bohaterów w czarne korporacyjne garnitury.
      Na szczęście tych wizualnych mankamentów nie było widać w radiowej retransmisji. Niestety, wcale mnie nie zachwyciła. Nie podobał mi się sopran Sophie Koch w partii Alcesty. Nawet nie wiem, kiedy wyśpiewała te swoje dramaty. Nie lepiej zapadł w ucho jej mąż, czyli Admeto - Yann Beuron.  Nad tenorem śpiewającym Evandra zastanawiałam się, skąd ma takie imię - Stanislas de Berberyac - prawda, że niecodzienne jak na Francuza? Bardzo ładnie śpiewał baryton Florian Sempey i to w dwóch partiach - jako Apollo i Herold.  Mocne wrażenie robił Jean-François Lapointe - baryton - w partii Arcykapłana.  I jeszcze niejaki François Lis - znowu takie "polskie" nazwsko - bas -  jako Tanatos. Tak więc słuchałam sobie, słuchałam, Marc Minkowski dyrygował, ale niezbyt zapadło mi w pamięć. Może poza rzeczywiście niezywkłą Uwerturą.Tylko nie znalazłam tego wykonania, więc posłużę się dawniejszym nagraniem, chyba jednak lepszym,  pod Sir Gardinerem i z Anne Sophie von Otter w partii Alkesty. Inna rzecz, że głos i sposób śpiewania  von Otter bardziej mi odpowiada. A ta Koch to jakaś dziwna jest, nawet porządnej daty urodzin nie ma, tylko dwie różne są podawane. Mieć problem z datą urodzin w XX wieku?! I to w drugiej połowie ubiegłego stulecia? Przecież nie urodziła się na bezludnej wyspie, gdzie nie ma kalendarzy.
Nieważne.
Uwertura jest świetna.



O, nieubłagane bóstwa...