Był cudownym dzieckiem. Znał i umiał czytać nuty zanim nauczył się czytać i pisać słowa. W wieku czterech lat czytał partytury Beethovena, a wieku pięciu lat wystąpił na pierwszym publicznym koncercie. Claudio Arrau Leon (1903 - 1991) - chilijsko-amerykański pianista - cesarz fortepianu o fenomenalnej pamięci i ogromnym repertuarze. W wieku jedenastu lat grał Etiudy Transcendentalne Liszta, zaliczane do najtrudniejszych kompozycji fortepianowych. Podczas 12 pełnych recitali wykonywał wszystkie klawiszowe utwory Beethovena, a pięć kolejnych wieczorów zajmowały mu kompozycje Mozarta. Cykle te wykonał w 1935 i 1936 roku. Podobnie grał też cykle utworów Schuberta i Webera. W szczytowym okresie kariery miał w repertuarze kompletne utwory fortepianowe Bacha, Mozarta, Beethovena i Chopina. Szacuje się, że wykonanie ich zajęłoby 76 pełnych koncertów recitalowych oraz dodatkowo potrafił grać ok. 60 utworów z orkiestrą.
W wieku 10 lat rozpoczął studia w Berlinie pod kierunkiem Martina Krause, ucznia Liszta. Krause od początku widział ogromny talent młodego chłopca, o którym powiedział: "Będzie moim arcydziełem". I nie mylił się. W wieku 17 lat Arrau wystąpił w Royal Alert Hall w Londynie, a 20 października 1923 roku mając 20 lat zadebiutował w Carnegie Hall w Nowym Jorku. Koncertował niemal do ostatnich lat życia. Są nagrania, i to pełnowymiarowe recitale bądź koncerty z orkiestrą, gdy miał 85 lat. 6 lutego 1983 roku w dniu 80. urodzin Arrau wystąpił z Philadelphia Orchestra pod batutą Riccarda Mutiego w koncercie, który był transmitowany w telewizji. Podobnie koncert na 85 urodziny z 6 lutego 1988 roku został nagrany i wyemitowany w telewizji. Arrau zagrał wówczas V Koncert fortepianowy Beethovena zwany Cesarskim. Oba koncerty zostały wydane na płytach.
6 lutego minęła 123 rocznica jego urodzin.
W 1931 roku, dokładnie 14 lutego, Arrau wystąpił w Wilnie. Kilka lat wcześniej, w 1927 r., zdobył pierwszą nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym w Genewie, która ugruntowała jego pozycję w świecie wirtuozów fortepianu.
W następnych latach chilijski pianista jeszcze kilka razy przyjeżdżał z recitalami do Polski, o czym donosiła ówczesna prasa muzyczna.
Obliczono, że podczas długiej kariery wystąpił 8113 razy.
Zawsze się wzruszam, gdy patrzę i słucham jak 80-letni Claudio Arrau gra Beethovena:

Uwielbiam muzykę Chopina, Liszta i innych kompozytorów. Już dawno temu kupiłem nagrania Chopina na pięciu płytach CD w wykonaniu Vladimira Horowitza. Muszę jednak przyznać, że nigdy wcześniej nie słyszałem o Claudio Arrau León.
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony prawdą jest, że chociaż bardzo lubię słuchać muzyki, to tytuły utworów, nazwiska kompozytorów czy wykonawców są dla mnie o wiele mniej ważne niż samo piękno melodii i emocje, jakie ze sobą niosą. Nie jestem też aż takim koneserem, abym potrafił wychwycić subtelne różnice pomiędzy interpretacjami poszczególnych pianistów. Kiedy patrzę na różne zestawienia najwybitniejszych wykonawców muzyki klasycznej (nie tylko fortepianowej), może o uszy obiło mi się zaledwie kilka procent nazwisk.
Dlatego bardzo dobrze, że wspomniałaś o tym pianiście — dzięki temu mogłem go poznać. A jego wykonanie Beethovena jest naprawdę cudowne! Do „Moonlight Sonata” mam zresztą szczególny sentyment. Moja mama często powtarzała, że był to jeden z nielicznych utworów, które potrafiła w miarę poprawnie zagrać na pianinie. Podobnie jak ja nie miała wielkich zdolności muzycznych, choć w przeciwieństwie do mnie musiała chodzić na lekcje.
Pamiętam też, że kiedy po raz pierwszy w życiu przygotowałem komputerowy pokaz slajdów i nagrałem go na płytę, jako podkład muzyczny wybrałem właśnie ten utwór. Od tamtej pory zawsze budzi on we mnie bardzo miłe wspomnienia.
Pozdrawiam serdecznie i życzę przyjemnego weekendu!
Arrau był niesamowity, a to wykonanie... "Sonata księżycowa" to w ogóle przepiękny utwór. Arrau gra tak, jakby to było jego pożegnanie z Ziemią, z życiem... mam łzy w oczach...
OdpowiedzUsuńTeż mam problem z nazwiskami, a jeśli kojarzę kilku... kilkunastu wykonawców, to dlatego, że dosyć często słucham. Wyłapywaniem różnic w interpretacjach niech się zajmują profesjonaliści, a my, zwykli słuchacze po prostu cieszmy si pięknem muzyki. I oklaskujmy artystów! Ja mówił Wacław Niżyński: "Oklaski są wyrazem miłości do artysty".
Zapomniałam, dziękuję za życzenia i wzajemnie pozdrawiam, życząc spokojnego weekendu!
UsuńDziękuję!
UsuńA propos interpretacji i w ogóle poziomu wykonania utworów muzycznych, podam dwa przykłady.
W Polsce miałem płytę z nagraniami Chopina w wykonaniu Witolda Małcużyńskiego i słuchałem jej z pewnością setki razy. Jednym z utworów był Polonez As-dur op. 53. Interpretacja Małcużyńskiego różniła się od wykonań innych pianistów i przez to, że wracałem do niej tak często, zapamiętałem ją niemal nutka w nutkę.
Ponad 30 lat temu jechałem samochodem z Kanadyjczykiem, który bardzo lubił muzykę i sam coś nawet komponował. Gdy wsiedliśmy do auta, automatycznie włączyło się radio nastawione na stację z muzyką klasyczną — i zabrzmiał właśnie ten polonez. Po kilkudziesięciu sekundach słuchania, trochę od niechcenia, powiedziałem, że na fortepianie gra Witold Małcużyński. Wywołało to zdziwienie mojego towarzysza, a kiedy chwilę później potwierdził to radiowy spiker — wręcz podziw. Oczywiście był to absolutny fuks, który pewnie trafia się raz w życiu!
Kilkanaście lat temu byliśmy na dorocznym koncercie organizowanym przez uczniów Etobicoke School of the Arts, publicznej artystycznej szkoły średniej. Koncert bardzo mi się podobał, jednak mimo mojego raczej przeciętnego słuchu bez trudu można było wychwycić ogromną różnicę pomiędzy poziomem uczniów a zawodowych muzyków — co oczywiście jest czymś zupełnie naturalnym.
Szczególnie zapamiętałem występ chóru. W tamtym czasie regularnie uczęszczałem na msze w Katedrze Bazylice św. Michała w Toronto, gdzie śpiewa wspomniany już kiedyś przeze mnie renomowany chór związany ze szkołą St. Michael’s Choir School. Mając w pamięci ich perfekcję, dyscyplinę brzmienia i lata pracy, natychmiast mogłem docenić, jak wielkie znaczenie mają doświadczenie oraz znakomici pedagodzy. Przy tym porównaniu szkolny chór brzmiał — siłą rzeczy — dużo bardziej amatorsko.
A skoro mowa o tej artystycznej szkole, byliśmy też trochę zaskoczeni (i nie była to wyłącznie nasza opinia) strojami niektórych uczennic występujących na scenie. Tak krótkie spódniczki i dość odważne kreacje rzadko widuje się w innych publicznych sytuacjach. Para siedząca obok nas — być może rodzice jednego z uczniów — wyraźnie dawała do zrozumienia swoje niezadowolenie; kobieta wspominała nawet o możliwości skontaktowania się z dyrekcją.
Najbardziej zapamiętałem jednak komentarz jej męża, wypowiedziany pół żartem, pół serio: „Gdyby im pozwolono, to pewnie wyszłyby na scenę nie mając nic na sobie.” Trudno powiedzieć, czy był to codzienny styl obowiązujący w tej instytucji, czy raczej jednorazowy pomysł na konkretny występ. Miałem co do tego jeszcze jedną teorię, ale nie wypada mi jej tutaj zamieszczać 😜.
Jakie super wspomnienia! Zrobiłeś wrażenie rozpoznaniem Małcużyńskiego no i stałeś się ekspertem :-)
UsuńW programie 2 Polskiego Radia jest cykliczna audycja pod nazwą Trybunał Dwójki, w której zaproszeni muzycy, muzykolodzy słuchają kilku wybranych nagrań jakiegoś utworu i nie znając wykonawców oceniają i wybierają najlepsze nagranie. Czasem są to utwory instrumentalne, a czasem wokalno-instrumentalne, koncerty, sonaty, opery... bardzo różne. Najpierw z puli ok. 10. nagrań odrzucają połowę, a potem z pozostałych wybierają trzy najlepsze. Dopiero po ustaleniu 1, 2 i 3 miejsca prowadzący odkrywa wykonawców zwycięskiego nagrania oraz pozostałych. Mimo że to przecież słuchają profesjonaliści, nie są w stanie rozpoznać, kto gra lub śpiewa. Owszem, zdarzają się próby zgadywania, ale nie zawsze trafne. Tylko kilka razy słyszałam, że ktoś rozpoznał konkretne nagranie, ponieważ tak jak to było w Twoim przypadku, doskonale je znał, słuchał wiele razy.
Mnie się udaje czasami rozpoznać śpiewaka operowego, gdy ma charakterystyczny głos.
Chóralnych występów słucham od czasów szkolnych, bo moja siostra śpiewała w chórze. Czasem gdy jej chór zakwalifikował się w jakimś konkursie do przeglądów wojewódzkich, chodziłam słuchać. Występowało wtedy kilkanaście chórów i najbardziej mnie bawiło, gdy wszystkie śpiewały ten sam utwór, który był obowiązkowy w danym roku. Rzadko kiedy słyszałam jakieś diametralne różnice w wykonaniu, a jurorzy musieli wybrać, który chór śpiewał najlepiej. Nie wiem, jak oni tam dostrzegali jakieś różnice.
Ale oczywiście jest ogromna różnica między chórem profesjonalnym a amatorskim, to słychać wyraźnie. Zawsze jestem pod wrażeniem chórów dyrygowanych przez Philippe`a Herreweghe. Są tak dopracowane, tak doskonałe, że człowiek zamyka oczy i przenosi się w inny świat.
Pamiętam podobny program w TV w PRL, ale nie przypominam sobie, aby on się powtarzał. Wówczas jednym z „zawodników” był polski muzykolog Jan Weber. Puszczano bardzo krótkie fragmenty różnych utworów i trzeba było je zidentyfikować. Finał rozgrywał się właśnie pomiędzy Janem Weberem a zwykłym facetem, raczej niezwiązanym zawodowo z muzyką — który był genialny. Można by rzec, że potrafił wymienić nazwę utworu, zanim jeszcze naprawdę go usłyszał. Oczywiście wygrał.
UsuńNiemniej jednak uważam, że niektórzy ludzie po prostu mają fenomenalną pamięć i potrafią raz usłyszany utwór (czy cokolwiek innego) zapamiętać na całe życie. Jest przecież znany przypadek osoby pamiętającej KAŻDY dzień swojego życia. Co oczywiście nie czyni takich ludzi muzykologami (czy ekspertami w innych dziedzinach) i w żaden sposób nie umniejsza kwalifikacji profesjonalistów.
Co do chórów (lub orkiestr), pewnie wyczułbym jakieś jaskrawe odchyłki, ale nic ponadto. Może i to dobrze — bo dla mnie nie robi większej różnicy, czy dany utwór gra orkiestra z Wiednia, Bukaresztu czy Warszawy. Tak długo, jak wykonują go profesjonalni muzycy, mam taką samą przyjemność ze słuchania.
Z Małcużyńskim mi się udało, jednak sądzę, że o wiele łatwiej rozpoznać pianistę niż innych wykonawców — oni często mają bardzo charakterystyczny styl. Świetnie pamiętam Ivo Pogorelica, który wzbudził sensację podczas Konkursu Chopinowskiego w Polsce w 1980 roku i wywołał ogromne kontrowersje. Podobnie swój niepowtarzalny styl miał kanadyjski pianista i kompozytor Glenn Gould — chyba dość łatwy do zidentyfikowania.
Rozpoznawanie utworów po kilku taktach nadal jest jako teleturniej pod nazwą Jaka to melodia. W programie Trybunał Dwójki nie chodzi o rozpoznawanie utworów, bo dla tych zawodowców to łatwe, chodzi o rozpoznanie wykonawcy. Na przykład 3 Koncert Beethovena z orkiestrą i nie wiadomo, kto gra na fortepianie, kto dyryguje i jaka orkiestra. Jury ocenia mistrzostwo wykonania, a dopiero po zakończeniu programu prowadzący ujawnia wykonawców oraz rok i miejsce nagrania. Można raczej rozpoznać Marthę Argerich, ale już Marię Jao Pires byłoby o wiele trudniej, chociaż gra przepięknie.
UsuńMnie się wydaje łatwiejsze rozpoznawanie śpiewu - głosu śpiewaka... gra na instrumencie jest dla mojego ucha mniej osobista chyba...
Usuńa wracając do strojów we wspomnianym przez Ciebie występie chóru, pierwszy raz o czymś takim czytam; raczej zawsze widziałam stosowne stroje, jednakowe dla chłopców, jednakowe dla dziewczynek czy starszych dziewcząt, to chyba sprawa prowadzącego chóru, żeby o to zadbał, przecież chór też ma swojego dyrygenta
Bardzo ciekawy turniej dla znawców. Sądzę, że śpiew jest o wiele łatwiejszy do rozpoznania.
UsuńZwykle chóry mają te same stroje, jak np. Chór Św. Michała. Sądzę, że w tej szkole ubiór wykonawców (nie tylko chóru) był też wyrazem artystycznej wolności i kreatywności—i właśnie taki wybrali. Jakby nie było, to jest szkoła publiczna (a nie prywatna lub katolicka) i w niej istnieje o wiele mniej ograniczeń.