poniedziałek, 6 lipca 2026

Rozmyślania o poranku

       Nie żyje. Dlaczego nie żyje? Bo umarł. Dlaczego umarł? A któż to może wiedzieć! Może znudziło mu się żyć. Może był chory. Chory na świat i wszystko. Nie, nie można być chorym na wszystko. Niektórzy mówią, że boli ich dusza. Może i jego bolała. Więc zachorował na duszę albo na świat. Taka nowa jednostka chorobowa. Umarł, bo chorował, albo umarł, bo chciał. Znudziło mu się żyć. Znudziło mu się w ogóle wszystko. W sumie, tak patrząc z dystansem, życie jest nudne. Coś tam się dzieje, człowiek rzuca się tu i tam, próbuje tysiąca rzeczy, chce nie wiadomo czego, coś tam czasami się uda zrobić, osiągnąć, a wszystko przemija i dalej jest jałowo. Nudne to. Ileż można robić w kółko to samo? Wstawać, ubierać się, marnować czas na żarcie i wydalanie, sprzątać, rozmawiać... Najpierw uczyć się ileś lat, żeby potem pracować przez dziesiątki lat, a potem na emeryturze szukać sobie zajęcia, żeby się nie nudzić. I tak aż do końca. Nudne to. Myślę, że większość wynalazków powstała z nudów. W takich chwilach, gdy ktoś szukał sposobu na zajęcie się czymś, żeby nie umrzeć z nudów. To byłoby głupie: umrzeć z nudów. Co innego umrzeć na świat. To najlepsze wyjście, bardziej eleganckie. I takie arystokratyczne: UMRZEĆ NA ŚWIAT. Jak już trzeba, to przynajmniej niech to brzmi zamaszyście. Właściwie to znaczy wypiąć się na świat. Ha, ha, ha!  Swoją drogą, jak ktoś uważa, że go boli dusza, to przynajmniej czuje, że ją ma. To ciekawe, dusza nie ma ciężaru, ale gdy dusza boli, to nagle staje się ciężka i nie chce się wstać z łóżka, nogi ciężkie, wszystko ciężkie, jakby nabrało wagi wieloryba. Nic tak nie zmienia ciężaru życia jak ból. Wtedy wiele rzeczy i wiele spraw nabiera wagi. Albo traci na wadze. Wagi nabierają codzienne zwykłe czynności a na wadze tracą przerośnięte ambicje, aspiracje, zabieganie. O, właśnie! Nie tylko czas jest względny, jak udowadniał Einstein. Ciężar też jest względny, choć ciągle działa ta sama grawitacja. Ale nawet grawitacja nie pomoże utrzymać się w pionie, gdy ktoś chce się położyć na dobre. Tak do spodu, wypróbowując szorstkość podłoża. Ciekawe doświadczenie, którym z nikim się nie podzieli. Zresztą, po co? W ciągu życia zbiera się tyle doświadczeń, tyle wrażeń, a i tak nic z tego nie zostaje. Jeśli życie płynie jak rzeka, to człowiek jest jak sito, przez które ta woda się przelewa. Niczego nie potrafi zatrzymać. Więc może tylko śmierć jest naprawdę nasza własna i wreszcie trzymamy coś w garści.  

wtorek, 30 czerwca 2026

Polska tradycja Matki Boskiej Jagodnej

       Święto Matki Boskiej jagodnej wywodzi się z polskiej tradycji ludowej. Obchodzone 2 lipca połączone było z uroczystością Nawiedzenia świętej Elżbiety przez Najświętszą Maryję Pannę. Nawiedzenia, czyli udania się Maryi do świętej Elżbiety (matki świętego Jana Chrzciciela), która - według słów Archanioła Gabriela - była już w szóstym miesiącu ciąży. Maryja udała się do swojej krewnej wspomóc ją w tym okresie, a droga była daleka, ok. 150 km. Według legendy w drodze Matka Boża żywiła się leśnymi jagodami. 

      Święto Nawiedzenia zostało ustanowione w 1262 roku przez świętego Bonawenturę dla zakonu Franciszkanów, a w 1389 wprowadzone przez papieża Bonifacego w całym Kościele. Do 1969 roku święta Nawiedzenia i Jagodnej były obchodzone razem tego samego dnia, czyli 2 lipca. W 1969 roku papież Paweł VI przeniósł święto Nawiedzenia na 31 maja i odtąd Święto Matki Bożej Jagodnej zostało samo w dawnym lipcowym terminie. 

     Święto Jagodnej to polska tradycja związana ze zbiorem leśnych jagód. Chodzi o czarne jagody, czyli borówkę czarną, których zbiór przypada na koniec czerwca i początek lipca. Jednak tradycja głosi, że do 2 lipca nie należało zrywać jagód, ale też innych krzewiastych owoców, jak agrest czy porzeczki. Zakaz ten szczególnie przestrzegały kobiety w ciąży wierząc, że zapewni on zdrowie nienarodzonym jeszcze dzieciom. Tutaj myślę, że wierzenia zostały powiązane z czysto botaniczną obserwacją, że wcześniej te owoce mogą nie być całkiem dojrzałe i ich zjedzenie może przynosić szkodę dla organizmu, doprowadzając do rozstroju żołądka, wymiotów, bolesnych torsji i skurczów, a w konsekwencji w skrajnych przypadkach do poronienia. Dawniej nie znano jeszcze medycznego uzasadnienia dla szkodliwości niedojrzałych owoców, dlatego wiązano je z religijnym uzasadnieniem, co nie zmienia faktu, że reguły te miały efekt zdrowotny. 

      Niemniej Święto Matki Boskiej Jagodnej znalazło swoje stałe miejsce w kulcie religijnym, obyczajowości i nawet literaturze. Piękny wiersz napisał na przykład Leopold Staff:

Matka Boska Jagodna, Panienka Maryja,

która owocnym, rodnym drzewom sprzyja,

chodzi po sadzie kwitnącym i śpiewa,

pocałunkami budząc w wiosnę drzewa.

Nocą wieśniaczki jej śpiew słyszą we śnie,

wieść, aby jagód nie jadły przedwcześnie,

każdą jagodę z ust matce odjętą

da zmarłym dziatkom Panna w Jagód święto. 


       W Polsce w wielu miejscowościach Święto Matki Boskiej Jagodnej obchodzone jest nadal a nawet są sanktuaria, w których tego dnia odbywa się odpust. Jednym z nich jest sanktuarium maryjne w Krasnobrodzie. Tradycyjnie idą tam z okolic pielgrzymki. Na terenach, gdzie zbiory jagód leśnych są coroczną tradycją i sposobem zarobku - jagody można sprzedawać w punktach skupu - obchodzone są nawet lokalne święta jagodziaków, podczas których organizuje się jarmarki produktów lokalnych, prezentowane są pieśni ludowe i inne atrakcje. Znam dwie takie jagodne uroczystości: w miejscowości Bukowa na Lubelszczyźnie i w Horyńcu w woj. podkarpackim. 

      Sama postać Matki Bożej Jagodnej nabrała symbolicznych znaczeń, utrwalona w obyczajowości i tradycji doczekała się upamiętnienia we współczesnej poezji i muzyce popularnej, czego przykładem jest przepiękna pieśń w wykonaniu chóralnym z solistą Maciejem Miecznikowskim. Przyznaję, że mocno mnie to wykonanie wzruszyło w dużej mierze za sprawą wspaniałego głosu solisty.


Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
to Ty dojrzewających jagód czerwień
zanosisz w niebie dla dzieciaków, 
którym kostucha życie przerwie
nim da spróbować jagód smaku.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
tak łatwo potknąć się o kamień,
tak łatwo o kamienia brak,
choć nie chcę to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak,
tak łatwo nie trafić przypadkiem
do oczu, gdy z innej są gliny,
gdy słów brak mogących być kładką
nad przepaścią serca dziewczyny.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
kiedy czerwienisz owoce jagód,
zmień jej oczy, co od szronu chłodne,
zmień jej śmiech, co wężowym jadem,
w słowa, które kochania są głodne.

Matko Boska Jagodna,
Matko Boska Jagodna,
jak trudno już nigdy nie wstawać,
jak trudno co dzień rano wstać,
daj, Boże, by zamiast dostawać,
tej jednej móc cały świat dać,
tak trudno potknąć się o kamień,
tak trudno o kamienia brak,
choć nie chcę, to bez końca ranię,
raz piołun, raz borówek smak.

Matko Boska Jagodna
Matko Boska Jagodna
kiedy czerwienisz owoce jagód....itd.

Słowa: Zbigniew Książek
Muzyka: Bartłomiej Gliniak

wtorek, 23 czerwca 2026

Dyrygent

      Ostatnio w komentarzach pojawił się wątek słynnej kompozycji Ravela Bolero. Kiedyś czytałam, że jest to jeden z najczęściej granych utworów na świecie. Nie da się zaprzeczyć, że znają go nie tylko miłośnicy muzyki klasycznej. 18 powtarzanych w kółko taktów mogłoby być nudne, ale nie jest. Za każdym razem, gdy włączam Bolero, obiecuję sobie, że tylko kilka chwil i zaraz wyłączam. No bo ileż razy można?! I za każdym razem słucham do samego końca. Ta powtarzalna sekwencja przejmowana przez kolejne instrumenty, a na koniec rozbrzmiewająca całą orkiestrą jest wprost hipnotyzująca. 

      A jeszcze gdy ma się w pamięci kilka rewelacyjnych wykonań baletowych na czele z równie hipnotyzującą choreografią Maurice`a Bejarta, (w której tańczyła między innymi primabalerina Maja Plisiecka) tym bardziej aż trudno uwierzyć, że tak prosta kompozycja zyskała właściwie status światowego kultowego przeboju. Dowodem na to było wybranie - oczywiście skróconej wersji - utworu do zwycięskiego tańca na lodzie przez parę Torvill - Dean, którzy zdobyli olimpijskie złoto w 1984 roku. 

        Być może więc mając w pamięci muzykę, słysząc ją, zmieńmy perspektywę i zamiast koncentrować się na orkiestrze, popatrzmy na dyrygenta. Co z tą muzyką potrafi on zrobić. Czy dla dyrygenta Bolero jest bardziej wyzwaniem, czy raczej przyjemnością? A może jednym i drugim? Czy dyrygent prowadząc orkiestrę  myśli więcej o słuchaczach, czy raczej o kompozytorze, jego pomyśle kompozycyjnym i autonomii muzyki wobec świata?

     W każdym razie Sergiu Celibidache z dyrygowania Bolerem zrobił osobny spektakl, który równie magnetyzująco przykuwa uwagę, jak sama muzyka. Klip ten zamieszczałam już kilka lat temu, ale nie odmówię sobie tej przyjemności, że obejrzę i zamieszczę go ponownie z dedykacją dla wszystkich tych, którzy kochają Bolero. 

czwartek, 18 czerwca 2026

Moc bębnów

     Poszłam sobie na koncert bębnienia. Wielkie, ogromne, prawie dwa metry średnicy, stać wokoło i bębnić na jednym może z dziesięć osób jednocześnie. Kto miał ochotę, mógł sam spróbować, zanim doszło do końcowego koncertu. Powiem wam: wielka moc jest w bębnie. A już w kilku tak wielkich, na jakich gra Orkiestra Wielkich Bębnów, to już supermoce są prawie jak mistrzów Jedi. Bębnienie było słychać z daleka, więc i trafić nie było trudno. I wcale nie było to nazbyt głośne, bo był rytm, był znajoma nuta, był śpiew. Członkowie orkiestry bębnili z zapałem wcale nie odbębniając swojego zadania. Powstałą z tego całkiem ciekawa muzyka o zamierzchłych ludowych, może nawet jakichś prasłowiańskich rytmicznych tańcach. Było w tym coś pierwotnego i magicznego zarazem. Myślę, że takim bębnieniem naprawdę można by było wzywać słońce przed świtem i wybębnić kolejny dzień. 

    Na klipie nie jest to ten koncert, na którym byłam, ale daje przedsmak wrażeń. Z koncertu, na którym byłam nie znalazłam nagrania, a szkoda. 

środa, 10 czerwca 2026

Klezmerskie trio

     Najwyższy już czas rozpocząć sezon koncertowy.  Gdy filharmonie, teatry, opery właśnie kończą programowy sezon, zaczęłam rozglądać się za letnimi propozycjami. Znalazłam koncert zespołu, którego słucham już od kilkunastu lat, ale nigdy nie udało mi się zobaczyć i posłuchać na żywo. Wreszcie nadarzyła się okazja. 

     Kroke w języku jidysz znaczy Kraków. Zespół został założony przez trzech absolwentów krakowskiej Akademii Muzycznej (Tomasz Kukurba, Jerzy Bawoł, Tomasz Lato) w 1992 roku. Trzon stanowi więc trio muzyków grających na altówce, akordeonie i kontrabasie. Altowiolista gra też na flecie i czasami śpiewa, choć zespół w zasadzie ma charakter instrumentalny. Współpracowali jednak z wieloma różnymi śpiewającymi wykonawcami. I wtedy zmieniał się nieco charakter ich muzyki. Podstawą jest muzyka klezmerska z elementami etnicznymi, folkowymi, jazzowymi. Tworzyli też muzykę do filmów i spektakli teatralnych. 

     W ostatnią niedzielę zespół wystąpił w Zamościu na zakończenie Jarmarku Hetmańskiego na Rynku Wielkim obok Ratusza. Przy tej okazji okazało się, że jeden z członków zespołu (chyba Kukurba, o ile zdołałam dobrze usłyszeć i zapamiętać) współpracował z pochodzącym z Zamościa Markiem Grechutą. 

      Żywiołowy i mocno w charakterze klezmerskim koncert niósł dalekie echa muzyki tęsknej, a zarazem energicznej, radosnej, a zarazem nostalgicznej, pustynnego płaczu i wędrówki. Tak to właśnie odebrałam. Zespół przypomniał swoje dawne przeboje i nowsze fragmenty większych kompozycji, jak np. muzykę ze spektaklu Rejwach, granego w Teatrze Żydowskim w Warszawie.  Nogi same chodziły i wybijały rytm u wielu obecnych na widowni. 

      Słuchając aż chciało się gdzieś powędrować w daleki świat, poszukać pierwotnych źródeł sztuki.  Tymczasem zaś spojrzałam na okalające Rynek kamienica - na samym szczycie  okna poddaszy były otwarte na oścież, choc zasłonięte storami lub zasłonami od słońca. Ktoś tam jednak także słuchał, bo nagłośnienie było potężne. Część słuchaczy usadowiła się na wysokich schodach prowadzących do Ratusza. Stamtąd mieli widok na cały plac i mogli też słuchać. Ja grzecznie zasiadłam na krzesełku przed sceną. Był już wieczór i słońce nie paliło tak mocno. 

      Przypomniałam sobie, jak pierwszy raz usłyszałam o zespole w radiu. Nagrywali wtedy i występowali z pieśniarką z Mongolii Urą  Chahar Tughi. Później jeszcze słuchałam ich w różnych transmisjach z festiwali. No i teraz udało się na żywo nie tylko posłuchać, ale i zobaczyć. Patrzenie poszerza wrażenia słuchowego odbioru muzyki. Widać, jak muzycy tworzą jeden organizm ze swoimi instrumentami. Czułość i wirtuozeria idą w parze. Jeszcze mam w uszach tęskne dźwięki akordeonu, głębokie rytmy kontrabasu i długie, szerokie melodie altówki. 



czwartek, 4 czerwca 2026

Procesyjnie

      W 1264 roku papież Urban IV bullą Transiturus de hoc mundo oficjalnie ustanowił święto Bożego Ciała. Jednocześnie papież poprosił św. Tomasza z Akwinu o napisanie pieśni na uczczenie nowego święta. Akwinata napisał pięć utworów: Adoro te devote (Zbliżam się w pokorze, tłum. ks. L Skowronek), Lauda, Sion, Salvatorem (Chwal, Syjonie, Zbawiciela, tłum. ks. T. Karyłowski), Pange, lingua, gloriosi (Chwal, języku, tajemnicę,  było kilku tłumaczy, ale śpiewa się według ks. Karyłowskiego), Sacris solemniis (Z dniem świętym, tłum. L. Staff), Verbum supernum (Słowo najwyższe, tłum. ks. T. Karyłowski). Niektóre fragmenty hymnów usamodzielniły się jako odrębne pieśni wykonywane dosyć często i nie zawsze pamięta się, że wywodzą się ze święta ku czci Bożego Ciała, a ich autorem jest św. Tomasz z Akwinu. I tak ostatnie dwie zwrotki Pange, lingua śpiewane są podczas adoracji Najświętszego Sakramentu jako Przed tak Wielkim Sakramentem (Tantum ergo Sacramentum), a z kolei na zakończenie adoracji wykonuje się O Zbawcza Hostio (O Salutaris Hostia), co jest ostatnim fragmentem hymnu Verbum supernum. Słowa obu pieśni w tłumaczeniu ks. Karyłowicza. 

       W Polsce święto przyjęło się od XIV wieku, zyskując szczególnie bogatą oprawę procesyjną: sypanie kwiatów, feretrony, ołtarze. Układa się słynne kwietne dywany w Spycimierzu i innych miejscowościach. Dawne procesje szczególnie na Podhalu czy łowickie gromadziły ludność w ludowych strojach. 

      Klasyczne wersje hymnów oraz muzyczne wersje wybitnych kompozytorów zamieszczałam już w poprzednich latach: TUTAJ  i  TUTAJ . Dlatego dzisiaj coś innego i nowego. Owszem, kompozytor również znany, właściwie klasyk, ale - mówiąc potocznie - z innej bajki. Isaac Manuel Francisco Albéniz (1860 - 1909) był jednym z ważnych twórców hiszpańskiej muzyki narodowej. Był genialnym dzieckiem, studia w konserwatorium rozpoczął w wieku dziewięciu lat. Poza tym miał niespokojną duszę, dwa razy uciekał z domu, wyruszył w podróż na drugą półkulę do Ameryki Południowej. Mieszkał i komponował w różnych miastach Europy: od Barcelony i Madrytu, przez Londyn, Paryż i Niceę, a wraz z Lisztem, u którego doskonalił technikę pianistyczną, zwiedził Weimar, Pragę, Wiedeń, Budapeszt.  

      Dziełem życia Albéniza jest suita Iberia, skomponowana w latach 1905 - 1908, której jedna część nosi tytuł Corpus Christi en Sevilla (El Corpus en Sevilla). Suita  powstała na fortepian, lecz szybko doczekała się wielu różnorodnych transkrypcji na inne instrumenty (gitarę) i orkiestrowe. Jest to jakby muzyczny zapis atmosfery procesji na Boże Ciało w Sevilli. Kompozycja oddaje na początku radosne przygotowania i nastroje ludzi oczekujących na procesję, trochę ulicznego gwaru, przechodzących pokutników aż stopniowo się wycisza, ulica pustoszeje, nastaje podniosłe oczekiwanie i daleki odgłos kościelnych dzwonów. 

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Grały dwa Michały

     Michał Górczyński i Michał Marecki, czyli zespół Braty - laureaci Konkursu Muzyki Folkowej "Nowa Tradycja" 2026, na którym otrzymali Nagrodę Programu II Polskiego radia oraz Nagrodę Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca. 

       Nie umiem wyciąć kawałka z całego koncertu, więc Braty na początku, a potem lecą dalej inni laureaci. Braty występują mniej więcej od 12:30 do 21: 00. Można powiedzieć, że to taki folk psychodeliczny. Klarnet kontrabasowy niesamowity. Pierwszy raz słyszę w takiej odsłonie. Czy będzie płyta? Kupiłabym.

piątek, 29 maja 2026

Kontakty pozorowane

       Przeczytałam kiedyś anegdotę o Sokratesie (być może to było u Diogenesa Laertiosa, ale nie jestem pewna), że gdy ktoś go zatrzymał na ulicy, chcąc pilnie coś opowiedzieć, filozof zadał trzy pytania:

- Czy od tego, co chcesz powiedzieć, zależy czyjeś życie?

- Czy to, co chcesz mi powiedzieć, posłuży do mojego lub twojego rozwoju?

- Czy wiedza o tym, co chcesz powiedzieć, jest niezbędna do życia? 

Na wszystkie pytania rozmówca Sokratesa odpowiedział "Nie". 

- Więc mnie nie zatrzymuj i nic mi nie mów - odparł Sokrates. 

       Gdyby tak zastosować tę metodę do tego, co czytamy. Do tego mnóstwa książek, które nie zasługują na poświęcany im  czas. Tak samo potrzebna by była selekcja tego, co czytamy w Internecie. Tego, co oglądamy i słuchamy: w telewizji, radiu. 

       Gdyby tak zastosować tę metodę w codziennych kontaktach. Ileż czasu zaoszczędzilibyśmy na codziennych rozmowach o niczym. Nie rozumiem, jak można godzinami gadać przez telefon i wałkować w kółko te same tematy. Tak samo nużą mnie długie posiadówki przy stole, tematy kończą mi się po pół godzinie i dalej to już tylko znużenie, zwłaszcza, że niektórzy mają stały repertuar wątków. W rozmowach powtarzają się wciąż te same treści. Nic nowego, żadnego rozwoju, pogłębienia.

        Kierat - to właściwe słowo na określenie zachowania kogoś, kto kręci się w kółko. Także w sensie mentalnym. Pozornie rozważa, rozmyśla, dyskutuje, a w rzeczywistości błądzi po kole, zapętla się w sobie, powtarza schematy, wytrychy, stereotypizuje rzeczywistość. 

       Umiejętność ostrej selekcji bodźców do pewnego stopnia mamy wrodzoną, to specyfika działania mózgu. Lecz cywilizacja znacznie przerosła pierwotne naturalne możliwości organizmu i trzeba się uciec do narzędzi bardziej skutecznych. Przydałby się brzytwa Ockhama nie tylko w wyjaśnianiu zjawisk, ale i eliminowaniu w naszym życiu tego, co niczemu nie służy. 

       Może być naprawdę ostro, gdyby zechcieć zastosować tak dosłownie. Całe fury książek bezużytecznych na przemiał, całe pliki nijakich filmów do wymazania, terabajty pamięci o bzdurach do skasowania. Dziesiątki tysięcy pseudodziennikarzy na bruk, wszystkich tak zwanych influencerów do pracy, a polityków... w kosmos. 

       No a w codziennym życiu kilka znajomości by się skończyło, kilka kontaktów urwało, kilka numerów telefonów skasowało.  Ale przecież każdemu zależy na tym, żeby życie było prawdziwe, a nie złożone z pozornych aktywności okraszonych płytkosłowiem, czyż nie? 

niedziela, 24 maja 2026

Veni, Creator Spiritus

       Zesłanie Ducha Świętego, Pięćdziesiątnica, Zielone Świątki... Obowiązkowo śpiewa się Hymn do Ducha Świętego - Veni, Creator Spiritus. Tekst, właściwie anonimowy, choć autorstwo przypisywane jest benedyktyńskiemu mnichowi Hrabanowi Maurowi, pochodzi z IX wieku. Poza tradycyjną chorałową śpiewaną wersją muzykę do niego komponowali wielcy kompozytorzy kolejnych epok aż do czasów współczesnych. Gustav Mahler włączył słowa hymnu do monumentalnej VIII Symfonii, zwanej Symfonią Tysiąca. Maurice Duruflé, zmarły w 1986 r. francuski organista i kompozytor, napisał organową wariację na temat chorału Veni, Creator Spiritus. Tym razem jednak sięgnę do utworu wcześniejszego. 

       Niccolo Jommelli (1714 - 1774) to włoski kompozytor, autor wielu oper komponowanych na zamówienie dla włoskich miast, między innymi Bolonii, Ferrary, Padwy, Neapolu, Rzymu, Wenecji. Komponował również oratoria i kantaty oraz utwory religijne. Z dosyć słabo udokumentowanych źródeł wynika, że przez pewien czas przebywał w Wenecji, potem zaś w Rzymie. Następnie przez piętnaście lat pełnił funkcję kapelmistrza u księcia Karla Eugena Wirtemberskiego w Stuttgarcie (1753 - 1768), gdzie w 1763 roku podczas swojej podróży odwiedził go Wolfgang Mozart podróżujący z ojcem Leopoldem. Ostatnie lata życia spędził w Neapolu, gdzie zmarł. 

      Utwór Jommellego powstał w okresie pobytu kompozytora w Rzymie w latach 1750 - 1753.  Trzyczęściowa kompozycja została napisana na sopran solowy, chór mieszany, orkiestrę smyczkową i continuo. Uwagę zwraca zwłaszcza dominująca, dynamiczna i wirtuozowska partia solowa sopranu. Spośród kilku wysłuchanych nagrań to wydaje mi się najbardziej przystępne dla ucha. 

piątek, 15 maja 2026

Między tekstem a pieśnią

      Władysław Żeleński (1837 - 1921) komponował utwory orkiestrowe, opery i pieśni. Do dziś w żelaznym repertuarze wykonawców znajdują się jego pieśni skomponowane do słów wybitnych polskich poetów: Kazimierza Przerwy - Tetmajera (A kiedy będziesz moją żoną), Zygmunta Krasińskiego (Elegia), Józefa Ignacego Kraszewskiego (Pieśń Jaruhy), Marii Konopnickiej (Na fujarce), Adama Mickiewicza (Te rozkwitłe ciche drzewa) i wielu innych. W dorobku kompozytora znajduje się między innymi Pieśń majowa do słów Mariana Gawalewicza. Zapis partytury  z tekstem w języku polskim i niemieckim ukazał się ok. 1900 roku w wydawnictwie Gebethnera i Wolffa. 


Utwór na chór i głosy solowe jest chyba rzadko wykonywany, bo nie udało mi się znaleźć nagrania. Dlatego niejako w zastępstwie do posłuchania kompozycja do wiersza Przerwy - Tetmajera Na Anioł Pański biją dzwony.

piątek, 8 maja 2026

Chełmszczyzna górą!

      6 maja ogłoszono laureatów 51. edycji Nagrody im. Oskara Kolberga. Aż w dwóch kategoriach doroczne nagrody za zasługi dla kultury ludowej przyznane zostały twórcom, właściwie twórczyniom z Chełmszczyzny. W kategorii pierwszej dla śpiewaków, twórców rękodzieła i budowniczych instrumentów muzycznych nagrodę otrzymała Halina Romanowska z miejscowości Żmudź oraz w kategorii III dla poetów i pisarzy nagrodę przyznano poetce Halinie Graboś z miejscowości Kamień. Obie miejscowości znajdują się w powiecie chełmskim, który - jak widać - kulturą ludową stoi. 

     Trochę trudno znaleźć nagrania Haliny Romanowskiej, ale w końcu się udało. Nagranie dokonane daleko od Chełmszczyzny, bo w Szczecinie, gdzie odbywał się Turniej Muzyków Prawdziwych. Przepiękne wykonanie pieśni ludowej zdobyło wówczas III nagrodę, a pieśniarka jest też laureatką I i III nagrody w Ogólnopolskim Przeglądzie Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. 


      Natomiast jeśli chodzi o twórczość Haliny Graboś, to od lat jestem wielbicielką jej poezji, mam jej tomiki, o których pisałam na poprzednim, nieczynnym blogu: Okolice książek. Podam więc tylko linki do dawnych wpisów:


sobota, 2 maja 2026

Kocham.... Zelenkę!

      Maj - czas na majówek. Majówki przy kapliczkach gdzieś koło polnej drogi, na skraju wsi, lasu, łąki. Jest taka kapliczka nawet z ławeczkami pod obszernym zadaszeniem prawie przy ostatnich zabudowaniach we wsi. Pamiętam, pachniały bzy, gdy zgromadzeni mieszkańcy śpiewali Litanię loretańską. To było dawno, z upływem lat coraz mniej osób przychodziło, a dziś loretańskie majówki przeniosły się do kościoła. To już nie to, nie ta atmosfera. Śpiewom nie wtórują ptaki, wiatr nie rozwiewa włosów. Trochę żal, że zanika piękny zwyczaj modlitewnego hołdu na łonie natury. Najpiękniejsze pieśni ku czci Maryi mają w treści wezwania do przyrody: ".Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone.... chwalcie z nami Panią świata..." - jak to śpiewać w murach kościoła, a nie na łonie przyrody? 

     Mam kilka nagrań Litanii loretańskiej, wiele też różnych słuchałam, melodię do niej komponowali także najwięksi kompozytorzy. Brakuje mi jednego - dawnego wykonania z pewnego kościoła, w którym ksiądz proboszcz - były chórzysta seminaryjny - śpiewając z wiernymi włączał się drugim głosem. Harmonia powstawała niezwykła. Uwielbiałam słuchać. Nigdzie i nigdy już nie słyszałam takiego wykonania. I nie posłucham, bo ten ksiądz już nie żyje. 

     Wykonanie tradycyjne


Kompozycja Mozarta - pierwszy z czterech utworów litanijnych, jakie napisał


I w charakterystycznym dynamicznym przejmującym, wirtuozowskim  stylu kompozycja Jana Dismasa Zelenki, jedna z kilku jego wersji tej litanii 

środa, 22 kwietnia 2026

Tam, gdzie Mickiewicz...

 



       Budynek na ulicy Saint-Pierre, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz podczas pobytu w Lozannie w latach 1839 - 1840. Rysunek Stanisława Witkiewicza zamieszczony w "Wędrowcu" z 1884 roku.

         Obecnie ulica nosi nazwę Rue du Bourg, a dom nosi numer 19. W 1916 r. (lub 1917) odsłonięto tablicę upamiętniającą pobyt Mickiewicza, jednak znajduje się ona gdzie indziej -  na Rue de la Grotte 1. Jedyne zdjęcie tej tablicy, jakie znalazłam w Internecie, jest bardzo nieczytelne, z tego względu nawet nie wiem, czy tablica do dzisiaj istnieje. 


          Była też jeszcze inna tablica, właściwie nawet wcześniejsza, ufundowana na stulecie urodzin poety w 1898 roku. Uroczyste obchody zostały zorganizowane 24 grudnia 1898 roku w budynku dawnej Akademii Lozańskiej, gdzie wykładał Mickiewicz. Tablicę wówczas uroczyście odsłonięto, jednakże nie została ona tam zamieszczona na stałe. Gdzie się znajduje obecnie, nie wiadomo. Słuch o niej zaginął. 


Tablica pamiątkowa z obchodów stulecia urodzin poety w Lozannie - 24 grudnia 1898 roku. 
Niestety, nigdzie nie ma informacji, kto ją zaprojektował i wykonał. Jedynym źródłem informacji o przebiegu uroczystości jest oficjalne sprawozdanie komitetu organizacyjnego, w którym nazwisk autora i wykonawcy nie podano. 


Z tego wynika, że trzeba osobiście udać się do Lozanny i wszystko naocznie sprawdzić: są tablice czy nie, gdzie i w jakim stanie. 

czwartek, 16 kwietnia 2026

Wiwat, Agatha!

       "Rewia", dodatek do "Głosu Porannego", z 16 kwietnia 1938 roku zamieszcza teksty autorów światowej literatury. Wśród nazwisk pojawiają się między innymi: Andre Maurois (1885 - 1967), Tristan Bernard (1866 - 1947), Karel Čapek (1890 - 1938) i Agatha Christie (1890 - 1976). Wydanie "Rewii" zamyka opowiadanie Christie Mieszkanie nr 4. 


       Oryginalnie opowiadanie ukazało się pod tytułem Perypetie z tanim mieszkaniem w 1924 roku w zbiorze Poirot prowadzi śledztwo. Faktycznie chodzi w nim o mieszkanie mające nr 4, więc - jak widać - w publikacji prasowej taki też nadano tytuł. 
     Nie była to oczywiście jedyna publikacja twórczości Agathy Christie w polskiej prasie i na polskim rynku. W 1965 roku "Sztandar Ludu" drukował w odcinkach powieść Zerwane zaręczyny (1940). 


O skali popularności królowej kryminału świadczą liczne wydania książkowe na przestrzeni lat powojennych. W latach 1944 - 2010 Christie zajmowała miejsce tuż za Szekspirem - liczba jej wydań wynosiła ponad 300. Z kolei w węższym okresie, po transformacji ustrojowej, w latach 1991 - 2010 Christie wysunęła się na prowadzenie i wśród pisarzy obcojęzycznych zajęła pierwsze miejsce z liczbą wydań ok. 280.  
      Myślę, że dzisiejsze rankingi nadal ukazywałyby jej pozycję w czołówce, ponieważ po 2010 roku pojawiły się kolejne wydania jej książek. Mimo że ostatecznie po wielu latach zdecydowała się w Kurtynie uśmiercić swojego najwierniejszego detektywa, Poirota, to sama Agatha jest nieśmiertelna. 
     
      PS Mój ulubiony cytat z Poirota: "Nie mogę, naprawdę nie mogę samotnie przesiadywać całymi dniami w fotelu i rozmyślać o tym, jaki jestem cudowny. Potrzebny jest pierwiastek ludzki, potrzebny jest cudzy podziw".  

sobota, 11 kwietnia 2026

Mistrz organów

 


Dwudziestogłosowe organy Jana Śliwińskiego dla kościoła oo. franciszkanów w Krakowie zostały zamówione po tragicznym pożarze w 1850 roku, w którym spłonęła niemal cała świątynia. Prace trwały dwa lata i - jak wynika z zamieszczonej wyżej ulotki - 11 kwietnia 1880 roku miała miejsce uroczysta próba dźwięku, czyli w zasadzie odbył się koncert. 

     Jan Śliwiński  (1844 - 1903) był najlepszym i najbardziej znanym polskim budowniczym organów, którego firma znajdowała się we Lwowie. Stąd też zbudował organy dla kilku lwowskich kościołów: w Bazylice Wniebowzięcia i kościele Matki Bożej Śnieżnej. Zakład produkcyjny założony w 1876 roku szybko zdobył uznanie także dzięki nagrodom, jakie Śliwiński otrzymywał za swoje organy. W 1877 roku otrzymał medal zasługi na Krajowej Wystawie Rolniczej i Przemysłowej we Lwowie. Poszerzając zakres swoich usług Śliwiński zaczął produkować cieszące się popularnością fisharmonie sprzedawane nawet w Berlinie. W 1886 roku na wystawie w Czerniowcach zdobył pierwszą nagrodę, pokonując w rywalizacji producentów wiedeńskich. W 1887 roku zdobył także I miejsce i Nagrodę Rządową na Wystawie Krajowej Rolniczo-Przemysłowej w Krakowie.

      Organy Śliwińskiego ceniono za doskonałą harmonię, dopasowanie brzmienia głosów do wnętrza i przestrzeni. Oferował w swoim katalogu aż siedemnaście modeli instrumentu. Jan Śliwiński szlify organmistrzowskie przez dziesięć lat (1865 - 1875) zdobywał głównie we Francji, w paryskiej fabryce Cavaille-Cola, stąd też na jego organach najlepiej brzmi podobno muzyka francuska. Z lwowskiej fabryki Śliwińskiego pochodziły organy nie tylko we wspomnianej bazylice Franciszkanów, ale także - jedne z największych - dwudziestoośmiogłosowe w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie, a także w kościołach w Sanoku, w Krośnie, Łabuniach, Kętach, Przeworsku, Rakszawie, Bieczu, Szczebrzeszynie, Zamościu i wielu innych miejscowościach. Te dwa ostatnie instrumenty zostały ufundowane przez znanych arystokratów: dla Szczebrzeszyna organy ufundowali Konstanty i Maria z hr. Potockich księstwo Lubomirscy, a dla Kolegiaty Zamojskiej XV ordynat Maurycy hr. Zamoyski. 

      Nie wszystkie instrumenty Śliwińskiego przetrwały dziejowe zawirowania, kataklizmy, pożary czy wojny. Nadal można ich posłuchać między innymi w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie, Kolegiacie Zamojskiej, w katedrze łacińskiej Wniebowzięcia we Lwowie, w kościele Matki Bożej Szkaplerznej w Łabuniach, w kościele św. Wojciecha w Szymbarku. Poza Szymbarkiem, pozostałe wymienione (Zamość, Łabunie, Kraków, Lwów) słyszałam na żywo w różnych okolicznościach. 

Poniżej organy w Kolegiacie Zamojskiej - sprawdzanie brzmienia


A teraz UWAGA! Niespodzianka - historyczne organy Śliwińskiego z kościoła św. św. Piotra i Pawła w Tbilisi w Gruzji:

środa, 8 kwietnia 2026

O czytaniu i pisaniu w roku 1888

      Nie pierwszy to raz, gdy znajduję intrygujące, a może nawet i pouczające ciekawostki w dawnej polskiej prasie. Tym razem wpadła mi w oko "Gazeta Świąteczna" z 8 kwietnia 1888 roku prowadzona przez redaktora Hermana Benniego (1834 - 1900). Fryderyk Emanuel Herman Benni był ewangelickim pastorem, a także lektorem języka angielskiego i francuskiego, założycielem prywatnej szkoły męskiej, w której zatrudniał wybitnych polskich nauczycieli oraz jednym z inicjatorów budowy pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie na stulecie urodzin poety. Jednocześnie redagował w różnych okresach życia "Kurier Warszawski", "Ateneum" a także wspomnianą na początku "Gazetę Świąteczną". 

     W numerze 379. z 8 kwietnia 1888 roku "Gazety Świątecznej" mocnym i rzucającym się w oczy akcentem jest zachęta do pracy nad usprawnianiem umiejętności czytania i pisania po polsku. Trzyczęściowa - jak można zauważyć - reklama stopniuje te umiejętności i zachęca do dalszego ich pogłębienia w bardzo pomysłowy i motywujący sposób. 


Podoba mi się sformułowanie: "Kto umie już czytać, a chce się nauczyć pisać", a jeszcze bardziej trafne umieszczone niżej: "Kto pisać już trochę umie, niech się nauczy pisać poprawnie". Zwłaszcza to drugie - uważam - nie straciło na aktualności. Bo chociaż naukę czytania i pisania mamy od dawna obowiązkową, poprawność tekstów pisanych tu i ówdzie, nawet publicystycznych na portalach informacyjnych, przedstawia wiele do życzenia. Coraz więcej osób chciałoby zabłysnąć opublikowaniem swojej twórczości, ale pracy nad doskonaleniem polszczyzny raczej unikają, sądząc, że podstawy wyniesione ze szkoły podstawowej wystarczą, aby wielkim/-ką pisarzem/-rką zostać. 
      Na ostatniej zaś stronie gazety znajduje się lista aktualnych w tamtym czasie publikacji, które można zakupić. Uderza obecność wielkiej literatury. Są powieści i opowiadania  Kraszewskiego, Prusa, Konopnickiej, Orzeszkowej, publikacje naukowe, jak Jeske-Choińskiego oraz historyczne, podróżnicze a także  poradnik słynnej Ćwierciakiewiczowej pt. Cokolwiekbądź chcesz wyczyścić, czyli Porządki domowe za 40 kopiejek. I ta ostatnia pozycja bardzo by mi się przydała :-) 

niedziela, 5 kwietnia 2026

Buxtehude na Wielkanoc

          Najgłośniejsze wielkanocne fanfary słychać w kantacie Buxtehudego Dziś tryumfuje Boży Syn. Myślę, że kompozytorzy barokowi mieli jednak fantazję, której dzisiaj mało kto dorównuje. Dietrich Buxtehude (1637 - 1707) fascynuje mnie od dawna choćby z tego powodu, że to do niego do Lubeki według legendy pieszo udał się Jan Sebastian Bach, aby posłuchać jego muzyki.  Że Bach u Buxtehudego spędził kilka miesięcy to fakt, tylko z tą pieszą wędrówką nie do końca wiadomo, czy prawda. 

           Później Buxtehudego "zaśpiewał mi" Andreas Scholl (Muss der Tod denn auch entbinden), co przypieczętowało mój zachwyt kompozytorem. Fascynację zwieńczyło oczywiście zakupienie płyty, choćby z przejmującym Membra Jesu nostri w wykonaniu Schola Cantorum Basiliensis pod kierownictwem Rene Jacobsa. I tak już mi zostało, a ponieważ Buxtehude był wcześniej zanim nastał Bach, to Wielkanoc z muzyką Buxtehudego. 



piątek, 3 kwietnia 2026

Zelenka na Wielki Tydzień

     Psalm 51 - Miserere mei, Deus secundum nagnam misericordiam Tuam - jeden z najbardziej przejmujących psalmów Dawida. Z dzieciństwa pamiętam, jak śpiewaliśmy często na początku każdej mszy:

Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej,

i odnów we mnie moc ducha.

Obmyj mnie zupełnie z mojej winy

i oczyść mnie z grzechu mojego.... 

   Jan Dismas Zelenka skomponował muzykę do Psalmu 51 na liturgię wielkanocną, a właściwie Wielkiego Tygodnia. W naszej polskiej tradycji przyzwyczailiśmy się śpiewać i słuchać raczej pieśni pełnych bólu i rozpaczy: Ludu, mój ludu, Dobranoc, Głowo Święta itp. W porównaniu z nimi kompozycja Zelenki może wydać się zbyt... dynamiczna czy nawet skoczna. Zelenka posłużył się tutaj dużymi kontrastami i niemal brawurową konstrukcją. Ale czyż nie takie powinno być wołanie grzesznika o Boże miłosierdzie?

     Moja ulubiona kompozycja na Wielki Post i Wielki Tydzień: Jan Dismas Zelenka - Miserere c-moll ZWV 57.

Niestety, nie znalazłam tego w ulubionym wykonaniu Collegium 1704 i Collegium Vocale 1704 pod dyrygentem Vaclavem Luksem, a to są najlepsi na świecie specjaliści od Zelenki.  

Dlatego inne, najpierw taki początek, ta interpretacja jest zbliżona najbardziej do wykonania Collegium 1704, ale tylko kawałek znalazłam, sam początek


Tutaj całość, w innym wykonaniu, również dosyć dramatycznie dopracowanym

sobota, 28 marca 2026

Faure na Niedzielę Palmową

      Ale nie ten Faure, który jest znany bardziej (Gabriel Fauré - 1845 - 1924, kompozytor, organista, poza tym jego nazwisko ma "e" z kreseczką), tylko inny: Jean-Baptiste Faure (1830 - 1914), francuski śpiewak operowy, baryton. A przy okazji napisał dwie książki o śpiewie i skomponował kilka pieśni. Jedna z nich zyskała szczególną popularność i jest śpiewana do dzisiaj, ale nie wiem, czy u nas w Polsce także, bo nigdy jej nie słyszałam. Chodzi o hymn na Niedzielę Palmową - Les Rameaux

      Tu się pozżymam trochę, bo wszędzie jest mnóstwo nagrań i publikacji, ale po angielsku. Oryginał zaś był francuski, bowiem autorem tekstu był francuski poeta i dramaturg Jules Bertrand. Ze źródeł francuskich wynika, że żył bardzo krótko, w latach 1847 - 1875. Na język angielski  - The Palms - przetłumaczyła tekst Helen Tretbar, amerykańska pisarka, librecistka i tłumaczka (znała biegle francuski, niemiecki i włoski). Po francusku nagrał pieśń m.in. Enrico Caruso. Szukałam więc tekstu w oryginale i polskiego tłumaczenia bezpośredniego z francuskiego. Inaczej byłoby to tłumaczenie tłumaczenia... nie wiem, na ile odległe od pierwowzoru. I znalazło się! 

     Ale po kolei. Istnieje coś takiego jak IPA Source, czyli największa w sieci biblioteka Międzynarodowego Alfabetu Fonetycznego tekstów arii i piosenek. I tam znalazłam tekst francuski z tłumaczeniem dosłownym na angielski. (O dziwo! Francuska Wikipedia nie podaje dat życia autora tekstu, Bertranda, a IPA Source je zna - bardzo ciekawe). 


To znaczy przetłumaczone są tylko dwie linijki, żeby dostać całość, trzeba je zakupić. Ale mnie nie interesuje tłumaczenie na angielski, lecz na polski. I też się znalazło: wydanie partytury z 1880 roku z tekstem francuskim i w tłumaczeniu Maksymiliana Radziszewskiego na język polski - coś pięknego. 

Pierwsza strona partytury z tekstem w dwóch językach - 1880 r. Wydawca Gustaw Adolf Sennewald, Warszawa

Kwiatów i palm wśród naszych pełno dróg,
By uczcić dzień ten wielki i wspaniały,
Jezus się zbliża, otrze łzy swych sług,
Już wierny lud wygłasza hymny chwały.
O ludy, spieszcie hymny wznieść
I nich wasz głos wraz z naszym w niebo wzlata,
Hosanna, cześć, Panu cześć, 
Tak, chwała, cześć Zbawcy tego świata!

On słowo rzekł i ludy na ten głos
Wnet doszły praw wolnych tej ziemi dzieci,
I znowu ma, co komu wydarł los 
I światło znów dla wszystkich równo świeci.
O ludy, spieszcie hymny wznieść.....

Jeruzalem radości zapłacz łzą,
Wnet swobód dzień dzieciom twym zajaśnieje,
Bo z Betlejem Najświętsze Dziecię to
Wraz z nową wiarą niesie ci nadzieję.
O ludy, spieszcie hymny wznieść... 


Poniżej znalazłam wykonanie po francusku:


I taka wersja instrumentalna, koreańska:


Na koniec akcent polski:


Józef Ryszkiewicz, Na Palmową, pocztówka z 1920 roku

środa, 25 marca 2026

Muzyczny temat

    Co łączy barokowych kompozytorów Heinricha Bibera oraz Johanna Sebastiana Bacha, zmarłego w 2012 roku Jonathana Harveya i współczesnego nadal tworzącego amerykańskiego minimalistę Philipa Glassa? No, owszem, wszyscy są kompozytorami, ale nie o to przecież pytam. 

     Łączy dzisiejsze święto - wszyscy skomponowali utwory o Zwiastowaniu. Kompozycja Heinricha Ignaza Franza Bibera z 1676 roku jest pierwszą częścią skrzypcowych Sonat różańcowych, znanych też pod tytułem Sonaty misteryjne, które na wiele lat zostały zapomniane. Sam kompozytor nigdy ich nie opublikował i dopiero pod koniec XIX wieku odnaleziono rękopis. Pierwsza publikacja miała miejsce dopiero w 1905 roku. Jest to cykl piętnastu sonat na skrzypce i basso continuo odnoszących się do piętnastu tajemnic różańcowych. Pierwszą z nich zgodnie z kolejnością tajemnic różańca jest Zwiastowanie. 

    Bach skomponował dwie kantaty: Himmelskönig, sei willkommen (1714 r.) i Wie schön leuchtet der Morgenstern (1725 r.), w których obok tematu Zwiastowania pojawia się też nawiązanie do Niedzieli Palmowej. The Annuciation Jonathana Harveya zostało napisane w 2011 roku dla chóru St John College jako jeden z ostatnich utworów przed śmiercią. Jest to kompozycja chóralna do wiersza Edwina Muira i ma charakter bardzie pasujący do Adwentu niż Święta Zwiastowania, które przypada w Wielkim Poście. Utwór Philipa Glassa Annunciation ma charakter instrumentalny, jest to Kwintet fortepianowy nr 1 wydany w 2019 roku. 

      Wszystkich kompozycji wysłuchałam, a potem... wróciłam do pierwszej i najstarszej z nich. A jeszcze w takim wykonaniu! Rachel Podger - wybitna skrzypaczka specjalizująca się w wykonawstwie muzyki barokowej. 

poniedziałek, 23 marca 2026

Szukałam tego wiele lat

      Widowisko Gorzkich żali z Placu Defilad w 2007 roku. Oglądałam w telewizji, a potem przez wiele lat szukałam nagrań. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś to znajdę. Chór, znani aktorzy, ogromne lalki, rozmach, muzyka... Wszystko tu jest. Szukałam po latach nagrania, żeby jeszcze raz posłuchać i zobaczyć, zwłaszcza połączenie dawnego tekstu pasyjnego z teatralną formą lalkową. Uważam, że była to fantastyczna i przejmująca kreacja. 

      Pod poprzednim postem Ceramik zapytał, czy jakiś znany polski aktor śpiewa Gorzkie żale. Nie wiem, czy śpiewa teraz i gdzie, ale w tym wykonaniu biorą udział znani aktorzy: Krzysztof Globisz, Dorota Segda, Andrzej Grabowski, Jan Peszek, Danuta Stenka, Robert Więckiewicz, a sam tekst Gorzkich żali śpiewa Kinga Preis. 

       Słowa pieśni uzupełnione zostały scenami z pojmania Jezusa, osądzenia, ukrzyżowania. To, co opisują kolejne części nabożeństwa, zostało ukazane w powiązaniu z inscenizacją scen biblijnych, tworząc w efekcie ogromne misterium. Ogromne, ponieważ całość trwa prawie półtorej godziny. Ale warto obejrzeć.  

środa, 18 marca 2026

Polska tradycja pasyjna

      Gdy w wielu renomowanych koncertowych miejscach, jak filharmonie, opery i znamienitsze zabytkowe budowle sakralne w okresie Wielkiego Postu można posłuchać wybitnych kompozycji Bacha: Pasji wg św. Mateusza i Pasji wg św. Jana, w każdym nawet najmniejszym kościele śpiewa się Gorzkie żale. Podzielony na trzy części tekst opracował i napisał i wydał ks. Wawrzyniec Benik. Nabożeństwo po raz pierwszy zostało odprawione 13 marca 1707 roku w Kościele Św. Krzyża w Warszawie pod przewodnictwem ks. Szczepana Wierzbowskiego. Jest to jedyne polskie nabożeństwo, tworzące polską tradycję pasyjną. Oczywiście pieśni pasyjne są jeszcze inne, ale tak całościowe ujęcie obejmujące trzy godziny Męki Pańskiej, które powszechnie wrosło w stałą tradycję wielkopostnych obrzędów, mamy tylko jedno. Ksiądz Benik nawiązał w swoim tekście do średniowiecznych misteriów Męki Pańskiej i charakterystycznych średniowiecznych udramatyzowanych dialogów. Stąd w każdej części jedna pieśń jest pełnym rozpaczy dialogiem z Matką Bolesną. 

       Opracowane przez ks. Wawrzyńca Benika wydanie nosiło długi barokowy tytuł: Snopek Mirry z Ogrodu Getsemańskiego albo Żałosne Gorzkiey Męki Syna Bożego podczas Postu Wielkiego na passyach około godzin nieszpornych po południu rozpamiętywanie dla zapalenia miłości serc ludzkich ku niewinney Męce Pana i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa oraz ku Przenayświętszey Pannie Maryi Bolesney. W zasobach bibliotek cyfrowych najstarsze wydanie, jakie znalazłam, pochodzi z 1809 roku z Krakowa, a więc sto lat późniejsze. 

Polona, Domena publiczna

W zasadzie od początku nabożeństwo było śpiewane. Zapis melodii znajduje się w obszernej publikacji Michała Marcina Mioduszewskiego Śpiewnik kościelny, czyli pieśni nabożne z melodjami z 1838 roku, zawierającej pieśni na cały rok liturgiczny: 


Polona, Domena publiczna

Dzisiaj pojawiają się nowe aranżacje, pomysły na udramatyzowanie linii melodycznej, ale po wysłuchaniu kilku nowoczesnych wersji, powrót do tradycyjnej, wręcz archaicznej prostej melodii wywiera największe wrażenie. W wykonawstwie pierwotnych pieśni polskich nie ma sobie równych zespół Monodia Polska z Adamem Strugiem na czele. Jego głos szczególnie pasuje do ludowej monofonii. Nie ma tu miejsca na żadne ozdobniki, sam tekst jest wystarczająco przejmujący i dramatyczny. W każdej części Adam Strug prowadzi Lament duszy nad cierpiącym Jezusem z refrenem "Jezu mój kochany" powtarzanym przez chór. 

Gorzkie żale część I


Gorzkie żale część II


Gorzkie żale część III


       Jako ciekawostkę warto odnotować, że w 1873 roku Gorzkie żale ukazały się w tłumaczeniu na język litewski, dokonanym przez ks. Hilarego StalmuchowskiegoAmpislijmas mukos iz smerties Jezuso Chrystuso. Magazyn "Muzyka Kościelna" nr 3 z marca 1890 roku odnotowuje także inne tłumaczenia, jak na język niemiecki w tłumaczeniu Josepha Hannischa: Betrachtungen uber das bittere Leiden  und Sterben Jesu Christi nach dem polnischen Texte und Melodie der bekannten Gorżkie żale(...) oraz na łacinę. Łacińskiego tłumaczenia dokonał ks. Br. Karakulski na zlecenie biskupa przemyskiego Macieja Hirschlera. Ks. Karakulski to chyba Bronisław Karakulski (1857 - 1935), który posługiwał między innymi w Rzeszowie. Niestety, informacje o nim są nader skąpe. 

sobota, 14 marca 2026

Siewca

      

Jost Amman, Przypowieść o siewcy, 1584; odbitka z ok. 1900 roku;
Cyfrowe zasoby Polony, Domena publiczna

      Oto siewca wyszedł siać.... - to oczywiście Ewangelia wg św. Mateusza, (13). Andrzej Niemojewski (1864 - 1921) - poeta, pisarz, interesujący się astrologią i religioznawstwem -  w rozprawie Czyniący sto, czyniący sześćdziesiąt i czyniący trzydzieści: przypowieść ewangeliczna o siewcy w świetle astroteozofii starochrześcijańskiej proponuje astrologiczno-matematyczną wykładnię znaczenia przypowieści, skupiając się na zdaniu Inne w końcu padły na ziemie żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. (Mt, 13, 8) Na podstawie obliczeń astrologicznych i ich odniesienia do znaków Zodiaku autor uważa, że liczby sto, sześćdziesiąt i trzydzieści odnoszą się kolejno do wody, Ducha i krwi. Wody używa się podczas chrztu, więc czyniący sto to ten, który udziela chrztu. Duch symbolizuje bierzmowanie, a krew Komunię. Czyniący sto, sześćdziesiąt i trzydzieści odnoszą się też do trzech stanów: chrztu mógł udzielać każdy wierzący, więc to są czyniący sto (dający plon stokrotny); bierzmowania udzielają biskupi, czyli to są czyniący sześćdziesiąt (dający plon sześćdziesięciokrotny), Komunii udziela kapłan lub diakon, czyli to są czyniący trzydzieści (dający plon trzydziestokrotny). Bardzo ciekawa hipoteza, aczkolwiek wszelkie odniesienia do astrologii uważam za mało przekonujące.  

       Postać siewcy od wieków ma w kulturze wiele znaczeń. Kultury agrarne szczególnie gloryfikują siewcę jako tego, który siejąc rozpoczyna cykl nowego życia. Stąd wiele przedstawień siewcy w sztuce: malarstwie, rzeźbie, literaturze. Jako siewca umiera Maciej Boryna w "Chłopach" Reymonta. Siewca symboliczny lub dosłowny znalazł się na pomnikach i obrazach. 

Pomnik siewcy podczas Targów Wschodnich we Lwowie, 1930; Polona, Domena publiczna


Polski pomnik "Siewca" lub raczej Pomnik Polskiego Siewcy, odsłonięty w 1925 roku w Brazylii, w Kurytybie, gdzie znajdowała się najliczniejsza rzesza polskich osadników w okresie międzywojennym. Autorem jest Jan Żak, który w młodym wieku wyemigrował do Brazylii i po ukończeniu szkół oraz doskonaleniu sztuki rzeźbiarskiej w Rio de Janeiro oraz w Paryżu, złożył pracownię rzeźbiarską i działał pod nazwiskiem Joao Jaco.
(fotografia z czasopisma "Misje Katolickie", nr 6/czerwiec 1925, zasoby cyfrowe Wojewódzkiej Biblioteki im. H. Łopacińskiego w Lublinie, Domena publiczna)


Bronisław Bartel (1887 - 1968), Siewca (1923), olej na płótnie, Muzeum Narodowe w Szczecinie, Domena publiczna

Metaforą siewcy obdarza się najwybitniejszych nauczycieli, kaznodziei i twórców słowa. Wzruszająco przyrównywali do siewców swoich profesorów absolwenci rocznika 1847 Wydziału Malarstwa i Rzeźby Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Wspomnieniowe portrety Aleksandra Kokulara, Rafała Hadziewicza, Ksawerego Kaniewskiego i innych zamieścili  w jednodniówce z okazji jubileuszu 50-lecia ukończenia wydziału absolwenci, wśród których znajdowali się tacy artyści, jak Wojciech Gerson, Józef Brodowski czy Julian Cegliński. 


Jednodniówka Pamięci Profesorów i Kolegów Szkoły Sztuk Pięknych, Warszawa 1897, Zasoby cyfrowe Wojewódzkiej Biblioteki im. H. Łopacińskiego w Lublinie, Domena publiczna

Na koniec niezwykła ciekawostka - przedwojenna pocztówka z obrazem przedstawiającym Józefa Piłsudskiego jako siewcy. Autorem jest Józef Świrysz-Ryszkiewicz. Ryszkiewicz (1888 -1942), był synem malarza Józefa Ryszkiewicza. Świrysz to wojenny pseudonim, wstąpił do Legionów Polskich, był rotmistrzem Wojska Polskiego II Rzeczpospolitej, po długiej rekonwalescencji w wyniku rany odniesionej w 1914 roku, pełnił funkcję adiutanta gen. Sosnkowskiego. Malował najczęściej sceny batalistyczne. Zginał w 1942 r. 


sobota, 7 marca 2026

Śpiew dla poległych

     W manifestacji 27 lutego 1861 roku w Warszawie w starciu z carskim wojskiem zginęło pięć ofiar.  Ich śmierć wywołała oburzenie i dalekosiężne reperkusje. Masakra stała się jednym z szeregu wydarzeń, które doprowadziły do wybuchu powstania styczniowego. Wówczas natomiast pod wpływem protestów opinii publicznej Rosjanie zgodzili się na uroczysty pogrzeb ofiar. Nabożeństwo żałobne miało miejsce 2 marca w kościele Świętego Krzyża. Szerzej można o tym przeczytać pod hasłem "pięciu poległych" 

DOPISEK 12 marca
      W czasopiśmie "Polak" z marca 1900 roku znalazłam grafikę z ofiarami manifestacji przedstawionymi na łożu śmierci. Są to fotograficzne portrety pośmiertne wykonane przez Karola Beyera. Fotograf wykonał zdjęcia pojedyncze, a następnie zmontował zbiorowe tableau. Zdjęcia te rozeszły się po kraju jako wyraz antycarskich nastrojów, a sam Beyer za swoją antycarską postawę był zesłany na Syberię w latach 1862 - 1865. 



       Podczas uroczystości żałobnej fragmenty Requiem Józefa Stefaniego śpiewał wielki warszawski bas i kompozytor, pedagog - Wilhelm Troschel (nazwisko często zapisywane było jako Troszel) żyjący w latach 1823 - 1887. Na marginesie, Troschel zmarł 2 marca, dokładnie 26 lat po pamiętnych uroczystościach żałobnych ku czci poległych. Ceniony śpiewak, solista Opery Warszawskiej, był także kompozytorem, autorem pieśni i utworów instrumentalnych. Jedną z  pieśni zapewne wielu kojarzy, jest to bowiem dosyć popularna do dzisiaj pieśń religijna Pod Twą obronę, Ojcze na niebie. Poza tym komponował pieśni do słów Kraszewskiego, Chęcińskiego, Lenartowicza, Mickiewicza, Syrokomli i innych znanych poetów. 
      Jak pokazują zdjęcia z epoki, Troschel prezentował się na scenie dostojnie, wręcz wspaniale. Poniżej zdjęcie w kostiumie do Hugenotów Meyerbeea (ok. 1866 r.)


    Karierę śpiewaczą rozwijał równolegle z działalnością kompozytorską. Z 1860 roku pochodzi na przykład zbiór melodii wydanych pod tytułem Snopek melodyi z rodzinnej niwy


    Niestety, rzadko można znaleźć nagrania czy to kompozycji instrumentalnych, czy wokalnych tego niezwykłego artysty i wielkiego patrioty, a jego nazwisko nie jest powszechnie znane. 
     W takim razie na koniec akcent muzyczny z przepiękną arią z towarzyszeniem czterech wiolonczel

piątek, 6 marca 2026

Nieśmiertelne

 - Czy to jest dobre?....  Niedobre...  Wiedziałem...

- Niedobre?! To jest nieśmiertelne!

Taki dialog rozgrywa się między Mozartem a Salierim nad partyturą Requiem w końcowych scenach spektaklu Amadeusz w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Kiedy w listopadzie ubiegłego roku spektakl miał lubelską premierę, wiedziałam, że muszę go zobaczyć. Udało się dopiero w lutym podczas ponownych przedstawień. 

       Spektakl w reżyserii Anny Wieczur był wcześniej realizowany m.in. w Warszawie czy Łodzi. Teraz także w Lublinie. Poza oczywistym wydźwiękiem samego tekstu dramatu Petera Shaffera, istotą tego niezwykłego inscenizacji jest muzyka. W trakcie przedstawienie widzowie mają okazję posłuchać przepięknych realizacji na żywo przez orkiestrę, śpiewaków solowych i chór aż 28 fragmentów muzyki Mozarta i czterech fragmentów muzyki Salieriego. Za stronę muzyczną spektaklu odpowiada Jacek Laszczkowski, śpiewak operowy, a obecnie także dyrygent. On sam występuje w realizacji "Amadeusza" jako dyrygujący orkiestrą tytułowy kompozytor. Nosi więc taki sam strój z epoki, stojąc tyłem do widzów dyryguje orkiestrą w tych scenach, gdy bohaterowie na czele z cesarzem słuchają fragmentów oper Mozarta lub kiedy Salieri przegląda partytury i słucha w wyobraźni. 

       Zanim doszło do lubelskiej premiery, pojawił się wywiad z obojgiem reżyserów, czyli Anną Wieczur i Jackiem Laszczkowskim. Myślę, że w ogóle warto wysłuchać tej rozmowy przed obejrzeniem a także jako dopełnienie osobistych refleksji o istotnym i najbardziej dramatycznym wątku sztuki, czyli rywalizacji "miernoty" z geniuszem.


      Wszyscy, albo większość z nas oglądała oskarowy film Formana, w którym główne postacie genialne zagrali Tom Hulce jako Mozart i Murray Abraham jako Salieri. Trudno jest uciec od tamtej sugestywnej realizacji, poza tym wiele cech i zachowań bohaterów wynika wprost z tekstu dramatu Shaffera. Nie da się uciec od porównań, obserwując grę aktorską, zwłaszcza Mozarta, łączącego w swojej osobowości zachowania trywialne, czasami nawet obsceniczne ze świadomością swojej muzyki i swojego geniuszu. Z jednej strony dramat nierozumianego artysty, uwikłanego w dworskie intrygi, którymi osacza go wróg, Salieri oraz inne "miernoty", a z drugiej geniusz muzyczny wyrastający ponad wszelkie przyziemne rozgrywki. 
       Spektakl imponuje rozmachem scenograficznym i muzycznym. Sugestywne stroje z epoki, w które ubrani są także członkowie orkiestry na czele z dyrygentem, stwarzają iluzję atmosfery XVII-wiecznego wiedeńskiego dworu. W przedstawieniu padają zdania, dialogi, frazy znane z filmu, ale także nieco odmienne, nowe, co nie pozwala na całkowite zrównywanie z dziełem Formana. Akcja dramatu zawarta jest w ramach przedśmiertnej spowiedzi Salierego, podobne zresztą jak filmie, który rozpoczyna scena jego agonii i przedśmiertnego wyznania. Na lubelskiej scenie stary Salieri siedzi w fotelu i rozpoczyna swoją spowiedź, sztuka kończy się jego śmiercią. Wcześniej widzimy śmierć Mozarta doprowadzonego do obłędu stopniowym osaczaniem go przez wroga i zamówieniem Mszy żałobnej przez tajemniczą zamaskowaną postać, która przypomina mu jego ojca Leopolda. 
        Przejmujące jest obserwowanie jak zawiść mniej zdolnego artysty krok po kroku niszczy wielkiego geniusza. I ogromna jest siła literatury, gdyż fikcyjny wątek ciągłej rywalizacji utrwalił w pamięci potomnych i w kulturze wizerunek Salierego jako mordercy. Shaffer stworzył mit genialnego twórcy niszczonego przez miałkie otoczenie. Abstrahując od dosłownych odniesień, jest to temat aktualny zawsze, w każdej epoce, nawet w małym, lokalnym wymiarze. Pięknie tłumaczy to w załączonym wyżej wywiadzie Anna Wieczur. 
      Wracając zaś do samego spektaklu, podobała mi się kreacja cesarza, zupełnie innego niż w filmie Formana. Dużo młodszy, nieco postrzelony, bardziej nastawiony na rozrywkę, zabawę. Postać Mozarta w wielu aspektach przypominała kreację Toma Hulce`a.  Aktorsko dynamicznie,  klarownie jeśli chodzi o przejścia z emocji w emocje, z nadziei do rozpaczy, z trywialności do powagi i z powagi do satyry. Salieri dosyć demoniczny, wspaniały monolog i gest rzucenia partyturą Mozarta jak rękawicą wyzywającą Boga na pojedynek. Salieri bowiem nie walczy z Mozartem; walczy z Bogiem, którego narzędziem jest Mozart jako dziecko obdarowane przez Stwórcę niezasłużonym geniuszem. A przecież ton, Salieri, tak bardzo prosił o talent, którym mógłby Go sławiąc po wszystkie czasy. Tymczasem prawdziwą boską nieśmiertelność prezentuje muzyka przybłędy z Salzburga, sprośnego chłopca, który za nic ma autorytety cesarskiego dworu. Tymczasem ten umierający geniusz już nie wie, czy to, co tworzy, jest dobre. Ma wątpliwości, dlatego pokazuje największemu wrogi ostatni rękopis, rękopis z początkiem Requiem pytając czy to jest dobre. I mroczny wróg Boga musi przyznać: "To jest nieśmiertelne".  Niestety, nie on, Salieri, jest autorem dzieła. Dopełnia się jego rola, Mozart umiera otruty, będąc na granicy obłędu i szaleństwa.
      A Salieri? Salieri wie, że zamordował samego siebie. Przecież nie można wygrać z Bogiem.  Można walczyć z własną zazdrością, zawiścią, ambicją ponad właściwie rozeznanie swoich talentów i umiejętności. Nie zrobił tego, wiec - jak sam to ujął - stanie się patronem nieudaczników i miernot. Ostatnie zdanie ma wydźwięk ostatecznej klęski bohatera i chyba można je odczytać jako wyraz ostatecznego buntu przeciwko niezrozumiałym przydzieleniem wielkich artystycznych talentów osobom, które wydają się najmniej tego godne: "Miernoty wszystkich epok, rozgrzeszam was!"


PS. Uwaga! Treść dramatu Shaffera jest fikcją. Salieri nie otruł Mozarta. I chociaż sztuka jest bardzo sugestywna, a za sprawą filmu Formana weszła do kanonu kultury i powszechnej wyobraźni, tak naprawdę nie stawia pytania o to, kto zamordował Mozarta (badania ujawniają, że  nikt), tylko o to, dlaczego miernoty zazdroszczą bardziej utalentowanym od siebie.