Don Kichot Mariusa Petipy do muzyki Ludwiga Minkusa to klasyczny balet popisowy. Niewyszukana akacja służy prezentacji porywających tanecznych solówek i pas de deux. Zróżnicowana, dynamiczna o mocno hiszpańskich rytmach muzyka wprowadza do tańca wartkość, której nie posiada akcja, oparta raczej na komicznych gagach i luźnej kompozycji.
Najnowsza realizacja Don Kichota w Operze Narodowej ma kilka różnych wersji obsadowych, dających możliwości pokazania się wielu tancerzom od najlepszej strony. Swoją drogą, gdy się ogląda Vladimira Yaroshenkę w partii torreadora Espady, a Maksima Woitiula w bolero, to aż chciałoby się na zasadzie rywalizacji zobaczyć także odwrotnie, bo nie wiadomo, który zachwyca bardziej.
Vladimir Yaroshenko jako Espada

(fot. Ewa Krasucka ze strony TWON)
Swego czasu w partii Basilia popisywał się Michaił Barysznikow, który miał fenomenalną umiejętność wysokich długich skoków i kręcenia piruetów. Przy okazji jak ktoś chce się pobawić w liczenie, to tancerka w poniższym filmie powinna wykonać dokładnie 32 obroty :-)
Fragment filmu z moich wspomnień:
Natomiast wczoraj w partii Basilia popisywał się skokami, piruetami, poczuciem humoru (scena z pozorowanym samobójstwem) oraz techniką podnoszenia tancerki i utrzymania jej jedną ręką Paweł Koncewoj. I tu się zdumiałam, bo dotąd nie oglądałam go w takiej trudnej i popisowej roli. Jako Kitri partnerowała mu z wręcz eteryczną lekkością Yuka Ebihara.
Nie opowiem całego na poły śmiesznego, na poły wzruszającego libretta Don Kichota. Mniej więcej zgadza się to przecież z treścią powieści, która jest pretekstem do pokazania całej gamy spektakularnych baletowych popisów. Ale jest w nim też dużo humoru i baśniowy sen bohatera, w którym świat staje się piękniejszy niż w rzeczywistości.
Cóż dodać? Don Kichot to nie jest balet do opowiadania, tylko do zachwycania się ;-) Bardzo ładnie zrobiona zapowiedź warszawskiego spektaklu:
A tu już kompilacja fragmentów:
Rozmarzyłam się na niemal trzy godziny :-)
No cudności po prostu. I to w mojej wsi takie wydarzenia kulturalne są? :-))).
OdpowiedzUsuńObejrzałam z wielką przyjemnością Barysznikowa - on rewelacyjnie tańczył. Pisałam kiedyś u siebie, że widziałam go w foyer Teatru Colon w Buenos Aires - mignął mi tylko jak przedzierał się przez tłum wielbicielek....
To faktycznie rozmarzone miałaś te 3 godziny.
:-))
Ale naszych tancerzy też warto oglądać, mimo że Barysznikow to legenda ;-)
Usuńpiękny świat na scenie, doskonały, uporządkowany. Na nic nasze wysiłki, gdyby nie było marzeń o takim świecie. I Don Kichot nieszczęśliwy ( współczesna diagnoza medyczna byłaby miażdżąca) wzrusza, bawi, w świecie rzeczywistym byłby groźny i śmieszny. Piszę o tym, odpowiadając po trosze na Twój u mnie komentarz . Don Kichot wpisał się w tradycję, został niejako "rozkodowany", oswojony, uświęcony. W balecie, o czym piszesz, jest tylko pretekstem do zgoła innej opowieści o pięknie ludzkiej sylwetki, doskonałości ruchu. Tak, między sztuką i rzeczywistością istnieje związek szczególny, nigdy wprost.
OdpowiedzUsuńPodziwiam, Notario, Twoje artystyczne odkrycia :)
No właśnie, musi istnieć jakiś wspólny kod kulturowy między artystą a jego czytelnikiem, odbiorcą. Ale czy zawsze musimy od razu wchodzić w anatomiczną analizę dzieła sztuki? Może po prostu posiedzieć i się pogapić? ;-)) Na tym spektaklu było dużo dzieci, nawet w wieku przedszkolnym, im wcale nie jest potrzebna wiedza o funkcjonowaniu Don Kichota jako znaku kulturowego :-)
Usuńoczywiście! muzyka, taniec, ruch, kostiumy. Ty wiedziałaś, o czym to opowieść, dzieci miały własną:))
UsuńNo i zachwyt był jednakowy :-)
UsuńHmmm... baletów raczej słucham, niż oglądam, bo faceci w rajtuzach nieodparcie mnie śmieszą. W każdym razie rozumiem zachwyt nad tańcem, bo muzycznie rzecz mi się zdaje przeciętną...
OdpowiedzUsuńKłaniam nisko:)
Oj nie, "Don Kichot" nie jest baletem do słuchania ;-) Zdecydowanie chodzi o taniec :-)
UsuńKocham tego Marzyciela w każdym wydaniu...;o)
OdpowiedzUsuńBo jak go nie kochać?!
UsuńNapisałaś "naszych tancerzy" , a jacy oni "nasi", że się nacjonalistycznie zapytam! Sami Rosjanie! :))
OdpowiedzUsuńYuka to ulubienica mojego męża:)) Ale kiedy go przestawiłam na balet współczesny, którego nie znaliśmy i nie poważaliśmy jeszcze 2 lata temu, teraz każesz znów wracać do klasyki...:))
Zwiastun faktycznie fascynujący.
Taa, zwłaszcza Yuka Rosjanka prosto z Tokio, no weź ;-) Rosjanie to Popov i Yaroshenko, Koncewoj - Białorusin, a Woitiul, też Białorusin, ale w zespole warszawskim od 1998 roku! Liashenko z Ukrainy, Koncewoj tutaj wspomniany też z Ukrainy; ale Krysztoforska, Anczykowski, Kozak, Lorenc, eteryczna Ewa Nowak - to Polacy. A w ogóle jest Hiszpan, inni Japończycy, Amerykanie, Gruzinka ... - zespół bardzo międzynarodowy, a wszystkimi rządzi Krzysztof Pastor, czyli Nasi :-)
UsuńI dlaczego stawiasz sprawę tak rozstrzygająco: albo balet klasyczny, albo nowoczesny? Nie może być i jeden i drugi?
UsuńMoże być jedno i drugie, ale baletu klasycznego jakoś ja nie kochałam. Wolałam operę. W tym współczesnym się zakochałam i trudno mi teraz zawrócić.
UsuńA co do składu, to oczywiście miałam na myśli, że to w większości cudzoziemcy, z przewagą naszych wschodnich sąsiadów, RÓŻNYCH. I nie żebym miała coś przeciw ukraińskim czy rosyjskim, po prostu stwierdzam fakt. Już kiedyś o tym pisałam, że wśród kobiet solistek jest więcej Polek, a wśród mężczyzn - cudzoziemców. Jakby nasi faceci byli mniej zdolni, czy bardziej leniwi...?
Nie da się ukryć, że za naszą wschodnią granicą tradycje baletowe są znacznie dłuższe i bogatsze niż u nas. Największe hity baletu klasycznego są rosyjskie (Don Kichot jest jednym z nich), najbardziej znani w świecie tancerze też przeważnie stamtąd. To też musi mieć jakiś wpływ.
UsuńAle wielki tancerz i reformator baletu Wacław Niżyński był stuprocentowym Polakiem, tylko Rosjanie nam go zawłaszczyli, bo Polski wtedy nie było na mapie :-( A kiedy już na tę mapę wróciliśmy, to Niżyńskiemu spodobało się zachorować i resztę życia spędził w wariatkowie.
UsuńBo do tańca jako sposób na życie trzeba mieć poza warunkami fizycznymi szczególną psyche, zwłaszcza mężczyźni, bo jak powiada Wachmistrz- faceci w rajtuzach nie każdego przekonają:))
OdpowiedzUsuńMimo to piękni, tym bardziej, że tak krótko trwa sceniczna kariera.
Może tak samo konieczne są określone predyspozycje jak w ogóle w każdej dziedzinie sztuki. Balet - poza wyśrubowanymi wymaganiami fizycznej sprawności - wymaga też zwyczajnego aktorstwa, a rajtuzy to rodzaj kostiumu scenicznego;-)
UsuńOczywiście że rajtuzy to strój sceniczny. Z tym, że tylko dla niektórych mężczyzn - tych baletowo zbudowanych :-))
UsuńJakieś wymagania muszą być ;-) Nie może taki pierwszy z brzegu wpaść na scenę w rajtuzach na postrach widowni!
UsuńNa balet można patrzeć godzinami.Radość dla oczu. Pozdrawiam słonecznie.
OdpowiedzUsuńJak najbardziej, bez końca :-) Dziękuję za odwiedziny.
UsuńNoti, kurde! Żeby nie powiedzieć brzydziej :( Weszłam na tą odnowioną, nieczytelną stronę TN/ON, nie grają! A już chciałam, wyszczerzyłam się, bo po pierwsze miłość do on Kichota, po drugie akurat brak prezentu na urodziny H., po trzecie... Kurde. No kurde :( Do końca czerwca nic, potem sezon wiadomo jaki.
OdpowiedzUsuńDzisiaj grają, ostatni raz w sezonie, i są bilety. Ale pewnie nie zdążysz :-( Skąd mogłam wiedzieć, że poszukujesz prezentu na urodziny :-(
UsuńNo nie mogłaś. Ghrm... W końcu kupiłam do Narodowego na "Kotkę na Blaszanym Dachu". Ale Don Kichot... No nic, może wróci w sezonie następnym. Jako i Nabucco, na którego chcę jeszcze raz iść również.
UsuńA nie interesuje Cię przypadkiem "Idiota" z Agatą Buzek w roli księcia Myszkina?? Bo ja bym chętnie, tylko... daleeekooo.. i czasu brak, i bilety znikają jak ciepłe bułeczki :-(
UsuńOwszem... Wow... Wprawdzie kupiłam już tamto, ale nie po to z czternastoma maturzystami się użeram po godzinach, żeby biletów sobie potem nie kupować. Może zsynchronizujemy?
UsuńNa mnie teraz nie licz, jak możesz, to idź, a potem opiszesz. Jestem absolutnie nieczasowa :-( Nie mogę niczego planować. Mam cichą nadzieję, że skoro taki popyt na bilety, to trochę powisi na afiszu i może załapię się na jakąś końcówkę ;-) Tylko nie mam pojęcia, kiedy.
Usuńdla takich przyjemności mogłabym zamieszkać w Warszawie:))
OdpowiedzUsuńDobrze się jednak zastanów;-) Bo jak widzisz powyżej, nawet mieszkając na miejscu, można coś interesującego przegapić, a wtedy frustracja gotowa. A tak zawsze masz legalną wymówkę: mam tak daaaleeeekoooo i nie mogę zostawić domowych kątów ;-)
Usuń