sobota, 2 lutego 2019

Majonez na koncercie

       Wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie byłam na koncercie najstarszej polskiej orkiestry symfonicznej. Dopiero wczoraj udało mi się nadrobić ten żenujący brak w muzycznym obyciu.  Orkiestra Symfoniczna im. Karola Namysłowskiego (w skrócie "Namysłowiacy") powstała w 1881 roku jako Orkiestra Włościańska, gdyż założony i prowadzony przez Karola Namysłowskiego (1856 - 1925) w Chomęciskach zespół składał się z okolicznych włościan, czyli po prostu chłopów. Namysłowski po ukończeniu Instytutu Muzycznego w klasie skrzypiec i trąbki po paru latach rozwijania muzycznej kariery w Warszawie powrócił do rodzinnej miejscowości i tutaj nie tylko zgromadził wokół siebie utalentowanych wiejskich muzyków, ale z czasem swoją Orkiestrę Włościańską wprowadził na sale koncertowe Petersburga, Moskwy, Wiednia czy Pragi. Dzisiaj jej skład tworzą klasycznie wykształceni muzycy i pochodzenie społeczne nie stanowi wyróżnika, toteż od 2008 roku nosi nazwę Orkiestra Symfoniczna im. Karola Namysłowskiego z siedzibą w Zamościu, a dokładniej w zabytkowej bramie lwowskiej wchodzącej w skład dawnych murów obronnych okalających zamojską Starówkę. Bramy lwowskie są dwie, starsza doczepiona jest do bastionu VII, a nowa z lat 20. XIX wieku posiada za sobą budynek, który dziś jest siedzibą i salą koncertową orkiestry. Zabytkowość obiektu sprawia, że jest kameralny, niski, a części dla publiczności oraz podium dla muzyków właściwie są prawie jednakowej powierzchni. Widzowie z pierwszego rzędu mają muzyków na wyciągnięcie ręki, no, powiedzmy na długość smyczka, zwłaszcza wiolonczeli.
       Koncert Swing, swing, swing składał się, jak na czas karnawałowy przystało, z wielkich przebojów ery swingu i musicali. Wierzę dyrygentowi i konferansjerowi zarazem - Tadeuszowi Wicherkowi - że to naprawdę były największe przeboje, bo sama znawczynią musicali nie jestem (no przecież nie można znać się na wszystkim!) Przynajmniej wiedziałam, o kim mowa, gdy zapowiadano piosenki czy kompozycje intrumentalne Cole Portera, Duke`a Ellingtona, Glenna Millera, Freda Astaire`a, Franka Sinatry i Marilyn Monroe. Nawet dwie piosenki kojarzę: "Deszczową piosenkę" i "Diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny". Znałam nawet więcej, tylko kompletnie tytułów nie rozpoznaję. Bo przepraszam, ale gdyby te tytuły były klasycznie jak arie w operach po włosku, to dałoby się zapamiętać, ale ten barbarzyński angielski jest nie do zapamiętania. I chociaż jako "Frank Sinatra" wystąpił Jarosław Kozielski, a w postać "Marilyn Monroe" wczuła się jej piosenkami Sylwia Przetak, to przecież śpiewali w języku oryginału.
       A dla mnie i tak najcudowniejsza była orkiestra (poza "Deszczową piosenką" oczywiście!) Zdecydowanie wolę symfoniczne wersje, nawet jeśli mają to być oskarowe hity, jak rozmowa doktora Dolittle ze zwierzętami. Na nic przeboje i popularność musicali, gdyby nie ... kontrabasy. One robią wszystko: tło, smaczki, tajemniczość, gębię i magię. O, właśnie, fundament!


   
 Ale wróćmy do tematu. No nie mogłam sobie pośpieewaaać. Wolałam się zasłuchać. W kontrabasach też, aczkolwiek na koniec maestro Wicherek przedstawił ziomala grającego na perkusji. Nazywał się Gienek Krupa (Gene Krupa), był dziewiątym dzieckiem swoich rodziców i wprowadził do studia nagraniowego współczesną wersję perkusji. Tak więc mamy swój polski wkład w muzykę swingu, jazzu i historię rozwoju nagrań płytowych.



      Nie, no znowu nie to! Fragment instrumentalnych wariacji w "Sing, sing, sing" oczywiście był, a jakże, ale piosenki miały być przede wszystkim. Więc Sinatra.



     Nie, tego też nie było. Niech to... Moja znajomość musicali kuleje strasznie. Ale to BYŁO! Gene Kelly w deszczu:


To znaczy śpiewał Jarosław Kozielski, a deszcz padał, gdy wracałyśmy po koncercie. WracaLIśmy, bo był jeszcze majonez. Prawdziwy, w słoiczku, nieodkręcany, w torebce. Objechał z nami na koncert i z powrotem. I czemuś ta torebka była taka ciężka. Ale wyjaśniam - to nie była moja torebka! Ja wożę książki ;-)