Władysław Żeleński (1837 - 1921) komponował utwory orkiestrowe, opery i pieśni. Do dziś w żelaznym repertuarze wykonawców znajdują się jego pieśni skomponowane do słów wybitnych polskich poetów: Kazimierza Przerwy - Tetmajera (A kiedy będziesz moją żoną), Zygmunta Krasińskiego (Elegia), Józefa Ignacego Kraszewskiego (Pieśń Jaruhy), Marii Konopnickiej (Na fujarce), Adama Mickiewicza (Te rozkwitłe ciche drzewa) i wielu innych. W dorobku kompozytora znajduje się między innymi Pieśń majowa do słów Mariana Gawalewicza. Zapis partytury z tekstem w języku polskim i niemieckim ukazał się ok. 1900 roku w wydawnictwie Gebethnera i Wolffa.
Utwór na chór i głosy solowe jest chyba rzadko wykonywany, bo nie udało mi się znaleźć nagrania. Dlatego niejako w zastępstwie do posłuchania kompozycja do wiersza Przerwy - Tetmajera Na Anioł Pański biją dzwony.
6 maja ogłoszono laureatów 51. edycji Nagrody im. Oskara Kolberga. Aż w dwóch kategoriach doroczne nagrody za zasługi dla kultury ludowej przyznane zostały twórcom, właściwie twórczyniom z Chełmszczyzny. W kategorii pierwszej dla śpiewaków, twórców rękodzieła i budowniczych instrumentów muzycznych nagrodę otrzymała Halina Romanowska z miejscowości Żmudź oraz w kategorii III dla poetów i pisarzy nagrodę przyznano poetce Halinie Graboś z miejscowości Kamień. Obie miejscowości znajdują się w powiecie chełmskim, który - jak widać - kulturą ludową stoi.
Trochę trudno znaleźć nagrania Haliny Romanowskiej, ale w końcu się udało. Nagranie dokonane daleko od Chełmszczyzny, bo w Szczecinie, gdzie odbywał się Turniej Muzyków Prawdziwych. Przepiękne wykonanie pieśni ludowej zdobyło wówczas III nagrodę, a pieśniarka jest też laureatką I i III nagrody w Ogólnopolskim Przeglądzie Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym.
Natomiast jeśli chodzi o twórczość Haliny Graboś, to od lat jestem wielbicielką jej poezji, mam jej tomiki, o których pisałam na poprzednim, nieczynnym blogu: Okolice książek. Podam więc tylko linki do dawnych wpisów:
Maj - czas na majówek. Majówki przy kapliczkach gdzieś koło polnej drogi, na skraju wsi, lasu, łąki. Jest taka kapliczka nawet z ławeczkami pod obszernym zadaszeniem prawie przy ostatnich zabudowaniach we wsi. Pamiętam, pachniały bzy, gdy zgromadzeni mieszkańcy śpiewali Litanię loretańską. To było dawno, z upływem lat coraz mniej osób przychodziło, a dziś loretańskie majówki przeniosły się do kościoła. To już nie to, nie ta atmosfera. Śpiewom nie wtórują ptaki, wiatr nie rozwiewa włosów. Trochę żal, że zanika piękny zwyczaj modlitewnego hołdu na łonie natury. Najpiękniejsze pieśni ku czci Maryi mają w treści wezwania do przyrody: ".Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone.... chwalcie z nami Panią świata..." - jak to śpiewać w murach kościoła, a nie na łonie przyrody?
Mam kilka nagrań Litanii loretańskiej, wiele też różnych słuchałam, melodię do niej komponowali także najwięksi kompozytorzy. Brakuje mi jednego - dawnego wykonania z pewnego kościoła, w którym ksiądz proboszcz - były chórzysta seminaryjny - śpiewając z wiernymi włączał się drugim głosem. Harmonia powstawała niezwykła. Uwielbiałam słuchać. Nigdzie i nigdy już nie słyszałam takiego wykonania. I nie posłucham, bo ten ksiądz już nie żyje.
Wykonanie tradycyjne
Kompozycja Mozarta - pierwszy z czterech utworów litanijnych, jakie napisał
I w charakterystycznym dynamicznym przejmującym, wirtuozowskim stylu kompozycja Jana Dismasa Zelenki, jedna z kilku jego wersji tej litanii
Budynek na ulicy Saint-Pierre, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz podczas pobytu w Lozannie w latach 1839 - 1840. Rysunek Stanisława Witkiewicza zamieszczony w "Wędrowcu" z 1884 roku.
Obecnie ulica nosi nazwę Rue du Bourg, a dom nosi numer 19. W 1916 r. (lub 1917) odsłonięto tablicę upamiętniającą pobyt Mickiewicza, jednak znajduje się ona gdzie indziej - na Rue de la Grotte 1.Jedyne zdjęcie tej tablicy, jakie znalazłam w Internecie, jest bardzo nieczytelne, z tego względu nawet nie wiem, czy tablica do dzisiaj istnieje.
Była też jeszcze inna tablica, właściwie nawet wcześniejsza, ufundowana na stulecie urodzin poety w 1898 roku. Uroczyste obchody zostały zorganizowane 24 grudnia 1898 roku w budynku dawnej Akademii Lozańskiej, gdzie wykładał Mickiewicz. Tablicę wówczas uroczyście odsłonięto, jednakże nie została ona tam zamieszczona na stałe. Gdzie się znajduje obecnie, nie wiadomo. Słuch o niej zaginął.
Tablica pamiątkowa z obchodów stulecia urodzin poety w Lozannie - 24 grudnia 1898 roku.
Niestety, nigdzie nie ma informacji, kto ją zaprojektował i wykonał. Jedynym źródłem informacji o przebiegu uroczystości jest oficjalne sprawozdanie komitetu organizacyjnego, w którym nazwisk autora i wykonawcy nie podano.
Z tego wynika, że trzeba osobiście udać się do Lozanny i wszystko naocznie sprawdzić: są tablice czy nie, gdzie i w jakim stanie.
"Rewia", dodatek do "Głosu Porannego", z 16 kwietnia 1938 roku zamieszcza teksty autorów światowej literatury. Wśród nazwisk pojawiają się między innymi: Andre Maurois (1885 - 1967), Tristan Bernard (1866 - 1947), Karel Čapek (1890 - 1938) i Agatha Christie (1890 - 1976). Wydanie "Rewii" zamyka opowiadanie Christie Mieszkanie nr 4.
Oryginalnie opowiadanie ukazało się pod tytułem Perypetie z tanim mieszkaniem w 1924 roku w zbiorze Poirot prowadzi śledztwo. Faktycznie chodzi w nim o mieszkanie mające nr 4, więc - jak widać - w publikacji prasowej taki też nadano tytuł.
Nie była to oczywiście jedyna publikacja twórczości Agathy Christie w polskiej prasie i na polskim rynku. W 1965 roku "Sztandar Ludu" drukował w odcinkach powieść Zerwane zaręczyny (1940).
O skali popularności królowej kryminału świadczą liczne wydania książkowe na przestrzeni lat powojennych. W latach 1944 - 2010 Christie zajmowała miejsce tuż za Szekspirem - liczba jej wydań wynosiła ponad 300. Z kolei w węższym okresie, po transformacji ustrojowej, w latach 1991 - 2010 Christie wysunęła się na prowadzenie i wśród pisarzy obcojęzycznych zajęła pierwsze miejsce z liczbą wydań ok. 280.
Myślę, że dzisiejsze rankingi nadal ukazywałyby jej pozycję w czołówce, ponieważ po 2010 roku pojawiły się kolejne wydania jej książek. Mimo że ostatecznie po wielu latach zdecydowała się w Kurtynie uśmiercić swojego najwierniejszego detektywa, Poirota, to sama Agatha jest nieśmiertelna.
PS Mój ulubiony cytat z Poirota: "Nie mogę, naprawdę nie mogę samotnie przesiadywać całymi dniami w fotelu i rozmyślać o tym, jaki jestem cudowny. Potrzebny jest pierwiastek ludzki, potrzebny jest cudzy podziw".
Dwudziestogłosowe organy Jana Śliwińskiego dla kościoła oo. franciszkanów w Krakowie zostały zamówione po tragicznym pożarze w 1850 roku, w którym spłonęła niemal cała świątynia. Prace trwały dwa lata i - jak wynika z zamieszczonej wyżej ulotki - 11 kwietnia 1880 roku miała miejsce uroczysta próba dźwięku, czyli w zasadzie odbył się koncert.
Jan Śliwiński (1844 - 1903) był najlepszym i najbardziej znanym polskim budowniczym organów, którego firma znajdowała się we Lwowie. Stąd też zbudował organy dla kilku lwowskich kościołów: w Bazylice Wniebowzięcia i kościele Matki Bożej Śnieżnej. Zakład produkcyjny założony w 1876 roku szybko zdobył uznanie także dzięki nagrodom, jakie Śliwiński otrzymywał za swoje organy. W 1877 roku otrzymał medal zasługi na Krajowej Wystawie Rolniczej i Przemysłowej we Lwowie. Poszerzając zakres swoich usług Śliwiński zaczął produkować cieszące się popularnością fisharmonie sprzedawane nawet w Berlinie. W 1886 roku na wystawie w Czerniowcach zdobył pierwszą nagrodę, pokonując w rywalizacji producentów wiedeńskich. W 1887 roku zdobył także I miejsce i Nagrodę Rządową na Wystawie Krajowej Rolniczo-Przemysłowej w Krakowie.
Organy Śliwińskiego ceniono za doskonałą harmonię, dopasowanie brzmienia głosów do wnętrza i przestrzeni. Oferował w swoim katalogu aż siedemnaście modeli instrumentu. Jan Śliwiński szlify organmistrzowskie przez dziesięć lat (1865 - 1875) zdobywał głównie we Francji, w paryskiej fabryce Cavaille-Cola, stąd też na jego organach najlepiej brzmi podobno muzyka francuska. Z lwowskiej fabryki Śliwińskiego pochodziły organy nie tylko we wspomnianej bazylice Franciszkanów, ale także - jedne z największych - dwudziestoośmiogłosowe w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie, a także w kościołach w Sanoku, w Krośnie, Łabuniach, Kętach, Przeworsku, Rakszawie, Bieczu, Szczebrzeszynie, Zamościu i wielu innych miejscowościach. Te dwa ostatnie instrumenty zostały ufundowane przez znanych arystokratów: dla Szczebrzeszyna organy ufundowali Konstanty i Maria z hr. Potockich księstwo Lubomirscy, a dla Kolegiaty Zamojskiej XV ordynat Maurycy hr. Zamoyski.
Nie wszystkie instrumenty Śliwińskiego przetrwały dziejowe zawirowania, kataklizmy, pożary czy wojny. Nadal można ich posłuchać między innymi w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Krakowie, Kolegiacie Zamojskiej, w katedrze łacińskiej Wniebowzięcia we Lwowie, w kościele Matki Bożej Szkaplerznej w Łabuniach, w kościele św. Wojciecha w Szymbarku. Poza Szymbarkiem, pozostałe wymienione (Zamość, Łabunie, Kraków, Lwów) słyszałam na żywo w różnych okolicznościach.
Poniżej organy w Kolegiacie Zamojskiej - sprawdzanie brzmienia
A teraz UWAGA! Niespodzianka - historyczne organy Śliwińskiego z kościoła św. św. Piotra i Pawła w Tbilisi w Gruzji:
Nie pierwszy to raz, gdy znajduję intrygujące, a może nawet i pouczające ciekawostki w dawnej polskiej prasie. Tym razem wpadła mi w oko "Gazeta Świąteczna" z 8 kwietnia 1888 roku prowadzona przez redaktora Hermana Benniego (1834 - 1900). Fryderyk Emanuel Herman Benni był ewangelickim pastorem, a także lektorem języka angielskiego i francuskiego, założycielem prywatnej szkoły męskiej, w której zatrudniał wybitnych polskich nauczycieli oraz jednym z inicjatorów budowy pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie na stulecie urodzin poety. Jednocześnie redagował w różnych okresach życia "Kurier Warszawski", "Ateneum" a także wspomnianą na początku "Gazetę Świąteczną".
W numerze 379. z 8 kwietnia 1888 roku "Gazety Świątecznej" mocnym i rzucającym się w oczy akcentem jest zachęta do pracy nad usprawnianiem umiejętności czytania i pisania po polsku. Trzyczęściowa - jak można zauważyć - reklama stopniuje te umiejętności i zachęca do dalszego ich pogłębienia w bardzo pomysłowy i motywujący sposób.
Podoba mi się sformułowanie: "Kto umie już czytać, a chce się nauczyć pisać", a jeszcze bardziej trafne umieszczone niżej: "Kto pisać już trochę umie, niech się nauczy pisać poprawnie". Zwłaszcza to drugie - uważam - nie straciło na aktualności. Bo chociaż naukę czytania i pisania mamy od dawna obowiązkową, poprawność tekstów pisanych tu i ówdzie, nawet publicystycznych na portalach informacyjnych, przedstawia wiele do życzenia. Coraz więcej osób chciałoby zabłysnąć opublikowaniem swojej twórczości, ale pracy nad doskonaleniem polszczyzny raczej unikają, sądząc, że podstawy wyniesione ze szkoły podstawowej wystarczą, aby wielkim/-ką pisarzem/-rką zostać.
Na ostatniej zaś stronie gazety znajduje się lista aktualnych w tamtym czasie publikacji, które można zakupić. Uderza obecność wielkiej literatury. Są powieści i opowiadania Kraszewskiego, Prusa, Konopnickiej, Orzeszkowej, publikacje naukowe, jak Jeske-Choińskiego oraz historyczne, podróżnicze a także poradnik słynnej Ćwierciakiewiczowej pt. Cokolwiekbądź chcesz wyczyścić, czyli Porządki domowe za 40 kopiejek. I ta ostatnia pozycja bardzo by mi się przydała :-)
Najgłośniejsze wielkanocne fanfary słychać w kantacie Buxtehudego Dziś tryumfuje Boży Syn. Myślę, że kompozytorzy barokowi mieli jednak fantazję, której dzisiaj mało kto dorównuje. Dietrich Buxtehude (1637 - 1707) fascynuje mnie od dawna choćby z tego powodu, że to do niego do Lubeki według legendy pieszo udał się Jan Sebastian Bach, aby posłuchać jego muzyki. Że Bach u Buxtehudego spędził kilka miesięcy to fakt, tylko z tą pieszą wędrówką nie do końca wiadomo, czy prawda.
Później Buxtehudego "zaśpiewał mi" Andreas Scholl (Muss der Tod denn auch entbinden), co przypieczętowało mój zachwyt kompozytorem. Fascynację zwieńczyło oczywiście zakupienie płyty, choćby z przejmującym Membra Jesu nostri w wykonaniu Schola Cantorum Basiliensis pod kierownictwem Rene Jacobsa. I tak już mi zostało, a ponieważ Buxtehude był wcześniej zanim nastał Bach, to Wielkanoc z muzyką Buxtehudego.
Psalm 51 - Miserere mei, Deus secundum nagnam misericordiam Tuam- jeden z najbardziej przejmujących psalmów Dawida. Z dzieciństwa pamiętam, jak śpiewaliśmy często na początku każdej mszy:
Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej,
i odnów we mnie moc ducha.
Obmyj mnie zupełnie z mojej winy
i oczyść mnie z grzechu mojego....
Jan Dismas Zelenka skomponował muzykę do Psalmu 51 na liturgię wielkanocną, a właściwie Wielkiego Tygodnia. W naszej polskiej tradycji przyzwyczailiśmy się śpiewać i słuchać raczej pieśni pełnych bólu i rozpaczy: Ludu, mój ludu, Dobranoc, Głowo Święta itp. W porównaniu z nimi kompozycja Zelenki może wydać się zbyt... dynamiczna czy nawet skoczna. Zelenka posłużył się tutaj dużymi kontrastami i niemal brawurową konstrukcją. Ale czyż nie takie powinno być wołanie grzesznika o Boże miłosierdzie?
Moja ulubiona kompozycja na Wielki Post i Wielki Tydzień: Jan Dismas Zelenka - Miserere c-moll ZWV 57.
Niestety, nie znalazłam tego w ulubionym wykonaniu Collegium 1704 i Collegium Vocale 1704 pod dyrygentem Vaclavem Luksem, a to są najlepsi na świecie specjaliści od Zelenki.
Dlatego inne, najpierw taki początek, ta interpretacja jest zbliżona najbardziej do wykonania Collegium 1704, ale tylko kawałek znalazłam, sam początek
Tutaj całość, w innym wykonaniu, również dosyć dramatycznie dopracowanym
Ale nie ten Faure, który jest znany bardziej (Gabriel Fauré - 1845 - 1924, kompozytor, organista, poza tym jego nazwisko ma "e" z kreseczką), tylko inny: Jean-Baptiste Faure (1830 - 1914), francuski śpiewak operowy, baryton. A przy okazji napisał dwie książki o śpiewie i skomponował kilka pieśni. Jedna z nich zyskała szczególną popularność i jest śpiewana do dzisiaj, ale nie wiem, czy u nas w Polsce także, bo nigdy jej nie słyszałam. Chodzi o hymn na Niedzielę Palmową - Les Rameaux.
Tu się pozżymam trochę, bo wszędzie jest mnóstwo nagrań i publikacji, ale po angielsku. Oryginał zaś był francuski, bowiem autorem tekstu był francuski poeta i dramaturg Jules Bertrand. Ze źródeł francuskich wynika, że żył bardzo krótko, w latach 1847 - 1875. Na język angielski - The Palms - przetłumaczyła tekst Helen Tretbar, amerykańska pisarka, librecistka i tłumaczka (znała biegle francuski, niemiecki i włoski). Po francusku nagrał pieśń m.in. Enrico Caruso. Szukałam więc tekstu w oryginale i polskiego tłumaczenia bezpośredniego z francuskiego. Inaczej byłoby to tłumaczenie tłumaczenia... nie wiem, na ile odległe od pierwowzoru. I znalazło się!
Ale po kolei. Istnieje coś takiego jak IPA Source, czyli największa w sieci biblioteka Międzynarodowego Alfabetu Fonetycznego tekstów arii i piosenek. I tam znalazłam tekst francuski z tłumaczeniem dosłownym na angielski. (O dziwo! Francuska Wikipedia nie podaje dat życia autora tekstu, Bertranda, a IPA Source je zna - bardzo ciekawe).
To znaczy przetłumaczone są tylko dwie linijki, żeby dostać całość, trzeba je zakupić. Ale mnie nie interesuje tłumaczenie na angielski, lecz na polski. I też się znalazło: wydanie partytury z 1880 roku z tekstem francuskim i w tłumaczeniu Maksymiliana Radziszewskiego na język polski - coś pięknego.
Pierwsza strona partytury z tekstem w dwóch językach - 1880 r. Wydawca Gustaw Adolf Sennewald, Warszawa
Kwiatów i palm wśród naszych pełno dróg,
By uczcić dzień ten wielki i wspaniały,
Jezus się zbliża, otrze łzy swych sług,
Już wierny lud wygłasza hymny chwały.
O ludy, spieszcie hymny wznieść
I nich wasz głos wraz z naszym w niebo wzlata,
Hosanna, cześć, Panu cześć,
Tak, chwała, cześć Zbawcy tego świata!
On słowo rzekł i ludy na ten głos
Wnet doszły praw wolnych tej ziemi dzieci,
I znowu ma, co komu wydarł los
I światło znów dla wszystkich równo świeci.
O ludy, spieszcie hymny wznieść.....
Jeruzalem radości zapłacz łzą,
Wnet swobód dzień dzieciom twym zajaśnieje,
Bo z Betlejem Najświętsze Dziecię to
Wraz z nową wiarą niesie ci nadzieję.
O ludy, spieszcie hymny wznieść...
Poniżej znalazłam wykonanie po francusku:
I taka wersja instrumentalna, koreańska:
Na koniec akcent polski:
Józef Ryszkiewicz, Na Palmową, pocztówka z 1920 roku
Co łączy barokowych kompozytorów Heinricha Bibera oraz Johanna Sebastiana Bacha, zmarłego w 2012 roku Jonathana Harveya i współczesnego nadal tworzącego amerykańskiego minimalistę Philipa Glassa? No, owszem, wszyscy są kompozytorami, ale nie o to przecież pytam.
Łączy dzisiejsze święto - wszyscy skomponowali utwory o Zwiastowaniu. Kompozycja Heinricha Ignaza Franza Bibera z 1676 roku jest pierwszą częścią skrzypcowych Sonat różańcowych, znanych też pod tytułem Sonaty misteryjne, które na wiele lat zostały zapomniane. Sam kompozytor nigdy ich nie opublikował i dopiero pod koniec XIX wieku odnaleziono rękopis. Pierwsza publikacja miała miejsce dopiero w 1905 roku. Jest to cykl piętnastu sonat na skrzypce i basso continuo odnoszących się do piętnastu tajemnic różańcowych. Pierwszą z nich zgodnie z kolejnością tajemnic różańca jest Zwiastowanie.
Bach skomponował dwie kantaty: Himmelskönig, sei willkommen (1714 r.) i Wie schön leuchtet der Morgenstern (1725 r.), w których obok tematu Zwiastowania pojawia się też nawiązanie do Niedzieli Palmowej. The AnnuciationJonathana Harveya zostało napisane w 2011 roku dla chóru St John College jako jeden z ostatnich utworów przed śmiercią. Jest to kompozycja chóralna do wiersza Edwina Muira i ma charakter bardzie pasujący do Adwentu niż Święta Zwiastowania, które przypada w Wielkim Poście. Utwór Philipa GlassaAnnunciation ma charakter instrumentalny, jest to Kwintet fortepianowy nr 1 wydany w 2019 roku.
Wszystkich kompozycji wysłuchałam, a potem... wróciłam do pierwszej i najstarszej z nich. A jeszcze w takim wykonaniu! Rachel Podger - wybitna skrzypaczka specjalizująca się w wykonawstwie muzyki barokowej.
Widowisko Gorzkich żali z Placu Defilad w 2007 roku. Oglądałam w telewizji, a potem przez wiele lat szukałam nagrań. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś to znajdę. Chór, znani aktorzy, ogromne lalki, rozmach, muzyka... Wszystko tu jest. Szukałam po latach nagrania, żeby jeszcze raz posłuchać i zobaczyć, zwłaszcza połączenie dawnego tekstu pasyjnego z teatralną formą lalkową. Uważam, że była to fantastyczna i przejmująca kreacja.
Pod poprzednim postem Ceramik zapytał, czy jakiś znany polski aktor śpiewa Gorzkie żale. Nie wiem, czy śpiewa teraz i gdzie, ale w tym wykonaniu biorą udział znani aktorzy: Krzysztof Globisz, Dorota Segda, Andrzej Grabowski, Jan Peszek, Danuta Stenka, Robert Więckiewicz, a sam tekst Gorzkich żali śpiewa Kinga Preis.
Słowa pieśni uzupełnione zostały scenami z pojmania Jezusa, osądzenia, ukrzyżowania. To, co opisują kolejne części nabożeństwa, zostało ukazane w powiązaniu z inscenizacją scen biblijnych, tworząc w efekcie ogromne misterium. Ogromne, ponieważ całość trwa prawie półtorej godziny. Ale warto obejrzeć.
Gdy w wielu renomowanych koncertowych miejscach, jak filharmonie, opery i znamienitsze zabytkowe budowle sakralne w okresie Wielkiego Postu można posłuchać wybitnych kompozycji Bacha: Pasji wg św. Mateusza i Pasji wg św. Jana, w każdym nawet najmniejszym kościele śpiewa się Gorzkie żale. Podzielony na trzy części tekst opracował i napisał i wydał ks. Wawrzyniec Benik. Nabożeństwo po raz pierwszy zostało odprawione 13 marca 1707 roku w Kościele Św. Krzyża w Warszawie pod przewodnictwem ks. Szczepana Wierzbowskiego. Jest to jedyne polskie nabożeństwo, tworzące polską tradycję pasyjną. Oczywiście pieśni pasyjne są jeszcze inne, ale tak całościowe ujęcie obejmujące trzy godziny Męki Pańskiej, które powszechnie wrosło w stałą tradycję wielkopostnych obrzędów, mamy tylko jedno. Ksiądz Benik nawiązał w swoim tekście do średniowiecznych misteriów Męki Pańskiej i charakterystycznych średniowiecznych udramatyzowanych dialogów. Stąd w każdej części jedna pieśń jest pełnym rozpaczy dialogiem z Matką Bolesną.
Opracowane przez ks. Wawrzyńca Benika wydanie nosiło długi barokowy tytuł: Snopek Mirry z Ogrodu Getsemańskiego albo Żałosne Gorzkiey Męki Syna Bożego podczas Postu Wielkiego na passyach około godzin nieszpornych po południu rozpamiętywanie dla zapalenia miłości serc ludzkich ku niewinney Męce Pana i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa oraz ku Przenayświętszey Pannie Maryi Bolesney. W zasobach bibliotek cyfrowych najstarsze wydanie, jakie znalazłam, pochodzi z 1809 roku z Krakowa, a więc sto lat późniejsze.
Polona, Domena publiczna
W zasadzie od początku nabożeństwo było śpiewane. Zapis melodii znajduje się w obszernej publikacji Michała Marcina Mioduszewskiego Śpiewnik kościelny, czyli pieśni nabożne z melodjami z 1838 roku, zawierającej pieśni na cały rok liturgiczny:
Polona, Domena publiczna
Dzisiaj pojawiają się nowe aranżacje, pomysły na udramatyzowanie linii melodycznej, ale po wysłuchaniu kilku nowoczesnych wersji, powrót do tradycyjnej, wręcz archaicznej prostej melodii wywiera największe wrażenie. W wykonawstwie pierwotnych pieśni polskich nie ma sobie równych zespół Monodia Polska z Adamem Strugiem na czele. Jego głos szczególnie pasuje do ludowej monofonii. Nie ma tu miejsca na żadne ozdobniki, sam tekst jest wystarczająco przejmujący i dramatyczny. W każdej części Adam Strug prowadzi Lament duszy nad cierpiącym Jezusem z refrenem "Jezu mój kochany" powtarzanym przez chór.
Gorzkie żale część I
Gorzkie żale część II
Gorzkie żale część III
Jako ciekawostkę warto odnotować, że w 1873 roku Gorzkie żale ukazały się w tłumaczeniu na język litewski, dokonanym przez ks. Hilarego Stalmuchowskiego: Ampislijmas mukos iz smerties Jezuso Chrystuso. Magazyn "Muzyka Kościelna" nr 3 z marca 1890 roku odnotowuje także inne tłumaczenia, jak na język niemiecki w tłumaczeniu Josepha Hannischa: Betrachtungen uber das bittere Leiden und Sterben Jesu Christi nach dem polnischen Texte und Melodie der bekannten Gorżkie żale(...) oraz na łacinę. Łacińskiego tłumaczenia dokonał ks. Br. Karakulski na zlecenie biskupa przemyskiego Macieja Hirschlera. Ks. Karakulski to chyba Bronisław Karakulski (1857 - 1935), który posługiwał między innymi w Rzeszowie. Niestety, informacje o nim są nader skąpe.
Jost Amman, Przypowieść o siewcy, 1584; odbitka z ok. 1900 roku;
Cyfrowe zasoby Polony, Domena publiczna
Oto siewca wyszedł siać.... - to oczywiście Ewangelia wg św. Mateusza, (13). Andrzej Niemojewski (1864 - 1921) - poeta, pisarz, interesujący się astrologią i religioznawstwem - w rozprawie Czyniący sto, czyniący sześćdziesiąt i czyniący trzydzieści: przypowieść ewangeliczna o siewcy w świetle astroteozofii starochrześcijańskiej proponuje astrologiczno-matematyczną wykładnię znaczenia przypowieści, skupiając się na zdaniu Inne w końcu padły na ziemie żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. (Mt, 13, 8) Na podstawie obliczeń astrologicznych i ich odniesienia do znaków Zodiaku autor uważa, że liczby sto, sześćdziesiąt i trzydzieści odnoszą się kolejno do wody, Ducha i krwi. Wody używa się podczas chrztu, więc czyniący sto to ten, który udziela chrztu. Duch symbolizuje bierzmowanie, a krew Komunię. Czyniący sto, sześćdziesiąt i trzydzieści odnoszą się też do trzech stanów: chrztu mógł udzielać każdy wierzący, więc to są czyniący sto (dający plon stokrotny); bierzmowania udzielają biskupi, czyli to są czyniący sześćdziesiąt (dający plon sześćdziesięciokrotny), Komunii udziela kapłan lub diakon, czyli to są czyniący trzydzieści (dający plon trzydziestokrotny). Bardzo ciekawa hipoteza, aczkolwiek wszelkie odniesienia do astrologii uważam za mało przekonujące.
Postać siewcy od wieków ma w kulturze wiele znaczeń. Kultury agrarne szczególnie gloryfikują siewcę jako tego, który siejąc rozpoczyna cykl nowego życia. Stąd wiele przedstawień siewcy w sztuce: malarstwie, rzeźbie, literaturze. Jako siewca umiera Maciej Boryna w "Chłopach" Reymonta. Siewca symboliczny lub dosłowny znalazł się na pomnikach i obrazach.
Pomnik siewcy podczas Targów Wschodnich we Lwowie, 1930; Polona, Domena publiczna
Polski pomnik "Siewca" lub raczej Pomnik Polskiego Siewcy, odsłonięty w 1925 roku w Brazylii, w Kurytybie, gdzie znajdowała się najliczniejsza rzesza polskich osadników w okresie międzywojennym. Autorem jest Jan Żak, który w młodym wieku wyemigrował do Brazylii i po ukończeniu szkół oraz doskonaleniu sztuki rzeźbiarskiej w Rio de Janeiro oraz w Paryżu, złożył pracownię rzeźbiarską i działał pod nazwiskiem Joao Jaco.
(fotografia z czasopisma "Misje Katolickie", nr 6/czerwiec 1925, zasoby cyfrowe Wojewódzkiej Biblioteki im. H. Łopacińskiego w Lublinie, Domena publiczna)
Bronisław Bartel (1887 - 1968), Siewca (1923), olej na płótnie, Muzeum Narodowe w Szczecinie, Domena publiczna
Metaforą siewcy obdarza się najwybitniejszych nauczycieli, kaznodziei i twórców słowa. Wzruszająco przyrównywali do siewców swoich profesorów absolwenci rocznika 1847 Wydziału Malarstwa i Rzeźby Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie. Wspomnieniowe portrety Aleksandra Kokulara, Rafała Hadziewicza, Ksawerego Kaniewskiego i innych zamieścili w jednodniówce z okazji jubileuszu 50-lecia ukończenia wydziału absolwenci, wśród których znajdowali się tacy artyści, jak Wojciech Gerson, Józef Brodowski czy Julian Cegliński.
Jednodniówka Pamięci Profesorów i Kolegów Szkoły Sztuk Pięknych, Warszawa 1897, Zasoby cyfrowe Wojewódzkiej Biblioteki im. H. Łopacińskiego w Lublinie, Domena publiczna
Na koniec niezwykła ciekawostka - przedwojenna pocztówka z obrazem przedstawiającym Józefa Piłsudskiego jako siewcy. Autorem jest Józef Świrysz-Ryszkiewicz. Ryszkiewicz (1888 -1942), był synem malarza Józefa Ryszkiewicza. Świrysz to wojenny pseudonim, wstąpił do Legionów Polskich, był rotmistrzem Wojska Polskiego II Rzeczpospolitej, po długiej rekonwalescencji w wyniku rany odniesionej w 1914 roku, pełnił funkcję adiutanta gen. Sosnkowskiego. Malował najczęściej sceny batalistyczne. Zginał w 1942 r.
W manifestacji 27 lutego 1861 roku w Warszawie w starciu z carskim wojskiem zginęło pięć ofiar. Ich śmierć wywołała oburzenie i dalekosiężne reperkusje. Masakra stała się jednym z szeregu wydarzeń, które doprowadziły do wybuchu powstania styczniowego. Wówczas natomiast pod wpływem protestów opinii publicznej Rosjanie zgodzili się na uroczysty pogrzeb ofiar. Nabożeństwo żałobne miało miejsce 2 marca w kościele Świętego Krzyża. Szerzej można o tym przeczytać pod hasłem "pięciu poległych"
DOPISEK 12 marca
W czasopiśmie "Polak" z marca 1900 roku znalazłam grafikę z ofiarami manifestacji przedstawionymi na łożu śmierci. Są to fotograficzne portrety pośmiertne wykonane przez Karola Beyera. Fotograf wykonał zdjęcia pojedyncze, a następnie zmontował zbiorowe tableau. Zdjęcia te rozeszły się po kraju jako wyraz antycarskich nastrojów, a sam Beyer za swoją antycarską postawę był zesłany na Syberię w latach 1862 - 1865.
Podczas uroczystości żałobnej fragmenty Requiem Józefa Stefaniego śpiewał wielki warszawski bas i kompozytor, pedagog - Wilhelm Troschel (nazwisko często zapisywane było jako Troszel) żyjący w latach 1823 - 1887. Na marginesie, Troschel zmarł 2 marca, dokładnie 26 lat po pamiętnych uroczystościach żałobnych ku czci poległych. Ceniony śpiewak, solista Opery Warszawskiej, był także kompozytorem, autorem pieśni i utworów instrumentalnych. Jedną z pieśni zapewne wielu kojarzy, jest to bowiem dosyć popularna do dzisiaj pieśń religijna Pod Twą obronę, Ojcze na niebie. Poza tym komponował pieśni do słów Kraszewskiego, Chęcińskiego, Lenartowicza, Mickiewicza, Syrokomli i innych znanych poetów.
Jak pokazują zdjęcia z epoki, Troschel prezentował się na scenie dostojnie, wręcz wspaniale. Poniżej zdjęcie w kostiumie do Hugenotów Meyerbeea (ok. 1866 r.)
Karierę śpiewaczą rozwijał równolegle z działalnością kompozytorską. Z 1860 roku pochodzi na przykład zbiór melodii wydanych pod tytułem Snopek melodyi z rodzinnej niwy.
Niestety, rzadko można znaleźć nagrania czy to kompozycji instrumentalnych, czy wokalnych tego niezwykłego artysty i wielkiego patrioty, a jego nazwisko nie jest powszechnie znane.
W takim razie na koniec akcent muzyczny z przepiękną arią z towarzyszeniem czterech wiolonczel.
- Czy to jest dobre?.... Niedobre... Wiedziałem...
- Niedobre?! To jest nieśmiertelne!
Taki dialog rozgrywa się między Mozartem a Salierim nad partyturą Requiem w końcowych scenach spektaklu Amadeusz w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Kiedy w listopadzie ubiegłego roku spektakl miał lubelską premierę, wiedziałam, że muszę go zobaczyć. Udało się dopiero w lutym podczas ponownych przedstawień.
Spektakl w reżyserii Anny Wieczur był wcześniej realizowany m.in. w Warszawie czy Łodzi. Teraz także w Lublinie. Poza oczywistym wydźwiękiem samego tekstu dramatu Petera Shaffera, istotą tego niezwykłego inscenizacji jest muzyka. W trakcie przedstawienie widzowie mają okazję posłuchać przepięknych realizacji na żywo przez orkiestrę, śpiewaków solowych i chór aż 28 fragmentów muzyki Mozarta i czterech fragmentów muzyki Salieriego. Za stronę muzyczną spektaklu odpowiada Jacek Laszczkowski, śpiewak operowy, a obecnie także dyrygent. On sam występuje w realizacji "Amadeusza" jako dyrygujący orkiestrą tytułowy kompozytor. Nosi więc taki sam strój z epoki, stojąc tyłem do widzów dyryguje orkiestrą w tych scenach, gdy bohaterowie na czele z cesarzem słuchają fragmentów oper Mozarta lub kiedy Salieri przegląda partytury i słucha w wyobraźni.
Zanim doszło do lubelskiej premiery, pojawił się wywiad z obojgiem reżyserów, czyli Anną Wieczur i Jackiem Laszczkowskim. Myślę, że w ogóle warto wysłuchać tej rozmowy przed obejrzeniem a także jako dopełnienie osobistych refleksji o istotnym i najbardziej dramatycznym wątku sztuki, czyli rywalizacji "miernoty" z geniuszem.
Wszyscy, albo większość z nas oglądała oskarowy film Formana, w którym główne postacie genialne zagrali Tom Hulce jako Mozart i Murray Abraham jako Salieri. Trudno jest uciec od tamtej sugestywnej realizacji, poza tym wiele cech i zachowań bohaterów wynika wprost z tekstu dramatu Shaffera. Nie da się uciec od porównań, obserwując grę aktorską, zwłaszcza Mozarta, łączącego w swojej osobowości zachowania trywialne, czasami nawet obsceniczne ze świadomością swojej muzyki i swojego geniuszu. Z jednej strony dramat nierozumianego artysty, uwikłanego w dworskie intrygi, którymi osacza go wróg, Salieri oraz inne "miernoty", a z drugiej geniusz muzyczny wyrastający ponad wszelkie przyziemne rozgrywki.
Spektakl imponuje rozmachem scenograficznym i muzycznym. Sugestywne stroje z epoki, w które ubrani są także członkowie orkiestry na czele z dyrygentem, stwarzają iluzję atmosfery XVII-wiecznego wiedeńskiego dworu. W przedstawieniu padają zdania, dialogi, frazy znane z filmu, ale także nieco odmienne, nowe, co nie pozwala na całkowite zrównywanie z dziełem Formana. Akcja dramatu zawarta jest w ramach przedśmiertnej spowiedzi Salierego, podobne zresztą jak filmie, który rozpoczyna scena jego agonii i przedśmiertnego wyznania. Na lubelskiej scenie stary Salieri siedzi w fotelu i rozpoczyna swoją spowiedź, sztuka kończy się jego śmiercią. Wcześniej widzimy śmierć Mozarta doprowadzonego do obłędu stopniowym osaczaniem go przez wroga i zamówieniem Mszy żałobnej przez tajemniczą zamaskowaną postać, która przypomina mu jego ojca Leopolda.
Przejmujące jest obserwowanie jak zawiść mniej zdolnego artysty krok po kroku niszczy wielkiego geniusza. I ogromna jest siła literatury, gdyż fikcyjny wątek ciągłej rywalizacji utrwalił w pamięci potomnych i w kulturze wizerunek Salierego jako mordercy. Shaffer stworzył mit genialnego twórcy niszczonego przez miałkie otoczenie. Abstrahując od dosłownych odniesień, jest to temat aktualny zawsze, w każdej epoce, nawet w małym, lokalnym wymiarze. Pięknie tłumaczy to w załączonym wyżej wywiadzie Anna Wieczur.
Wracając zaś do samego spektaklu, podobała mi się kreacja cesarza, zupełnie innego niż w filmie Formana. Dużo młodszy, nieco postrzelony, bardziej nastawiony na rozrywkę, zabawę. Postać Mozarta w wielu aspektach przypominała kreację Toma Hulce`a. Aktorsko dynamicznie, klarownie jeśli chodzi o przejścia z emocji w emocje, z nadziei do rozpaczy, z trywialności do powagi i z powagi do satyry. Salieri dosyć demoniczny, wspaniały monolog i gest rzucenia partyturą Mozarta jak rękawicą wyzywającą Boga na pojedynek. Salieri bowiem nie walczy z Mozartem; walczy z Bogiem, którego narzędziem jest Mozart jako dziecko obdarowane przez Stwórcę niezasłużonym geniuszem. A przecież ton, Salieri, tak bardzo prosił o talent, którym mógłby Go sławiąc po wszystkie czasy. Tymczasem prawdziwą boską nieśmiertelność prezentuje muzyka przybłędy z Salzburga, sprośnego chłopca, który za nic ma autorytety cesarskiego dworu. Tymczasem ten umierający geniusz już nie wie, czy to, co tworzy, jest dobre. Ma wątpliwości, dlatego pokazuje największemu wrogi ostatni rękopis, rękopis z początkiem Requiem pytając czy to jest dobre. I mroczny wróg Boga musi przyznać: "To jest nieśmiertelne". Niestety, nie on, Salieri, jest autorem dzieła. Dopełnia się jego rola, Mozart umiera otruty, będąc na granicy obłędu i szaleństwa.
A Salieri? Salieri wie, że zamordował samego siebie. Przecież nie można wygrać z Bogiem. Można walczyć z własną zazdrością, zawiścią, ambicją ponad właściwie rozeznanie swoich talentów i umiejętności. Nie zrobił tego, wiec - jak sam to ujął - stanie się patronem nieudaczników i miernot. Ostatnie zdanie ma wydźwięk ostatecznej klęski bohatera i chyba można je odczytać jako wyraz ostatecznego buntu przeciwko niezrozumiałym przydzieleniem wielkich artystycznych talentów osobom, które wydają się najmniej tego godne: "Miernoty wszystkich epok, rozgrzeszam was!"
PS. Uwaga! Treść dramatu Shaffera jest fikcją. Salieri nie otruł Mozarta. I chociaż sztuka jest bardzo sugestywna, a za sprawą filmu Formana weszła do kanonu kultury i powszechnej wyobraźni, tak naprawdę nie stawia pytania o to, kto zamordował Mozarta (badania ujawniają, że nikt), tylko o to, dlaczego miernoty zazdroszczą bardziej utalentowanym od siebie.
Ultimum Iudicum - Ostatni Sędzia - to najnowszy projekt Lecha Majewskiego prezentowany w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. O Lechu Majewskim pisałam w kontekście jego filmu (Młyn i krzyż) oraz książek (Szczury Manhattanu, Oficjalne centrum świata). Artysta wszechstronny - reżyser, pisarz, malarz, scenarzysta... Osobowość renesansowa: tworzy scenografie teatralne i operowe, reżyseruje filmy, a zdarzało mu się komponować muzykę do spektaklu. Cokolwiek wyjdzie spod jego ręki, zawsze można się spodziewać świata z pogranicza sztuki, życia i wyobraźni. Przekraczanie granic między dziedzinami sztuk wizualnych zaowocowało powstaniem nowego terminu: wideofresk. Lech Majewski bowiem posługuje się kamerą, ale to, co widzi kamera uzupełnia nowoczesną technologią cyfrową, animacją i - jak było w przypadku filmu Młyn i krzyż - fabułą z udziałem żywych aktorów.
Ultimum Iudicum to przykład wideofresku na podstawie wybitnego dzieła sztuki, jakim jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga. Skrupulatnie zarejestrowane kamerą detale trzech części ołtarza Majewski ożywia i uzupełnia słyszaną w tle muzyką, która odnosi się do fragmentów animowanego filmu. Gdy kamera pokazuje na przykład balkon z trzema grającymi i śpiewającymi aniołami, słychać delikatną pieśń anielską. Gdy natomiast oglądamy wideofresk zrealizowany na podstawie lewego skrzydła (po prawej stronie patrzącego) ilustrującego strącanie potępionych do piekła, słychać krzyki, płacz i nieludzki wrzask z paszcz diabelskich.
Kompozycja Majewskiego składa się z trzech części, tworząc tryptyk, tak jak ołtarz Memlinga. Wyświetlane na dużych ekranach wypada oglądać po kolei, śledząc za obiektywem kamery niezwykłe szczegóły malowidła. Dopiero tak widać, że w błyszczącej zbroi Archanioła Michała odbijają się postacie z pierwszego planu na dole obrazu. Oko kamery wychwyciło szczegóły, które trudno odnaleźć przy pospiesznym oglądaniu: detale architektoniczne bramy raju, przerażające oczy i paszcze diabłów, krople potu i łez na twarzach zmartwychwstałych ludzi przeznaczonych na potępienie.
Obraz Memlinga wpisuje się w długą serię dzieł Biblia pauperum, miał plastycznie ukazywać to, co zapowiada Apokalipsa św. Jana. Film, a właściwie tryptyk filmowy Majewskiego, można potraktować jako współczesną kontynuację tego wątku, dostosowaną do współczesnej technologii i wrażliwości człowieka, którego już niewiele może przerazić. Okazuje się jednak, że tak ukazany - w dużych zbliżeniach, z detalami, z ożywionymi twarzami, z muzyczną ilustracją - obraz sprzed pięciuset lat potrafi budzić grozę. Nowoczesna technologia pozwala też dokładniej przyjrzeć się i docenić kunszt malarza, który w twarzach przedstawionych na obrazie postaci z psychologiczną prawdą ukazał całą gamę emocji.
Podobnie jak w przypadku obrazu Bruegla, Lech Majewski przy pomocy kamery i przetwarzającej wyobraźni nadaje pierwotnemu dziełu walor wciąż żywej historii, opowieści o nas, o człowieku wszystkich epok, dowodząc, że dawne malarstwo wcale nie jest zamknięta i anachroniczną sztuką tylko dla znawców i koneserów. Obejrzenie trzech części zajmuje zaledwie pół godziny, a mieści się w nich niemal cala historia ludzkości i mistyczna kontemplacja kruchej ludzkiej kondycji.
Mieczysław Surzyński (1866 - 1924) był jednym z wielu kompozytorów, którzy zainspirowani pieśniami wielkopostnymi tworzyli organowe improwizacje i wariacje. Nazywany jest "Chopinem organów", a ze względu na technikę improwizacji "polskim Bachem". W zakresie organowej improwizacji był pionierem w polskiej muzyce na na przełomie XIX i XX wieku. Wysokie umiejętności potwierdziło wygranie międzynarodowych konkursów improwizacji w Rzymie (1900), w Petersburgu (1901) i w Londynie (19012). W swojej twórczości często nawiązywał do motywów ludowych i pieśni kościelnych.
Grę na organach, fortepianie i kompozycję studiował w Berlinie w latach 1885 - 1887, a następnie kontynuował w Lipsku w latach 1887 - 1890. Jako organista i dyrygent chóru działał w Poznaniu, Libawie na Łotwie, w Petersburgu, Saratowie i Kijowie. W Petersburgu od 1893 roku kierował chórem katolickiej katedry metropolitalnej. W latach 1905 - 1915 prowadził klasy organów w Instytucie Muzyki w Warszawie. Od 1909 roku był organistą w Katedrze św. Jana w Warszawie, wykładał też w Wyższej Szkole Muzycznej im. F. Chopina. Rok 1915 okazał się dramatyczny, gdyż jako jeniec cywilny został przesiedlony w głąb Rosji, skąd powrócił dopiero w 1921 roku i ostatnie lata spędził w Warszawie ciesząc się sławą wybitnego wirtuoza muzyki organowej.
Duża część kompozycji Surzyńskiego należy do nurtu cecyliańskiego, w którym mieszczą się między innymi organowe transpozycje pieśni kościelnych. Największym ich zbiorem w twórczości Surzyńskiego jest Rok w pieśni kościelnej wydany w 1909 roku. Składa się z pięciu zeszytów, z których każdy zawiera opracowania muzyczne pieśni na poszczególne części roku kościelnego. Zeszyt pierwszy zawiera preludia organowe osnute na pieśniach adwentowych; w drugim są kompozycje kolędowe, w trzecim tematy z pieśni wielkopostnych, w czwartym pieśni odnoszące się do świąt Wielkanocy, Zielonych Świątek, Trójcy Świętej i Bożego Ciała oraz w zeszycie piątym pieśni maryjne.
Preludia wielkopostne nawiązują do pieśni: Ty, któryś gorzko na krzyżu umierał; O, Jezu, jakoś ciężko skatowany; Ojcze, Boże wszechmogący; Stała Matka Boleściwa; Jezu Chryste, Panie miły;Płaczcie anieli; Ludu, mój ludu; Wisi na krzyżu; Wszyscy mieszkańcy dworu niebieskiego; Vexilla Regis; Krzyżu święty; Zawitaj, Ukrzyżowany; Jezu konający (Preludium et fuga). Przyznaję, że nie znam kilku z tych pieśni. W zeszycie Surzyńskiego oczywiście słów nie ma, gdyż są to improwizacje. Trudno też znaleźć nagrania na YouTube.
Spośród nagrań pieśni wielkopostnych udało mi się znaleźć improwizację na kanwie Jezu Chryste, Panie miły znaną też pod nazwą Choral varie op. 50.
Do najbardziej popularnych i najczęściej wykonywanych improwizacji Surzyńskiego należy inna znana pieśń: Święty Boże, Święty Mocny znana pod tytułem Improvisationen fur Orgel uber ein altes polnishes Kirchenlied, op. 38, która charakteryzuje się wirtuozerią i zdobyła sporą popularność.
... karnawału. Król odjeżdża, żeby powrócić za rok.
Grafika z czasopisma "Wędrowiec" , nr 6, 11 lutego 1899 r.
Łostatki, zapusty, kuse dni ...
jakkolwiek zwać,
do zabawy rwie się brać,
w te upojne dni.
Słabo mi to wyszło, posłużę się kimś bardziej lotnym w wierszopisaniu. Na przykład Teodor Wierzbowski tak podsumował:
Mięsopusty, zapusty,
nie chcą państwo kapusty,
wolą sarny, jelenie
i żubrowe pieczenie.
Mięsopusty, zapusty,
nie chcą państwo kapusty,
pięknie za stołem zasiędą,
kuropatwy jeść będą.
A kuropatwy zjadłszy,
do taneczka postawszy,
po tańcu małmazyją
i tak sobie popiją.
O karnawałowych cudownych "uzdrowieniach" podczas wtorkowego zapustnego karnawału w Wenecji tak pisano ironicznie w "Rozmaitościach", dodatku do "Gazety Lwowskiej" z lutego 1822 roku:
Nawet żebracy maskują si we Wtorek zapustny; mażą sobie lice mąką, wieszają an siebie różnobarwne łachmany i wdziewają najeżone peruki. Tak ustrojeni skaczą, przewracaj kozły i niejeden kaleka lub garb utraca lub proste odzyskuje nogi.
Najmroczniejszy orszak zapustny opisany został w Marii Malczewskiego. A jeszcze w muzycznej wersji Romana Statkowskiego - premiera w Teatrze Wielkim 1 marca 1906 roku. Roman Statkowski napisał operę bardzo polską, z rozpoznawalnymi akcentami, motywami, symbolami. Świetny, potężny, radosny polonez prawie na początku, po arii Wojewody i poleceniu zabicia niechcianej synowej robi wrażenie. Karnawałowe szaleństwo kuligu znajdzie tragiczne dopełnienie w orszaku weneckich masek, wśród których ukrywa się zabójca Marii. Szalone tempo i dzikość orszaku wzbudza grozę przeczuciem dramatycznego zakończenia. W szalony rytm zapustów kompozytor wplótł dynamiczne rytmy oberka. Zapusty wprowadzają w atmosferę śmierci i żałoby.
Pietro Longhi, karnawałowe maski na ulicy Wenecji, pocztówka z 1906 r.
Był cudownym dzieckiem. Znał i umiał czytać nuty zanim nauczył się czytać i pisać słowa. W wieku czterech lat czytał partytury Beethovena, a wieku pięciu lat wystąpił na pierwszym publicznym koncercie. Claudio Arrau Leon (1903 - 1991) - chilijsko-amerykański pianista - cesarz fortepianu o fenomenalnej pamięci i ogromnym repertuarze. W wieku jedenastu lat grał Etiudy Transcendentalne Liszta, zaliczane do najtrudniejszych kompozycji fortepianowych. Podczas 12 pełnych recitali wykonywał wszystkie klawiszowe utwory Beethovena, a pięć kolejnych wieczorów zajmowały mu kompozycje Mozarta. Cykle te wykonał w 1935 i 1936 roku. Podobnie grał też cykle utworów Schuberta i Webera. W szczytowym okresie kariery miał w repertuarze kompletne utwory fortepianowe Bacha, Mozarta, Beethovena i Chopina. Szacuje się, że ich wykonanie zajęłoby 76 pełnych koncertów recitalowych oraz dodatkowo potrafił grać ok. 60 utworów z orkiestrą.
W wieku 10 lat rozpoczął studia w Berlinie pod kierunkiem Martina Krause, ucznia Liszta. Krause od początku widział ogromny talent młodego chłopca, o którym powiedział: "Będzie moim arcydziełem". I nie mylił się. W wieku 17 lat Arrau wystąpił w Royal Albert Hall w Londynie, a 20 października 1923 roku mając 20 lat zadebiutował w Carnegie Hall w Nowym Jorku. Koncertował niemal do ostatnich lat życia. Są nagrania, i to pełnowymiarowe recitale bądź koncerty z orkiestrą, gdy miał 85 lat. 6 lutego 1983 roku w dniu 80. urodzin Arrau wystąpił z Philadelphia Orchestra pod batutą Riccarda Mutiego w koncercie, który był transmitowany w telewizji. Podobnie koncert na 85 urodziny z 6 lutego 1988 roku został nagrany i wyemitowany w telewizji. Arrau zagrał wówczas V Koncert fortepianowy Beethovena zwany Cesarskim. Oba koncerty zostały wydane na płytach.
6 lutego minęła 123 rocznica jego urodzin.
W 1931 roku, dokładnie 14 lutego, Arrau wystąpił w Wilnie. Kilka lat wcześniej, w 1927 r. zdobył pierwszą nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym w Genewie, która ugruntowała jego pozycję wśród wirtuozów fortepianu.
W następnych latach chilijski pianista jeszcze kilka razy przyjeżdżał z recitalami do Polski, o czym donosiła ówczesna prasa muzyczna.
Obliczono, że podczas długiej kariery wystąpił 8113 razy.
Zawsze się wzruszam, gdy patrzę i słucham jak 80-letni Claudio Arrau gra Beethovena:
Tłusty Czwartek pobudza apetyt. I to na wielu polach, także artystycznych. Zwykła konsumpcja bywa ogromna, bowiem jak donosił "Express Lubelski i Wołyński" z lutego 1926 roku, Warszawiacy w tamtym tłustym czwartku zjedli półtora miliona pączków, co zostało starannie, aczkolwiek w zaokrągleniu wyliczone. Jednym słowem, pączkowy czwartek istotnie wpływa na poprawę finansów handlu cukierniczego.
Tłusty Czwartek rozpala wyobraźnię, czego przykładem zabawna akwarela z pączkami w tanecznych karnawałowych popisach.
Józef Louis-Wawel: Pączki tańcujące, akwarela, 1843 r.
Tu dygresja. Józef Louis (1832 -1898) był przede wszystkim wybitnym prawnikiem, a zamiłowania badaczem historii, zwłaszcza Krakowa. Jego pasja historyczna i publikacje odkrywające dawne dzieje sprawiła, że nadano mu przydomek "Wawel". Pisał także książki popularne anonimowo lub pod pseudonimem. Nie znalazłam nigdzie informacji, jakoby zajmował się też malarstwem. Nie wiem, dlaczego rysunek został podpisany jako jego autorstwa, bo z datowania wynika, że namalowałby go mając zaledwie 11 lat! Sugeruje to, że chyba nastąpiła jakaś pomyłka. Trudno dociec, dlaczego nazwisko Louis-Wawel widnieje w zasobach cyfrowych Biblioteki Jagiellońskiej udostepniającej rysunek w domenie publicznej.
Wracając zaś do tematu pączkowego, przejdę do muzyki. Słodki wypiek doczekał się swojej pieśni. W Czwartym śpiewniku domowymStanisława Moniuszki znajduje się pieśń Do pączka ze słowami Szymona Konopackiego. Poniżej pierwsza część utworu.
Stanisław Moniuszko, Czwarty śpiewnik domowy, Do pączka, 1855 r.
Szymon Ewaryst Konopacki (1790 - 1884) - poeta, pisarz, tłumacz, tłumaczył m.in. Byrona. Poza twórczością poetycką napisał też pamiętniki. Nie znałam wcześniej tego autora i zamierzam jego pamiętniki przeczytać. Mogą okazać się ciekawe. Liczę na wiele interesujących obserwacji z życia Polaków na Ukrainie w tamtym czasie. Konopacki bowiem urodził się na krainie, mieszkał też przez pewien czas na Podolu. A tymczasem wiersz Do pączka, w którym okazuje się, że nie chodzi o pączka lukrowanego, tylko pączka kwiatowego. Tak to jest z polszczyzną: jedno słowo ma wiele znaczeń.
Powoli, pączku, powoli
Rozwijaj swoje ponęty,
Obrazem jest twojej doli
Kwiat przy tobie rozwinięty.
Cóż on zyskał, że się spieszył,
Wydobyć listki z ukrycia?
Nadziej się nie nacieszył
I krótką chwilę ma życia.
I ja niegdyś tak nadobny,
Nieznany sobie i światu,
Byłem do pączka podobny,
Podobny byłem do kwiatu.
Cóż mi dzisiaj po tym świecie?
Cóż doświadczenie mi nada?
Ot, wzdycham przy tym kwiecie,
Z którego listek spada.
Niemniej, jeśli pokusić się o głębszą analizę, można wiersz uznać za refleksję o przemijaniu towarzyszącą ostatnim dniom karnawału i rychłego początku Wielkiego Postu. Czyli jesteśmy nadal w atmosferze ostatków.
Czas na mnie, wyruszam na poszukiwanie pączków zanim zabraknie.