Nie pierwszy to raz, gdy znajduję intrygujące, a może nawet i pouczające ciekawostki w dawnej polskiej prasie. Tym razem wpadła mi w oko "Gazeta Świąteczna" z 8 kwietnia 1888 roku prowadzona przez redaktora Hermana Benniego (1834 - 1900). Fryderyk Emanuel Herman Benni był ewangelickim pastorem, a także lektorem języka angielskiego i francuskiego, założycielem prywatnej szkoły męskiej, w której zatrudniał wybitnych polskich nauczycieli oraz jednym z inicjatorów budowy pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie na stulecie urodzin poety. Jednocześnie redagował w różnych okresach życia "Kurier Warszawski", "Ateneum" a także wspomnianą na początku "Gazetę Świąteczną".
W numerze 379. z 8 kwietnia 1888 roku "Gazety Świątecznej" mocnym i rzucającym się w oczy akcentem jest zachęta do pracy nad usprawnianiem umiejętności czytania i pisania po polsku. Trzyczęściowa - jak można zauważyć - reklama stopniuje te umiejętności i zachęca do dalszego ich pogłębienia w bardzo pomysłowy i motywujący sposób.
Podoba mi się sformułowanie: "Kto umie już czytać, a chce się nauczyć pisać", a jeszcze bardziej trafne umieszczone niżej: "Kto pisać już trochę umie, niech się nauczy pisać poprawnie". Zwłaszcza to drugie - uważam - nie straciło na aktualności. Bo chociaż naukę czytania i pisania mamy od dawna obowiązkową, poprawność tekstów pisanych tu i ówdzie, nawet publicystycznych na portalach informacyjnych, przedstawia wiele do życzenia. Coraz więcej osób chciałoby zabłysnąć opublikowaniem swojej twórczości, ale pracy nad doskonaleniem polszczyzny raczej unikają, sądząc, że podstawy wyniesione ze szkoły podstawowej wystarczą, aby wielkim/-ką pisarzem/-rką zostać. Na ostatniej zaś stronie gazety znajduje się lista aktualnych w tamtym czasie publikacji, które można zakupić. Uderza obecność wielkiej literatury. Są powieści i opowiadania Kraszewskiego, Prusa, Konopnickiej, Orzeszkowej, publikacje naukowe, jak Jeske-Choińskiego oraz historyczne, podróżnicze a także poradnik słynnej Ćwierciakiewiczowej pt. Cokolwiekbądź chcesz wyczyścić, czyli Porządki domowe za 40 kopiejek. I ta ostatnia pozycja bardzo by mi się przydała :-)
Zanim jeszcze dotarłem do treści reklamy i tekstu pod nią, już po przeczytaniu zdania: „...zachęta do pracy nad usprawnianiem umiejętności czytania i pisania po polsku”, pomyślałem, że to, co było istotne w 1888 roku (138 lat temu!), pozostaje aktualne — a może nawet jeszcze ważniejsze — także w 2026.
OdpowiedzUsuńObawiam się jednak, że AI może przynieść wręcz przeciwny efekt i spowodować — a właściwie już powoduje — zaniechanie doskonalenia nie tylko polszczyzny, lecz także nauki i dobrej znajomości języków obcych, bo „AI i tak wszystko poprawi”.
Pamiętam nieco analogiczną sytuację ze szkoły podstawowej, a później z liceum, kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze kieszonkowe kalkulatory (choć wówczas wymagały naprawdę pojemnych kieszeni 😁). Niektórzy nauczyciele zakazywali ich używania — choć mogli egzekwować te zakazy jedynie podczas lekcji — inni dopuszczali ich ograniczone stosowanie. Faktem jest, że dziś kasjerka bardzo często nie potrafi obliczyć nawet przy najprostszych zakupach, ile powinna wydać reszty, i całkowicie polega na tym, co pokaże kasa. Przykład—wczoraj byłem w sklepie i natknąłem się na produkt przeceniony o 30%, ale nie mogłem znaleźć pierwotnej ceny. Spytałem się młodej pracownicy, która wkrótce znalazła cenę: „Oryginalna cena jest 11 dolarów, tak więc zapłacisz…” I tu zaczęła mieć problem z obliczeniem w głowie, lecz szybko sobie z tym poradziła — „kilka dolarów mniej.” Szybko jej odpowiedziałem — „dokładnie o 3 dolary i 30 centów mniej!”
Zresztą sam od lat korzystam z „Google Translate” do czytania różnorodnych tekstów obcojęzycznych i podejrzewam, że to właśnie jeden z głównych powodów, dla których straciłem motywację do nauki hiszpańskiego, a swoją podstawową znajomość tego języka niemal całkowicie zapomniałem. Również AI bardzo pomaga mi w tłumaczeniu blogów na język polski — oszczędzam w ten sposób ogromną ilość czasu i frustracji.
Wielokrotnie przeglądałem ogłoszenia w starych, przedwojennych i dziewiętnastowiecznych gazetach i byłem zdumiony, jak wiele oferowano wówczas podręczników do samodzielnej nauki — właściwie wszystkiego! To ciekawe, bo w czasach PRL niemal zniknęły one z rynku (wraz z prywatnymi wydawnictwami — bo przecież jedynie władza „wiedziała”, co jest dla naszych mózgów słuszne). Jedyne tego typu publikacje, jakie pamiętam z księgarń, to samouczki do nauki języka angielskiego i niemieckiego autorstwa Leszka Szkutnika. Co więcej, do dziś mam jeden egzemplarz z lat 60., używany niegdyś przez moją mamę. Mnie samemu udało się — niemal cudem (do dziś pamiętam ten dzień) — kupić podręcznik Szkutnika do nauki języka niemieckiego wraz z trzema kasetami w 1981 roku. Kilkadziesiąt godzin spędzonych na nauce okazało się niezwykle pomocne podczas mojego pobytu w Austrii niedługo później.
A skoro już o samouczkach mowa, przypomniała mi się książka Zygmunta Betańskiego „Obraz XX wieku we wspomnieniach”. W 1943 roku autor, mieszkający wówczas w Toruniu, postanowił rozpocząć naukę języka angielskiego. Znalazł w prasie ogłoszenie Instytutu Rustina w Poczdamie, oferującego kursy korespondencyjne (Selbstunterrichtsbriefe) z różnych dziedzin — m.in. z angielskiego, matematyki, geografii i geometrii — i zamówił kilka z nich. Tak o nich pisał: „Jakość ich była znakomita, lepsza niż cokolwiek innego, co później miałem w życiu okazję mieć w ręku”.
Co ciekawe, w drugiej połowie lat 50. otrzymał stypendium na studia we Francji — mimo że nie znał języka francuskiego. Co więc zrobił? Ponownie zamówił w Instytucie Rustina komplet materiałów do nauki francuskiego. I choć jego znajomość języka nie była idealna, zdołał wyjechać na studia i je ukończyć.
Piszesz, że bardzo przydałaby Ci się książka „Cokolwiekbądź chcesz wyczyścić, czyli Porządki domowe”. Mnie również — może więc złożymy się po 20 kopiejek każdy i zamówimy ją na spółkę? 😂 Obawiam się jednak, że końcowe zdanie w poradniku mogłoby brzmieć tak: „A ukończywszy porządki, rozsyp na klepisku świeży piasek, aby dom twój wyglądał czysto i schludnie.”
Kończę ten (jak zwykle zbyt długi) komentarz i serdecznie pozdrawiam!
Ależ wspaniały komentarz!
UsuńMoja znajomość języków obcych też często ogranicza się do elektronicznego tłumacza, niestety, nad czym ubolewam, ale jak zauważyłeś, to oszczędza czas. Zresztą, w czasach szkolnych obowiązkowym językiem był rosyjski, co prawda rusycystę miałam świetnego i bez problemu wszyscy mogliśmy potem czytać literaturę rosyjską w oryginale, prasę i utwory literackie, tylko że nawet ta umiejętność późnej nieużywana, zmarniała. Tak samo jak niemiecki, którego tez uczyłam się sporo, a potem przerwałam. Ech, Szkutnik! Mam jego podręczniki i samouczki do dzisiaj. To pewnie już zabytek. Ale był jeszcze jeden samouczek do nauki języka - do esperanto! Nie pamiętam w tej chwili nazwiska autora, bo gdzieś głęboko na półce to siedzi ukryte, ale uczyła się z tego moja mama. Do dziś nie wiem, co jej przyszło do głowy i na co jej to esperanto było potrzebne.
Z czasów PRL samouczki pamiętam tylko do szycia i robienia na drutach i szydełku. Wzory do szycia zamawiała moja mama. Były drukowane też w "Przyjaciółce", którą prenumerowała.
To się uśmiałam z tego klepiska :-)) Faktycznie, tak tam by mogło być napisane. Tym bardziej, że jak pamiętam z opowieści u mojego dziadka jeszcze po wojnie było klepisko zanim położona została drewniana podłoga.
Dziękuję za interesujące ciekawostki, przypomnienia i humor :-) Pozdrawiam!
Rzeczywiście — nauka języków w PRL-u to temat rzeka.
UsuńRosyjskiego „uczyłem się” przez osiem lat. Przez połowę tego czasu w ogóle nie było nauczyciela, a w pozostałych latach trafiali się albo bardzo słabi, albo tacy, którzy wymagali od nas poziomu zupełnie nieosiągalnego. Do dziś nie mam pojęcia, jakim cudem byłem w stanie czytać w oryginale Lermontowa, Czechowa czy Tołstoja. A kiedy ktoś niespodziewanie odezwał się do mnie po rosyjsku, nie potrafiłem nawet powiedzieć, że go nie znam. Mimo to zupełnie nie żałuję — tutaj ten język nigdy nie był mi potrzebny.
Z angielskim było niewiele lepiej. Szkolne podręczniki były, delikatnie mówiąc, słabe — na wyjaśnienie bardziej zawiłych zagadnień gramatycznych poświęcano tak mało miejsca, że dziś chyba nawet AI nie potrafiłaby tego aż tak skrócić. Teksty natomiast bywały dość abstrakcyjne: historia Walii, królowie Anglii, literatura… Niewiele z tego wynikało praktycznie. Nauczycielka znała język raczej przeciętnie — do tego stopnia, że gdy kiedyś bezczelnie przepisałem fragment z amerykańskiego magazynu i oddałem jako własną pracę, dostałem „3+”, bo znalazła w nim „sporo błędów”! Nic więc dziwnego, że po czterech latach takiej edukacji nawet dobrzy uczniowie nie potrafili złożyć prostego zamówienia w restauracji.
Najwięcej dało mi… zaledwie dziesięć godzin korepetycji u kolegi. W tym krótkim czasie wyjaśnił mi więcej niż szkoła przez kilka lat. Do dziś uważam, że była to jedna z lepszych inwestycji w moim życiu i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Nota bene — z czasem stał się w Polsce dość znaną osobą. Sporo zawdzięczam też książkom Leszka Szkutnika oraz miesięcznikom „Mozaika” i „Mała Mozaika”.
Pamiętam również radiowe kursy językowe, powtarzane kilka razy w tygodniu, oraz materiały dostępne w kioskach „Ruchu”. Właśnie w ten sposób zaczęła się moja przygoda z językiem hiszpańskim — niestety nigdy w pełni nie rozwinięta.
Esperanto kojarzyło mi się choćby z ulicą Zamenhofa w Warszawie. To właśnie tam (wówczas przy ul. Dzikiej) znajdował się dom, w którym Ludwik Zamenhof mieszkał i pracował w latach 1898–1915 — dziś upamiętniony tablicą na powojennym budynku, bo cały teren został zniszczony w czasie wojny. Pamiętam też kluby esperantystów — niewielkie, ale bardzo zaangażowane środowisko, trochę hermetyczne. Sam kiedyś trafiłem na podręcznik tego języka, ale nie zrobił na mnie większego wrażenia — zdecydowanie wolałem skupić się na angielskim.
A jeśli chodzi o samouczki „praktyczne” — szycie, robótki ręczne — to moja mama próbowała swoich sił na szydełku, choć efekty były raczej skromne — głównie szaliki. Ja z kolei opanowałem pierwszy „łańcuszek”… i na tym zakończyła się moja kariera 😄
Dziękuję za miłą odpowiedź — aż chce się dalej wracać do takich tematów.
Pozdrawiam serdecznie!
Moje przygody z nauką języków trwały latami z różnym skutkiem. Rosyjskiego uczyłam się aż 10l lat, bo i na studiach miałam przez dwa lata lektorat, ale poziom na nim był nawet słabszy niż w moim liceum, więc już właściwie niczego nie rozwijałam.
UsuńParadoksalnie najbardziej przydała mi się łacina, której uczyłam się w liceum przez cztery lata. Co prawda łacinnik był straszny, najczęściej wszyscy pod rząd dostawaliśmy najgorsze oceny, do dziś pamiętam pierwszą czytankę z podręcznika -"De Roma antiqua". Łacina przydaje mi się do dzisiaj, wiele słów współczesnych języków europejskich ma łacińskie pochodzenie. Próbowałam kiedyś samodzielnie uczyć się greckiego, miałam mocne zamiary i kupiłam sobie podręczniki. Niewiele z tego wyszło ;-)
A robienie na drutach czy szydełku było potrzebne, bo zakup garderoby w sklepach bywał mizerny. Miałam w liceum kolegę, który perfekcyjnie robił na drutach, miał kilka sióstr i to on robił im swetry. Ja robiłam na drutach i szydełku najwięcej w czasie studiów, mam do tej pory kilka swetrów, czapek, szalików i skarpetek z tamtych lat.
Dziwię się czasami, kiedy człowiek miał na to czas. No ale nie było wtedy Internetu :-)
Pozdrawiam serdecznie :-)
Najlepszą metodą nauki rosyjskiego byłoby wysłanie kilkunastolatków na jakiś czas do ZSRS — język sam by im „wszedł do głowy”, bez konieczności mozolnego opanowywania skomplikowanych zasad gramatycznych. Tyle że w tamtych czasach łatwiej było chyba wyjechać na Zachód niż do naszego „najbliższego przyjaciela i sojusznika”!
UsuńŁaciny nigdy się nie uczyłem (byłem w klasie matematyczno-fizycznej), ale zawsze wydawała mi się językiem niezwykle interesującym. Kiedyś nawet „przemyciłem” do polszczyzny pewne słowo — niektórzy kręcili nosem, że to anglicyzm, ale szybko zbiłem ich argument, przypominając, że jego korzenie sięgają łaciny. A trudno przecież oskarżać łacinę o zaśmiecanie języka polskiego!
Znałem też w Kanadzie człowieka, który uczył się łaciny w Polsce i dzięki temu z łatwością opanował wiele rzadkich, bardziej wyszukanych angielskich słów o łacińskim rodowodzie. Posługiwał się nimi z taką swobodą, że potrafił wręcz onieśmielić rodzimych użytkowników angielskiego, którzy nie zawsze rozumieli to słownictwo. Sam przez pewien czas próbowałem podobnej metody — dla ćwiczenia używałem świeżo poznanych, mniej oczywistych wyrazów. Szybko jednak z niej zrezygnowałem, bo efekt bywał odwrotny do zamierzonego: zamiast robić wrażenie, sprawiałem raczej wrażenie, jakbym mówił jakieś niezrozumiałe banialuki…
Z kolei w Austrii spotkałem jezuitę — znawcę łaciny — który twierdził, że niektóre pojęcia znacznie łatwiej i precyzyjniej wyrazić właśnie w tym języku niż po niemiecku.
Pozdrawiam serdecznie!
Nie ma wątpliwości, że znajomość jednego języka ułatwia nieraz rozumienie i naukę innego, w przypadku łaciny to daje pewne wspólne podstawy, które są obecne dzisiaj we współczesnych językach.
UsuńMoja koleżanka z klasy brała udział w olimpiadzie języka rosyjskiego i zdobyła w złoty medal, potem studiowała rusycystykę w Leningradzie, dzisiejszym Petersburgu. Z tego punktu widzenia wyjazd do dawnego ZSSR nie był taki trudny, ale faktycznie mówiła później, że nie za bardzo można było swobodnie na przykład pojechać gdzieś, gdzie się chciało na prowincję, poza centrum.
Trudności były z wyjazdem z Polski, gdy ktoś miał rodzinę, która została za wschodnią granicą. Wtedy tak, komplikacje ogromne.
Jak zwykle dotarłaś do bardzo ciekawego materiału.
OdpowiedzUsuńPo pierwsze - kościół ewangelicki w Warszawie w 1888 roku - czyli w zaborze rosyjskim.
Tu wspomnę budynek tego kościoła, w 1825 roku koncertował w nim F. Chopin.
Po drugie - edukacja, praca od podstaw - bardzo typowe dla kościołów protestanckich.
Jednak przekora puka mi do głowy z pytaniem - a jak to było w zaborze pruskim?
Po trzecie - języki...
Od 5 klasy uczyłem się rosyjskiego. Nie lubiłem nauczycielki ale zainteresowała mnie cyrylica i radziłem sobie dobrze.
W szkole średniej doszły niemiecki i angielski.
Nauczyciele - aż trudno mi uwierzyć, że trafiłem na takich wspaniałych ludzi (dotyczy to również nauczyciela rosyjskiego) - zakochani w językach, których uczyli a do tego poligloci, osoby o bardzo dużej kulturze osobistej i wiedzy ogólnej. Germaniście zawdzięczam w dużej mierze moje zainteresowanie muzyką klasyczną.
Podczas studiów kontynuowałem kontakt z angielskim -głównie czytanie książek i gazet (w eMPiKu). Potem doszła korespondencja. Pismo Radar drukowało listę osób chętnych do korespondencji z kimś z Polski.
Spróbowałem - w większości przypadków korespondencja kończyła się po wymianie 2-3 listów.
Chlubny wyjątek - Niemka z RFN - zaczęliśmy korespondować po angielsku, przez kilka lat korespondowaliśmy po niemiecku.
Kilka lat?
Nie kilka - już 65 - korespondencję zacząłem jeszcze przed poznaniem mojej żony. I trwa nadal - osobiście spotkaliśmy się 2 razy.
Zabawna była korespondencja z Rosjanką. Przyznam się, że główną zachętą była jej uroda (zdjęcie opublikowane w Radarze). Wysiliłem się i napisałem po rosyjsku, wspomniałem opowiadanie A. Czechowa, w którym na obiad podają kulebiak - zapytałem co to jest ten kulebiak, jak się to robi? Sądziłem, że przez żołądek trafię do serca.
Odpowiedź była mrożąca - ja sądziłam, że ty chcesz ze mną korespondować żeby dowiedzieć się więcej jak my budujemy socjalizm a ty wyskakujesz z jakimś drobnomieszczańskim pytaniem. Ogarnij się, chętnie będę kontynuować tę korespondencję, ale tylko jeśli będę widziała, że przynosi ona tobie jakiś pożytek.
No i skończyło się :(((((
Zdaje się, że między faktem, że redaktor ówczesnej "Gazety Świątecznej" był ewangelikiem a elementarzem nauki języka polskiego tutaj nie zachodzi żaden związek. Autorem elementarza jest Kazimierz Promyk, czyli Konrad Prószyński - wybitny działacz oświatowy, założyciel Księgarni Krajowej, wydawca, publicysta, pedagog oraz - jak go określano - wróg analfabetyzmu. "Gazeta Świąteczna", podobnie jak elementarz Prószyńskiego przeznaczone były dla chłopów. On sam osobiście na początku swojej działalności uczył chłopów alfabetu pisząc litery wapnem na ścianie dworskiej stodoły. Z czasem wymyślił specjalny kalendarz do nauki czytania, a potem napisał reklamowane elementarze. Co ciekawe, ostatecznie elementarz ten zyskał ogromną popularność i miał wiele wydań, obliczono, że na początku XX wieku osiągnął ponad milion wydanych egzemplarzy. I to najpierw Prószyński założył czasopismo "Gazeta Świąteczna" i był pierwszym jej redaktorem i autorem. Kolejna ciekawostka to spektakularny światowy sukces elementarza, bowiem na międzynarodowej wystawie w Londynie w 1893 roku brytyjskie towarzystwo naukowe przyznaje "Obrazowej nauce czytania i pisania" pierwsze miejsce, uznając, że jest to najlepszy elementarz na świecie.
UsuńKonrad Prószyński był pracoholikiem, potrafił spędzić w pracy trzy dni bez przerwy. Zmarł z przepracowania w wieku 57 lat. Dzięki jego tytanicznej pracy w dużym stopniu została znacząco zlikwidowany analfabetyzm na polskiej wsi.
W rodzinie Prószyńskich było ( i jest) wiele postaci wybitnych, naukowców, wynalazców, działaczy, księgarzy, wydawców. Może o Konradzie, autorze elementarz powinnam zamieścić osobny wpis... Są dostępne materiały w Internecie.
UsuńLech: Historia Twojej 65-letniej korespondencji bez wątpienia nadawałaby się do opisania w niejednej gazecie — to naprawdę coś niesamowitego! Ja również korespondowałem z wieloma osobami; zdarzało się nawet, że wymienialiśmy się prezentami (np. płytami), ale nigdy nie doszło do osobistych spotkań, a same znajomości nie trwały dłużej niż kilka lat.
Z Rosjanami także prowadziliśmy korespondencję — adresy rozdawały nauczycielki — ale zwykle kończyło się to po dwóch, trzech listach.
Byłem też namiętnym czytelnikiem „Radaru”. Kiedyś spotkałem jego redaktora naczelnego, Jerzego Klechtę, a przez pewien czas prenumerowałem to czasopismo już będąc w Kanadzie!
To naprawdę wielkie szczęście mieć nauczycieli, których się dobrze wspomina i którzy wywarli pozytywny wpływ na życie uczniów. Często wracam myślami do moich pedagogów — niestety, takich było niewielu. Większość wspominam raczej negatywnie; zresztą nie tylko ja, co dość wyraźnie ujawniło się na forach dyskusyjnych w czasach „Naszej Klasy”.
A propos Twojej korespondencji z Rosjanką i jej chęci „uczenia Cię budowy socjalizmu” — przypomniał mi się taki dowcip:
Syn prezydenta USA i syn pierwszego sekretarza partii w ZSRR zadzwonili do siebie.
— Co robisz? — pyta Ruski.
— Jem banany i pomarańcze. A ty?
— Buduję komunizm — odpowiada Rusek.
Amerykanin poczuł się trochę nieswojo, że jego rówieśnik już w tak młodym wieku angażuje się w tak ambitne przedsięwzięcie. Po kilku tygodniach znów do siebie dzwonią i tym razem Amerykanin mówi z dumą:
— Wiesz co? Ja też buduję komunizm!
— To wkrótce nie będziesz jadł ani bananów, ani pomarańczy!
Notaria: Dziękuję za przybliżenie postaci Prószyńskiego. Pamiętam, że uczyliśmy się o nim w szkole — i na tym właściwie kończy się moja wiedza. Niezwykła postać, zasługuje na naszą pamięć.
Dowcipy tamtych czasów zawierały kwintesencję systemu komunistycznego. Tez jeden opowiem:
UsuńI sekretarz partii w ZSRR wezwał uczonych i zarządził, żeby sprawdzili, jakiej narodowości byli pierwsi ludzie, o których mówi Biblia. Różne były odpowiedzi, ale żadna nie zadowalał I sekretarza. W końcu odezwali się pewien uczony rabin i mówi:
- To bardzo oczywiste, pierwsi ludzie to byli oczywiście Rosjanie.
- Ale jak to udowodnić?! - pyta I sekretarz.
- Ależ to proste: byli nadzy, bosi i nie chcieli żyć w Raju!
To też a`propos korespondencji z Rosjanami. Tutaj mam zupełnie inne doświadczenia. Moja mama - może właśnie poprzez koła korespondencyjne esperantystów - tego dokładnie nie pamiętam - nawiązała kontakt z rosyjską rodziną w Tarnopolu, wic w zasadzie to dzisiejsza Ukraina. Niemniej rodzina była rosyjska, młode małżeństwo z małym dzieckiem i jeszcze babcia. Absolutnie nie czuli się komsomolcami budującymi komunizm, chcieli wiedzieć, jak się u nas żyje, oczywiście pisało się dosyć ostrożnie. Jednak udało nam się porozumieć do tego stopnia, że kiedy swoim autem udaliśmy się na wakacyjny wyjazd do Bułgarii, po drodze jadąc przez dawną Republikę Ukraińską, zatrzymaliśmy się u nich na nocleg. Ugościli nas bardzo serdecznie, nie było żadnej propagandy, a my, wiedząc, że maja tam dosyć skromne warunki życia, zawieźliśmy im parę rzeczy, jak ubrania, zabawki dla dziecka, trochę innych drobiazgów, co dało się przewieźć przez granicę. Do dzisiaj mam tomik wierszy Jesienina, który od nich dostałam na pamiątkę, oczywiście po rosyjsku.
Tak więc te kontakty mogły być naprawdę różne, zależy na kogo się trafiło.
To i ja dołączę do Was.
OdpowiedzUsuńCałe dorosłe życie pracowałam w resorcie handlu zagranicznego a dokładnie to w Centali Chemicznej Ciech, która w najlepszych latach zatrudniała 1200 osób i miała swoje przedstawicielstwa w innych krajach. Praca w Ciechu wymagała znajomości conajmniej 2 jezykow obcych. Znajomość tych jezykow była potwierdzana po zdaniu egzaminów pisemnych i ustnych w Ministerstwie Handlu Zagranicznego które kiedyś istniało. Posiadam takie certyfikaty świadczące o znajomości języka angielskiego i rosyjskiego. Z niemieckiego niestety oblałam:-)
Kilka razy w roku wyjeżdżałam na delegacje zagraniczne do innych krajów..
także tych na innych kontynentach no i do krajów ZSSR
Były to niesamowicie stresujące wyjazdy, bo w takiej na przykład Argentynie mówiono mi już na lotnisku w Buenos Aires że przylecialam zza Żelaznej Kurtyny i przyznawano mi kogoś kto śledzil każdy mój krok. Śledziły mnie tam służby tamtejsze ale także te zza Buga. A nie byłam nikim ważnym tylko zwykłym starszym handlowcem. Z kolei za rzeką Bug a więc w byłych republikach wolno mi było chodzić tylko po wyznaczonych trasach.
Gdy teraz o tym opowiadam swoim wnukom to bardzo się dziwią jak to wszystko wytrzymałam.
Tak się rozpisałam ale nie wiem czy to kogoś interesuje
Byłaś oficjalną przedstawicielką dużej firmy, firmy dosyć strategicznej, stąd te służby wokół Ciebie. Biorąc pod uwagę nastroje i stosunki polityczne tamtych czasów to nie jest wcale dziwne. Jedni pilnowali, żebyś jako potencjalny szpieg czegoś nie chciała zdobyć, jakichś informacji handlowych ściśle tajnych, a inni pilnowali, żebyś nie uciekła na Zachód i tam sprzedała ważne informacje ze swojej firmy.
UsuńInaczej ma się z wyjazdami prywatnymi, jak w moim przypadku. Chodzi mi o wyjazdy za wschodnią granicę. Jadąc prywatnie, prywatnym samochodem, nawiązywaliśmy kontakty z przypadkowymi ludźmi, mieszkańcami małych miejscowości mijanych po drodze. Nikt ze zwykłych ludzi raczej nie podejrzewał nas o jakiś wywiadowcze zamiary, stąd ludzie się otwierali, ujawniali na przykład, gdzie mają pochowane ikony, zakazane w komunistycznym państwie świeckim. Wypytywali, jak się żyje w Polsce, bo wiedzieli, że u nas reżim był łagodniejszy niż w ZSRR.
Potwierdzam że prywatne wyjazdy na wschód były takie właśnie jak piszesz. Jeździłam też przecież prywatnie. I potwierdziło się w moim przypadku to co jest trudne do uwierzenia... A mianowicie że zwyczajny ruski człowiek wcale nie jest homo sovieticus. To znaczy wtedy nie był... bo teraz to nie wiem kim jest..
UsuńWielu nie było, co zaprzeczało oficjalnej propagandzie. Podczas tych wyjazdów, np. do Lwowa, najbardziej wzruszające były rozmowy z Polakami. Żyli bardzo biednie, widać było ogromne potrzeby, wieźliśmy cały samochód różnych darów, które udawało się jakoś uzasadnić na granicy, że to na nasze własne potrzeby, a tam rozdawaliśmy ludziom.
UsuńI ja kiedyś na Ukrainę zawoziłam Polakom dary... I polskie książeczki dla dzieci z różnych ośrodków kultury polskiej..
OdpowiedzUsuńA w mieście Słowackiego czyli Krzemieńcu wykupiliśmy od polskich dzieci wszystkie kamyczki z Góry Królowej Bony...
To były czasy wielkiej solidarności z rodakami na Wschodzie, w latach transformacji ustrojowej, gdy Polacy zaczęli się dorabiać, chyba ta solidarność i zaangażowanie się zmniejszyło, przynajmniej w niektórych kręgach; dobrze, że jeszcze można natknąć się na akcje pomocowe, które odżyły od czasu wybuchu wojny w Ukrainie; ale czy trzeba aż wojny, żeby ludzie byli bardzie solidarni?...
UsuńPrzypomniałam sobie że także na Bialorus i na Litwę woziliśmy książeczki dla Polskich dzieci.To były bardzo serdeczne kontakty. A ja wtedy odkryłam że chociaż nie ma moich korzeni na Kresach... to w jakimś stopniu jestem adoptowanym dzieckiem Kresów.
UsuńNo i zeszłyśmy na inny temat:-)
Nie tak zupełnie inny... Prószyński, autor elementarza, ma korzenie kresowe, urodził się w Mińsku; jak wielu Polaków patriotów w tamtym czasie w młodości był zesłany do Tomska.
UsuńNotaria: Ja jedynie byłem w ZSRS podczas przejazdu pociągami do Bułgarii, toteż nie jestem dużo powiedzieć o tym kraju z własnych obserwacji. Jednakże do tej pory pamiętam bardzo wiele niesamowitych historii, jakie słyszałem z pierwszej ręki (i to niekiedy od mocno partyjnych osób), które może kiedyś opiszę w swoim wspomnieniowym blogu (jak go założę 😊).
OdpowiedzUsuńTy i Stokrotka piszecie o przywożeniu darów na Ukrainę. Ja chciałbym tylko wspomnieć o darach w przeciwnym kierunku.
Znajoma mojej mamy z pracy posiadała rodzinę na Litwie, z którą byli w kontakcie. Lata 1980/1981 były w Polsce dość trudne, co z pewnością akcentowała i wyolbrzymiała propaganda ZSRS, zwalając wszystko na Solidarność. Pewnego razu owa znajoma otrzymała paczkę ‘z pomocą’ właśnie od swojej rodziny z Litwy, która sądziła, że one pewnie w tej Polsce to już kompletnie nic nie mają i przymierają głodem! Po jej otwarciu dosłownie rozpłakali się — nie dlatego, że byli tak wzruszeni prezentami, ale że te dary były tak fatalnej jakości, co dobitnie pokazywało, w jakich warunkach ONI mieszkali w Kraju Rad. Między innymi otrzymali proszek do prania, który z trudem się rozpuszczał w wodzie, kompletnie nie prał, a do tego nieprzyjemnie pachniał. Również były tam mydła o jakości analogicznej do wspomnianego proszku, cukierki zrobione pewnie jedynie ze stopionego cukru i barwnika, ciasteczka, których nie dało się jeść i artykuły ubraniowe, nie dające się nosić.
W Polsce wielokrotnie słuchałem płyty z nagraniami Teatru Stu — przepiękne!!! Było tam nagranie wiersza Sergiusza Jesienina „Do widzenia” — moim zdaniem, cudowne! Udało mi się go znaleźć na YouTube:
https://www.youtube.com/watch?v=2tXpS-pAarA
Bardzo go polecam.
Stokrotka: Mój ojciec języki znał bardzo kiepsko, ale też wyjeżdżał za granicę — głównie do Europy Zachodniej, ale również do Japonii i chyba Tajlandii — jednak nigdy nie wspominał o żadnych inwigilacjach ze strony lokalnych służb i SB — chociaż jestem przekonany, że musiał mieć w tym zakresie pewne ‘poufne’ szkolenia i wolał mi o tym nie mówić. Raz tylko nadmienił, że w jednej z podległych przedsiębiorstwu fabryce produkowali pistolety i czasem były specjalne zamówienia na broń bez żadnych numerów lub znaków identyfikacyjnych — z pewnością dla różnego rodzaju grup rewolucyjno – postępowo – terrorystyczno - anarchistycznych, które ZSRS wraz z satelitami wspierał na całym świecie.
To, o czym piszesz, mnie bardzo interesuje!
A Centralę Chemiczną Ciech pamiętam, może nawet znałem kogoś z nią związanego. W każdym razie posiadałem też różne reklamowe materiały z napisem „Ciech”.
O tym drugim kierunku przepływu darów wiem mało, prawie nic, coś tam kiedyś słyszałam, dodałeś nowe ciekawe informacje.
UsuńDziękuję za Jesienina - piękne wykonanie. Tych wierszy z podarowanego tomiku nawet uczyłam się na pamięć, tak mi się podobały.
Jack.
UsuńMiło mi że zainteresowało Cię to co napisałam.
Zapraszam też na mój blog. Wystarczy najechać myszką na mój nick.
Reklamy, które prezentujesz będą niebawem bardzo potrzebne, bo nasz piękny język cokolwiek się degeneruje.
OdpowiedzUsuńA Ćwierczakiewiczowa też by mi się przydała 😉
Też mam przekonanie, że te reklamy są bardzo aktualne. Tylko nie wiem, czy dzisiejsi wydawcy prasy, a bardziej różnych portali internetowych, byliby zainteresowani ich zamieszczeniem.
UsuńWłaśnie, najmniej im zależy na poprawności językowej, no i zysk żaden.
UsuńZysk żaden, ale też często widzę, że sami dziennikarze, publicyści mają problem z poprawnością, więc jeżeli oni sami nie mają poczucia, że należy się dokształcać, to i innym tego raczej zalecać nie będą. Zanika takie zwyczajne umiłowanie polszczyzny jako piękna języka.
UsuńPrzyznaję, że sam czasem używam niepolskich wyrazów, ale wynika to wyłącznie z tego, że po ponad 40 latach mieszkania za granicą jest mi tak po prostu wygodniej — a co najważniejsze, nie zawsze znam ich polskie odpowiedniki. Mimo to od lat natykam się na mniej lub bardziej spolonizowane anglicyzmy w języku polskim, które nawet mnie potrafią razić.
UsuńZresztą często spotykam w Kanadzie rodaków, którzy wplatają w swoją polszczyznę wiele angielskich słów, mimo że doskonale znają ich polskie odpowiedniki. Zwykle oznacza to, że ich znajomość angielskiego jest w gruncie rzeczy dość ograniczona, a używanie takich wtrętów ma raczej podkreślić ich „kanadyjskość”.
Czasami ta nowomowa bywa wręcz trudna do zrozumienia. Pamiętam, jak pewien świeżo przybyły emigrant chwalił się, że kilka dni wcześniej „byliśmy na lejku na fiszing” (lake = jezioro, fishing = wędkowanie). Innym razem ktoś zadzwonił do mieszkającego u mnie człowieka z Polski, który szukał pracy, i zapytał: „czy paintujsze i czy masz brasze?” (paint = malować, brush = pędzel). Ów człowiek zupełnie nie wiedział, o co chodzi — zresztą ja sam potrzebowałem chwili, żeby się w tym połapać!
Tak więc tego rodzaju książki naprawdę mogłyby się przydać — bo język polski jest naprawdę beautiful! 😁
To prawda, ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli człowiek popisuje się słówkami z innych języków na co dzień, to znaczy, że nie zna dobrze żadnego z nich. Podane przez Ciebie przykłady też o tym świadczą. Ty piszesz piękną i bardzo czystą polszczyzną. Tak samo Lech z Australii, na którego blogu oboje bywamy. A obaj jesteście od dziesięcioleci w kraju anglojęzycznym. I to jest dowód, że można naprawdę dbać o język ojczysty nawet długo mieszkając w innym kraju.
UsuńDziękuję!
Usuń"Umiłowanie polszczyzny" - tak to trafnie i pięknie ujęłaś. Tak, zanika. Ten cudowny język, który tak kochamy 🪶❤️ Przepraszam za patos, ale czasem inaczej się nie da.
UsuńCzasem trzeba, dzisiaj trzeba...
Usuń